Nie twierdzę, że Cardiff jest jedynym miastem, w którym można wpaść na drag queen w kostiumie TARDIS (przy okazji, Bev, byłaś cudowna); ale może być jedynym miastem, w którym zupełnie nikogo to nie zaskakuje.

Wielka Brytania obchodziła właśnie LGBT History Month i z tej okazji w sobotę 25 lutego w Museum of Wales w Cardiff odbyła się konferencja poświęcona wpływowi Doktora Who na społeczność LGBT (i vice versa). Za namową Lierre, choć pogoda była paskudna, wybrałam się do miasta – bycie redakcyjnym zagranicznym korespondentem do czegoś w końcu zobowiązuje. Szczerze powiedziawszy, bawiłam się lepiej, niż się spodziewałam.

Na początek może przedstawię panelistów:

Waris Hussein, reżyser odcinków od An Unearthly Child i Marco Polo (oraz jedna z osób, które przekonały Williama Hartnella do podjęcia roli); Gareth David-Lloyd (Ianto Jones z Torchwood) oraz Bethany Black (474 z Nie zaśniesz już („Sleep No More”)), pierwsza transseksualna aktorka w Doktorze Who; Phil Collinson, producent serialu za czasów Russella T Daviesa; Barnaby Edwards, aktor i pisarz pracujący dla Big Finish oraz operator Daleka wraz ze swoim partnerem, Nickiem Peggiem, również operatorem Daleka (to świetnie wygląda w rubryce „zawód”, nie?) oraz pisarzem; Roz Kaveney, pisarka i krytyk literacki oraz oczywiście whovianka; David Llewelyn, pisarz; Llyr Morus, odpowiedzialny za plenery oraz produkcję paradokumentalnego filmu An Adventure in Space and Time; Edward Russell, członek ekipy produkcyjnej Doktora Who; James Goss, autor książek i słuchowisk oraz producent doktorowych animacji (np. Scream of the Shalka); Lisa Power oraz Christel Dee, aktywne działaczki zarówno w społeczności LGBT, jak i fandomie Doktora; oraz Russell T Davies, którego chyba przedstawiać nie muszę.

Podczas gdy na ekranie puszczono klipy z serialu, prelegenci zasiedli do stołu nakrytego tęczową flagą, dostali wodę i żelki, i zaczęły się dyskusje panelowe, z których przytoczę wybrane, najciekawsze fragmenty.

Q: Jakie znaczenie ma Whoniversum dla członków społeczności LGBT mieszkających w Cardiff i całej Walii?

LP: Odkąd przeprowadziłam się do Cardiff, wiele się zmieniło i członkom mniejszości lepiej się tu żyje. Fakt, że produkuje się tu te wszystkie seriale, przenika różne aspekty życia, daje ludziom wiele dumy i pewności siebie. Cardiff stało się fajne, stało się centrum życia fanowskiego, stało się też bardziej otwarte. Dawniej większość gejów uciekała z Walii do Londynu albo Manchesteru. Teraz myślę, że to tutaj jest mniej homofobii. Mamy osoby otwarcie homoseksualne oraz transseksualne w rządzie, ludzie są bardziej tolerancyjni.

Bev: Doktor Who nie tylko dał ludziom pracę czy przyciągnął turystów, ale stworzył tu unikatową atmosferę otwartości, o której mówisz. Fantastyka, zwłaszcza to, co robili twórcy Doktora albo Gene Roddenberry, pomaga członkom mniejszości, bo reprezentuje miłość, pokój, równość. To pomaga uciec od problemów rzeczywistego świata, odetchnąć, ukryć się, przegrupować i zebrać siły do walki o swoje prawa.

DL: Niesamowite jest też to, że nie tylko reprezentuje społeczność LGBT, ale też, a właściwie przede wszystkim, Walię. Zwłaszcza Torchwood. Dla kogoś, kto stąd pochodzi, zobaczyć swoje miasto na ekranie, grające siebie, ale też te wszystkie przedziwne, kosmiczne miejsca, to coś wspaniałego i niepowtarzalnego. A postaci takie jak kapitan Jack Harkness nie odstają, wydają się logicznym przedłużeniem tego, dokąd zmierza serial. Oczywiście, różne inkarnacje Doktora różnie mogłyby na niego zareagować, William Hartnell pewnie byłby trochę zszokowany, ale myślę, że też by go zaakceptował.

