W poprzednim artykule dotyczącym Do końca wszechświata („The End Of Time”) zajęłam się wyłącznie wymową tego odcinka. Teraz chciałabym dokładnie wypunktować wszystkie jego dobre strony. Ze względu na kilka niedopracowanych, nielogicznych czy głupich scen wielu ludzi go nie lubi. Jeśli jednak ktoś za wszelką cenę szuka logiki, nie jest odporny na pewne dziwne rozwiązania i kicz, to ja nie wiem, jak wytrzymuje większość odcinków Doctora Who. Moim zdaniem jest to wspaniała złożona historia, poruszająca wiele ciekawych i ważnych kwestii. Przejdźmy zatem do wszystkich (lub prawie wszystkich) dobrych stron The End Of Time.

Dziesiąty Doktor

Oczywiście ten argument nie przekona kogoś, kto tej inkarnacji nie lubi. Dla wielu fanów jednak Dziesiąty jest jednym z ulubionych Doktorów. W Do końca wszechświata otrzymujemy chyba najdokładniejszy obraz tej postaci. Ukazują się nam wszystkie najbardziej charakterystyczne cechy Dziesiątego Doktora oraz otrzymujemy przekrój wszystkich stanów emocjonalnych, których doświadczał w serialu. Widzimy, jak rozwinęła się i zmieniła ta postać, a ukazanie rozwoju postaci jest jedną z najważniejszych rzeczy, jakie powinniśmy otrzymać zarówno w filmach jak i książkach. Widzimy, jak zwycięża i przegrywa. Widzimy, jak rezygnuje i jak rusza do działania, jak mimo wszystko podejmuje beznadziejną walkę, a także jak walczy sam ze sobą. W Dziesiątym możemy odnaleźć wszystkie cechy dobrze napisanej postaci. Ogromne znaczenie ma niezwykły talent aktorski Davida Tennanta (bo David wielkim aktorem jest i myślę, że nie trzeba do tego nikogo przekonywać) oraz to, że rola Doktora była dla niego spełnieniem marzeń. Jeśli aktor nie lubi roli wychodzi coś pokroju Anakina Skywalkera granego przez Christensena i żaden scenariusz nie pomoże (choć w przypadku prequeli Gwiezdnych Wojen nie tylko aktor zawiódł). Tennant wyciągał z roli Dziesiątego Doktora wszystko co możliwe i stworzył wspaniałą kreację. Pomimo że nie wszystkie odcinki były dobre, Dziesiąty zapisał się w świadomości większości fanów jako doskonały Doktor. Choć wiele osób ocenia go powierzchownie jako płaczliwą inkarnację, warto przyjrzeć mu się dokładniej, aby zobaczyć, że nie jest postacią jednoznaczną i prostą, a Do końca wszechświata jest do tego doskonałą okazją.

Doskonałe aktorstwo

Nie mówię tu tylko i wyłącznie o Davidzie Tennancie. Niemniej scena, w której orientuje się, że jednak przeżył, a chwilę potem zdaje sobie sprawę, że będzie musiał zginąć, ratując Wilfreda, jest absolutnie mistrzowska. Cały żal, wściekłość i dramatyzm tej sceny za każdym razem wyciska ze mnie morze łez. Doktor pokazuje swoją pychę, by za chwilę zdać sobie sprawę, że nie mógłby postąpić inaczej. Moment, kiedy stwierdza z żalem, że żył zbyt długo i mówi Wilfredowi, że to zaszczyt poświęcić się dla niego, jest po prostu magiczny. Także Bernard Cribbins, wcielający się w postać Wilfreda Motta, jest niesamowity. Emocje, które nim targają, wybory, przed którymi staje i całość postaci są perfekcyjne. John Simm gra to, co mu napisano, doskonale. Scena rozmowy Doktora i Wilfreda w kawiarni (czy też barze) jest jedną z moich ulubionych. Mimo wszystko grając postać groteskową, stwarza kreację bardzo prawdziwą, choć balansuje na krawędzi karykatury, całość wypada bardzo dobrze. Koniecznie trzeba też wspomnieć o Timothym Daltonie w roli Rassilona, który doskonale ukazuje to, co stało się z Władcami Czasu podczas Ostatniej Wojny Czasu.

