Kolejny odcinek serii z fanowskimi opowiadaniami.

Tym razem wracamy do świata Fikatonu Ginny i zapraszamy do lektury fragmentu dużego opowiadania, które w całości znajdziecie na Forum Literackim Mirriel: klik.

Mieli my kości Mykerinosa

Wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
Na próżno czekały na słońca oblicze…
W dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą…
Odziane w łachmany szat czarnej żałoby
Szukają ustronia na ciche swe groby,
A smutek cień kładzie na licu ich miodem…
Powolnym i długim wśród dżdżu korowodem
W dal idą na smutek i życie tułacze,
A z oczu im lecą łzy… Rozpacz tak płacze…
Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny…
Kto? Nie wiem… Ktoś odszedł i jestem samotny…
Ktoś umarł… Kto? Próżno w pamięci swej grzebię…
Ktoś drogi… wszak byłem na jakimś pogrzebie…
Tak… Szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło.
Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło,
Gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno…
Zmarł nędzarz, nim ludzie go wsparli jałmużną…
Gdzieś pożar spopielił zagrodę wieśniaczą…
Spaliły się dzieci… Jak ludzie w krąg płaczą…
Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie
I zmienił go w straszną, okropną pustelnię…
Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem
I kwiaty kwitnące przysypał popiołem,
Trawniki zarzucił bryłami kamienia
I posiał szał trwogi i śmierć przerażenia…
Aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu
Położył się na tym kamiennym pustkowiu,
By w piersi łkające przytłumić rozpacze,
I smutków potwornych płomienne łzy płacze…
To w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno…
Jęk szklany… płacz szklany… a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny…
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…

Deszcz jesienny – Leopold Staff

Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.
I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie…

Mówili o niej: „Łka, więc jest!” – I nic innego nie mówili,
I przeżegnali cały świat, – i świat zadumał się w tej chwili…
Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?
„O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” –
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.
[…]
I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem – nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!
Niczyich oczu, ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko – głos, i nic nie było, oprócz głosu!

Nic – tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?
Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów.
Potężne młoty legły w rząd na znak spełnionych godnie trudów.
I była zgroza nagłych cisz! I była próżnia w całym niebie!

A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?
Dziewczyna – Bolesław Leśmian

Petrichor (/ˈpɛtrᵻkɔər/): ziemisty zapach powstający, gdy deszcz spada na suchą glebę. Słowo to pochodzi z greki, od petra czyli „skała” i ichor czyli określenia na krew greckich bogów.

I

Trójmiejski spleen

Jesień dwa tysiące osiemnastego roku jest, po raz pierwszy od kilku lat, bardzo mokra. Dniami i nocami deszcz szumi, pluszcze, uderza o dachy, rynny, ulice, posągi, fontanny. W miejskiej ulewie, w hałasie ulicznego ruchu i przedwieczornego życia, prawie tonie płacz tych, którzy utracili kości dawnego faraona. Tylko Doktor, nasłuchujący uważnie, wychwytuje pochlipywania miejskich duchów wypisujących na gdańskich murach swe żałobne zawołanie.
– Słyszysz, Donno? – pyta cicho – Ktoś płacze.
Donna nie słyszy, ale wierzy swojemu Marsjaninowi na słowo. Spogląda w ponurą ulicę (Ogarna – odczytuje z trudem czarno-białą tabliczkę) i kręci ze zniechęceniem głową. Że też Doktor nie mógł jej zabrać w ciekawsze miejsce. I jeszcze twierdzi, że tym płaczącym nie mogą pomóc. Gadanie.
– Pewnie jutro powiesz, że ci się przesłyszało – marudzi. – I że to tylko wycie wiatru.
Doktor patrzy na nią krytycznie, ale nic nie mówi, wyciąga jedynie z wewnętrznej kieszeni marynarki papierowe okulary 3D i lustruje ciemniejący szybko zaułek. Po chwili najwyraźniej coś zauważa, bo wybiega z szroko otwartych drzwi budki w deszcz, wyciągając dłoń w stronę Donny.
– Prędko! Zanim nam uciekną! – woła podekscytowany.
– Musimy w taką pogodę? – pyta sceptycznie Donna, poprawiając cienki sweter. W końcu podąża jednak niechętnie za Doktorem. – Jeśli przez ciebie złapię katar, to cię uduszę! – woła jeszcze (choć nie wkłada w tę groźbę wiele serca), biegnąc za nim ku wylotowi uliczki. – I jeśli okaże się, że naprawdę ci się przesłyszało, to też cię uduszę!
Deszcz szumi, pluszcze, uderza o dachy, rynny, ulice, posągi, fontanny. W miejskiej ulewie, w niewielkiej pochyłej uliczce stoi otwarta policyjna budka telefoniczna – pociągnij, by otworzyć, głosi napis na jej drzwiach. Spokoju moknącej w deszczu Ogarnej nie zakłóca niczyj płacz.

