The Greatest Show in the Galaxy – recenzja

Era Siódmego Doktora obfituje w pozornie proste fabularnie odcinki, nawiązujące między wierszami do wielu aktualnych w tamtych czasach spraw, np. polityki Wielkiej Brytanii (The Happiness Patrol – rządy Margaret Thatcher) czy rasizmu (znaleziona przez Ace tabliczka zakazująca wstępu ludziom innej rasy w The Remembrance of the Daleks). The Greatest Show in the Galaxy jest w tej zbieraninie odcinkiem wyjątkowym. To głównie zasługa dobrze budowanej atmosfery strachu (te białe prześcieradła…), gry aktorskiej (Szef Klaunów) i niepokojącej muzyki, ale też faktu, że jego dodatkowym zadaniem było sparodiowanie… serialu Doctor Who.

Sama historia potrafi wywołać niepokój. Opustoszała i zalana słońcem pustynna planeta Segonax wydaje się być kiepskim miejscem na rozstawienie namiotu cyrkowego, jednak słynna wędrowna grupa cyrkowców-hipisów, za namową swojego lidera, Kingpina, postanawia zwabiać tam klientelę. Po krótkim czasie okazuje się, że nie trafili tam przypadkiem i jeden po drugim zostają omotani przez kogoś o wiele potężniejszego od nich, a cyrk, do niedawna ich miłość i całe życie, staje się ich więzieniem. Przywódca traci zmysły, słabsi cyrkowcy szybko ulegają nowemu panu, a ci, którzy mu się sprzeciwiają, giną lub stają się więźniami własnych umiejętności.

Gdy do cyrku trafia Ace z Doktorem, szybko okazuje się, że to pułapka. Na widowni siedzi oprócz nich tylko trzyosobowa rodzina, która bez entuzjazmu zajada się czipsami i lodami i rzuca zrzędliwe uwagi na temat spektaklu. Spektakle okazują się być organizowane tylko dla nich, a na arenę zaciągany jest każdy, kto przybędzie do cyrku. Życie takiej osoby zależy od tego, jak długo zdoła zabawiać znudzoną rodzinkę. Omotani członkowie trupy cyrkowej z różnym entuzjazmem starają się dostarczać na bieżąco nowe ofiary ze świadomością, że sami będą musieli wyjść na arenę, jeśli nikt nie przyjdzie. Rozpoczyna się walka z czasem, podczas której Doktor stara się zatrzymać tę dziwną machinę rozrywki i strachu.

Jedną z pierwszych postaci, która staje na drodze Doktora i Ace, jest Kapitan Cook, który w tej opowieści jest parodią Doktora. Razem ze swoją towarzyszką Mags przemierza galaktykę, chwaląc się swoimi wspaniałymi dokonaniami. Szybko okazuje się, że jego sława to tylko puste słowa, nie idą za tym żadne chwalebne czyny, tylko dbanie o własny interes i życie w myśl zasady „przetrwanie silniejszego”. Sama Mags (odpowiednik towarzyszki) trzyma się Kapitana, bo uratował jej życie i tym samym kupił jej zaufanie. Jest dla niego tylko trofeum, które trzyma przy sobie po to, by użyć w odpowiedniej chwili jak asa w rękawie. To samo tyczy się innych ludzi. Kapitan jest graczem, lubi podejmować ryzyko i zwykle płacą za to inni – do czasu. Jak widać, scenarzyści nie potraktowali postaci Doktora lekko. To dość ciekawe posunięcie, biorąc pod uwagę, że sam Siódmy Doktor był znany z bycia manipulantem prowadzącym dalekosiężne gierki i ryzykującym życie innych – ale oczywiście nie w takim stopniu. Może to był celowy zabieg, by pokazać przez porównanie, że z Siódmym nie jest aż tak źle? A może to nawiązanie do niesławnej relacji Szóstego Doktora z Peri i próba pogrzebania tej relacji na zawsze?

Co do samego Siódmego Doktora, to choć w tej opowieści nie osiągnął jeszcze szczytu swojej manipulacyjności, możemy domniemywać, że nie wybrał się w pobliże tej planety przez przypadek. Odkładając na razie na bok takie pytania, jak „dlaczego Siódmy ciągle konfrontuje Ace z jej koszmarami?”, zastanawiające jest, czy spodziewał się, że na Segonax spotka bogów Ragnaroku. Patrząc na fakt, że zwykle w swoich planach wyprzedzał wszystkich, nie jest to niemożliwe. Tak czy siak, jego pokaz sztuczek przed bogami jest sceną wartą obejrzenia, nawet jeśli Siódmy się po cichu od dawna do niej przygotowywał.

