To jaki jest ten Doktor? Recenzja Doctor Who: The Christmas Invasion

Świąteczna Inwazja („The Christmas Invasion”) to odcinek, do którego zawsze wracałam z sentymentem. Przedstawiał wszak Doktora, który długo był moim ulubionym, i robił to w świetnym stylu. Stawki były wysokie, ludzkość zagrożona, Rose cierpiała, Mickey cierpiał, Jackie narzekała, Harriet Jones podejmowała trudne moralnie decyzje, a Doktor, kiedy już nie spał, biegał w gustownej pidżamie. Czego chcieć więcej od świątecznego odcinka? Być może tylko trochę więcej tła, informacji o Torchwood i UNIT, czegoś o postaciach drugoplanowych, może trochę więcej zaglądania do głów naszych skonfundowanych, zmęczonych i przerażonych Doktora i Rose. Przynajmniej na to liczyłam, sięgając radośnie po powieść Christmas Invasion Jenny T. Colgan.

Trochę się przeliczyłam. Nie chodzi nawet o to, żeby autorka nie próbowała rozszerzyć fabuły, bo pojawiają się (może dwa) wątki, których w serialu nie było. Żaden z nich nie jest jednak na tyle porywający, aby ukryć inne niedostatki powieści. Albo raczej – dopisane wątki obnażają główną słabość opowieści, jaką są płytcy i kiepsko napisani bohaterowie. Najgorzej, że problem ten dotyczy zarówno bohaterów nowych i trzecioplanowych, jak i tych, na których fabuła powinna się skupiać, czyli Rose, Harriet i nowego Doktora.

Widać niestety, że autorka bała się ingerować w nie swoją opowieść i pozostawiła sceny oraz dialogi z serialu właściwie nietknięte i niezmienione. Pomijając już fakt, że odbiera to całości większość napięcia (w końcu założyć należy, że każdy czytelnik oglądał wcześniej odcinek, a może nawet powtórzył go przed sięgnięciem po powieść), taki sposób pisania oznacza, że dopisane sceny mocno odstają (głównie poziomem dialogów właśnie) i, no cóż, wyglądają na dopisane. Opisy są na tyle nieprecyzyjne, że tam, gdzie mamy przed oczami scenę z odcinka, widzimy aktorów i scenografię nie najwyższych lotów, a tam, gdzie scena jest całkiem nowa, widzimy niewiele.

W Christmas Invasion raziły mnie też dość tanie chwyty, przy pomocy których autorka próbowała napięcie odbudować. Śmierć naukowca w odcinku nie miała dużej wagi emocjonalnej, ponieważ nic o nim nie wiedzieliśmy. W książce dowiadujemy się niewiele więcej. Za to bohater wyraźnie wpada w oko innej nowo wprowadzonej postaci (o której również nic nie wiemy) – sugeruje się nam potencjalny romans z happy endem, abyśmy w momencie śmierci bohatera zmartwili się, że romans nigdy się nie zdarzy. To rodzaj zabiegu, którego bardzo nie lubię – wolałabym bać się o bohaterów, bo mnie zainteresowali, a nie dlatego, że autorka kibicuje ich związkowi. W innym miejscu powieści wprowadzony jest bohater poruszający się na wózku inwalidzkim – fakt ten użyty jest jednak tylko w jednej scenie, kiedy bohater nie może pobiec po schodach za opętanym przez „magię krwi” najlepszym przyjacielem.

Na tle tego wszystkiego zabolało mnie jednak głównie to, co dzieje się z Rose, która jest w końcu główną bohaterką w tej opowieści. Opis jej uczuć i przeżyć przypomina trochę nienajlepszą analizę z Tumblra, tak jakby autorka popatrzyła na mimikę Billie Piper i wypisała sobie: tu a tu Rose jest smutna, tu zła, a tu już jest wszystko dobrze. Tymczasem po tym, jak Russell T Davies opisuje perspektywę towarzyszki w nowelizacji Rose, w taką płytką charakteryzację ciężko jest mi uwierzyć. To na pewno nie jest moja Rose. Brakowało mi głębszego wejrzenia w jej emocje po stracie Dziewiątego, popatrzenia na nią nie jak na zauroczoną kosmitą dziewczynę, ale młodą kobietę, której dano szansę odmiany życia, i która tę szansę może nagle utracić. Brakowało mi poważnej rozmowy Rose z Mickey’em i Jackie i wreszcie porządnego opisu jej uczuć w stosunku do Dziesiątego, kiedy dopiero zaczyna go akceptować. Dialogi z serialu mówiły nam sporo, ale tym bardziej interesowałaby mnie inna perspektywa opisu tej postaci i jej relacji, nawet gdyby miała wychodzić poza ramy ustalone przez Russella T Daviesa, który zresztą sam dodaje jej w nowelizacji Rose całkiem nową głębię.

Z odcinka nie dowiadujemy się także, jaki tak naprawdę jest Dziesiąty, a wgląd w jego uczucia właściwie nic nowego nam nie mówi. Wydawałoby się, że to trudne do osiągnięcia, a jednak w książce może być nawet mniej Doktora niż w odcinku i jest to prawdziwie frustrujące. Tam, gdzie w serialu dużą rolę odgrywała charyzma Davida Tennanta, w książce zostają nam dość suche opisy. Po przeczytaniu nowelizacji Rose miałam poczucie, że znam Dziewiątego, a równocześnie potrafiłam zauroczyć się wraz z nową towarzyszką jego nieprzewidywalnością i dziwnością. Dziesiąty z The Christmas Invasion okazuje się przy tym zaskakująco łatwo oswajalny, a scena jego gniewu na Harriet Jones zdecydowanie nie wystarcza, abyśmy jako czytelnicy mogli się go przestraszyć.

Być może nie miałabym o tej książce tak kiepskiej opinii, gdybym nie zaczęła chwilę później czytać książki Russella T Daviesa. Być może to tak naprawdę główny problem – jak bardzo doświadczoną pisarką nie byłaby Jenny T. Colgan, to jednak nie przepisywała na nowo własnego odcinka, ale opisywała cudzy odcinek w formie książki. Być może jest to po prostu dowód na to, że solidny warsztat nie wystarczy, aby odcinek Doctor Who nadawał się do czytania. Nie zniechęcam całkiem do przeczytania powieści, zwłaszcza jeśli ktoś uwielbia sam odcinek i chce przeżyć go jeszcze raz, ale gdybyście mieli przeczytać tylko jedną nowelizację, zdecydowanie bardziej polecam książkę Daviesa lub Moffata.

Recenzja książki powstała dzięki waszemu wsparciu na Patronite. Serdecznie dziękujemy!
Daj na ciastko!


Uzależniona od herbaty, pisania i brytyjskich seriali. Kocha ludzi, teatr, wiedzieć więcej. Nie znosi fasolki, seksizmu i źle napisanych dialogów.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who