Zapraszamy do lektury relacji z ostatniego Pyrkonu – największego polskiego konwentu fantastyki. Tegoroczna edycja odbyła się w dniach 28-30 kwietnia, jak zwykle na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Jesteśmy tam co roku (przypominamy: 2014, 2015, 2016), więc i teraz nie mogło nas zabraknąć – choć nasza obecność wyglądała nieco inaczej niż w latach wcześniejszych.

Lierre: Po raz kolejny redakcja Gallifrey.pl pojawiła się na Pyrkonie, choć tym razem w nowej roli – nie tylko jako medium i prelegenci, ale także organizatorzy doktorowego Meet Pointu. Meet Point znajdował się w jednej z hal programowych i był namiotem, w którym mogliśmy robić, co chcemy, pod warunkiem, że będzie związane z Doktorem i każdy będzie mógł się przyłączyć. Mieliśmy więc kilka miniprelekcji i konkursów, a także speedmeeting. Nie mogliśmy niestety w sobotę obejrzeć razem nowego odcinka, ale w niedzielę zebraliśmy się, by go omówić. Towarzyszyła nam TARDIS i Dalek, które przyciągały niekończący się korowód cosplayerów i whovian in disguise. Każdy mógł przyjść, usiąść, pogadać z innymi fanami, zagrać w doktorowe planszówki lub zjeść ciastko i po prostu odpocząć. Jednak trudno oceniać sukces przedsięwzięcia z perspektywy organizatora. Pytanie więc do twórców naszych pojedynczych atrakcji i ich uczestników – jak oceniacie doktorowy Meet Point? Co w nim robiliście, co wam się podobało, a co nie, czego zabrakło?

Ginny: Większość konwentu spędziłam właśnie w naszym Meet Poincie, tak dobrze się tam czułam, choć trzeba przyznać, że sąsiedztwo Areny powodowało nieustanne bardzo wysokie natężenie hałasu. I myślę, że to byłaby jedna rzecz do zmiany w przyszłym roku, choć i tak dobrze, że dostaliśmy od organizatorów miejsce pod dachem (nie to, co niektórzy, wystawieni na pogodę). Z przygotowanych punktów programu żałuję, że nie było mnie na prelekcji PauliEiji, ale niestety w piątek na terenie konwentu pojawiłam się późnym wieczorem. Ogólnie jednak, choć pozornie namiot nie był aż napchany ludźmi, ciągle ktoś się w nim kręcił i nie było tak, żebyśmy w jakimś momencie siedzieli w nim sami. Nawet w piątek wieczór, gdy było już dość cicho, co chwilę ktoś jeszcze na moment podszedł, porozmawiał zanim ruszył dalej. Tak było praktycznie do samego zamknięcia w niedzielę po południu, gdy paru Doktorów rozmawiało z nami o nowym odcinku i wpisało się do specjalnego wydania redakcyjnych wrażeń. Mnóstwo osób przyszło zrobić sobie zdjęcia z Dalekiem i TARDIS (a TARDIS w namiocie i okolicach było w pewnym momencie aż cztery, różnych rozmiarów). Myślę też, że zorganizowanych punktów programu było akurat w sam raz. Z jednej strony działy się zaplanowane rzeczy, a z drugiej nie było poczucia, że trzeba być w namiocie cały czas i we wszystkim wziąć udział. Znalazło się i miejsce na te punkty z rozpiski, jak i na swobodną dyskusję, granie w whoviańskie planszówki czy na spokojne wpisanie się do dziennika River Song.

