Od samego finału dziesiątej serii spodziewałam się przynajmniej części tego, co Steven Moffat faktycznie zaserwował nam w Zdarzyło się dwa razy („Twice Upon a Time”). Nie wszystko okazało się zgodne z moimi oczekiwaniami, ale to nie sprawiało, że odcinek był gorszy.

Przede wszystkim czekałam na spotkanie dwóch Doktorów, którzy będą przekonywać się nawzajem, że powinni zregenerować. I to właśnie w odcinku mamy, ale tym razem Moffat nie zaufał potencjałowi skrajnego minimalizmu historii, tak jak to zrobił w Darze niebios („Heaven Sent”) i dorzucił nam jeszcze intrygę, choć nie pisaną przez wielkie I. Może szkoda, że nie zaryzykował znów tak bardzo, ale jednak odcinek mi się spodobał. Prawdopodobnie dlatego, że mimo wszystko nie było spektakularnie – i nawet końcowa mowa Dwunastego, choć pozornie długa, tak naprawdę składa się z ledwie kilku prostych zdań. O niej jednak więcej na końcu moich wrażeń.

Jeśli chodzi o samo spotkanie Doktorów, szkoda, że tak mało było tu towarzyszy Pierwszego. Wymogła to oczywiście historia, do której w tym odcinku sięga Moffat i moment tuż przed regeneracją Pierwszego, kiedy jest on już właśnie sam – a przynajmniej takie wrażenie zostawia po sobie to, co z niego pokazuje nam Zdarzyło się dwa razy – ale i tak: chciałoby się więcej Bena i Polly*. Tu niestety nie mogę docenić wszystkich nawiązań do tej klasycznej historii, bo w przygodach Doktora Hartnella jestem dopiero na początku drugiego sezonu. Ładnie jednak wyszło wplecenie w początek i koniec występu Davida Bradleya kadrów z The Tenth Planet z oryginalnym Pierwszym. Oglądanie Pierwszego w wykonaniu Bradleya też było czystą przyjemnością. Zarazem jednak mam poczucie, że Moffat trochę przesadził z jego seksizmem. Owszem, Pierwszy był takim Doktorem, jakiego mogły nam dać lata 60. i nieraz bardzo łatwo syknąć z irytacji, gdy ogląda się te pierwsze sezony. Jednocześnie jednak w pisaniu tamtych odcinków widać sporo postępowości. Ładnie podsumuje to przywołanie pierwszego odcinka historii The Dalek Invasion of Earth. W ciągu tych dwudziestu minut Doktor (tak jak i w tegorocznym odcinku świątecznym odnośnie Bill) grozi Susan, że ta dostanie po tyłku i mamy scenę, w której na pytanie jednej z męskich postaci, co ona pożytecznego robi (w domyśle – jako kobieta, chwilę po tym, jak Barbara przyznała bez żadnego oburzenia, że owszem, gotuje), ta sama Susan odpowiada ze złością, że ona je. W wykonaniu Moffata zdecydowanie zmieniłabym proporcje między byciem seksistą a byciem Doktorem. Zwłaszcza że kiedy już Pierwszy jest Doktorem, to jest nim bez dwóch zdań.

W niektórych miejscach oczywiście Moffat przemyca pod głupimi żarcikami ciekawsze zagrania. Jak wtedy, gdy Pierwszy stwierdza, że Dwunasty jest jego pielęgniarką. To z jednej strony prztyczek w nos dla tych, którzy uważają, że po zmianie płci Doktor nie będzie mógł być Doktorem. Z drugiej zaś miłe nawiązanie do Rory’ego. Ale bez większości tych archaizmów odcinek poradziłby sobie bardzo dobrze.

