Dziś opowiem wam, jak oglądalny jest współcześnie pierwszy w ogóle sezon Doctora Who. Uwaga na ewentualne spoilery.

Klasyki odstraszają. Bo są czarno-białe, bo nie są pisane po dzisiejszemu, bo każda historia to kilka odcinków, które ciężko połknąć w jeden wieczór… Krótko mówiąc, klasyczne serie Doctora Who są stare. Jednak w tym momencie ich nadrabiania mogę śmiało powiedzieć, że warto dać im szansę. Co więcej, mówię to jako osoba, która niespecjalnie przepada za starym kinem i telewizją. Classic Who nie jest tak straszne, jak mogłoby się wydawać. Oczywiście dziś jeszcze sporo klasyków zostało mi do obejrzenia, ale też w miarę ich nadrabiania postaram się je wam tutaj zrecenzować, dając wam ich pełniejszy obraz i moje spojrzenie na pierwsze cztery dekady Doktora (żeby jednak nie przeciążać ogromem materiału ani was, ani siebie, postanowiłam przyjąć formę omawiania całych sezonów, a nie wszystkich kolejnych historii).

Przechodząc do rzeczy: pierwszy sezon wręcz zaskoczył mnie tym, jak dobrze mi się go oglądało. Nawet ponoć nudne rekonstrukcje tych odcinków, które zostały utracone (Marco Polo i część The Reign of Terror) oglądało mi się z niemałą przyjemnością – choć trzeba tu bardziej wysilić wyobraźnię, patrząc na statyczne kadry tych historii. Oczywiście oglądanie wszystkich tych odcinków to nie był taki sam seans, jak kiedy oglądam nowe odcinki. I nie bez przyczyny obejrzenie tych pierwszych ośmiu historii zajęło mi pół roku. Nawet jeśli niemałą część tego czasu zajęło mi zwlekanie z zabraniem się za dokończenie The Reign of Terror (o tym, dlaczego, opowiem za moment). Biorąc jednak pod uwagę, że w międzyczasie obejrzałam też trochę odcinków z kolejnymi Doktorami, ostatecznie nie jest to najgorsze tempo (ale i tak drugi sezon postaram się obejrzeć szybciej), a i poziom przyjemności z oglądania był całkiem spory.

Jeśli chodzi o fabułę i jej poprowadzenie, tu ogólny poziom jest stosunkowo podobny – przyjemny, czasem naprawdę pomysłowy, czasem zbyt kiczowaty, nawet jak na moje przymknięcie oka na estetykę, ale ogólnie: zdecydowanie nie żałuję godzin spędzonych z Pierwszym Doktorem i jego towarzyszami. Na minus wypada pierwsza historia, An Unearthly Child. Po pierwszym odcinku byłam zachęcona, później jednak, gdy przeskakujemy z czasów ówczesnych do bardzo dalekiej ziemskiej przeszłości, całość zaczyna nudzić. Opowieść o ludziach nieznających ognia i prawdziwie prymitywnych zupełnie mnie nie kupiła i była raczej nieprzyjemnym zaskoczeniem po całkiem fajnym wprowadzeniu Susan, jej niezwykłości-dziwności w ziemskiej szkole i późniejszym pokazaniu jej dziadka oczami dwójki sympatycznych, jakkolwiek zaniepokojonych, nauczycieli. Nie dziwi mnie więc zupełnie, że nie była to historia, którą Doctor Who kupił sobie serca Brytyjczyków.

Zniechęcił mnie także pierwszy odcinek The Reign of Terror, co spowodowało wspomniane odwlekanie przeze mnie dalszego seansu tej historii. Ten odcinek znudził mnie okropnie, pozostawiając jednakże z wrażeniem, że to nie tyle historia jako taka jest nieciekawa, co że jest ona nieciekawa dla mnie osobiście. Rewolucyjna Francja to po prostu nie mój okres (podobnie jak nie jest nim XIX wiek). Jednak kiedy już spięłam się i obejrzałam pozostałe odcinki, okazało się, że nie jest tak źle. Może nie jest to genialna opowieść, ale z pewnością można z nią miło spędzić czy to jeden, czy kilka wieczorów, zagłębiając się w tę przygodę.