Mytherios: Namiot, nasz wspaniały namiot, którego sukces, bo tak odzew uczestników trzeba nazwać, przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Gdy Lierre napisała mi, czego od nas chcą i jak to ma wyglądać, trochę się wystraszyłem i w pierwszej chwili uznałem, że możemy nie dać rady. Było to w trakcie finałowych przygotowań do Whomanikonu, w których spora część redakcji brała czynny udział, a Pyrkon w tym roku wypadł tuż przed SerialConem, gdzie również spora część z nas była i działała. No ale, jako że Lierre, jak sama przyznała, ma problem z odmawianiem takim inicjatywom, zgodziła się. No i ruszyły przygotowania, mimo że sam byłem pełen obaw. Czas zleciał szybko. Potem przyszedł sam konwent i… nie mogło się udać lepiej. Tylu ludzi, tylu cosplayerów, tyle ciekawych tematów. Te niezliczone rozmowy na tematy wszelakie. Muszę przyznać, że do domu wróciłem potwornie zmęczony, z niedziałającym gardłem i bolącym kolanem. Ale na brodę Merlina, warto było! Punkty programu były ciekawe i różnorodne. Gin zwróciła uwagę na ważną kwestię, czyli na to, że udało nam się osiągnąć złoty środek. To bardzo ważne. Mam nadzieję, że naszym uczestnikom również podobała się ta forma, a organizatorzy pociągną ją za rok. Jeśli tak, to wiem, że postaramy się, aby było jeszcze lepiej. ;>

PaulaEija: Ja też się muszę przyznać, że nie umiałam się oderwać od naszego Meet Pointu, chociaż to może nieskromne z mojej strony. Sama jego formuła bardzo mi, człowiekowi niekoniecznie najspołeczniejszemu, odpowiadała. Bo w naszym namiocie było tak przytulnie i rodzinnie, że aż chyba nie wypada tak chwalić organizatorowi. Ale cóż poradzę – bawiłam się świetnie od piątku (a w zasadzie nawet od czwartku) do niedzieli włącznie. I muszę przyznać, że to naprawdę wspaniałe uczucie, widzieć whovian, którzy do samego końca siedzieli z nami, nawet kiedy zbieraliśmy już tylko resztki naszych rzeczy, bo Pyrkon się kończył. A fanowskie dyskusje (doktorowe i nie tylko) trwały cały czas, przeskakiwały z tematu na temat, angażowały coraz to nowych ludzi, którzy z zapałem opowiadali o swoich przemyśleniach, kłócili się o bohaterów czy aktorów, by ostatecznie dojść do konsensusu, że mimo swojej krytyki, wszyscy kochają Doktora Who. Warto też podkreślić, że na pomysł dyskusji o nowym odcinku wpadli sami uczestnicy, a nie organizatorzy Meet Pointu (chociaż może powinniśmy, ale tak nie było) – to bardzo dobrze pokazuje odzew, z jakim się spotkaliśmy. I ogromnie mnie (ale myślę, że tak naprawdę nas wszystkich) cieszy.

JJ: Mnie też pomysł Meet Pointu spodobał się od razu, jak tylko o nim usłyszałam, bo było to dokładnie coś takiego, czego brakowało mi na poprzednich edycjach – miejsca, gdzie ludzie interesujący się konkretnym tematem mogą sobie po prostu usiąść, poznać się i pogadać. Fajniej by było tylko, gdyby wszystkie takie stanowiska były w tej samej hali – może dzięki temu byłoby trochę ciszej i przytulniej? No i byłaby okazja do międzyfandomowej integracji, a to jest zawsze najfajniejsze! Z mojej perspektywy fajne byłoby też zrobienie większej liczby konkursów, a mniejszej prelekcji, ale chyba jestem jedyną, która ma takie przemyślenia. No i oficjalny termin spotkania (i imprezy) dla whovian – tegoroczną spontaniczną imprezę przegapiłam, bo wyszłam już z terenu Targów.

Ja osobiście odpowiadałam za organizację SpeedMeetingu i muszę powiedzieć, że mnie, jako organizatorce, strasznie się podobało. Tylu fajnych ludzi, którzy się pojawili, a z którymi w większości miałam okazję porozmawiać przy zapisach; kreatywność oznaczeń na kartach wyników; to, jak bardzo ludzie angażowali się w rozmowę ze sobą… Fenomenalnie mi się to oglądało. Przy okazji przepraszam wszystkich, którzy przez mój gwizdek ogłuchli; pozdrawiam Dziesiątego (w pakiecie z Jedenastym) i obiecuję, że jeszcze kiedyś porozmawiamy sobie po rosyjsku.

Z innych punktów programu korzystałam tylko wyrywkowo – głównie wtrącając się do zaległej z Whomanikonu prelekcji o Davidzie Tennancie. Paula – musimy kiedyś podyskutować w bardziej sprzyjających warunkach!