Bardzo podoba mi się z kolei wyjaśnienie, dlaczego Pierwszy Doktor nie chce regenerować, czego się boi i jak długo odcinek utwierdza go w tym, że jego przyszłość nie będzie dobra. Choć sam siebie przekonuje go, że Świadectwo wycięło wszystkie żarty, to przecież zobaczył to, co najważniejsze. A przynajmniej tak myśli, dopóki młodsza inkarnacja nie udowadnia mu, że jednak nie, że jest jakaś odpowiedź na jego pytanie. To w ogóle były najlepsze momenty tego odcinka – najpierw kiedy dowiadujemy się, że nie ma żadnego złego planu i że już Pierwszy ucieka do rzeczy i potem, kiedy Doktor pokazuje nam historię, która naprawdę się wydarzyła. Coś tak po ludzku niemożliwego – ja w tym momencie wzruszyłam się najbardziej w całym odcinku i to wzruszenie było dla mnie największym zaskoczeniem. Bo przecież to regeneracja, odejście Dwunastego, przyjście Trzynastej, a tu taka niespodzianka? Dziękuję, panie Moffat. Dokładnie tym powinna być fantastyka, a już zwłaszcza ta fantastyka – pokazywaniem nam, że nadzieja to nie tylko miraż, nie urywek większej fikcji, a coś, do spełniania czego jako ludzkość jesteśmy zdolni. A Doktor? Doktor pomaga przeżyć jednostce – i sobie samemu – nawet gdy jeszcze nie wie, jak ważny dla niego jest kapitan. A potem też może przecież tylko się domyślać. To też jest piękny moment, kiedy widzimy to spojrzenie Dwunastego w TARDIS, gdy podejmuje decyzję. W tym momencie myślałam, że po prostu odwiezie kapitana do domu (tu przypominał mi się podobny wątek z Doktora, wdowy i starej szafy („The Doctor, the Widow and the Wardrobe”)), a on robi coś o wiele drobniejszego, ale możliwego tylko tego jednego dnia. Coś wspaniałego. Zostaje Doktorem Wojny w bardzo niespodziewany sposób, którym daje nadzieję nawet sobie samemu.

To miejsce będzie też chyba odpowiednie, żeby wspomnieć, że obydwa główne wątki zostały ładnie splecione. Powód, dla którego kapitan zostaje wyrwany sprzed momentu swojej śmierci i dlaczego trafia na Doktora właśnie w tym momencie jego życia jest zwyczajnie spójny. Zastanawia może, czy skoro Dwunasty nie pamiętał, żeby jako Pierwszy nie chciał umierać, to jego historia w tym momencie uległa zmianie, ale to kwestia właściwie pozaodcinkowa. Może Trzynasta znajdzie chwilę, żeby o tym spokojnie pomyśleć. Żaden wątek też nie przeciąża drugiego, oba mają miejsce, by wybrzmieć i to się zdecydowanie chwali całej historii.

Może sami „kosmici” ze szkła są trochę kiczowaci, w tym stylu, który pasowałby do ery Russella T Daviesa, ale niekoniecznie pasuje do tego odcinka Moffata, ale sam ich koncept – tego kim, czym są, jest bardzo ładny. To może każe mi się (ponownie w tym odcinku) zastanawiać, czy oni naprawdę sczytali tak też każdą regenerację Doktora – co podpowiadałby odcinek – jak i Clarę właściwie mniej więcej dokładnie w tym momencie, w którym Doktor zabrał ją z jej śmierci w finale dziewiątej serii. Ale jak już wspomniałam, bardzo podobało mi się, że potwór okazał się nie być potworem. Uwielbiam ten trop. A zagubienie Doktora, gdy dowiaduje się, że nie ma żadnego złego planu, że to tylko ot, drobny błąd, jest piękne. Jakkolwiek same implikacje, by wszyscy ludzie i kosmici byli tak sczytywani niezależnie od swojej woli, trochę mnie uwierają na poziomie konceptu. Tu powinien być jednak jakiś rodzaj konsentu brany pod uwagę, zanim się taką osobę zacznie sczytywać. A nie sądzę, żeby każdy się na to zgodził.

