Tym razem prezentujemy wam w naszym cyklu garść drabbli o towarzyszach z nowych serii. Niewiele tekstu, ale być może choć trochę wspomnień i emocji?

Przypominamy, że trwa nieustanny nabór tekstów – być może macie znajomych, którzy piszą tylko do szuflady, być może sami chwyciliście za pióro, ale to dopiero początek waszej fanfikowej kariery, być może to dobra okazja, żeby odezwać się do lubianych i za mało docenianych, waszym zdaniem, internetowych autorów… Im większa różnorodność tekstów, tym lepiej, a w pakiecie oferujemy z pewnością korektę językową i dużo zrozumienia.

Tymczasem w tym tygodniu zadebiutować na stronie postanowiła K.:

Przed wami sześć drabbli – czyli miniaturowych opowiadań z dokładnie wyznaczoną liczbą słów, w tym przypadku jest to dość tradycyjna setka bez tytułu. Opowiadania powstawały i ewoluowały w przeciągu ostatnich trzech lat i myślę, że oddają dość nieźle moje odczucia po odejściu każdego ze stałych towarzyszy z New Who, ale czy przemawiają też do was – oceńcie proszę sami.

Rose

Jej nowy dom jest przestronny i cichy (jej dom jest na TARDIS, tam, gdzie Doktor), przynajmniej dopóki nie rodzi się Tony i ich rodzina jest nagle tak duża i szczęśliwa, ale Rose coraz rzadziej czuje, że też jest jej częścią (może po prostu nie jest szczęśliwa), więc zamiast tego stara się ratować świat (kiedyś ratowała całe wszechświaty) i buduje po cichu maszynę, która ma zniszczyć wszystkie ściany (ciągle śni o gładkiej białej ścianie).
W końcu ściany zaczynają pękać, trzeba użyć maszyny i znów ratować wszechświat, zostawić za sobą rodzinę i Rose chyba jest szczęśliwa, jej dom jest tam, gdzie – Doktor?

Martha

Powtarza to sobie codziennie wieczorem przed pójściem spać. I rano, tuż po wybudzeniu. Za każdym razem, kiedy on na nią patrzy. Zaciska zęby i powtarza to znowu i znowu, ale i tak czeka na to drugie spojrzenie. Nadaremnie.
– Jestem dobra – mówi, a on się uśmiecha, ale znowu patrzy tylko raz i Martha przestaje sobie wierzyć.
Jestem dobra. Silna, odważna, mądra i ładna. Ocaliłam świat. Wyprowadziłam się. Jestem doktorem. Mam rodzinę, od której nie uciekłam. Mam przyszłość.
Martha powtarza te słowa w kółko i w kółko, i myśli, że już nigdy w nie nie uwierzy.
Czasem jedno spojrzenie to za mało.

Donna

Nagle, bez wyraźnego powodu, jej życie całkowicie zmienia kierunek i z początku Donna pyta często, czy na to zasłużyła.
– Oczywiście, że tak, jesteś moją córką – oburza się mama.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo – mówi dziadek, ocierając ukradkiem oczy.
– Nikt nie zasłużył na to bardziej niż ty – stwierdza pewnie Shaun.
– A to niby czemu?
– Cóż, dla mnie jesteś najważniejszą osobą w całym wszechświecie.
Słyszała już te słowa, gdzieś w innym, lepszym życiu. Nie, nie mogła ich słyszeć, sekretarki nie słyszą takich rzeczy. I nie mogła mieć przecież lepszego życia niż obecne.
Donna uśmiecha się do męża, odwracając oczy od nocnego nieba.

Amy

Maszyna do pisania jest stara i nieporęczna, ale Amy Williams zakochuje się w niej od razu. Zawsze uwielbiała historie, a teraz potrzebuje ich bardziej niż kiedykolwiek. Pisanie przychodzi jej z zaskakującą łatwością, choć gdzieś przy jedenastym rozdziale zawsze zaczyna płakać.
Ale dzisiaj nie pisze nowej powieści. Dzisiaj płacze cały czas, ponieważ musi zakończyć inną historię, równie piękną i mroczną. Historię o małej dziewczynce, wielkim, pustym domu i dobrym czarodzieju, który pokazał jej gwiazdy. I o wspaniałym, dzielnym rycerzu, który zasłużył na szczęśliwy koniec.
To jest historia Amelii Pond i brakuje w niej już tylko kilku słów.
Żyli długo i szczęśliwie.