Lierre: Oprócz atrakcji w Doctor Who Meet Poincie w programie Pyrkonu znalazły się (nieliczne, ale jednak) doktorowe atrakcje – prelekcja o mitologii i Konkurencyjny Panel. Komu udało się na nie wbić? Co o nich możecie powiedzieć? Bo mnie niestety się nie udało na nie dostać – wzięłam za to udział w kilku innych atrakcjach, w tym paru, na których również bardzo mi zależało – np. świetnej prelekcji o ekranizacji Mrocznej Wieży S. Kinga, wykładzie o czarnych charakterach w mitologii wygłoszonym przez bezkonkurencyjną Klaudię Heintze czy spotkaniu z Peterem Wattsem. Trafiłam również przypadkiem na świetną prelekcję o szukaniu planet poza układem słonecznym… z tematem omówionym przez pryzmat clickbaitowych tytułów. Rewelacja!

Ginny: Ja nawet nie szukałam tych punktów w programie, ponieważ w tym roku właściwie nie zależało mi na udziale w prelekcjach i panelach od strony uczestnika. Także ostatecznie wszystkie punkty, na których byłam, to wspomniana przez ciebie – i faktycznie bardzo zabawna – prelekcja o szukaniu planet poza układem słonecznym. Mimo wszystko żałuję jednak, że nie zdążyłam przyjechać do Poznania na panel z Peterem Wattsem i innymi autorami, który z tego, co mówiłyście, zwyczajnie był bardzo fajny.

Mytherios: Jedyne, co udało mi się zrobić poza namiotem, to zdjęcie z DeLoreanem, Tie-Fighterem, AT-DP i porwać zaprzyjaźnioną Bellatrix na zdjęcie przy Pokątnej. Ach, no i obowiązkowa partyjka w Munchkina. Ale absolutnie nie żałuję. Jestem jedną z tych osób, które na Pyrkon nie jeżdżą dla prelekcji.

PaulaEija: Wygląda na to, że zostaliśmy zwerbowani przez Petera Wattsa, że on nas swoją półautomatyczną bronią, która jest „świetną strategią promocji” jakoś przyciągnął. Bo ja też nie trafiłam na whoviańskie panele, za to na dwa piątkowe z autorami: How to Make a Debut i False Morality, które stały się kopalnią kultowych pewnie wkrótce cytatów wspomnianego wyżej pana Wattsa i pani Siri Pettersen, jak: crash and burn, jest jakiś rodzaj uszkodzenia mózgu, który sprawia, że stajemy się etyczni i wiele innych, z których publiczność uśmiała się do łez, dyskutując chociażby o tym, jak działa niestosowanie zasad moralnych dla bohaterów książki… Bo zakładano, że generalnie na Pyrkonie ludzie mają dobre serduszka… „w przeciwieństwie do Petera, który jest cholernym draniem”.

JJ: Ja też nie dostałam się na żadne whoviańskie prelekcje, ale w sumie nawet nie próbowałam. Za to dołączę do radosnego fanklubu Petera Wattsa – za prelekcję, na której pół sali robiło zdjęcia slajdów. A właściwie tytułom artykułów naukowych, które się na tych slajdach pojawiały.

Loë: To w takim razie szalenie zabawne, ale ja tylko słyszałam od innych osób, że było na tych atrakcjach bardzo fajnie – na prelekcję o mitologii nie udało mi się dotrzeć ze względów logistycznych, natomiast na konkurencyjny panel niewiele czasu po rozpoczęciu mnie już nie wpuszczono – widziałam tylko, że sala była pełna! Atrakcje panów z Warconu to klasa sama w sobie, jestem przekonana, że wszyscy tam bawili się świetnie. Prelekcji o mitologii żałuję strasznie, bo też usłyszałam o niej same dobre rzeczy, mam nadzieję, że będzie można posłuchać jej gdzieś jeszcze… Co zaś się tyczy innych atrakcji – sporo czasu spędziłam w pawilonie erpegowym, co prawda nie grając, ale właśnie na prelekcjach, z każdej wyszłam ubawiona i zadowolona (pani architekt opowiadająca o tym, jak budować własne miasta ♥). Poza tym łapałam panele (i prelekcję) Petera Wattsa, przemiły człowiek, szalenie uroczy, przywłaszczył sobie mój identyfikator. Czarne charaktery w mitologii też były świetne, choć dostałam się na nie chyba dzięki wysokiemu wynikowi na k20…