ER: Doktor Who jest ogromnym, bardzo wpływowym medium i pokazuje coraz więcej postaci LGBT, dając ludziom wzorce do naśladowania czy kogoś, z kim mogą się identyfikować. Na przykład Sarah Jane – mam taką teorię, że było coś między nią a tą kosmitką, którą pocałowała na pożegnanie (śmiech). A za Doktorem przyszły też inne seriale i Cardiff stało się ważnym miejscem dla brytyjskiej telewizji. Uwielbiam też to, że ludziom nie przeszkadza filmowanie, mimo że bywa uciążliwe; są z tego dumni i bardzo gościnni.

PC: Wierzę, że Doktora Who nie dało się zrobić nigdzie indziej. Cardiff nas przyjęło. Chociaż pani burmistrz wciąż na nas krzywo patrzy; twierdzi, że odkąd w Boom Town („Atomowym mieście”) zrobiliśmy z niej Slitheena, ludzie ciągle do niej zagadują: „pokaż nam, jak się rozpinasz”.

LP: Na marginesie, chciałam też tylko poinformować tych, którzy nie wiedzą, że w latach 80-tych istniał gejowski fanklub Doktora nazywający się „Sisterhood of Karn” [Siostry z Karn].

Q: Jaka jest wasza ulubiona postać LGBT w Doktorze Who?

NP: Nie będę oryginalny, ale powiem: Jack Harkness. On otworzył drzwi pozostałym.

PC: Chyba Alpha Centauri, moja ukochana postać z dzieciństwa.

RTD: Ta kobieta z The Twin Dilemma, która krzyczy: „May your bones rot in Hell!” – wiecie, o kim mówię?

ER: Ja tam się trzymam swojej teorii na temat Sarah Jane…

Q: A z jakimi postaciami się identyfikujecie, będąc LGBT?

LP: Patrick Troughton miał w sobie coś takiego, był trochę dziwny, nieprzystający do społeczeństwa, w młodości bardzo się z tym identyfikowałam. Teraz widzę siebie bardziej w Missy czy River. Zadziornych starszych kobietach, co też jest rzadko reprezentowane, w końcu wiek to drugie tabu.

ER: Z Doktorem, bo nie jest zainteresowany romansami, więc w przeciwieństwie do innych telewizyjnych bohaterów, nie ugania się za kobietami.

JG: A czy identyfikujecie się z czarnymi charakterami, ich buntem przeciwko społeczeństwu?

BB: Może trochę. W byciu superzłoczyńcą jest coś z wrzucania kamienia do jeziora i patrzenia, jak rozchodzą się fale. Ujawnienie swojej orientacji często tak wygląda.

BE: No i też w słowie „superzłoczyńca” jest słowo „super”…

Q: Czy uważacie, że istnieje romantyczna relacja między Doktorem a Mistrzem?

BE: Spróbuj wpisać to w Google, wyskoczy ci dużo ciekawych tekstów i rysunków… Myślę, że ludzie zawsze widzą coś seksownego w takiej dynamice typu Sherlock-Moriarty.

Q: Co z innymi czarnymi charakterami? Widzicie ich jako postaci LGBT?

MP: Może Mara? Jako różowy wąż…

BE: Kandyman?

BB: Rani.

Q: A może BBC zbyt się boi złych postaci LGBT, obawia się, że ludzie potraktują je jako przejaw dyskryminacji?

BE: Być może, ale to błąd, ograniczać się w ten sposób.

NP: Reprezentacja powinna dotyczyć wszystkich postaci, aby bycie członkiem mniejszości stało się równie normalne i nudne, jak bycie członkiem większości.

BB: Dyskryminujące jest przedstawianie postaci LGBT tak, że całe ich życie obraca się tylko wokół ich orientacji. To tylko jedna z cech, która jest częścią twojego charakteru, ale go nie definiuje, więc dlaczego jakakolwiek postać miałaby jej nie mieć?

RK: Poza tym przecież kochamy czarne charaktery.

Q: Czy uważacie, że Doktor Who promuje równouprawnienie mniejszości?

PC: Kiedy byłem mały i zobaczyłem Jona Pertwee’ego i Alpha Centauri, pomyślałem, rany, co za gejowski serial (śmiech). Wiem, że to wszystko robili heteroseksualni mężczyźni, ale było takie kolorowe, cudownie kiczowate i zwariowane, wpasowywało się w moją estetykę.

BE: Doktor jest tolerancyjny, więc zawsze przyciągał ludzi, którzy nie przystawali do większości. Kiedy się dorastało, to było bardzo wyzwalające; bycie whovianinem było doskonałą wymówką, żeby się poprzebierać w coś dziwnego, być innym i poczuć przynależność i akceptację.