Nocny Gdańsk po deszczu jest dziwnie melancholijny i Alissin udziela się nastrój miasta. Dziewczyna otula się szczelniej płaszczem, zastanawiając się, dlaczego Doktor podrzucił ją właśnie tutaj. Zmierza cichymi uliczkami tam, gdzie podniosą ją nogi obute w lekkie tenisówki. Mijając roześmianych turystów i mieszkańców miasta, myśli, że stary Władca Czasu z pewnością miał w tym jakiś plan. Choć może Alissin się myli i on po prostu uznał, że wystarczy wysadzić ją na odpowiedniej planecie w mniej więcej odpowiednim miejscu i czasie (– Lato dwa tysiące osiemnaście, czy nie tutaj miałem cię zabrać? – słyszy w głowie słowa wypowiadane z tym jego londyńskim akcentem, nasączonym odrobiną szkockości. Nie, Doktorze, Gdańsk to jednak nie Simonstadt.). Śmieje się cicho nad roztrzepaniem Doktora, a lekki wiatr niosący z sobą pierwsze krople następnego letniego deszczu zdaje się jej wtórować, gdy Alissin skręca w kolejną z wielu brukowanych uliczek, oświetlaną ładnymi latarniami, i przygląda się brzydkim napisom na ścianach domów. TARDIS wciąż tłumaczy słowa obcego języka i dziewczyna przez chwilę zastanawia się, czy dzieje się tak, ponieważ statek Doktora wciąż jest w pobliżu, czy też to stały efekt u tych, którzy kiedykolwiek nią podróżowali? Może powinna zapytać Julię, która zdaje się mieć najdłuższy staż wpadania na Władcę Czasu. A może po prostu powinna normalnie nauczyć się polskiego i przestać przejmować się translatorskimi paradoksami. Tymczasem jednak „murale” pochłaniają całą jej uwagę. Zwykle to tylko wulgarne wyzwiska, albo trochę zabawniejsze przekomarzanki fanów klubów piłkarskich. Czasem coś ciekawszego. O, ten na przykład jest ładny, myśli, patrząc na cztery słowa, które zdają się same pojawiać na miejskim murze. Mieli my kości Mykerinosa, głoszą płaczliwie swą stratę i coś z ich żałobnego nastroju się jej udziela. Przez chwilę ma wrażenie, że w oddali słyszy płacz, ale nie, to tylko deszcz znów się wzmaga. To tylko deszcz, a ona miała przecież kupić mamie i siostrom coś ładnego z podróży. Ach, i sobie kolejny słownik. Z tą myślą wchodzi w przytulne wnętrze wciąż otwartego sklepu z kiczowatymi bibelotami, sprzedawanymi po pół ceny nawet w środku sezonu turystycznego. Gdy wychodzi w kolejną ulewę, nie myśli już o dziwnym napisie na murze, łapie tylko taksówkę, zastanawiając się, czy wracać do domu, czy może zrobić niespodziankę Julii.