Dialogi

Do końca wszechświata to także wspaniałe dialogi. Wszystkie rozmowy Doktora z Wilfredem są wspaniale napisane, pełne emocji, prawdziwe i okraszone wspaniałym aktorstwem. Także rozmowy z Mistrzem są napisane bardzo dobrze. Widać, że Davies doskonale czuje postaci, które pisze. Dialogi nie są wymuszone, są prawdziwe i dodatkowo często zawierają głębię ukrytą między wierszami. Dialogów w tej historii słucha się bardzo dobrze i pozwalają zrozumieć postaci, których słuchamy.

Atmosfera

Całość jest utrzymana w atmosferze poczucia beznadziei, nadchodzącego końca i nieuchronnej śmierci. Moim zdaniem zostało to poprowadzone po mistrzowsku. Ta ciężka atmosfera jest dla mnie nieporównywalna z żadnym innym odcinkiem. Napięcie zbudowane już na samym początku nieco przytłacza, otacza nas nie pozwalając na złapanie głębszego oddechu i daje odczuć, że sytuacja jest trudna jak nigdy dotąd. Stopniowe wprowadzanie wątków pogarszających sytuację nie pozwala nam czuć się bezpiecznie. Mamy powrót Mistrza, który przez niedokończenie rytuału przywrócenia go do życia stwarza jeszcze większe zagrożenie, Mistrz wciela w życie dziwny, ale jak zawsze diaboliczny plan, Doktor nie ma dokąd uciec, a kiedy jednak ucieka okazuje się, że Władcy Czasu znaleźli sposób, by powrócić i mają jeszcze straszniejszy plan niż Mistrz. Ten brak poczucia bezpieczeństwa podsycany chwilową rezygnacją Doktora i jego brakiem wpływu na wydarzenia jest niepowtarzalny. Nie możemy pokrzepić się myślą, że przecież przybędzie Doktor, pomacha śrubokrętem, przestawi kilka dźwigni i z uśmiechem na ustach uratuje świat, bo po prostu twórcy nam na taką myśl nie pozwalają. Nie ma możliwości na proste rozwiązania, nic nie dadzą piękne przemowy Doktora, a świata nie uratuje czyjaś miłość.

Ponowny wybór

O tym pisałam już w poprzednim artykule, ale moim zdaniem jest to bardzo ważna kwestia i nie można jej pominąć. Doktor dostaje możliwość ponownego dokonania wyboru między własną rasą, a dobrem Wszechświata. Widzowie dostają wyjaśnienie, dlaczego Doktor zdecydował się na tak dramatyczny krok i postanowił zniszczyć wszystkich Władców Czasu. Sam Doktor ma możliwość ponownego przyjrzenia się sytuacji, która odcisnęła się tak ogromnym piętnem na jego późniejszym życiu. Jest to też ogromny dramat Doktora, bo choć cierpi przez decyzję jaką podjął przed laty, wie, że wybór jakiego dokonał był właściwy.

Przyczyna regeneracji

Przyczyna regeneracji Dziesiątego Doktora bardzo mi się podoba. Nie ginie broniąc świata, walcząc z Dalekami, Cybermenami czy innymi groźnymi wrogami. Poświęca się dla uratowania jednego, starego człowieka, który przez przypadek znalazł się w sytuacji zagrożenia. Oddanie życia za wolność i bezpieczeństwo całych światów jest bardzo szlachetne, jednak to, co dostaliśmy w Do końca wszechświata, jest piękne. Doktor nie ginie za miliony bezimiennych istnień, które być może nie będą nawet o tym wiedzieć. Staje naprzeciw zwykłego, niewiele znaczącego w skali wszechświata człowieka, którego śmierć była by jedynie osobistą tragedią małej grupy osób. Doktor jednak wie, że nie może postąpić inaczej. Dla niego każde życie jest ważne, a każda śmierć jest tragedią. Widzimy w tym prawdziwy obraz Dziesiątego Doktora – kochającego ludzi kosmity.