Lierre: Jedną z najważniejszych atrakcji na konwentach są sami uczestnicy. ;) Na tak ogromnej imprezie, jaką jest Pyrkon, trudno nawiązać kontakty – ale nie jest to niewykonalne, zwłaszcza gdy tyle osób przebiera się w cudowne stroje, dzięki czemu łatwiej jest rozpoznać, kto przybył na konwent w podobnym celu jak my. Opowiedzcie więc o tym, czy udało wam się poznać kogoś ciekawego, a może natknęliście się na cosplay, który zrobił na was szczególnie duże wrażenie?

Ginny: Bardzo spodobał mi się minięty pierwszego dnia po drodze do pawilonu 7 chłopak przebrany za Wonder Woman. Poza tym uwielbiam sam koncept (nie wspominając o jakości wykonania) Kapitana Polski (aż chciałoby się o tym superbohaterze coś poczytać czy obejrzeć jakąś animację z jego przygodami). Poza tym bardzo cieszył ogrom whoviańskiego cosplayu. Królowali Dziesiąty i Jedenasty Doktor, ale był i Dwunasty, Czwarty, Piąty i Siódmy, było parę Daleczkiń, za to mniej towarzyszek (poza Clarą, dwiema Rose i Donną żadnej już nie kojarzę), ludzkich TARDIS czy innych niż Dalekowie potworów – ot, pojedyncze sztuki (tu zachwycił prostotą Cybermen skompletowany z jednoczęściowej ciepłej piżamy i głowy Cybermena). Ogólnie mam wrażenie, że fani Doctora Who w cosplayu dominowali nad tymi ubranymi zwyczajnie. Przynajmniej kilka osób wysłało mi też już zaproszenia do znajomych na Facebooku, co dobrze wróży podtrzymaniu dalszego kontaktu i dowodzi, wbrew obawom, że Pyrkon nadal pięknie łączy ludzi.

Mytherios: Nie wiem, ile rąk uścisnąłem przez te trzy dni ani ile imion poznałem, ale było ich wiele. Część osób zaprosiła mnie na Facebooku. Poznałem też dwie niewhovianki, ale nie na samym Pyrkonie, lecz bezpośrednio przed, w hostelu. Tak, Pyrkon łączy ludzi, mimo że przybywa nas tam grubo powyżej 40 tysięcy. To też jego piękno. Ten konwent ma taką magiczną i niepowtarzalną atmosferę. Jest przecudowny.

PaulaEija: Ile na tym Pyrkonie twarzy, ile nowych twarzy! Za to paradoksalnie starych znajomych nie spotkałam, chociaż na Facebooku oczywiście zawisły zdjęcia. Trudno mi nawet wymienić wszystkich Doktorów, towarzyszki i Daleków (Daleki? Daleczki?), z którymi rozmawiałam, z częścią z nich nawet przez długie godziny i na wszelkie możliwe tematy, nie mówiąc już o wszystkich cosplayerach i niecosplayerach, którzy się przewinęli przez okolice Meet Pointu, zwłaszcza w sobotę. Na szczęście poznałam też kilka osób, które mieszkają bliżej niż w tym nieszczęsnym fantastycznym, fandomowym Krakowie, więc jest jakaś szansa (może) na budowę nowej frakcji, tym razem poznańskiej – której główną zaletą będzie to, że nie trzeba jechać prawie sześciu godzin pociągiem, żeby ją spotkać. Popieram.

JJ: Och, cosplaye. Ja jestem fanką tych, które wymagają głównie pomysłu (i podobieństwa do postaci), a nie dużych nakładów finansowych. Dlatego urzekł mnie np. Matt Murdock, którego przygotowanie wymagało tylko namalowania siniaka na czole oraz posiadania okularów i laski dla niewidomych. Uwielbiam też wszelkie cosplaye grupowe i rodzinne – np. ojca z wioski post-apo, dumnie prowadzącego za rękę małą księżniczkę Disneya.