Rory

Kiedy Rory pilnuje Pandoriki przez dwa tysiące lat, zapomina czasami, kim był, kiedy jeszcze był tylko sobą, zanim przyszedł dziwny kosmita w muszce, ale pamięta zawsze ognistorude włosy i szczere oczy. Trzyma się kurczowo tego wspomnienia przez te dwie minuty, gdy siedzi samotnie na ławce przed nowojorskim cmentarzem i znów czeka na cudzą decyzję. Potem wtula nareszcie twarz w miękkie włosy i patrzy w zapłakane oczy i powinien czuć ulgę, bo coś się skończyło, choć nigdy nie zobaczy już swojej córki, nie powie tacie tak wielu rzeczy, nie będzie się tak bardzo bał i…
Czeka go jeszcze wiele długich lat.

Clara

Kruk zakrakał: „Kres i krach”.*
Clara zna poemat na pamięć, ale zwrotki mieszają się nagle, wersy urywają się i zaczynają w złym momencie, tak oto umiera niemożliwa dziewczyna, głupi błąd – nikt nie jest doskonały, głupia, próżna, mała Clara, Clara i jej wielkie ego – czy umiera dla Danny’ego? – nawet jeśli jej poświęcenie nie ma sensu, to nada sens śmierci, po raz ostatni zobaczy pod powiekami mamę i – może jednak oszalała, może nikt nie może uciec przed swoim Krukiem, nawet przez czas i przestrzeń.
Biedny Doktor – myśli Clara, poszedłby do piekła za nią, ale piekło nie istnieje…
Pozostało jej ostatnie uderzenie serca.

*Edgar Allan Poe, Kruk (w tłum. Stanisława Barańczaka)


Uzależniona od herbaty, frytek, pisania i brytyjskich seriali. Kocha ludzi, teatr, wiedzieć więcej. Nie znosi fasolki, pesymizmu i źle napisanych dialogów.
  • Strasznie mi się podoba w „Rose” ta pauza i Doktor ze znakiem zapytania. Kojarzy mi się to i z prawie regenerującym Doktorem w Stolen Earth (co by się stało, gdyby wtedy regenerował? Zakładając, że RTD napisałby Jedenastego?), i oczywiście z sytuacją z TenTwo. Kim jest Doktor, czy kolejny Doktor to wciąż Doktor, czy klon Doktora z DNA Donny to wciąż Doktor i którego Doktora właściwie chce Rose? A może raczej, którego może mieć? TenTwo dostał tak mało czasu ekranowego, a z Rose właściwie nic, więc wiele tutaj sobie można dopowiadać.

    Z obrazem Marthy się nie zgadzam, nie wierzę (nie chcę wierzyć), że z tego zauroczenia nie wyszła. Ten głupek w garniturze nie będzie jej niszczył samooceny do końca życia, o, nie.

    Fajna Donna. Jeśli pyta, czy zasłużyła, to chyba faktycznie nie wróciła zupełnie do bycia Donną sprzed Doktora, tylko coś tam w środku jej się zmieniło. Bo że to tylko Shaun i akceptacja matki, nie wierzę.

    Rory <3 Nie pomyślałam nigdy o tych dwóch minutach z jego punktu widzenia. Musiał mieć nadzieję, ale czy gdzieś w środku wciąż nie wątpił…?

    • Kati

      Dziękuję za komentarz! Właściwie, gdy odkopałam ostatnio Marthę, też się z nią nie zgodziłam, ale jest to też jedyne drabble, którego postanowiłam nie zmieniać ani nie przepisywać (Rose mam na przykład trzy wersje, pierwsza Donna kończyła się łzami itd.). Chyba dlatego, że choć wierzę, że Martha się w końcu z tego zauroczenia wyrwała, to jednak w momencie, gdy oglądałam jej odejście z TARDIS, najbardziej uderzyło mnie to powiedzenie wprost, że ucieka z toksycznej dla niej relacji i to jednak była bardzo odważna i dojrzała decyzja, zostawić z tego powodu całe czas i przestrzeń. Więc jednak, choć wierzę, że Martha z tego stanu wyszła, to jej odejście jest dla mnie o tym.

