Uważajcie na żonkile, czyli dlaczego warto obejrzeć Terror of the Autons

Oglądanie Classic Who jest samo w sobie podróżą przez wszechświat: pełen przekrój od odcinków kiepskich do rewelacyjnych, od ziarnistego czarno-białego obrazu do kreatywnych eksperymentów z efektami specjalnymi, od kameralnych fabuł zamkniętych w studio (czy kamieniołomie…) do wycieczek po Paryżu. Do wyboru, do koloru. Różne są też konwencje – opowieści ściśle historyczne, wyprawy w daleką przyszłość, alternatywne wszechświaty; groza, przygoda – i czasami humor, nieraz mocno absurdalny. Dlatego gdy ktoś pyta, od czego zacząć klasyki, trudno o odpowiedź, bo każdy tam znajdzie coś dla siebie, ale jeśli zacznie od czegoś, co do niego zupełnie nie trafi, trudno będzie go namówić do sięgnięcia po kolejne odcinki.

Zawsze gdy ktoś mnie zadaje to pytanie, mam jedną odpowiedź: Terror of the Autons.

Nie brzmi ten tytuł na pierwszy rzut oka szczególnie zachęcająco – Autoni, czyli potwory o formie sklepowych manekinów, kojarzą nam się z lekko tandetnymi przeciwnikami Dziewiątego Doktora i Rose. Dla wielu z nas byli to pierwsi wrogowie poznani w Whoniversum i niejeden whovianin dość skutecznie wyparł ich istnienie ze swojej głowy. (Jeśli się mylę – przekonajcie mnie w komentarzach!) Gdy pada pytanie o ulubione potwory czy przeciwników, których powrotu nie możemy się doczekać, jakoś nie widuje się tam Autonów.

Nie zamierzam przekonywać, że są ciekawi. Chcę was jednak przekonać do obejrzenia tego odcinka.

Terror of the Autons otwiera drugą serię przygód Trzeciego Doktora, czyli sezon 8 klasycznego Doctor Who. To jeden z najważniejszych odcinków tego serialu, jeśli za kryterium weźmiemy postacie: bo poznajemy tu nie dość, że jedną z najsłynniejszych towarzyszek Doktora, Jo Grant, ale też jego najważniejszego przyjacielowroga: Mistrza.

Oglądanie Rogera Delgado w tej roli to czysta przyjemność – jak już nieraz pisałam przy różnych okazjach, pierwszy Mistrz jest nie do podrobienia i chyba tylko Michelle Gomez udało się otrzeć o tę niepowtarzalność. Oryginalny Mistrz jest elegancki, podstępny i bezkompromisowy; nie cofa się przed niczym, ale nie ma w nim tej nieprzewidywalności i szaleństwa, które do postaci dodał wiele lat później Russell T Davies. Nie, Mistrz Rogera Delgado doskonale nad sobą panuje i prze przed siebie jak czołg, którego nic nie jest w stanie powstrzymać. Rzecz nie w tym, że nie wiadomo, co zrobi, tylko w tym, że jest zdolny do wszystkiego. To postać, która ciągle odgrywa role: przebiera się, zmienia imiona, przyjmuje funkcje i podszywa się pod różne osoby. Od tego momentu przez pewien czas cokolwiek złego się dzieje, prędzej czy później okazuje się, że stoi za tym porucznik Masters, Tremas czy Magister. W Terror of the Autons, jak łatwo się domyślić, próbuje opanować Ziemię za pomocą plastiku, a mówiąc ściślej: świadomości Nestene, która potrafi kontrolować plastik – stąd jej macki, Autoni, przyjmujący różne kształty. Nie chcę tu za bardzo spoilerować, ale naprawdę – oglądając, usiądźcie sobie na łóżku z metalową ramą, a nie na plastikowym krześle.