Piękne jest za to, kiedy Bill-nie-Bill mówi Doktorowi, że musieli po prostu Doktora zrozumieć. Jak możemy się domyślać, chcieli go powstrzymać, bo nie wiedzieli, kim naprawdę jest. Mieli tylko ogólne pojęcie, kilka wyrywków, może nawet nie z wszystkich regeneracji. Więc może jego tak naprawdę nie sczytali? Skoro na samym końcu odcinka Doktor mówi Świadectwu, że gdyby spróbowali unieść jego świadomość, to by nie wytrzymali tego ogromu życia i wszystkiego, czym i kim jest ten Władca Czasu?

Co do samej Bill, z jednej strony szkoda, że nie pojawiła się tu prawdziwa prawdziwa Bill – ta podróżująca z Heather. Z drugiej, to wymagałoby wprowadzenia dodatkowego wątku, który mógłby już nadmiernie rozdmuchać odcinek. Moffat postanowił wykorzystać to, co już miał zbudowane w historii i myślę, że to wyszło naprawdę dobrze.

Bardzo smutna, łamiąca serce jest ta dezorientacja Bill na samym początku, kiedy zdaje sobie sprawę, że nie wie, jak się tu znalazła i gdzie jest Heather, o której powrocie dopiero co opowiadała Doktorowi z taką radością. I równie łamiąca serce jest jej złość, kiedy Doktor nie wierzy, że ona to ona. A później stopniowo przychodzi zrozumienie tego, kim jest. I to też jest bardzo ciekawe spostrzeżenie – że każde z nas jest sumą naszych wspomnień, że dla siebie jesteśmy bardziej swoimi własnymi wspomnieniami niż tym, co w nas materialne. I że to się nie musi stuprocentowo zgadzać z tym, jak pamiętają nas inni. Kiedy Doktor mówi, że Bill nie powiedziałaby czegoś, mnie nachodzi refleksja, że raczej: Bill, jaką pamięta Doktor, by tego nie powiedziała. Ale to nie znaczy, że Bill taka, jaka pamięta się sama, by tego samego nie powiedziała. Kiedy już jednak wiemy, że Bill jest Świadectwem, ja wciąż wierzę, że to jest Bill. Wciąż widzę ją w tym, co i jak mówi i robi w tym odcinku. I och, jak będzie mi jej bardzo brakowało przy Trzynastej Doktor.

Żal też, że nie ma już Nardole’a, a jego pojawienie się tutaj w tej malutkiej roli boli tym większą świadomością jego śmierci. Przez jakiś czas żal było mi też, że Bill i Nardole tylko powiedzieli Doktorowi, że są każdym, jakby sugerując, że mogliby mu pokazać więcej jego towarzyszy, ale ich nie pokazali. Teraz jednak myślę, że samo to wspomnienie, że nimi też są, było wystarczające. To było jak powiedzenie: jesteśmy tu z tobą i wszyscy pozwalamy ci odejść. Jeśli chcesz. Zdecydowanie cieszy to, że po raz kolejny Moffat kładzie nacisk na dobrowolność pewnych decyzji (nawet jeśli mógłby więcej, jak wspomniałam chwilę wcześniej). Że tylko Doktor może pozwolić sobie odejść. Choć to bardzo trudne. Odnosząc się do mojego felietonu o Dwunastym Doktorze i jego szczególnej więzi ze śmiercią jest jednak ważne, że to właśnie Bill mówi mu: Żyj. To twój wybór, ale ja chcę, żebyś żył. Żebyś pozwolił sobie zregenerować. To samo powtarza Nardole, ale myślę, że nie bez znaczenia pozostaje to, że w dziesiątej serii on się bardzo nauczył się doceniać Bill. Pojawia się tu też na moment Clara, ale tylko żeby przypomnieć Doktorowi siebie samą. Żeby umierając pamiętał, jak ważna była dla niego, tak mocno powiązana ze śmiercią, ale już bez bólu, bez ogromu cierpienia, które doprowadziło do finału dziewiątej serii. U progu jego własnej śmierci/odrodzenia jako ktoś zupełnie nowy. I jak nie przepadam za Clarą, tak tutaj się wzruszyłam. Może mogłabym marudzić, że hej, to ty wymazałaś mu wspomnienia, więc nie będziesz mu teraz mówić, że cię obraził tym, że cię zapomniał. Może bym mogła. Ale nie chcę.