Larsa – rok dwa tysiące czterysta osiemdziesiąt osiem przed naszą erą, według części ziemskich kalendarzy – z początku zachwyca Korsarza. To hałaśliwe, gorące miasto stanowi całkowite przeciwieństwo jego ulubionych wodnych krain, a jednak, mimo wszystko, rozedrgana aura Larsy, brzmienie języka i – nie najmniej istotny element – ubóstwienie, jakim obdarza go miejscowa ludność, gdy tylko Władca Czasu ląduje swoją TARDIS na powierzchni miejscowej rzeki, sprawiają, że trudno mu nie uznać, że ta wyprawa ma jednak udany koniec. Zresztą jak się okazuje nawet w tak upalnym miejscu można zostać bogiem wody, którego dom znajduje się pod powierzchnią oceanu. Korsarz śmieje się głośno, beztrosko, gdy słyszy o tym po raz pierwszy, a wokół jego srebrnych oczu tworzą się drobne zmarszczki, które swego czasu tak budziły zazdrość Doktora.

Na sekretarce babci Miguela pojawia się kolejna dziwna wiadomość. – Nie jedzcie ananasów. One jedzą was w zamian – głosi Dziewiąta inkarnacja Doktora jesienią roku dwa tysiące osiemnastego. Zaraz też dodaje – W zamian polecam banany.
Maria kasuje informację, gdy tylko przyjaciel jej brata się rozłącza i wychodzi w nowojorski deszcz. Że też jej starszy brat musi dobierać sobie tak dziwacznych znajomych. Oczywiście przekaże mu informację, nie zamierza trzymać jej w sekrecie, Doktor z pewnością w końcu sam by spytał o to, czy Miguel ją dostał… Niemniej sprawia jej złośliwą satysfakcję kasowanie tych wiadomości. I to nagrywanych na telefon babci, jakby ona nie mogła karaluszo kupić nowszego urządzenia do komunikacji ze światem, i jakby Miguel nie mógł – zgodnie z prośbami rodziny sobie odpuścić i zwyczajnie osiąść na stałe w mieście, w którym ma pracę i życie. Maria kręci głową, zapinając starą kurtkę Miguela i skręcając w spokojniejsze, choć nie mniej deszczowe ulice, zmierza do domu, przyznając przed sobą samą, że tak naprawdę martwi się o tego głupka i zwyczajnie za nim tęskni, gdy znika na całe tygodnie – zwykle bez uprzedzenia – a potem pojawia się na drugim końcu świata. Ostatnio wyjechał gonić za egipskim faraonem z tymi swoimi przyjaciółkami. Jakby dopiero co nie wrócił z nieudanej wyprawy mającej rozwiązać tajemnicę jakiegoś manuskryptu.

Islandzka pogoda zawsze zmienia się jak w kalejdoskopie – zwłaszcza wczesną wiosną, więc Nanna zupełnie się nie dziwi, kiedy wychodzą z Doktorem z TARDIS w piękny, słoneczny, choć trochę chłodny dzień i kiedy minutę później zmienia się on w dzień wietrzny i deszczowy. Nanny nie dziwi też zupełnie, że wylądowali na kompletnym odludziu, nie przeszkadza jej to jednak w wyrzuceniu tego faktu Doktorowi.
– Powiedziałam Siglufjörður, nie środek niczego! – woła za Władcą Czasu, który odszedł już spory kawałek i teraz przygląda się zadumany zastygłemu w bezruchu lisowi. Zwierzę najwyraźniej zaskoczyło nagłe pojawienie się TARDIS, której przypatruje się teraz uważnie, zupełnie nie zwracając uwagi na dość głośno wołającą Nannę. Gdy dziewczyna podchodzi do Doktora, zauważa koło moknącego w deszczu lisa świnkę morską.
– Więc?
Doktor spogląda na nią poważnie, a potem bada oślinionym palcem powietrze.
– Przynajmniej wylądowaliśmy w odpowiednim roku. Dwa tysiące dwudziesty siódmy. Piąty kwietnia. Masz, zmokniesz – stwierdza, podając jej swoją skórzaną kurtkę, którą dziewczyna z wdzięcznością narzuca na bardzo już mokre gołe ramiona. – Przypomnij mi, po co chciałaś tu przylecieć, Córko Niedźwiedzicy? – dodaje, jakby wcale tego nie wiedział.
– Przylecieliśmy po moją przyjaciółkę, Doktorze, Ástrún Ægirsdóttir, która mieszka w Siglufjörður, nie na islandzkich łąkach. I nie, nie możemy ruszyć dalej bez niej, obiecałeś mamie i mamie, że pozwolisz mi zabrać mojego własnego kompana. – Na to Doktor robi minę, jakby chciał znów zaprotestować, ale dziewczyna nie daje mu dojść do słowa. – Chodźmy już, chyba nie jesteśmy bardzo daleko od miasta, nawet ty nie mogłeś aż tak pomylić się w obliczeniach – śmieje się i rusza w słabnącym deszczu na północ.
Gdy Doktor i Nanna znikają za horyzontem, świnka i lis wznawiają swoją rozmowę. Potem lis odbiega, a świnka czatuje przy statku Władcy Czasu z silnym postanowieniem zaokrętowania się nań.