Nie mniej ważną nowością jest Jo Grant – w tę role wcielała się Katy Manning, do dziś aktywna whovianka. Zastąpiła Liz Shaw, postać niezwykle ciekawą, która w poprzedniej serii towarzyszyła Doktorowi jako naukowczyni, koleżanka po fachu, pod koniec uznała jednak – czego dowiadujemy się na początku Terroru – że miała dość podawania mu próbówek i postanowiła wrócić do rozwijania swojej własnej kariery. Wielka szkoda, że tego odejścia nie widzimy na ekranie… Jo zostaje zatrudniona przez UNIT do pomocy Doktorowi w dość szemranych okolicznościach (w grę wchodziła protekcja wysoko postawionego wujka), bo marzy o karierze w militarnej organizacji. Doktor początkowo oburza się i odsyła ją, ale pod naciskiem brygadiera Lethbridge-Stewarta ugina się i daje jej szansę. Jo wykazuje się inicjatywą i odwagą i chociaż o mało nie doprowadza bohaterów do katastrofy, to szybko przebija się przez marudzenie Trzeciego i staje się jedną z jego najlepszych przyjaciółek i najcenniejszych współpracowniczek.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że Trzeci Doktor to ta inkarnacja przykuta do Ziemi – jego TARDIS nie działa. W ten sposób Władcy Czasu ukarali jego poprzednika za wsadzanie nosa tam gdzie nie trzeba. Doktor pracuje więc nad tym, by TARDIS znów mogła latać, a w międzyczasie wspiera działania UNIT-u, wojskowej komórki mierzącej się z obcymi inwazjami. Tak, dokładnie tej samej, której później przewodziła Kate Stewart, a obecnie została zawieszona najpewniej przez Brexit, jak dowiedzieliśmy się w Postanowieniu noworocznym („Resolution”)…

Z tego właśnie powodu wiele historii z Trzecim Doktorem rozgrywa się na Ziemi w latach 70. Choć, szczęśliwie, nie wszystkie. Wbrew pozorom jest to ekscytująca epoka, pełna interesujących postaci i oryginalnych pomysłów. Wokół Doktora przewija się sporo powracających postaci, w tym słynny brygadier i jego podwładni, na czele z Yatesem i Bentonem. To bardzo sympatyczna ekipa, w jej towarzystwie jednak Doktor jak nigdy wcześniej i rzadko kiedy później jest zaangażowany w sposób stały w działania o charakterze militarnym. Staje się postacią o rysie bondowskim – takim trochę macho, który nie powstrzymuje się przed sięganiem po przemoc (wenusjańskie aikido) czy używki (głównie wino), bierze udział w samochodowych pościgach, bywa szarmancki i dba o swój wizerunek. Dość daleko zaszedł od zgryźliwego starszego pana porywającego nauczycieli.

Wracając jednak do samego Terror of the Autons, bardzo podoba mi się ta historia nie tylko ze względu na bohaterów, których łatwo polubić, ale też humor. Bo jest to opowieść w dużym stopniu komediowa, nawet jeśli jest to humor nieraz dość czarny i lekko makabryczny. (Pamiętajcie o tym krześle, nie żartowałam!) Podchody Mistrza są oparte na bez wątpienia złych intencjach, ale środki, po które sięga, przywodzą raczej na myśl groteskowy, kreskówkowy szwarccharakter. Zderzenie powagi i niesamowitej gravitas Mistrza z narzędziami, którymi się posługuje, to chyba największe źródło humoru w tym odcinku, ale bynajmniej nie jedyne. Zaś jego podchody, by zabić Doktora („jednak nie bez żalu”) będą wam się wydawać bardzo znajome.

Jeśli więc mielibyście obejrzeć w najbliższym czasie – najlepiej póki w sklepach są żonkile – jeden odcinek klasycznego Doctor Who, gorąco polecam wam właśnie Terror of the Autons. Przekonacie się, że Classic Who to nie statyczne, czarno-białe, niekompletne i zdecydowanie za długie historie, w których niewiele się dzieje, ale też kolorowe, dynamiczne, pełne akcji fabuły, w których dialogi skrzą się humorem, pomysły ocierają się o groteskę, a postacie trafiają prosto do whoviańskich serc.

Daj na ciastko!


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who