Z drobniejszych uwag: choć już jakiś czas temu wyciekła informacja o tym, kim będzie postać Marka Gatissa, bardzo mnie ucieszyło potwierdzenie tego w odcinku. Co prawda, ponoć kanonicznie to tak naprawdę tylko wuj brygadiera, ale pamiętajmy pierwszą zasadę kanonu Doctor Who, która mówi, że Doctor Who nie ma kanonu.

Podobało mi się również to, że wróciliśmy do Rusty’ego i zobaczyliśmy, jak nie do końca są z Doktorem przyjaciółmi, ale też jak Rusty daje się przekonać, że mają wspólny cel. To było zdecydowanie ładnie pomyślane z tym, jak dostać się do daleckiej sieci. Choć ci Dalekowie bez skorup to się śmiesznie szybko poruszają – aż dziwi, po co im te ich tanki, jak bez nich z nich tacy sprinterzy… Ekhem. Tak. Spodobał mi się też powrót na Villengardzie, widać jeszcze zanim został plantacją bananów, którą będzie odwiedzał Dziewiąty.

I ucieszył mnie Doktor rozmawiający przez chwilę z TARDIS, zanim zwrócił się do swojej przyszłej inkarnacji. To zawsze są sceny, które mnie bardzo cieszą – kiedy scenarzyści doceniają ją i jej możliwości komunikacyjne. Całościowo zresztą to była też bardzo zabawna, ale i wzruszająca i poruszająca historia. Ot, taki odcinek Doctor Who, do którego będę z przyjemnością wracać. Muzycznie może się jakoś nie wyróżniał i może szkoda, skoro Murray Gold ponoć też odchodzi z serialu, ale było kilka pięknych znanych motywów. Mnie szczególnie w uszy rzucił się ten z Daru niebios, kiedy Dwunasty wraca na TARDIS, by zregenerować i ten z Dnia zagłady („Doomsday”), powracający w odcinku dwukrotnie.

I dochodząc już do najważniejszego: regeneracja. Za pierwszym razem przemowa Doktora wydawała mi się trochę wymuszona, przydługa. Za drugim razem jednak już mi się po prostu spodobała (no, może poza fragmentem o nienawiści i miłości, bo nie zgadzam się tak bardzo, ale to tylko dwa zdania). Szczególnie trafił do mnie fragment o dzieciach i imieniu Doktora, będący zresztą cytatem z Williama Hartnella. Całość w ogóle, jak już wspomniałam, jest bardzo prosta, niewydumana. Ot, kilka rad dla siebie samego. Czy raczej, choć Doktor jeszcze tego nie wie, dla siebie samej.

A potem Dwunasty regeneruje i pojawia się Trzynasta. Piękne jest to, jak się ucieszyła, gdy zobaczyła, w kogo zregenerowała. I to wypadnięcie z TARDIS! Kto nie pamięta podobnej reakcji TARDIS na Jedenastego, ten lama. A tu się jeszcze obyło bez idiotycznego unikania zderzenia kroczem z iglicą Big Bena. To wyrzucenie może zresztą było ryzykowne z pierwszą kobietą w roli, ale mam wrażenie, że właśnie chodzi o pokazanie, że jej płeć nie ma znaczenia, Doktor to Doktor i TARDIS będzie ją czy jego czy nu z siebie wyrzucać chwilę przed wybuchnięciem – bo co też ten niedorzeczny Władca Czasu chce, tak ją zniszczyć energią regeneracyjną i ona ma być z tym całkiem w porządku i jeszcze pozwolić temu głupiemu Władcy Czasu zginąć? Ogólnie więc: In Chibnall we trust. Już nie mogę doczekać się jedenastej serii i ponownie tego wspaniałego radosnego uczucia, gdy wchodzi czołówka Doctor Who.


* No dobrze, tak naprawdę to ja bym chciała Susan, Barbarę i Iana, ale nie można mieć wszystkiego, prawda?

PATRONITE


Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają współpracy.