Nasze wrażenia z Pyrkonu 2018

W dniach 18-20 maja 2018 roku w Poznaniu odbył się osiemnasty już Pyrkon – jeden z największych konwentów w Polsce. Mieliśmy okazję uczestniczyć w nim już kilkakrotnie i w różnych rolach, a relacje z poprzednich edycji przeczytacie tu, tu i tu. Można więc powiedzieć, że Doktor jest stałym gościem poznańskiego wydarzenia, a ekipa jego fanów co roku dba o to, by świat Doctor Who był widoczny wśród innych fandomów. Nie inaczej było i tym razem – członkowie naszej redakcji wybrali się na Pyrkon, by uczestniczyć w doktorowych punktach programu, spotkać pozytywnie zakręconych ludzi i przede wszystkim chłonąć jedyną w swoim rodzaju atmosferę konwentu. A na koniec – by coś o tym wszystkim wam opowiedzieć. 

Chociaż sam konwent zaczął się w piątek, przygotowania do niego często trwają miesiącami – jak w tym roku wyglądały wasze? Wyczekiwaliście Pyrkonu czy może był to spontaniczny wypad na ostatnią chwilę? Przybraliście postawę niestrudzonych konwentowiczów śpiących w sleepromie, wybraliście opcję komfortową czy może krócej uczestniczyliście w konwencie? To jest też dobre miejsce na podzielenie się niespodziewanymi atrakcjami ze strony świata, jak opóźnione pociągi czy kilometrowe kolejki. ;)

Noskova: Pyrkon upłynął dla mnie pod znakiem pewnej nowości, ponieważ dopiero w tym roku zdecydowałam się, by po raz pierwszy na niego pojechać. Dlatego wszystko, co mogę napisać na jego temat, zostanie napisane z perspektywy świeżaka: nieobeznanego, nadrabiającego zaległości w chodzeniu po konwentach, zachwyconego prawie wszystkim dookoła.

Cała przygoda zaczęła się już długo przed Pyrkonem. Najpierw pojawił się pomysł, potem mozolne, czasochłonne przygotowywanie cosplayu i logistyka związana z dojazdem do Poznania i programem festiwalu. Uzbrojona po zęby w torby ze strojem, w towarzystwie kuzynki i kilku setek innych Pyrkonowiczów, noc przed Pyrkonem spędziłam w wesołym pociągu relacji Przemyśl-Szczecin. Z TARDIS pod ręką byłoby szybciej i wygodniej, ale podróż to przecież część uroku tego typu wydarzeń.

Nie byłam pewna, czy będę wiedziała, jak dojść na teren Targów Poznańskich. Wystarczył jednak rzut oka z okien dworca na formujący się już od rana kolejkon, żeby wiedzieć, dokąd tego dnia prowadzą wszystkie ścieżki. Co prawda z wejściówką dla mediów nie musiałam czekać razem z innymi, ale nie mogłam sobie odmówić wyjątkowej atmosfery panującej w osławionym kolejkonie. Teren targów jest OGROMNY. I nic dziwnego, jeśli ma pomieścić czterdzieści tysięcy miłośników fantastyki. Pozytywnym zaskoczeniem był sleeproom, czyli dwie wielkie hale noclegowe. Co prawda wyglądał trochę jak obóz dla uchodźców, ale udało się nam znaleźć wygodny, osłonięty kawałek podłogi.

Vitecassie: Ja z kolei w tym roku byłam jedną z tych osób, które niemal przegapiły Pyrkon – nadszedł niespodziewanie w gąszczu innych spraw i gdyby nie to, że rodzina zrzuciła mi się na głowę (tzn. do mieszkania), mogłabym zapomnieć podnieść się w weekend z łóżka. Takie są jednak plusy mieszkania w Poznaniu – nie trzeba się specjalnie przygotowywać ani ryzykować spaniem w sleeproomie. Mogłam się też po raz kolejny przekonać, że odbieranie wejściówki w czwartek to naprawdę dobry pomysł, który pozwala uniknąć wszelkich frustracji związanych z kolejkami. Ostatecznie wszystko przebiegło więc szybko i bezproblemowo, trzydniowy festiwal dobrej zabawy mógł się na dobre rozpocząć.