      • Też mnie uderzyło podczas odejścia Marthy, że oddaje cały kosmos – to, o czym większość widzów marzy – bo dalsze przebywanie z Doktorem nie jest dla niej dobre. Podziwiam ją, że odważyła się odejść; ten rok spędzony bez niego podczas podróży po Ziemi musiał bardzo na nią wpłynąć (i ta paralela z Lucy, że Martha nie dała się ani podporządkować, ani zepsuć). Mnie w ogóle fascynuje, gdy ktoś nie chce podróżować z Doktorem nie dlatego, że na Ziemi ma rodzinę czy zobowiązania, tylko ze względu na Doktora, bo coś musi z nim być bardzo niedobrego, że ktoś odrzuca możliwości TARDIS. Dwunasty i Clara szli w stronę patologii i trochę mi szkoda, że to nie było kontynuowane.

        • W jakim sensie: nie było? Dla mnie to, co robi Doktor w HS/HB (i Clara w FtR) to dość mocna kulminacja tego wątku.

  • Kati

    Dzięki, myślałam o dorzuceniu Jacka, ale wtedy właściwie powinnam też dorzucić River, a z obojgiem mam tak, że dla mnie właściwie jeszcze nie odeszli – być może River trochę bardziej w ostatnim odcinku, ale tak naprawdę ani nie mieli takiego ostatecznego zakończenia, ani nie byli z Doktorem związani tą samą więzią (choć być może głębszą) co reszta. No i last but not least, nie miałam na ich odejście pomysłu, u Jacka można by wybrać moment, gdy orientuje się, że został sam na satelicie piątym, ale czy faktycznie jest on porównywalny do odejść innych bohaterów?
    Poza tym, no właśnie, nie widziałam jeszcze całego Torchwood – być może kiedyś poczuję potrzebę napisania czegoś tylko o Jacku. ;)
    K.

  • Kati

    Ósmy sezon kończy się tak, że Clara kłamie Doktorowi, żeby mógł odlecieć i być bez niej szczęśliwy, a Doktor okłamuję Clarę, żeby mogła spokojnie żyć i być bez niego szczęśliwa. Jeśli to nie pokazuje, jak głęboka więź ich łączyła i jak bardzo byli dla siebie ważni, to już nie wiem co. Jeśli dobrze pamiętam, problemem z Kill the Moon nie było to, że Doktor zmienia Clarę na gorszę (ten wątek pojawił się już bardziej w odcinku z mumią, choć został zaraz złagodzony przez wyjaśnienia Doktora), tylko to, że Doktor nie uznał za właściwe podzieleniem się z Clarą wiedzą, która mogła oszczędzić jej trudnej decyzji. Wgl moim zdaniem w ósmej serii to chęć kontroli Clary i niemożność wybrania między Dannym, a Doktorem były głównym problemem, który został brutalnie rozwiązany ze śmiercią Pinka. I raczej nie zgadzam się też co do tego, że przed Krukiem nie wiedzieliśmy, że Clara ma skłonności do ryzyka i brania na siebie odpowiedzialności – praktycznie przez obie serie widzimy ich bardziej jako równorzędnych partnerów, niż Doktora ratującego Clarę z tarapatów. Oboje chcą ratować dzień, oboje ryzykują życie, a od śmierci Danny’ego oboje są przerażeni, gdy życie drugiego jest zagrożone (co widać choćby w UtL/BtF). A wreszcie oboje są gotowi przyznać, że ta relacja ich niszczyła, do tego stopnia, że Clara zdaje się być pogodzona za śmiercią, tak jak Doktor godzi się ostatecznie z utratą pamięci. Także dla mnie dziewiąta seria bardzo ładnie rozwijała ten wątek.

  • Donna, Amy i Clara – perełki. Na Clarze ledwo powstrzymałam łzy.

  • Joanna Markiewicz

    Na prawdę dobre historie, szczególnie ujął mnie Rory i jego punkt widzenia po prostu piękne <3, ale nie zgadzam się z Marthą może dlatego, że osobiście uważam za jej ostatnią scenę tę w "Końcu czasu" gdzie według mnie miała swoje życie, swoje przygody i swój happy end :) (tym bardziej, że bardzo ją lubiłam i uważałam ją za najfajniejszą towarzyszkę )