Pożegnania

Do końca wszechświata to nie tylko pożegnanie Dziesiątego Doktora. Wraz z nim odchodzi także ekipa, która tworzyła serial przez ostatnie lata, odchodzi producent wykonawczy, który wskrzesił serial. To koniec pewnej epoki i na zakończenie dostaliśmy serię pożegnań. Zobaczyliśmy, jak Doktor żegna wszystkich, których kochał. Jak odbiera swoją nagrodę, dając bliskim sobie osobom to, co najlepszego może im podarować. Ratuje życia, daje podarunki. Razem z nim żegnamy wszystkich, którzy towarzyszyli nam w podróżach z Doktorem i byli ważnym elementem jego historii. To wszystko jest bardzo wzruszające i idealnie pasuje do Dziesiątego Doktora. Żegnamy go i widzimy, że na każdego przychodzi czas, nawet na Zwycięskiego Władcę Czasu.

Mam nadzieję, że ta analiza pozwoli wam spojrzeć nieco inaczej na pożegnalną historię Dziesiątego Doktora. Czy znajdujecie jeszcze jakieś dobre strony The End Of Time, których nie wymieniłam? Dajcie znać w komentarzach!

PS Jeśli macie propozycje innych źle ocenianych odcinków do odczarowania piszcie śmiało!

PATRONITE


Wielka miłośniczka fantasy i science fiction. Pożeraczka komiksów, książek i seriali. Wielbicielka folii bąbelkowej w popkulturze. Prywatnie jest goblinem i być z tego dumna! Kocha pisać i niestrudzenie marzy o własnym kluczyku do TARDIS.
  • McThar

    Mnie nie trzeba przekonywać, że to świetna historia. Nigdy nie trzeba było. To po prostu piękne jak Doktor poświęca swoje życie za mało znaczącego staruszka (błagam, niech Wilfred kiedyś powróci!!!), odsyła Władców Czasu z powrotem do „piekła”, żegna się ze wszystkimi towarzyszami. Jedyne co mi się chyba w tej historii nie podoba, to polskie tłumaczenie.. naprawdę, kto to wymyślił?

    • Blownie

      hah, oficjalne polskie tłumaczenia Doktora zawsze są..tak bez sensu.. pamiętacie „wodospad Arkadii” w 50-leciu? (:

      • McThar

        Ja, na szczęście, oglądałem wersję, w której nie było żadnych „wodospadów”. Naprawdę kto wpadł na taki pomysł? I moim zdaniem lepiej jest oglądać w oryginale i z napisami ewentualnie.

        • WIDZIAŁAM TO NA WŁASNE OCZY. Naprawdę były wodospady. Cannot be unseen. :D (Ja wiem, jak wygląda praca tłumacza audiowiz i superłatwo się wyrąbać, ale serio, na ekranie masz obraz z polem bitwy i uznajesz słowa „oto wodospad” za dobry pomysł? How, how, HOW…)

          • Blownie

            tbh, ja się również wciąż czepiam „daru niebios”, ale to już większe subtelności kontekstu, to rozumiem. a wodospady mnie dobiły, bo naprawdę, odrobina pomyślunku… i normalnie oglądam w oryginale, z początku jak jeszcze słabiej znałam angielski, to z napisami co najwyżej, ale akurat na 50-lecie miałam ze znajomymi imprezę z oglądaniem w telewizji, więc byłam na to skazana xD

            • McThar

              Jak ja się cieszę, że tego nie widziałem :D I jak dobrze, że teraz oglądam tylko po angielsku, ewentualnie jeszcze z angielskimi napisami.

      • Strzeż się Płaczących Aniołów i kaczek ;)

        A jak przetłumaczyli „Gallifrey falls no more”?

  • Zastanawiam się, na ile to, co zrobił Davies z Dziewiątym i Dziesiątym, jest oryginalne. Najczęściej postać zmuszona do tak trudnego wyboru jak Doktor, po podobnych przejściach staje się mniej wrażliwa, bardziej cyniczna, ideały ustępują miejsca praktyce i popularny jest ten motyw, że zajmuje się tym, czym inni zajmować się nie chcą lub nie są do tego zdolni. Tymczasem u Doktora to idzie w przeciwną stronę: Dziewiąty myśli, że jest w stanie powtórzyć ten czyn (mniej lub bardziej), ale nie jest, a Dziesiąty to oczywisty idealista, który się umieścił na piedestale i cierpi, że jest na nim samotny. Kto zna postacie, które by przeżywały coś podobnego?

  • Karol Smykowski

    Fajny artykuł ale dlaczego jest on w dziale napisy?