Sass: To był mój pierwszy Pyrkon, więc moja relacja również będzie pisana z perspektywy nowicjusza. Zacznę od tego, że na tegoroczny Pyrkon wcale się nie wybierałem. Bilet na pociąg zdążyłem kupić w dzień festiwalu, a spakować się chwilę przed odjazdem pociągu, w którym spędziłem pięć godzin. Gdy dotarłem do Poznania, nie musiałem szukać budynku, w którym ma miejsce konwent. Lokacja imprezy to gigantyczny plus, szczególnie dla osoby, która w Poznaniu nigdy nie była. Kiedy doczłapałem do kas, znowu byłem pozytywnie zaskoczony, nie było żadnych kolejek! Gdy kilka dni przed festiwalem widziałem grafiki kilkudziesięciometrowych kolejek, byłem naprawdę przerażony. Ale okazało się, że w zwykłych kasach kolejka mierzyła jakieś pięć osób. Niestety, na Pyrkonie spędziłem tylko jeden dzień, sobotę. Powodem był brak jakiegokolwiek miejsca w sleeproomie oraz brak miejsc w hotelach, hostelach i innych tego typu miejscach w Poznaniu.

Lierre: Miałam się nie dopisywać tym razem do relacji, ale tak trudno się powstrzymać! Dla mnie był to, jeśli dobrze liczę, szósty Pyrkon. Okoliczności i poważna konkurencja, jaką miał w tym roku, stawiały pod ogromnym znakiem zapytania mój udział. Po długim wahaniu podjęłam decyzję, że jednak zostaję w Krakowie… Po czym kilka dni przed Pyrkonem dotarło do mnie, że nie, nie ma mowy, muszę tam wpaść choćby na jeden dzień, bo będę potem bardzo żałować. Pojechałam więc w nocy z piątku na sobotę, sobotę spędziłam na Pyrkonie i w nocy wsiadłam do powrotnego pociągu do Krakowa. 14 godzin jazdy, 14 godzin konwentu – to było dość ekstremalne. Chciałabym w tym miejscu pozdrowić wolontariusza, który sprzedał mi wejściówkę dokładnie o 6 rano – po całonocnym dyżurze wyglądał tak, jak ja się czułam, współodczuwałam. :D

Po przebrnięciu przez dłuższe czy krótsze kolejki w końcu dotarliśmy na teren Pyrkonu. W tym roku nie prowadziliśmy Meet Pointu. Ze względu na zmiany w formule festiwalu, obiektem naszego redakcyjnego zainteresowania stały się przede wszystkim prelekcje i panele. W jakich (zwłaszcza doktorowych) atrakcjach mieliście okazję uczestniczyć i jakie wywarły one na was wrażenie?

Noskova: Ogarnięcie tak rozbudowanego programu, w którym jednocześnie zaplanowane było kilka do kilkunastu atrakcji, wcale nie było proste. Już samych ciekawych prelekcji było chyba kilkadziesiąt, a do tego trzeba doliczyć jeszcze konkursy, wystawy, zakupy i całą masę spontanicznych oraz mniej lub bardziej zaplanowanych, nieoficjalnych inicjatyw. Trzeba było podejmować decyzje. Oczywiście najbardziej interesowało mnie wszystko, co wiązało się z uniwersum Doctor Who. Niestety, w przeciwieństwie do wcześniejszych edycji festiwalu, w tym roku nie było ich zbyt wiele. Dwie bardzo interesujące prelekcje i larp.

Pierwszy w kolejce był prowadzony przez Sabrinę Haenze wykład pt. Wonderful and Weird: The Women of Doctor Who. Prelegentka przybliżyła zgromadzonym fanom kilka znaczących postaci kobiecych serialu, w tym najważniejszych towarzyszek i przeciwniczek Doktora. Cieszyłam się szczególnie z części dotyczącej Classic Who, z tej prostej przyczyny, że jestem dopiero na samym początku poznawania tego fragmentu Whoniversum. Prelekcja była bardzo ciekawa i zgromadziła pełną widownię.