Standardowo też Pyrkon jest szansą poznawania na żywo ludzi z internetów (i to specjalne pozdrowienia dla Pauli i „naszego doktorowego Obi-Wana”. Również standardowo – nigdy nie spotka się wszystkich znajomych, którzy w Poznaniu są. A przynajmniej jeszcze nie wymyśliłam na to żadnego sposobu. Pomysły mile widziane!

Loë: Ja dla odmiany nie jechałam na Pyrkon z zamiarem integracji i poznawania nowych osób – to po prostu trochę za duża impreza. Spotkałam się za to ze starymi znajomymi, cosplaye podziwiałam z daleka (heheh) i korzystałam z atrakcji konwentu bardziej niż kiedykolwiek. ;)

Lierre: Pyrkon to nie tylko program i ludzie, ale też targi. Sama spędziłam sporo czasu w hali wystawców, wypatrując doktorowych gadżetów i innych interesujących dóbr. Pochwalcie się swoimi zdobyczami!

Ginny: Mój budżet był niewysoki, więc kupiłam tylko parę naklejek od Lisich Spraw i naszyjnik z aroace Daleczkiem, ale doliczając tak zwane dary losu, czyli drewnianego Daleczka, wygrane w konkursie obrazkowym kubek i naszyjnik z TARDIS i redakcyjne wlepki oraz plakat Whomanikonu (zostały pod koniec niedzieli wolne do zabrania), wyszły z tego całkiem niezłe łowy.

PaulaEija: Ja też kupiłam piękny, ręcznie malowany naszyjnik z Dalekiem. I chociaż nie miałabym za co jeść kolejny tydzień, trochę żałuję, że tylko jeden. :D Oprócz tego nabyłam też koszulkę z TARDIS i napisem Trust me, I’m the Doctor, którą będę dumnie nosić i przypinki od Odmętów Absurdu i Lisich Spraw (w tym moje motto życiowe, Ojojane miejsca bolą mniej), i przypinkę z Dziesiątym Doktorem, która zebrała już komplement, kiedy wsiadałam w poniedziałek rano do pociągu (Dziesiąty Doktor zasługuje na ukradnięcie od Nokii podtytułu connecting people, tak myślę). I zgarnęłam też drewnianego Daleczka, i wlepki (i ponieważ chyba nikt jeszcze tego nie napisał, to przesyłam pozdrowienia dla pana Piotra od plotera, który nam je drukował z takim zapałem i taką dumą, że nie sposób o nim nie wspomnieć), i plakat Whomanikonu, i plakat-reprint pięknego rysunku Jedenastego Doktora autorstwa utalentowanej Joanny Jakubiec. Wywiozłam też sporo miłości i pozytywnej energii…

JJ: Ja dorwałam (oczywiście) wlepkę z Missy, żeby ozdobić nią telefon. Jednak od Pyrkonu zdążyłam już przekazać ją dalej, więc czekam na najbliższy konwent, żeby uzupełnić zapasy. Ale to prawda, że wystawcy jak zawsze stanęli na wysokości zadania i choć nie kupowałam dużo, to moja lista wymarzonych fandomowych rzeczy znów się wydłużyła.

Loë: Koooooostkiii! (To znaczy kupiłam sobie śliczne kostki). Zaskoczyła mnie liczba doktorowych gadżetów, naklejek i rękodzieła, ale koniec końców jako człowiek bez gotówki (przyglądający się małym prywatnym stoiskom) niewiele doktorowych rzeczy wyniosłam. A jak już miałam gotówkę, to okazało się, że hala się już zamyka [*]. Niemniej – zaplanowałam dokładnie zakupy przed wyjazdem, wiedziałam, z czym chcę wrócić i z tym wróciłam. I jestem bardzo zadowolona. A wybór całej reszty towarów był zatrważający (omg, stoisko z Totorkami)…

Lierre: Pyrkon jest dla mnie niepowtarzalnym fenomenem. Mimo tego, że jest tak ogromny i można zgubić się w tłumie, czuję się na nim zawsze bardzo komfortowo. Nie przeszkadza mi zupełnie konieczność przepychania się przez tłum, pokonywania sporych odległości, stania w kolejkach, by dostać się na prelekcje – taki urok. Nie widziałam zupełnie w tym roku żadnych problemów ani kryzysów, wszystko zdawało się toczyć gładko. Chyba nawet nie było kolejek do akredytacji? Nie widziałam też, żeby było dużo zmian w programie (co zawsze jest losowe, ale chyba tym razem organizatorzy mieli szczęście). Oceniam więc tegoroczny Pyrkon bardzo wysoko. Właściwie nie mam mu nic do zarzucenia i bawiłam się świetnie. A wy?

