Oto dziesiąta część wywiadu ze Stevenem Moffatem przeprowadzonego podczas Fairlord Festival of Fiction, który odbył się w dniach 1-4 czerwca.

Możesz opisać, jak wyglądała twoja praca jako showrunnera podczas 50 rocznicy serialu?

To było piekło. Koszmar. Pamiętam jedno spotkanie, na którym powiedziałem – pamiętajcie, nigdy tak nie róbcie – „To będą tegoroczne igrzyska olimpijskie, ale bez budżetu!”. Wszyscy mieli jakieś szalone oczekiwania. W BBC mówili: Tak, oczywiście, to będzie ogromne – ale nie dostaniesz więcej pieniędzy. Każdy fan w kraju – a znam ich wielu – był na mnie wściekły, że nie sprowadziłem Williama Hartnella. Próbowałem wyjaśnić, że nie odpowiada na moje smsy. Próbowałem do niego dotrzeć.

Byłem tak zestresowany i nieszczęśliwy, pisząc scenariusz rocznicowego odcinka, próbując sprawić, by był równocześnie imprezą i solidną historią, próbując usatysfakcjonować aktorów. Matt i David mieli wielkie role, ale David marudził, że jest elementem komediowym, a Matt – że David dostaje wszystkie żarty. Zapytałem: Chcecie się zamienić? A oni na to: Nie! Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek aż tak się stresował. Był taki moment, kiedy niemal zadzwoniłem do BBC, by powiedzieć: Nie mogę tego skończyć. Nie wiem, co robię. Sue przekonała mnie, bym poczekał jeden dzień. Niestety – posłuchałem i wróciłem do pracy. Teraz mogę oglądać Dzień Doktora („The Day of the Doctor”) bez mdłości, ale to było przerażające. Poszło jednak gładko i to była wielka ulga. Wyszło nieźle.

Jak zaczęła się twoja przygoda ze scenopisarstwem?

Masz na myśli: jak zacząć pisanie scenariuszy czy jak zostać scenarzystą? Nigdy nie było tak łatwo zrobić film jak teraz. Jeśli masz pomysł na fabułę, kiedyś mogłeś to spisać w formie scenariusza – i tylko tyle. Obecnie jeśli chcesz to wyprodukować, masz lepszą kamerę i oprogramowanie w swoim smartfonie, niż ekipa Doctor Who miała jeszcze niedawno. Jeśli uda ci się zrobić coś dobrego, masz gdzie to umieścić. Nie musisz szukać dystrybutora, wystarczy YouTube albo inna strona tego typu. Spójrzcie tylko, mówię o współczesnym świecie jakbym cokolwiek o nim wiedział! To wszystko jest proste, więc nie ma co zwlekać. Żeby móc powiedzieć, że jesteś pisarzem, scenarzystą, filmowcem nie musisz na tym zarabiać – chcesz to robić, więc co cię powstrzymuje? Dlaczego tu siedzisz i mnie słuchasz? Idź i zrób. Kręciłem własne filmy na ośmiomilimetrowej taśmie. Były beznadziejne, naprawdę okropne, ale były crossoverami Doctor Who i Sherlocka Holmesa – żadnych innych nigdy nie popełnię – i moja siostra grała obie role. Idź i zrób. To nigdy nie było takie proste. Miej też na uwadze, że każdego dnia w internecie wymądrza się na ten temat mnóstwo osób, które nic o tym nie wiedzą. Nie słuchaj ich. Działaj.

Chciałbyś się kiedyś pojawić osobiście w Doctor Who?

Nie. Nie będę tego psuć sobie ani wam. Jestem beznadziejnym aktorem. To byłoby żałosne. Wiele lat temu pracowałem nad serialem dla młodzieży Press Gang i kilka razy miałem się pojawić gdzieś w tle. Nienawidziłem tego! Trzeba ciągle powtarzać to samo. To było takie nudne. Ciągle próbowałem uciec. A później Peter Davison zmusił mnie, żebym zagrał – w bardzo szerokim znaczeniu tego słowa – w jego wspaniałym dziele (Około) pięciu Doktorów („The Five(ish) Doctors Reboot”). Wcielałem się w samego siebie, ale nawet to mnie przerosło. To było beznadziejne. Odkryłem, że po prostu nie jestem w stanie nauczyć się kwestii. Przez cały czas miałem w rękach notatnik, w którym niby to coś sprawdzałem, ale miałem tam zapisane wszystko, co miałem powiedzieć. Odkryłem też jeszcze coś: wszyscy ci ludzie, którzy od lat dla mnie pracowali – od lat! – nagle zaczęli mówić do mnie „sir” (po raz pierwszy!) i nawet podawali mi herbatę! Bycie aktorem ma jednak dobre strony. „Panie Moffat, czy może pan teraz przyjść na plan?”. Że co? „Znamy się od lat! Czy to filiżanka herbaty? Wow!”.

Myślisz o powrocie do sitcomów?

Tak. Siedziałem w tym przez kilka lat, a potem zaangażowałem się na lata w Doctor Who i Sherlocka. Chciałbym napisać coś zupełnie innego, tylko dlatego, że – to dziwne, wiem – doświadczenie sprawia, że stajesz się nudny. Im dłużej czymś się zajmujesz, tym więcej masz gotowych rozwiązań i przestajesz się wysilać. Jesteś ekspertem, ale tracisz kreatywność, która cię cechowała, gdy na początku działałeś po omacku. Pamiętam doskonale, jak pisałem Dziecko bez wnętrza („The Empty Child”), pierwszy odcinek nie-sitcomu od dekady. Nie miałem zielonego pojęcia, co robię. Zastanawiałem się, jak działa groza, jak się ją buduje, jak się konstruuje taką ekspozycję, jak buduje się scenę bez zabawnej puenty. Starałem się znaleźć użytek dla tego, co miałem – ograniczonych zdolności pisania komedii. Myślałem: przecież potrzebna jest puenta, ale nie zabawna. Doszedłem do tego, że pisanie grozy jest podobne do tworzenia żartu: ukryte wprowadzenie, niejasne rozwinięcie, przewidywalne, ale zaskakujące rozwiązanie. Ta sama struktura. Chciałbym zająć się czymś tak całkowicie innym, że znowu bym się błąkał, nie miałbym rozwiązań tak prostych jak danie, które wystarczy wyjąć z lodówki i podgrzać. To brzmi cynicznie, wiem, ale nie o to mi chodzi. Im więcej w czymś siedzisz, tym więcej o tym wiesz i tym nudniejszy się stajesz. Chciałbym znów poddać się próbie.

Źródło: Koquillion


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.
  • Dagon

    Wow, co jak co ale widać że Moff wie o czym mówi ” ukryte wprowadzenie, niejasne rozwinięcie, przewidywalne, ale zaskakujące rozwiązanie.” po prostu idealnie pasuje do Empty Child :) Szacunek.