PC: O tak, zwłaszcza, jeśli miało się fanów wśród przyjaciół. Nosiliśmy szaliki, a koleżanka bawiła się w Leelę, zakładając bikini, w Leeds, w styczniu. Do tego Doktor nie poruszał tematu seksualności, więc można było uciec od tego problemu, gdy w innych serialach co i rusz się całują i idą do łóżka.

RK: Doktor był zawsze buntownikiem i to jest ważniejsze od bycia reprezentantem danej mniejszości, bo jest bardziej uniwersalne. I to, że ratuje wszechświat z pomocą innych ludzi, trochę ich wykorzystując, ale też dając im siłę, to też jest ważne. Ale gdybym miała wskazać główny przekaz serialu, powiedziałabym, że nie jest on o wygrywaniu. To Dalekowie chcą wygrać za wszelką cenę, zamiast po prostu się dogadywać.

JG: Co jeszcze powiecie o Dalekach?

NP i BE: (Patrzą na siebie wymownie).

NP: Dalekowie są infantylni. Zachowują się jak dziecko, które nie dostaje tego, czego chce, więc rzuca się na podłogę, bije pięściami i krzyczy. Myślę, że to dlatego dzieci ich tak lubią – bardziej ich rozumieją. Dalek jest jak twój irytujący trzyletni braciszek, tyle że uzbrojony.

BE: Oni są jak złe Teletubisie.

Q: Czy uważacie, że ciąży na was, jako na twórcach, odpowiedzialność, by edukować ludzi na temat LGBT?

RTD: Myślę, że przede wszystkim ciąży na nas odpowiedzialność, żeby dobrze pisać. Reszta wychodzi sama. Zwłaszcza, jeśli samemu jest się LGBT – czy tego chcesz czy nie, samo twoje istnienie jest upolitycznione. Pewne instytucje i grupy mają wprost obsesję na twoim punkcie, a Ameryką rządzi nienawidzący cię p***ny kosmiczny potwór w peruce, podczas gdy ty chcesz tylko siedzieć w spokoju i popijać herbatkę. Ale jeśli piszesz dobrze i od serca, a nie zastanawiając się, czego chce wydawca lub publiczność, pewne treści zostaną przekazane w sposób naturalny.

JG: Edukacja jest potrzebna. Kiedyś otrzymałem mail z pytaniem, czy zatrudniam transseksualną aktorkę dlatego, że łatwiej się z nią dogadać niż z „prawdziwą kobietą”. Nie wiedziałem, co powiedzieć.

Q: Wiele osób odbiera Cassandrę jako krzywdzący żart na temat osób transseksualnych.

PC, RTD: Niczego takiego nie zamierzaliśmy.

Q: Czy myślicie, że publiczność zaakceptowałaby trans aktora lub aktorkę w roli Doktora?

BB: Cóż, taki aktor byłby najbardziej wykwalifikowany, żeby zagrać regenerację (śmiech). Dopiero przecieramy szlak, to wciąż kontrowersyjne. Ale jeśli ludzie protestują, bojąc się tempa zmian, to tylko dowód na to, że pewne zmiany zachodzą i jesteśmy coraz bliżej ich zaakceptowania.

RK: Zgadzam się. Piętnaście lat temu napisałam książkę, której główny bohater był transseksualny i dopiero teraz ktoś chce ją wydać. Te same zmiany zachodzą w telewizji – dotychczas mieliśmy postaci grane niezbyt przekonująco przez cisseksualnych aktorów, jak David Duchovny w Twin Peaks. Teraz jest coraz lepiej.

Q: A aktora homoseksualnego?

RTD: Nie zapominaj – my też jesteśmy publicznością. To, co ludzie wypisują na niektórych blogach albo w Daily Mail, to nie jest całość opinii publicznej. Zauważa się i pamięta tych, którzy krzyczą najgłośniej, ale oni nie są wszystkimi; myślę, że nie są nawet większością.

Q: Czy kiedykolwiek, jako homoseksualni mężczyźni, oglądaliście Doktora i pomyśleliście: „łał, to serial dla mnie”?

NP: O tak. Doktor Who jest zawsze o „tych innych”, o wyłamywaniu się ze schematów. Przychodzi mi do głowy na przykład The Sun Makers, odcinek zaczynający się od człowieka stłamszonego przez system, który próbuje popełnić samobójstwo, ale Doktor go powstrzymuje i zabiera do podziemnego ruchu oporu. I tak dalej, i tak dalej. To zawsze do mnie trafiało.