Ginny: Poza drobnym zgrzytem na samym początku, z brakiem zniżki na wejściówkę, którą to zniżkę miałam mieć i odstaniu pół godziny (przy braku kolejek) zanim mogłam wejść na teren Targów (a z tego, co ty mówiłaś, Lierre, nie tylko ja miałam ten problem), faktycznie tegoroczny Pyrkon, zdaje się, minął bardzo płynnie. Errat programowych też widziałam może kilka pierwszego dnia, a potem już żadnej. Choć może moje postrzeganie tej płynności jest zaburzone przez to, że większość czasu spędzałam przy naszym Meet Poncie i nie miałam okazji zobaczyć zbyt dużo z tego, co działo się w innych halach. Niemniej internet też z tego, co widzę, nie burzy się na nic okołopyrkonowego, więc wygląda to dobrze. Na plus muszę też zaliczyć to, że nawet przy dużych sobotnich tłumach na hali wystawców stoiska były rozstawione dość szeroko, by nie być mocno zgniecionym, przechodząc pomiędzy nimi. I tak, choć Pyrkon to już widocznie impreza na masową skalę, wciąż czuć na niej ten komfort i swobodę, którą pokochałam przy okazji pierwszej edycji, na której się pojawiłam. Tym bardziej więc cieszy mnie to, że udało mi się przyjechać do Poznania w tym roku.

Mytherios: Bardzo wiele osób, w tym starych wyjadaczy i weteranów, przyznawało, że to najlepszy Pyrkon do tej pory. Nie wiem, czy to kwestia organizacji, czy takiego podziału hal i stworzenia Meet Pointów. Trudno powiedzieć. Ja również odnoszę takie wrażenie. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Ze strony organizacyjnej jestem pod mega ogromnym wrażeniem. Do tego opiekunowie naszego Meet Pointu ze strony Pyrkonu stanęli na wysokości zadania i bez problemu i niemalże od ręki byli w stanie zaspokoić nasze potrzeby. Czy to oświetlenie, czy krzesła i stoły, których na początku brakowało, czy bardzo szybko załatwiony w niedzielę laptop. Naprawdę, chapeau bas i ogromne wyrazy podziwu. Ode mnie 6+.

Co do samego Pyrkonu, to nie jest to zwykły konwent, traktuję to jako jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, o którym będzie można opowiadać swoim wnukom. Bo gdzie indziej, jak nie na Pyrkonie możesz siedzieć dwa metry od TARDIS i Daleka, rozmawiając z Piątym, Siódmym i dwoma Jedenastymi, moimi koleżankami z redakcji, jedząc pizzę, mając na oku wielki samolot, na którym tańczą ocalali z ery postapo w rytm pewnego disco szlagieru? Tylko na Pyrkonie.

PaulaEija: Skoro zaczynamy od wpadek, to ja się podzielę myślą, którą spowodował widok ulicy Głogowskiej na wysokości wejścia głównego na MTP: około 500-metrowy odcinek zajmowało jakieś pięć, siedem tramwajów, stojących jeden za drugim na światłach awaryjnych – „Pyrkon pokonał poznańską komunikację miejską. Albo znowu wysiadł prąd na Kaponierze”. Ostatecznie nie ustaliłam, która z tych wersji była poprawna, ale ten tramwajowy cosplay pyrkonowych kolejek przywrócił mnie do życia po porannych zajęciach. Wielkim plusem była jednak (i to zauważało w rozmowach wielu ludzi) naprawdę duża liczba osób niepełnosprawnych, co świadczy o ogromnej dostępności konwentu, ale też otwartości jego uczestników: umówmy się, marsz pewnych frakcji politycznych też przejdzie przez same płaskie ulice, ale niekoniecznie wezmą w nim udział osoby na wózku. Byłam ogromnie dumna z tej otwartości, tolerancyjności, równości pod każdym względem – i nadal jestem. Dlatego zresztą takie wydarzenia są potrzebne – nie po to, by spotkać kilku fajnych ludzi, posłuchać prelekcji, zebrać gadżety i przebrać się w kostium. To wpływ, jaki wywiera na społeczeństwo, naprawdę coś znaczy. Bo wiadomo, że po Pyrkonie Darth Vader stanie się informatykiem, Czarodziejka z Księżyca – księgową, a Dalek – copywriterem. Czy kimkolwiek innym. I wróci do normalnego życia. Ale to wspomnienie pozostanie i zaowocuje (mam nadzieję) takim samym podejściem do ludzi na co dzień. Nie tylko od pyrkonowego święta.

