„W nadziei jesteśmy najsłabsi…”. Recenzja Doctor Who: Twice Upon a Time

Powieściowe adaptacje odcinków New Who ukazały się w bardzo dziwnym, przejściowym momencie. Dotychczasowy zespół zwinął już manatki, a serial przechodzi gruntowny rebranding. Nowa ekipa, nowe logo, nowe umowy licencyjne – zapowiedziano już nawet pierwsze powieści z Trzynastą Doktor. Trudno na razie powiedzieć, czy adaptacje wydane pod szyldem Target to już część nowej ofensywy promocyjnej, czy może przeciwnie: łabędzi śpiew odchodzącej ery Moffata–Daviesa, dwóch twórców, których fani tak często sobie przeciwstawiali?

Ten drugi wariant zdają się podpowiadać odcinki wybrane do zaadaptowania w przypadku Doktorów Dziewiątego i Dziesiątego (odpowiednio: RoseThe Christmas Invasion). Russell T Davies zapoczątkował nową odsłonę serialu, więc zaadaptowane zostały pierwsze odcinki jego Doktorów. Jeśli chodzi o erę Moffata, wybór jest dość oczywisty: najsłynniejszy odcinek z czasów Jedenastego Doktora (a może i w dotychczasowej historii serialu), a w przypadku Doktora Dwunastego – odcinek ostatni, ten, który jest najświeższy w pamięci widzów, stanowiący pomost między tym, co było, a tym, co nadejdzie.

Ale era Dwunastego Doktora jest bardzo skomplikowana i w odróżnieniu od Jedenastego, wybór oczywisty nie oznacza wyboru najlepszego. Zdarzyło się dwa razy („Twice Upon a Time”) to bardziej epilog niż wielki finał, a w dodatku (jak się przekonałem, ankietując członkinie i członków grupy Pod kopułą Gallifrey.pl), jest to również najgorszy odcinek Moffata w dziesiątej serii. Chociaż scenarzysta próbuje w nim ciekawych rzeczy (odcinek, w którym nikt nie jest zły, to najdalszy możliwy punkt dojścia dla ery w ogóle niezbyt chętnie wprowadzającej jednoznacznie złe potwory), to dramaturgia wypada bardzo słabo (zwłaszcza w sekwencji z Rustym), Pierwszy Doktor nie ma za wiele do zrobienia poza byciem bigotem, Bill nigdy do końca nie przekonuje widzów do swojej autentyczności… Aż trudno uwierzyć, że to właśnie ten odcinek fani uznali za wart wyróżnienia nominacją do Hugo – i prawdę mówiąc przypuszczam, że przyczyną był raczej ładunek emocjonalny, jaki niesie ze sobą pożegnanie Petera Capaldiego, niż cokolwiek innego.

Krótko mówiąc: przed adaptującym tę historię Paulem Cornellem stało niełatwe zadanie. Jednocześnie jednak jest to twórca w zasadzie idealnie do tego zadania dobrany. Oczywiście fani Doctor Who znają go przede wszystkim z odcinków Dzień ojca („Father’s Day”) oraz Ludzka natura/Więzy krwi („Human Nature”/„Family of Blood”), ci, którzy poznawali serial w innych formach, być może również z powieści z Siódmym Doktorem wydawanych w ramach serii Virgin New Adventures, słuchowisk Big Finish czy komiksowej miniserii o Trzecim Doktorze. Warto jednak dodać, że Cornell jest świetnym prozaikiem, który zyskał sobie rozgłos także poza doktorowym światkiem (choćby serią urban fantasy o Shadow Police; ze swojej strony gorąco polecam jego serię o czarownicach z Lychford oraz powieść Chalk).

Co równie istotne, Cornell jest chrześcijaninem. Ma to dość wyraźny wpływ na jego twórczość, w której widać głęboką świadomość (ale też wyrozumiałość) wobec ludzkich niedoskonałości, a także zainteresowanie tematami rozpaczy, nadziei, łaski. O tym właśnie między innymi jest Twice Upon a Time, w którym obaj Doktorzy muszą znaleźć siłę, żeby jednak żyć dalej.

Cornellowi nie udaje się ostatecznie naprawić największej wady odcinka, czyli – dla mnie – jego środkowej części. Ingerencja w strukturę fabularną musiałaby być zbyt głęboka. To, co da się łatwo pogłębić, to tło psychologiczne, i tutaj Cornell spisał się wyśmienicie, dodając m.in. potencjalne wyjaśnienie zachowania Pierwszego Doktora. Fanki oraz fani Bill z pewnością ucieszą się z informacji na temat dalszych losów jej oraz Heather po Upadku Doktora („The Doctor Falls”). Przyjemnie wreszcie spędzić czas w głowie Dwunastego Doktora (szczególnie podczas jego ostatniego monologu).

Nie nazwałbym Twice Upon a Time sukcesem na miarę recenzowanego wcześniej The Day of the Doctor, ale wynika to przede wszystkim z różnicy samych odcinków. Cornell jest na tyle dobrym pisarzem i dodaje wystarczająco dużo smaczków, żeby lektura tej powieści była dobrą alternatywą dla obejrzenia odcinka, jeśli chcecie ponownie przeżyć emocje związane z pożegnaniem Dwunastego Doktora.

Daj na ciastko!


New Who guy, nieśmiało zapuszczający się w świat słuchowisk i powieści. Fan Russella T Daviesa, Slitheen i Dziewiątego Doktora. Czyta, ogląda seriale, pisze na Pulpozaur.pl i Wysznupane.blogspot.com.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who