Romana ze znużeniem wpatruje się w obraz ziemskiego muralu, nie mając pojęcia, co to wszystko znaczy. Za oknami jej prezydenckich pokoi Cytadela tonie w deszczu i Władczyni Czasu najchętniej poszłaby spać, by nie słyszeć przyprawiającej jej o ból głowy ulewy. K-9 jest jednak pewien, że te cztery słowa wymagają interwencji Władców Czasu, i – Nie ma chwili do stracenia, myśli sarkastycznie Romana. Brax co prawda miał pewne obiekcje, a i Narvin, delikatnie mówiąc, nie był zachwycony – zwłaszcza, gdy podzieliła się z nim swoim planem – ale w końcu to ona jest prezydentem Gallifrey i to na jej barkach spoczywa dbanie o wszechświat (a przecież sami chcieli, żeby coś z tym deszczem zrobiła). Nawet jeśli działa w ciemno i godzi się na wykorzystanie niebezpiecznych renegatów. Póki obraz ze zmywanej deszczem uliczki nie zacznie nabierać więcej sensu, Romana nie ma innego wyjścia niż spróbować zdobyć odpowiednie informacje w sposób godny Doktora.

W dniu pierwszego deszczu Korsarz pisze list do egipskiego króla, Menkaurego, tak jak obiecał Narvinowi, kiedy szef CIA się z nim skontaktował. Korsarz kręci głową, ni to z niedowierzaniem, ni to rozbawiony i wsłuchuje się w deszcz, zastanawiając się, jak sformułować kolejne kliny.
– Dlaczego potrzebna wam wiedza o jego kościach? – pyta półgłosem samego siebie. – I skąd pomysł, że on będzie to wiedział za swojego życia? – dodaje, odciskając rylcem kolejne litery w miękkiej glinie tabliczki.
– Ekhem? – rozlega się pytająco za jego plecami, deszcz nadal szumi za bulajami TARDIS, i Korsarz podnosi głowę znad listu. – Mogę? – pyta najwyższa Nin miejscowego boga słońca, Utu, nie czeka jednak na odpowiedź. – Dlaczego piszesz te listy, czcigodny Enki? Czy Menakaure ma z nami jakieś zatargi? Czy potrzebujemy jego pomocy? Czyż nie możesz objawić się mu w całej swej chwale i zażądać tego, co jest ci potrzebne, zamiast zdawać się na pomoc gliny i kupieckich karawan?
Władca Czasu przygląda się jej przez chwilę, gdy kapłanka przysiada po drugiej stronie stołu, wyraźnie nie oczekując jednak odpowiedzi. W ciszy deszcz rozbrzmiewa jeszcze głośniej – a może po prostu się nasila? myśli Korsarz, postanawiając uczynić zadość jej oczekiwaniom i milcząc zgodnie z przewidywaniem Nin. Nie dlatego, by uważał, że kobieta nie będzie w stanie zrozumieć objaśnień, choć on sam nie do końca rozumie, dlaczego w ogóle zgodził się wziąć udział w knowaniach Narvina, po co zgodził się zgromadzić dla niego informacje. Może wyczuł w całej sprawie słony powiew przygody, a może chciał uwierzyć, że mimo wszystko coś jeszcze znaczy dla Gallifrey… Nie, powodem jego milczenia jest najzwyczajniej na świecie to, że bóg Enki nie ma nad sobą zwierzchnictwa i nie przyjmuje misji od podejrzanych agentów kosmicznej interwencji. A poza tym Nin dobrze odczytuje jego intencje. Naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, by zaraz nie poleciał TARDIS do Egiptu i załatwił całą sprawę, zanim ktokolwiek zauważy, że zniknął. Korsarz jednak zwleka, stara się kupić sobie jak najwięcej czasu, póki znów nie będzie zmuszony – w ten czy inny sposób – skontaktować się z pingwinami z CIA.