Strasznie wciągnęła mnie za to najkrótsza historia serii, czyli dwuodcinkowe The Edge of Destruction. Ta minimalistyczna historia, dziejąca się w całości na pokładzie TARDIS, gra poczuciem niepewności, doprowadzonymi do skraju emocjami (coś jak ciśnienie w oponach, ekhem, ekem) i niepewnością, czy to coś z zewnątrz powoduje takie zachowanie czwórki głównych postaci, czy też to po prostu napięcie znajduje w końcu ujście (co jednak zostaje w pewnym momencie wyjaśnione). Historia bardzo kojarzyła mi się do pewnego momentu z Żoną Doktora („The Doctor’s Wife”), gdy Amy i Rory są uwięzieni na TARDIS opętanej przez Dom oraz z Wyborem Amy („Amy’s Choice”) i poczuciem nieustannego zagrożenia, które wynika zarówno z machinacji Władcy Snów, jak i tylko i wyłącznie z tego, kim są Amy, Rory i Doktor. Te dwa klasyczne odcinki są zdecydowanie świetnie napisane i wybitnie zagrane. Jeśli więc macie obejrzeć jedną klasyczną historię, obejrzyjcie właśnie The Edge of Destruction.

Pozostałe odcinki w tym sezonie są przyjemne i dobre, ale nie wcisnęły mnie jakoś w fotel. Tu zwłaszcza najmniej wyróżnia się Marco Polo, o którym, jako o jedynym w tym sezonie, właściwie nie mam w tym momencie nic szczególnego do powiedzenia. No chyba że to, że pokazał mi jednak, po rozczarowującym An Unearthly Child, że odcinki historyczne klasyków nie muszą zanudzać na śmierć. Jeśli chodzi o The Daleks, to po tej historii zdecydowanie można zrozumieć, dlaczego kosmiczne pieprzniczki kupiły serca whovian już w 1963 roku (nawet jeśli jest to historia, która zawiera bolesne pół odcinka literalnie pokazujące Susan biegnącą przez las z papier-mâché). The Aztecs z kolei był genialną historią dla rozwoju/ukazania postaci Barbary i trudno po tych odcinkach pani Wright nie zacząć uwielbiać. The Keys of Marinus zaś jest o tyle ciekawy, że (nawet jeśli historia was nie porwie fabularnie) każdy odcinek dzieje się w innym miejscu. A The Sensorites mają strasznie brzydkich, ale i pomysłowych tytułowych kosmitów i wprowadzają delikatnie zdolności telepatyczne Władców Czasu. I co symptomatyczne dla tego, jak później będzie się ten wątek także w nowych seriach pisać, u Susan są one wyraźnie mocniej rozwinięte niż u Doktora.

Doctor Who to nie tylko fabuła, ale i postaci. Przede wszystkim to Doktor i jego towarzysze i pozwólcie, że to na nich się skupię. Tu mamy aż trójkę kompanów i dynamika między nimi a Doktorem jest bardzo interesująca. Sam Pierwszy jest nieuprzejmy i na początku często odstawał od mojego poglądu na to, kim jest Doktor, jednocześnie nierzadko będąc tak doktorowym, że i tak wiedziałam, że tak, to jest Doktor. To o tyle intrygujący kontrast, że przecież tak naprawdę to Pierwszy jest oryginalny* i wręcz on jest Doktorem najbardziej, jeśli mielibyśmy odłożyć na bok kwestię zmian charakteru przy regeneracji i wyjątkowej** w fantastyce ewolucji tej postaci. To też doprowadza mnie do konkluzji, że w Pierwszym Doktorze widzimy najwięcej Władcy Czasu, takiego, jakimi można spotkać ich na samej Gallifrey – sztywnych, przedkładających spokój i zasady nad przygodę i nieprzewidywalność, odwiecznych starców, niechętnych wszystkim, którzy nie pochodzą z Gallifrey. To cechy, które Doktor jeszcze musi utracić. Ale też już pod koniec pierwszego sezonu jest o wiele mniej taki właśnie, a bardziej przypomina Doktora, którego znamy.

Na początku jednak mam wrażenie, że to Susan jest bardziej współcześnie doktorowa niż Doktor. Oczywiście często-gęsto wzywa ona na pomoc dziadka, ale mimo tego rysu „dziewczęcego przestrachu z piskliwym głosem” jest to postać otwarta na innych, ciekawa świata i często aktywna. Zdecydowanie jest też sympatyczna i łatwa do polubienia. Czego mi jednak żal, to faktu, że właściwie poza pierwszym odcinkiem i ukazaniem dziwnej wiedzy dziewczyny niewiele jest takich momentów, kiedy przypomina nam się, że Susan jest kosmitką (jednym z nich jest The Sensorities i wspomniane zdolności telepatyczne dziewczyny). I tu mam pewien dysonans. O ile bowiem, jak na nastoletnią dziewczynę w latach 60., Susan jest całkiem nieźle napisana, o tyle, jak na nawet młodą Władczynię Czasu, to trochę mało. Niemniej Susan, jak podejrzewam, miała być taką normalną dziewczyną, żeby fan(k)om serialu łatwiej było się z nią identyfikować, więc powiedzmy, że nie będę na takie jej pisanie bardzo narzekać. To chyba po prostu jeszcze nie były czasy na zbyt wiele obcości u stałej obsady nawet takiego serialu jak Doctor Who. Dziś widzimy te kwestie inaczej, ale też taki urok tego serialu, że z czasem wolno mu ewoluować.