PC: Sam jestem afektowany, przesadnie gestykuluję, wybucham głośnym śmiechem, więc ciągnie mnie do rzeczy, które też są teatralne, trochę kiczowate, śmieszne. Ludzie muszą na jakimś podświadomym poziomie mieć pewne skojarzenia, bo kiedy miałem 14 lat i zapisałem się do lokalnego fanklubu, moja babcia powiedziała, że „wiadomo, co tam pewnie robimy pod stołem” (śmiech). Ale bardziej na serio, ten serial pobudza wyobraźnię, skłania do poszukiwania, celebrowania odmienności, niezwykłości. Nie znam niczego innego, co oddziaływałoby w ten sposób, z tą siłą.

WH: Kiedy zaczynałem pracę, coming out był absolutnie wykluczony. BBC było bardzo konserwatywnym środowiskiem. A potem przyszliśmy my, Trzej Muszkieterowie: ja – Azjata i homoseksualista, Sydney Newman i Verity Lambert, oboje żydzi, do tego ona jako pierwsza kobieta na tym stanowisku; sami przez się byliśmy wywrotowi, choć tak naprawdę nie mieliśmy zbytnio okazji, żeby wyrazić swoją odmienność. Robienie tego serialu było najlepszym, na co mogliśmy liczyć. Sasha Dhawan, który grał mnie w An Adventure in Space and Time, wraz z Markiem Gatissem z początku chcieli wprowadzić więcej homoseksualnych podtekstów, ale powiedziałem im: „to tak nie wyglądało, to by nie przeszło”. Ostateczna wersja filmu była perfekcyjna.

NP: Czasem mam wrażenie, że w latach 70-tych mieliśmy lepszą reprezentację niż teraz. Pewnie było to niezamierzone, ale w niektórcych odcinkach dawaliśmy radę dużo wyczytać. Postaci kobiet z The Stones of Blood są dobrym przykładem.

ER: Albo Eldrad zmieniający płeć; wyciągało się pewne paralele, porównania, wyczytywało się wiele między wierszami.

Q: Jak bardzo telewizja wpływa na to, jak ludzie postrzegają społeczność LGBT?

RTD: Myślę, że wpływ telewizji jest trochę przeceniany; to raczej media odzwierciedlają tendencje w społeczeństwie niż na odwrót. Czasem jestem nieco zakłopotany tym, jaką rolę mi się przypisuje; z drugiej strony, oczywiście, bardzo mi to pochlebia. Reprezentacja też jest trochę przeceniana. Jest oczywiście bardzo ważna, nie zaprzeczam; ale ludzie skupiają się na niej trochę za bardzo. Super, jeśli ją mamy, ale jeśli jej nie mamy – spójrzcie na starszych członków różnych mniejszości, jakoś przeżyli.

Q: W ramach normalizacji i reprezentacji LGBT w Doktorze Who, jaką historyczną postać LGBT chcielibyście zobaczyć w serialu?

RTD: Virginia Woolf, ona miała swoje momenty, nieprawdaż?

CD: Ja mam taką fantazję, w której Doktor leci do lat 80-tych i spotyka Pet Shop Boys.

DL: Jest taka historia o dwóch kobietach, „Damach z Llangollen”, które uciekły ze swoich domów i zamieszkały razem w zachodniej Walii. To by było ciekawe.

GDL: Oscar Wilde.

JG: Lord Byron byłby ciekawy. Prawdopodobnie byłby też najgorszym towarzyszem wszech czasów.

Q: Porozmawiajmy o Torchwood. Co nowego wniosło do telewizji?

RTD: Wiele. Nowa lokalizacja, niewykorzystywana wcześniej w ten sposób, chociażby. Nowi scenarzyści, ekipa producencka i reżyserska, wielu z nich przy Torchwood zaczynało swoje kariery. Sama formuła serialu też była nowatorska, mogliśmy robić rzeczy, które nie przeszłyby w Doktorze. Torchwood było pod każdym względem bardziej eksperymentalne i bardziej szalone.

Q: Gareth – jako osoba heteroseksualna, jak podchodziłeś do roli Ianto?