– Napijesz się ze mną herbaty? – proponuje więc w zamian za rozmowę, której nie chce odbywać, zanim kobieta zdąży się podnieść do wyjścia.
Nin chętnie przystaje na jego propozycję, przyzwyczajona już do dziwnego naparu Enkiego, który najwyraźniej jest bardzo powszechny w podoceanicznej siedzibie boga, i Korsarz uświadamia sobie, że kapłanka bardzo go lubi. Przez moment nawet rozważa, czy nie zabrać jej ze sobą, gdy przyjdzie chwila, by opuścić to miejsce i ten czas. Do jej wyjścia dyskutują już tylko o błahych boskich sprawach i Korsarz się rozmyśla. Później Władca Czasu kończy swój list.

Wiosna w Djúpavíku rozbrzmiewa ciszą. Nieliczne domy dawno opustoszały, podobno dlatego, że padła miejscowa fabryka. Teraz stoicko przyjmują promienie słońca, wiatr i deszcz, pozostają obojętne na świergot ptaków i przemykające czasami mimo nich lisy i króliki. Przez puste okna do wciąż stojących pomieszczeń wpada wiatr, poruszając dzwonkami, przebiegając przez bezludne pokoje, wciska się we wszystkie zakamarki, jakby czegoś szukał albo próbował się przed czymś ukryć. Gdzieś gaśnie echo muzyki.

Samotna świnka domowa moknie w gdańskim deszczu. Przemyka zaułkami i bocznymi uliczkami – a gdyby zobaczył ją ktoś dostatecznie bystry, by dostrzegać prawdziwą naturę świnkowej egzystencji, wiedziałby, że jest zaaferowana. Tymczasem jednak świnka tupocze w mokrą noc, nieniepokojona ani przez głupich, ograniczonych ludzi, ani przez mądrzejsze stworzenia. Przystając na rogach kolejnych uliczek, wącha przesączone ozonem powietrze, potem rusza dalej. Tesla, Tungetyt, Tesla, Tungetyt… kołacze się w jej głowie mantra o zapachu przerażenia. Deszcz chlupocze, pluszcze, uderza o bruk, a świnka zatrzymuje się na widok stojącej na rogu Ogarnej niebieskiej budki telefonicznej. Otwarte szeroko drzwi kuszą ciepłem i światłem. On? Ale co on ma wspólnego z Mykerinosem, zastanawia się świnka przemoczona do suchej nitki, gdy ogarnia ją dogłębny żal za utraconymi doczesnymi szczątkami dawnego króla. Niepewna co zrobić – ruszyć za odległym wołaniem czy przyjąć nieme zaproszenie TARDIS – zamiera w oczekiwaniu.

Ciąg dalszy do przeczytania na FLM.

Za każdym razem, gdy komentujecie fanowską twórczość, jakaś świnka morska dostaje podwójną porcję pietruszki!


Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają współpracy.