Na koniec zostają Ian i Barbara. O ile Susan na pokład TARDIS dostaje się poza kadrem – i w domyśle razem z Doktorem – a jako wnuczka Doktora ma nieco inny status niż większość jego towarzyszy, o tyle Ian Chesterton i Barbara Wright są pierwszymi pełnowymiarowymi towarzyszami właśnie. Włącznie z pokazaniem ich… zaproszenia na TARDIS. Jakkolwiek ich sytuacja także jest dziwna, bo Doktor tak naprawdę porywa ich – nie pozwalając im opuścić pokładu TARDIS po tym, jak się na niego wprosili – i zmusza do odbycia pierwszej podróży w czasie, by udowodnić im, że te są możliwe. A jakkolwiek z czasem dwójka nauczycieli od niechęci do Doktora przechodzi do sympatii do niego, cały ich pobyt w TARDIS (przynajmniej w tym sezonie, ale podejrzewam, że dotyczy to także ich dalszych przygód) naznaczony jest chęcią powrotu do domu. Ich wspominaną co i rusz tęsknotą za opuszczonym nie z własnej woli życiem. Podróże w TARDIS są wspaniałą, ale tylko przygodą, a prawdziwe życie wciąż czeka i jest dla nich równie ważne.

To jednak przede wszystkim ciekawe postaci. Ian stanowi swoisty kontrapunkt dla Doktora. Najmniej spolegliwie zgadza się na jego plany, jest pewny swego, ale mimo wszystko nie jest arogancki czy impertynencki bez powodu. Troszczy się też o Barbarę (ich przyjaźń, czy więcej niż przyjaźń, swoją drogą jest naprawdę ładnie napisana i zagrana), jak i o Susan. O Doktora zresztą też się troszczy, kiedy już zaczynają się docierać. Niemniej najjaśniejszym punktem tej czwórki pozostaje Barbara. Barbara jest nie tylko nauczycielką, która po prostu lubi swój przedmiot, nie jest też ot, postacią kobiecą dodaną gdzieś z boku, żeby sobie damselowała, gdy panowie odwalają całą robotę. Barbara jest niezależna, aktywna i pełna odwagi. Barbara nie ma dwudziestu lat i połówki mózgu, żeby się ładniej komponowało (nie ujmując niczego młodości innych towarzyszek, oczywiście). Dodatkowo także, tak jak Ian stanowi kontrapunkt dla Doktora, tak Barbara jest subtelniejszym kontrapunktem dla młodziutkiej Susan. Na swój sposób nadal pozostaje dla Władczyni Czasu nauczycielką – swoistym wzorem kobiecości i humanizmu. Barbara, krótko mówiąc, jest wspaniała.

Podsumowując, ten pierwszy sezon może nie jest tym, czym są nowe serie Doctora Who i lepiej oglądać go z poprawką na to, że to czarno-biała telewizja sprzed ponad pięćdziesięciu lat, ale nie aż z tak znowu ogromną. I, zwyczajnie, zdecydowanie warto po ten sezon sięgnąć.

* Nawet jeśli spierać się o to, czy William Hartnell grał pierwszą w ogóle regenerację, na pewno grał pierwszą regenerację Doktora po ucieczce/wygnaniu z Gallifrey, a o ten kontekst mi chodzi.

** Powiedzmy, że to uproszczenie, w które celowo nie będę się zagłębiać, bo nie chcę tu robić kilometrowej dygresji o koncepcie śmierci i odrodzenia w tekstach kultury dotyczących podróży w czasie.

PATRONITE


Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają współpracy.
  • _amtb_

    Mamy dużo wspólnego! Ja właśnie zaczynam ostatnią historię ale póki co przemyślenia mam podobne do Twoich :) Barbara mnie urzeka. A relacja Jana z Doktorem też jest ciekawa. Taki love-hate trochę

  • Blownie

    Amen. Świetnie napisana recenzja i totalnie się z nią zgadzam (;