Równie ważnym punktem był wykład Anny „Natashy Romanoff” Grembowskiej pt. Jak zacząć przygody z Doktorem?, przede wszystkim dlatego, że w przystępny sposób przedstawiał Whoniversum, podpowiadając, jak najlepiej w nie wejść i dlaczego warto to zrobić. Na widowni zasiedli w większości fani serialu, ale były również osoby, które go do tej pory nie znały, i, miejmy nadzieję, wkrótce powiększą nasz fandom.

W czasie Pyrkonu odbył się również larp Ostatni pociąg na Midnight, osadzony w realiach tej złowieszczej planety i oferujący graczom cały przekrój ciekawie napisanych postaci. Dreszczyku dodawał zapewne fakt, że grano w środku nocy. W tym punkcie nie brałam udziału, jako że miałam okazję wcielić się w postać towarzyszki Doktora w zeszłym roku, w czasie betatestów larpa i nie chciałam blokować miejsca, jednak z tego co słyszałam, uczestnicy byli zadowoleni.

Poza doktorowymi punktami programu najbardziej mnie zainteresowały te, które w jakiś sposób dotykały kosmosu, dlatego zdecydowałam się na dwa wykłady Leszka Błaszkiewicza: Zagrożenia z kosmosu oraz Czas i przestrzeń w fizyce i fantastyce. Genialne. Szczególnie ten drugi. Prelekcje mocno działały na wyobraźnię i pobudzały intelektualnie. Co prawda, wśród licznych odniesień do fantastycznych książek i filmów inspirowanych fizycznymi teoriami zabrakło naszego ulubionego serialu, ale przynajmniej zyskałam pokaźną listę pozycji do przeczytania.

Vitecassie: W tym roku doktorowych akcentów rzeczywiście wydawało się być mniej – czy to prelekcji, czy to innych atrakcji, czy to wreszcie cosplayerów. Może to faktycznie wynikać z faktu, że nie było specjalnego Meet Pointu, w którym można by whovian zebrać i policzyć. A może to kwestia zupełnego przypadku. Tak czy inaczej – kilka punktów programu dedykowanych Doctor Who się odbyło i w większości z nich udało mi się uczestniczyć.

Pierwszym z nich – i chyba najbardziej efektownym – była prelekcja o kobietach w świecie Doktora. Sporo mitów o klasycznych postaciach zostało obalonych, a wiele towarzyszek z nowych serii nabrało więcej głębi, a nawet kontrowersji, które doprowadziły do całkiem żywych dyskusji podczas późniejszego spotkania. Z kolei na prelekcji Jak zacząć przygody z Doktorem poza oczywiście garścią bardzo przydatnych porad o tym, od jakich odcinków i w jaki sposób dobrze jest rozpocząć oglądanie Doctor Whomożna było zauważyć to wspaniałe zjawisko, kiedy nawet zagorzali fani Doktora przychodzą tylko po to, by posłuchać o ulubionym serialu. Zresztą na tym się nie kończy – przyprowadzają swoich znajomych, partnerów czy dzieci, by wprowadzić ich w ten niesamowity świat. Oczywiście na sali znaleźli się też uczestnicy, którzy przyszli dobrowolnie i bez whoviańskiego towarzystwa, czyli ci, do których przede wszystkim ta prelekcja była skierowana.