GDL: Kiedy przeczytałem pierwszy scenariusz i zobaczyłem, że moja postać flirtuje z głównym bohaterem, pomyślałem: to dobrze, taka relacja oznacza więcej czasu antenowego dla mnie. A tak bardziej poważnie, grałem po protu postać, nie patrzyłem na nią przez pryzmat orientacji seksualnej. Ianto mierzył się z problemami związanymi z miłością do nieśmiertelnego człowieka z przyszłości albo ukrywaniem Cybermena w piwnicy, a nie z tym, jaką łatką określić swoją seksualność.

CD: No właśnie, miał przecież dziewczynę, Lisę. Czy romans między Jackiem a Ianto był zatem planowany od początku?

RTD: Wiesz, to niesamowite, ile człowiek zapomina (śmiech). Naprawdę, nie mam pojęcia. Na wiele pomysłów wpadaliśmy gdzieś po drodze.

Q: Dwa pytania: dlaczego Ianto zakochał się w Jacku i dlaczego umarł? Czytałem gdzieś artykuł mówiący, że jako osoba mniej otwarta i pewna swojej seksualności, reprezentował zahamowania przeszłości i dlatego, symbolicznie, musiał zginąć…

RTD: Bez urazy, ale to głupi artykuł. Kiedy uśmiercam postać, to po prostu po to, żeby widzom było przykro do końca życia – i patrzcie, jak się udało! Ianto ma nawet swoją kapliczkę w Cardiff Bay.

GDL: Co do pierwszego pytania, po prostu się zakochał, nie analizując, czy jest hetero-, czy homoseksualny. Zresztą, spójrzcie na Jacka. Gdybym ja miał się kiedykolwiek zakochać w mężczyźnie, pewnie wyglądałby jak John Barrowman (śmiech).

Q: Russell – czy pisząc Torchwood, nakładałeś na siebie jakieś ograniczenia? Myślałeś: „nie, to już przesada, publiczność nie jest na to gotowa”?

RTD: Nie, nie sądzę. To zabawne, ale najostrzejsza cenzura zazwyczaj odbywa się w umyśle pisarza: obawiasz się, że odbiorcy czy wydawcy czegoś nie zaakceptują, podczas gdy prawdopodobnie nie mieliby z tym problemu. Jeśli sobie to uświadomisz, przestajesz się ograniczać i zazwyczaj uchodzi ci to na sucho.

Q: Co uważasz za swoje najważniejsze dziedzictwo w uniwersum Doktora Who?

RTD: Nie myślę o tym w takich kategoriach, jestem tylko częścią większej całości, od klasyków po to, co teraz robi Moffat. Ale coś, co osobiście starałem się przekazać, to że jest coś absolutnie genialnego i ekscytującego w tym doktorowym tanim kiczu. Star Trek jest świetny, ale oglądając go wiesz, że dostajesz gotowy produkt, skończony i dopracowany. Niedorobienia i niedopowiedzenia, wszystkie ciemne kąty w scenerii i otwarte wątki w fabule pobudzają wyobraźnię; na tym polega magia Doktora Who.

Q: Waris – kto wpadł na pomysł regeneracji i kto znalazł odwagę, żeby go zaproponować?

WH: Zarząd BBC był przeciwko nam od początku; kiedy stan zdrowia Williama Hartnella zaczął się poważnie pogarszać, była to dla nich doskonała okazja, żeby się nas pozbyć. Często nie docenia się roli Sydneya w tworzeniu Doktora Who, a przecież regeneracja była jego pomysłem, który potem stał się istotą serialu. Wznowienie serialu było równie odważne. Pod koniec lat 80-tych Doktor był niekochany; Russell i jego ekipa go uratowali.

Q: A skąd walijska fantastyka, w tym Doktor Who, czerpie inspirację?

DL: Kiedy rozglądasz się dookoła, widzisz dziwny krajobraz – wzgórza, opuszczone kopalnie i zamki – po trochu mityczny, po trochu postapokaliptyczny. To bardzo żyzny grunt dla sci-fi. Odcinek Torchwood pt. Countrycide dobrze oddaje lokalny klimat.

Q: Czy pani burmistrz Cardiff byłaby dobrym Doktorem?

BE: Na pewno byłaby świetnym Dalekiem.


Zagorzała fanka klasyków oraz Expanded Universe, serce oddała Trzeciemu, a duszę przez Ósmego zaprzedała Big Finish. Wbrew obiegowej opinii, ma jeszcze życie poza Doktorem. W przyszłości chce zostać Kuzynką w Faction Paradox.
  • I3althazar

    ‚Burmistrz Dalekiem’ /ROFL