Co do powiedzenia o pracy przy Doctor Who mają Steven Moffat i Mark Gatiss?

Odchodzicie z Doctor Who. Powiedzcie, czego nauczyliście się o swojej wyobraźni?

Steven Moffat: Zawsze wiedziałem, że mam dość dziką wyobraźnię. To dlatego zawsze chciałem takiej pracy. Myślę, że praca przy Doctor Who nauczyła mnie lepszego pisania emocjonalnych konsekwencji w historii. Wcześniej chyba byłem dość nieczuły w tym, jak pisałem. Kiedy piszę coś zabawnego, nawet nie wiem, jak bardzo się w to angażuję. Musiałem dopiero zrozumieć, że nie liczy się, jak fantastyczny jest potwór, ale aby wyjaśnić ludziom, co on przedstawia i oznacza.

Mark Gatiss: Czuję się doceniony i wyróżniony możliwością uczenia się od Russella, Stevena i innych osób zaangażowanych w tę wspaniałą przygodę. Moją przygodę w fandomie zaczynałem jako konserwatywny w poglądach czternastoletni fan, by przemienić się w kogoś zachwyconego wszelkimi innowacjami. Zawsze próbowałem popchnąć serial dalej. Wszyscy tutaj to robimy. Naszym celem było stworzenie czegoś, co będzie warte zapamiętania. Stworzenie potworów, które zapadną w pamięć. Czuję w sercu przyjemne ciepło, kiedy myślę, że fani będą od teraz oglądać Doctor Who i widzieć moje potwory. I jeśli Bóg pozwoli, nie zapomną o nich. To jest motorem napędowym tego programu: zmiany i próby innowacji. W przeciwnym razie odeszlibyśmy już do lamusa.

Ludzie nie rozmawiają o wpływie reżyserów na telewizję, ale Rachel Talalay zdecydowanie miała duży wpływ na dziesiątą serię. Możecie o tym opowiedzieć?

SM: Chciałbym opowiedzieć o wszystkich reżyserach, ale Rachel jest absolutnie genialną osobą, bardzo wszechstronną. Jest kimś, kto potrafi reżyserować w dowolnym stylu. Nie ma jednego stylu, że mówilibyśmy „robimy horror, więc weźmy do niego Rachel”. Możesz jej powierzyć wszystko, jest naprawdę niesamowicie utalentowana. Jedną z najważniejszych rzeczy w Doctor Who jest to, że nie da się zrobić dobrego odcinka w tym serialu, jeśli będzie on źle wyreżyserowany. To wielkie wyzwanie, pracować nad Doctor Who. Naprawdę ciężko to robić. Ludzie nie mają pojęcia, jak szybko powstaje. W zaledwie kilka dni. Upadek Doktora („The Doctor Falls”) jest prawdziwie epickim odcinkiem, z całą jego akcją i efektami specjalnymi. Skończyliśmy go dwa dni przed emisją. Praca reżysera jest ogromna… te odcinki są praktycznie niemożliwe do stworzenia. A my robimy je dla widowni, która natychmiast po nich obejrzy kolejny film Marvela. Nie ma mowy, żebyśmy za tym nadążyli, ale udajemy, że jesteśmy w stanie to robić.

Jaki jest wasz ulubiony odcinek, waszego autorstwa lub cudzego?

SM: Trudno powiedzieć, ponieważ czy je napisaliśmy, czy nie, wszystkie są dziełem naszej produkcji. Uważam więc, że wszystkie są dobre. Nawet jeśli ty masz inne zdanie. Kocham Vincenta i Doktora („Vincent and the Doctor”), uwielbiam Robota z Sherwood („Robot of Sherwood”), to niesamowity odcinek, bardzo zabawny! Jest ich kilka. Z tych, które sam napisałem, pewnie powinienem wymienić Mrugnięcie („Blink”), czemu nie. Dzień Doktora („The Day of the Doctor”) wyszedł dobrze. Dar niebios („Heaven Sent”) był trudny. Naprawdę go lubię.

MG: Powiem Gdybyśmy czasu mieli więcej („World Enough and Time”). To absolutny miłosny list do Doctor Who. Włożyłem całą moją miłość w ten odcinek. Był dla mnie naprawdę wyjątkowy.

Czego wypatrujecie w zostaniu ponownie tylko fanami Doctor Who?

SM: Nie myślałem o tym zbytnio. Odczuwałem tylko ulgę, że nie muszę się już stresować. Uwielbiam to uczucie. W pewnym momencie będę musiał pomyśleć o tym, jak to będzie, że usiądę i po prostu obejrzę Doctor Who. Zajmie mi chwilę, zanim przywyknę do tego, że pozbyli się mnie tak łatwo, a potem to pokocham.

MG: Czuję to samo, to dosyć ekscytujące. Zmiana, jak mówią, zawsze była motorem napędowym serialu. Jodie to świetny wybór. Oni po prostu kontynuują to, co my zbudowaliśmy. To wspaniałe uczucie.

Źródło: TiBS


Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają współpracy.