Jednak nie samym Doktorem człowiek żyje, dlatego miałam też okazję uczestniczyć w innych prelekcjach i warsztatach, w tym rewelacyjnych Światotworzenie – jak zrobić świat w 5 minut i Jak stworzyć barwną postać kobiecą? – DIY Joanny „Aś” Marcinkowskiej i Pawła „Wyspy” Klimasa, które nie tylko były kopalnią wiedzy o tworzeniu własnych światów i postaci (przede wszystkim do erpegów i larpów, ale wiedza była jednocześnie na tyle uniwersalna, że można ją zastosować w jakichkolwiek sytuacjach wymagających kreatywności), ale też naprawdę świetną zabawą dla wszystkich uczestników. Dowiedziałam się też, że czarodzieje z Hogwartu zostaliby pozwani za znęcanie się nad zwierzętami, gdyby przyszło im żyć naprawdę (Harry Potter” w kontekście praw zwierząt Wiktorii „Hotarubi” Jureczko), dlaczego pierwszym obrazem wampira, który przychodzi nam do głowy, jest Bela Lugosi (Czym straszyli naszych dziadków? Szymona „Consigliere” Makucha) i dzięki komu mówi się, że polski dubbing jest jednym z najlepszych na świecie (Co fan kreskówek powinien wiedzieć o dubbingu? Izabeli „Smoke” Rząd). Atrakcji Pyrkonu wydaje się być zresztą nieskończenie wiele, co stanowi jego błogosławieństwo i klątwę jednocześnie – a stawania przed niemożliwym wyborem między dwoma upragnionymi punktami programu chyba nikomu nie życzę…

Sass: Na moje nieszczęście udało mi się zdążyć na tylko jedną doktorową prelekcję, która poprowadzona była wspaniale! Mówię tu o Jak zacząć przygody z Doktorem, którą prowadziła Ania Grembowska. Prelekcja świetnie wprowadzała świeżaków w nasz ukochany serial, mimo tego, że było ich naprawdę niewielu, 3/4 sali stanowili znający cały serial whomaniści. Prowadząca świetnie opowiedziała o tym, kim jest Doktor oraz jaki jest. Wyznaczyła również punkty, w których można zacząć oglądać serial i odcinki, które można pokazać niewtajemniczonym (czyt. rodzinie i przyjaciołom, których chcesz uzależnić od Doctor Who). Kolejną prelekcją, na której byłem i która bardzo mi się podobała, było ABC fantastyki prowadzone przez Simona Zacka, gdzie przedstawiał najpopularniejszych autorów fantastycznych książek. Dzięki niej dowiedziałem się, że Odyseja kosmiczna ma tak naprawdę 4 części (serio!).

Jednak konwenty to nie tylko świetna zabawa i poszerzanie swojej wiedzy na temat popkultury, ale też wyjątkowa okazja, by spotkać wspaniałych ludzi, których w tzw. „normalnym życiu” nigdy byśmy nie poznali, a którzy dzielą nasze pasje i zainteresowania. Często też nawet umawiamy się ze znajomymi z drugiego końca Polski na pyrkonowe spotkanie. W tym roku udało nam się wziąć udział w nieoficjalnym spotkaniu whovian, ale czy mimo zmienionej formuły i w tym roku mieliście okazję poznać kolejnych fanów serialu? Kogo udało wam się spotkać, a kogo nie? A może mieliście szczęście spotkać jedno ze swoich ulubionych autorów czy artystów?

Noskova: Niestety nie było oficjalnego, działającego cały czas doktorowego Meet Pointu. Nie było naturalnej wielkości Daleka ani TARDIS. Ale fanom i tak udało się skrzyknąć i spotkać, a to za sprawą założonej wcześniej facebookowej grupy Doctor Who na Pyrkonie (wielkie dzięki dla Ani G., założycielki grupy). Na spotkanie się spóźniłam i mogłam zostać tylko chwilę, czego żałuję, bo gdybym pobyła z innymi whovianami trochę dłużej, to może nawiązałyby się w ten sposób ciekawe znajomości czy nawet przyjaźnie. Ale ten krótki czas wystarczył przynajmniej, by się pozytywnie naładować na resztę dnia i zrobić parę pięknych grupowych zdjęć.