Bogowie Ragnaroku, choć w prawdziwej postaci pojawiają się na samym końcu odcinka, są jednym z najlepszych wyzwań, jakie przypadły w karierze Doktorowi. Zamiast zasłaniać się innymi czy znajdować nieprawdopodobne rozwiązania z powietrza, Doktor musi sam stawić czoła i pokazać, co umie, by kupić Ace czas. Jego walka jest najtrudniejsza, bo jest całkowicie bezbronny na pierwszej linii ognia i wie, że nie może prowadzić tej walki w nieskończoność. Mimo to Doktor nie okazuje strachu i pokonuje ich, po czym oddala się niespiesznie, a za nim cyrk wylatuje w powietrze (oh yeah!).

Można się domyślić, że bogowie w postaci rodzinki są karykaturą znudzonych widzów serialu, od których wierności zależy, czy serial przetrwa. Mogło to być nawiązanie do ówczesnego spadku popularności Doctor Who, który został wycofany rok później (akurat kiedy robiło się ciekawie…). Za to Morgana i konferansjer to ekipa serialu, która rzuca widzom na arenę, co się da, desperacko starając się przykuć ich uwagę.

Nie można zapomnieć o postaci Szefa Klaunów. Jest on jedynym członkiem trupy, który całkowicie się poddał nowym panom i wyraźnie znajduje przyjemność w służeniu im. Ze swoją drapieżną mimiką, szaleńczym śmiechem, teatralnymi gestami i makijażem w stylu klauna Pierrota, budzi niepokój w każdym, a szczególnie w Ace, która nie znosi klaunów. Gdy Szef to odkrywa, z chęcią wrzuca Ace do pokoju pełnego klaunów-robotów. Te roboty stanowią także posłuszną mu gwardię, z którą jeździ po okolicy karawanem, przebrany w strój grabarza, szukając uciekinierów za pomocą latawców. „Byłeś kiedyś wspaniałym klaunem! Zabawnym, pomysłowym…” – mówi do niego Bellboy, jego dawny kolega, którego Szef utrzymuje przy życiu tylko po to, by naprawiał mu roboty. Ale Szef nie zamierza wracać do tego, co było kiedyś. „Tak, poddałem się i otrzymam swoją nagrodę”, mówi z dumą do Kingpina, potwierdzając tym, że nie ma już dla niego odwrotu. Możemy się jedynie zastanawiać, czy jest całkowicie zmanipulowany, czy po części działa z własnej woli. Czemu jest tak interesujący mimo bycia klasycznym czarnym charakterem? Może dlatego, że grający go Ian Reddington włożył tyle własnej charyzmy w każdą scenę, że nie można oderwać od niego wzroku.

Co do reszty cyrkowców, ich los jest przesądzony. Mamy parę kochanków, która ginie i ich historia, choć trochę oklepana, jest całkiem romantyczna (choć Bellboy za łatwo się poddał). Wróżka Morgana jako jedyna z trupy brzydzi się tym, co robi, próbuje przekonać konferansjera do zakończenia działalności cyrku i podejmuje próby ratowania nieświadomych niczego widzów przed niechybną śmiercią na arenie, ale bez skutku. Jej wątpliwości nie podobają się bogom i mimo żarliwych zapewnień o posłuszeństwie, staje się kolejną ofiarą na arenie razem z konferansjerem. Tylko Kingpinowi udaje się uciec przed niechybnym losem dzięki pomocy Ace.

Pozornie najbardziej niepasującą tu postacią jest chłopak w okularach na rowerku, jednak jego rola w tej opowieści jest oczywista. Jest to parodia fana Doctor Who, który zna wszystkie detale na temat serialu, zbiera stare gadżety, ale jest mocno irytujący i tylko denerwuje innych swoją obecnością. Patrząc na to, jak przerysowana jest ta postać, scenarzyści musieli mieć żal do fanów po tym, jak serial omal nie został anulowany za czasów Szóstego Doktora i dość ciągłych porównań z tym, jak wyglądał za lepszych czasów.

The Greatest Show in the Galaxy to zdecydowanie jeden z lepszych odcinków ery Siódmego Doktora. Choć widać, że budżet był niewielki, odcinek nadrabia niesamowitą atmosferą i paroma postaciami, które dominują na ekranie i sprawiają, że jesteśmy ciekawi, co będzie dalej. W końcu ciężko się oprzeć wrednemu uśmieszkowi Szefa Klaunów.

Oglądaliście ten odcinek? Jak się wam podobał?

Daj na ciastko!


Przygodę z serialem rozpoczęła na początku studiów. Kocha każdego Doktora za coś innego, ale najczęściej czas spędza z Siódmym, Jedenastym i Dwunastym. Z zawodu jest chemiczką, poza tym jest wielbicielką samolotów, śpiewania, herbaty, żelków i wszystkiego, co brytyjskie. Razem z siostrą tworzy prywatny duet smyczkowy, czasem też zaśpiewa szanty przygrywając sobie na gitarze.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who