JJ: Dla mnie też wszystko działało i było super. Nie było kolejek przy akredytacji, w halach było sporo miejsca, jak już zauważono powyżej – było wiele osób niepełnosprawnych, które również raczej nie miały problemu z dotarciem na różne punkty programu (a to naprawdę dużo). I chociaż byłam w tym roku na mniejszej liczbie prelekcji, to wykorzystałam czas na inne rzeczy – takie jak Meet Point właśnie czy granie w planszówki. Może nawet w przyszłym roku przekonam się wreszcie do jakiegoś cosplayu?

Loë: Kolejki mnie ominęły, ale obsługa uczestników działała na pierwszy rzut oka zdecydowanie lepiej niż w poprzednim roku. Bardzo urocza była samoorganizacja kolejek pod salami literackimi i naukową. Mam też wrażenie, że zawartość hal była rozłożona trochę lepiej niż przed rokiem. Ogólnie – bardzo na plus, fajna impreza, fajna zabawa, 10/10.

Zapraszamy was też na krótki wirtualny spacer po MTP i stoiskach wystawców, u których wypatrzyliśmy coś doktorowego.

Autorami zdjęć są: Tomasz Tarnawski, Magdalena Stonawska, Loë Gingerstorm i Robert Hnatiuk. Dzięki!

 


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.
  • Blownie

    O rany, po ostatnim Pyrku byłam trochę zniechęcona, a teraz mi się jednak tak żal zrobiło, że nie mogłam uczestniczyć… i że nawet na Polconie też mnie nie będzie… ja tu już umieram na niedobór konwentów… D:

    • Jak to na Polconie nie :(?

      • Blownie

        Ach, bo ty nie wiesz chyba… Jak już porobiłam plany na konwenty, to się okazało, że jednak w drugim terminie się dostałam na magisterkę. Do Szwecji. Gdzie rok akademicki zaczyna się absurdalnie wcześnie, a jeszcze wliczając tydzień wstępny-organizacyjny, na którym też muszę być, bo inaczej nie ogarnę, to muszę tam być trzy dni przed Polconem, więc niestety będziemy się musieli obejść bez mojej corocznej prelekcji :( A miałam mówić o spin-offach… Na pewno zrobiłabym przewodnik na stronę, a z prelką to zobaczymy, jak się w przyszłym roku uda.

        • Magisterka w Szwecji. Okej, przebiłaś wszystkie możliwe konwenty. :D Gratulacje. <3

          • Blownie

            Dzięki :P Zobaczę jak tam stoi fandom… (;

  • Kostek Kubicki

    Droga redakcjo, to co tworzycie jest niesamowite, od niedawna zacząłem oglądać Doktora i wasza strona wprowadziła mnie głębiej w ten cudowny świat Panów Czasu. Dziękuję z całego serca za waszą pracę. Życzę powodzenia i dalszego rozwoju.
    Mam pytanie, czy wybieracie się może na Comic Con w Warszawie i czy macie pojęcie o jakiś Doktorowych atrakcjach?

    • Dzięki ogromne! Bardzo miło coś takiego przeczytać. <3
      Tak, będziemy na Comic Conie. No, w każdym razie ja będę – najpewniej z prelekcją. Ale chyba więcej doktorowych atrakcji się niestety nie szykuje.

  • Pingback: House of Cards, o pięć sezonów za dużo? | La Vitecassie | La Vitecassie()