Poza tym whovian można było spotkać tak po prostu, na placu czy przez salą prelekcyjną, szczególnie w okolicach doktorowych prelekcji. To naprawdę budujące doświadczenie, biorąc pod uwagę fakt, że w moim mieście nie ma nas zbyt wielu (albo się nie ujawniają).

Vitecassie: Pyrkon to zawsze jest świetna okazja do spotkania dawno niewidzianych znajomych z drugiego końca Polski, a czasem nawet z tego samego rodzinnego miasta, z którymi nie umiemy już znaleźć wspólnego czasu w zwykły weekend. Tym razem miałam okazję spędzić znaczną część konwentu z siostrą i szwagrem, standardowo wpadłam na kilkoro znajomych (spotkałam np. przybyłą* incognito Lierre!), nawiązałam parę nowych znajomości… Jak zwykle, wspaniale było spotkać fanów Doctor Who – jednych po raz pierwszy, innych wcale nie – przede wszystkim podczas bardzo owocnego spotkania. Pojawiło się na nim sporo (przynajmniej porównując z ostatnim Pyrkonem) nowych twarzy, jeszcze więcej opinii i pomysłów – za to wszystko dzięki należą się Ani, która była tak dzielna, by takie spotkanie zorganizować. Mam nadzieję, że zobaczymy się znów za rok i to w jeszcze większym gronie. Może nie tak dużym, jak tajemniczy marsz proklamujących ananasa na króla Pyrkonu czy coś w tym rodzaju (bardzo ciężko było nam rozróżnić słowa, zwłaszcza, że nie wydawały się mieć specjalnego sensu) – chociaż właściwie, czemu nie? ;)

*Jest mi naprawdę przykro, że imiesłowy w języku polskim nie działają w ten sposób. Zmieńmy to.

Lierre: Oj tam, od razu incognito! Wabiłam whovian na koszulkę z Trzynastą. :) Nie udało mi się, niestety, dotrzeć na whoviańskie spotkanie, a większość osób, które spotkałam, to byli starzy znajomi. Nie tylko jednak – chciałabym w tym miejscu pozdrowić cosplayerkę przebraną za Trzynastą Doktor, byłaś rewelacyjna! Nie masz pojęcia, jak się ucieszyłam, widząc taki strój na Pyrkonie (a podobno było was więcej!), zwłaszcza po tym, jak, wędrując ze znajomą po terenie, minęłyśmy chłopaka przebranego za Dziesiątego Doktora, który zachwycił się naszym zachwytem i powiedział, że… prawie nikt go jeszcze nie rozpoznał??? Ludzie, co się dzieje? Czy nasz fandom upada? Czy to koniec? Na jakimś poziomie było mi na Pyrkonie trochę przykro, że widać tak mało fezów i szelek, ale taki mamy moment lekkiego zastoju, mam nadzieję, że za rok będzie lepiej. A to też nie tak, że w ogóle nie było widać whovian, bo jednak widziałam kilku Dziesiątych i Jedenastych, Trzynastą i wiem, że była Jola w REWELACYJNYM stroju mondasjańskiego Cybermana (bardzo żałuję, że na nią nie wpadłam i nie mogłam się przyjrzeć kostiumowi na żywo! Oby jeszcze była okazja). Widać ich zresztą na poniższym zdjęciu. Może za rok uda się jakoś mocniej zaznaczyć obecność whovian? Trzeba pomyśleć. Gdyby ktoś miał pomysły i/albo chęci, to wiecie, gdzie mnie znaleźć. ;)

Jedną z głównych atrakcji pozaprogramowych tego typu wydarzeń jest liczna obecność cosplayerów – tych profesjonalnych i amatorskich. Czy wśród tysięcy przebrań, które mieliście okazję zobaczyć, znalazło się jakieś, które do was szczególnie przemówiło? Spotkaliście doktorowych cosplayerów? A może sami robiliście cosplay?

Noskova: W czasie tego nieoficjalnego spotkania whovian można było oczywiście spotkać kilkoro świetnie wystylizowanych cosplayerów. Organizatorką całego zamieszania była cudowna River Song, pojawiła się również Rose z odcinka Latarnia głupców („The Idiot’s Lantern”), Jedenasty i Trzynasta Doktor oraz mondasjański Cymerman (czyli ja ;)), migały fezy, spódniczki TARDIS i doktorowe koszulki. Cosplayerzy, jak i pozostali fani, chodzili też na prelekcje związane z Doctor Who, czasem można było też jakiegoś wyhaczyć w tłumie na korytarzach czy terenie pomiędzy budynkami. Wydaje mi się jednak, że w porównaniu do innych fandomów wypadliśmy raczej blado, przynajmniej ilościowo. Może na następny raz zrobimy bardziej zmasowaną, cosplayową akcję?

Na uwagę zasługuje szczególnie cosplay Karoliny Krupskiej (@valkyriacraft), która reprezentowała nasz fandom na konkursie Maskarada. Jej strój TARDIS był naprawdę śliczny. Możecie go obejrzeć na tym zdjęciu. Wystąpienie podczas Maskarady wymaga dużej odwagi (bo scenka, bo jury, bo ogromna widownia), a dzięki Karolinie doktorowy kostium podziwiały tysiące. Redakcja Gallifrey dziękuje i kłania się nisko!

Co do pozostałych cosplayerów – tak jak pisałam wcześniej, byłam na Pyrkonie pierwszy raz i jestem naprawdę zachwycona tymi cudownymi ludźmi, którzy tworzą piękne, bajeczne i tak niesamowicie wymagające stroje! Jestem pod ogromnym wrażeniem!

Vitecassie: Doktorowych cosplayerów było całkiem sporo – spotkałam dwie świetne Trzynaste, kilkoro Jedenastych, świetnie wystylizowane Rose i River, kilka TARDIS (niektóre nawet z latarniami na głowach) i wreszcie wspaniałego Cybermana Noskovej. Zawsze podziwiam ogromny trud włożony w tworzenie kostiumów i dopracowanie do najmniejszych detali – mnie brakowałoby chyba determinacji i konsekwencji, żeby stworzyć coś takiego. Próbowałam nawet w tym roku poskładać cosplay River, ale ostatecznie szkoda mi było rozjaśnić włosy, a już tym bardziej spędzić dnia w jedynych butach, które mam i które przypominałyby te z serialu (zimowych butach), więc się poddałam – ale może kolejny rok przyniesie lepsze rozwiązania. ;)

Sass: Spotkałem wielu świetnych cosplayerów, z których najbardziej podobał mi się Cyberman z The Tenth Planet i finału ostatniej serii. Świecące diody na panelu na brzuchu oraz na głowie były świetnie zrobione! Ten cosplay świetnie pokazywał to, na co stać fanów – siedzenie miesiącami nad kostiumem, żeby ubrać go na kilka dni konwentu. Świetnym cosplayem był również cosplay River Song, która prowadziła jedną z doktorowych prelekcji. Wyjątkowo dużo było Jedenastych Doktorów, którzy biegali ze swoimi śrubokrętami i fezami na głowach. Cosplaye na Pyrkonie były naprawdę udane.

Tradycyjnie na Pyrkonie znalazła się też ogromna hala wystawców, na której można było zaopatrzyć się w dobra wszelakie – od gadżetów, przez ubrania i książki, po smakołyki z różnych zakątków świata. Pochwalcie się swoimi zdobyczami – co tym razem upolowaliście? 

Noskova: Słyszałam wcześniej takie stwierdzenie: „Ile pieniędzy weźmiesz na Pyrkon, tyle wydasz”. Dlatego postanowiłam mocno trzymać na wodzy moją chęć wykupienia połowy rzeczy z większości stoisk i skończyłam raczej skromnie: kubeczek z Jedenastym, dwa inne jako prezenty, kilka przypinek i plakat z Dalekiem. I ten plakat, jak by to powiedzieli fani anglojęzyczni, „made my Pyrkon”: identyczny kupiłam rok temu w Doctor Who Experience w Cardiff i zgubiłam na lotnisku!

Większość wystawców celowała w inne fandomy; gadżety z Doctor Who czasem się pojawiały, ale trzeba było ich dobrze poszukać. Podobno było na hali stoisko, które oferowało całe mnóstwo doktorowych fantów. Niestety go nie zauważyłam – gdybym na nie trafiła, pewnie obkupiłabym się dużo bardziej.

Vitecassie: Na Pyrkonie naprawdę trudno jest nie kupić rzeczy, to prawda. W tym roku najlepszym zabezpieczeniem przed wydawaniem zbyt dużej ilości pieniędzy okazał się mBank, który ogłosił przerwę techniczną w nocy z soboty na niedzielę, w związku z czym nie można było wypłacać pieniędzy z bankomatów… jeszcze o godzinie 15:30 – a, jak to zwykle bywa na tego typu imprezach, u większości wystawców możliwa była wyłącznie płatność gotówką. Właściwie może to i dobrze, bo chęć zakupu wszystkich upragnionych gadżetów mogłaby się zakończyć iście studenckim śniadaniem w stylu klasycznego chleba posmarowanego nożem przez najbliższy miesiąc…

Oczywiście żadne siły zła nie są w stanie powstrzymać pyrkonowiczów przed zakupami, dlatego wzbogaciłam się o dwa plakaty – jeden z Odmętów Absurdu, a drugi z Lisich Spraw, i to w dodatku z autografem (lisie królestwo wiwatowało w moim serduszku, kiedy Ari podpisywała!) i doktorowe kostki, które dostałam w prezencie. Kupiłam też przewspaniały kubek na dzień matki, który okazał się być prezentem o tyle wspaniałym, że dużym, a wielkość naprawdę ma znaczenie, kiedy mowa o porannej kawie.

Lierre: Rzeczywiście na stoiskach było mało doktorowych przedmiotów. Tym, o którym wspomina Noskova, było zapewne stoisko Magma Shop, sklepu zaprzyjaźnionego z Whomanikonem i wszelkimi doktorowymi inicjatywami. Mignęło mi trochę plakatów i kubków, ale takie rzeczy już mnie w ogóle nie kuszą… Wyjechałam z Pyrkonu z plecakiem z Gilmore Girls, antologią Inne światy SQN, która miała wtedy premierę i odrobiną japońskich słodyczy. Ach, i masą naklejek! Uwielbiam naklejki. Na jednym stoisku natknęłam się na na rewelacyjne, wielofandomowe, w tym kilkanaście rodzajów doktorowych z różnymi postaciami. Aż wam je muszę pokazać! (Jeśli ktoś będzie w stanie mi powiedzieć, jak mogło się nazywać stoisko z tymi górnymi trzema, będę ogromnie wdzięczna).

Nie można w żaden sposób zaprzeczyć, że Pyrkon, jak zwykle, był czasem pełnych wrażeń. Trochę już ochłonęliśmy, zebraliśmy myśli i możemy teraz śmiało odpowiedzieć na pytanie: jak nam się podobało? Co nas zafascynowało, czym cieszyliśmy się jak dzieci, a co chcielibyśmy zmienić?

Noskova: Podobało mi się bardzo, szczególnie ze względu na ogromną liczbę różnorodnych prelekcji i atrakcji, w których każdy znalazł coś dla siebie. Cudowne było to, ilu pozytywnie zakręconych ludzi można tam spotkać i jaka atmosfera panowała właściwie wszędzie i o każdej porze. Wielkie wrażenie sprawili na mnie cosplayerzy – niektóre stroje były naprawdę z najwyższej półki i wprawiały w zachwyt, inne proste, ale pomysłowe i zabawne. Cudo.

Co bym chciała zmienić? Chyba tylko jedną rzecz w sobie: na następny raz zadbam o cosplay, który nie będzie ważył tony i w którym nie będę się gotować przy każdym błysku słońca. Cała reszta (w tym też jasne kwestie organizacyjne i pomocni, uprzejmi wolontariusze) była świetna i motywująca, by do Poznania wracać na kolejne edycje Pyrkonu.

Vitecassie: Było oczywiście wspaniale, nawet wspanialej niż w zeszłym roku, chociaż oczywiście brakowało mi naszego Meet Pointu. Po pierwsze, kolejki do poszczególnych punktów programu były naprawdę dobrze zarządzane i (może poza sobotnim wieczorem) nie stanowiły przeszkody w wejściu na wybrane przez nas atrakcje. Jakość wszystkich atrakcji, w których miałam okazję uczestniczyć, była naprawdę wysoka i przez cały czas, w którym głównym priorytetem mojego mózgu nie był sen, naprawdę dobrze się bawiłam. A – i nie wiem, czy mogę tak publicznie propagować, ale tegoroczne piwo pyrkonowe było naprawdę pyszne!

Zmieniłabym za to może mój tydzień poprzedzający sam Pyrkon – przez cały konwent byłam naprawdę zmęczona i było mi naprawdę szkoda kilku punktów programu, z których musiałam zrezygnować na rzecz porządnej drzemki i kilku litrów herbaty. Co do samego Pyrkonu chyba nie mam zastrzeżeń – organizacyjnie (przynajmniej na tyle, na ile widziałam) wszystko działało bardzo sprawnie (bo sobotnich kolejek się wyeliminować chyba nie da), wszędzie było bardzo bezpiecznie i w dodatku bilety upoważniały do darmowych przejazdów komunikacją miejską przez wszystkie trzy dni trwania konwentu. I to może jest argument, który przekona wszystkich narzekających na podniesienie cen biletów, jeśli wzrost jakości tego nie zrobił: cena biletu trzydniowego na komunikację miejską wynosi prawie 30 zł – o ile ktoś nie spał w sleeproomie i nie wyjeżdżał poza teren targów, z takimi kosztami mógł się spokojnie liczyć. Ja za ten bilet jestem bardzo Pyrkonowi wdzięczna, bo na co dzień wszędzie, gdzie potrzebuję być, mam blisko i chodzę pieszo, a tak zaoszczędziłam po pół godziny snu dziennie. A, jak powszechnie wiadomo, sen jest ważny. 

Lierre: Ja bym bardzo chciała większej obecności whovian na Pyrkonie – więcej programu, może jakaś przestrzeń, stoisko w Strefie Inicjatyw? Warto się zastanowić. Nie podejmę się tego sama, bo wiem już, że wiosna przyszłego roku będzie dla mnie bardzo intensywnym czasem, ale jest nas tak wiele, większą grupą możemy dokonać czegoś niesamowitego! Myślę, że warto spróbować. Co zaś do samego Pyrkonu – ja tę imprezę niesamowicie szanuję, wiem, jaka armia ludzi za nią stoi i jakiej niewyobrażalnej pracy wymaga ta machina, by sprawnie działać – a działa. Z perspektywy szarego uczestnika Pyrkon jest trochę przytłaczający. Ogromnie dużo się dzieje, ale gwarancji, że uda się zrealizować swój plan, nigdy nie ma. Nie udało mi się dostać na połowę punktów programu, na których mi zależało, wszechobecne kolejki (do sal, do jedzenia… tylko w łazienkach nie było, zawsze mnie to szokuje) i dziki tłum w hali wystawców trochę mnie przytłoczyły i po kilkunastu godzinach miałam poczucie, że tak, tyle mi wystarczy. Paradoksalnie jednak wolałabym w przyszłości przyjeżdżać na cały Pyrkon, żeby właśnie – mieć czas wyjść z targów, odetchnąć w ciszy, zobaczyć kawałek przepięknego Poznania. Już więc planuję swój siódmy Pyrkon.


Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć z wydarzenia.

Pyrkonowe życie: sleeproom, prelekcje, spotkania, zakupy… i sesje zdjęciowe!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Kto z was był też na Pyrkonie? Jak wam się podobała tegoroczna edycja?

Daj na ciastko!