The Caves of Androzani, czyli najgorszy dzień z życia Piątego Doktora

Powszechnie, stereotypowo, ale i zupełnie racjonalnie twierdzi się, że poniedziałek jest najgorszym dniem tygodnia. Wynika to oczywiście z faktu, że rozpoczyna on nowy, pracowity tydzień, a wspomnienia weekendu odsuwa od nas swą zimną dłonią. Jednak ja zawsze uważałam, że sam poniedziałek, mimo swego okrucieństwa i stanowczości, nie jest nawet w połowie tak zły, jak niedziela. Ona bowiem jest niczym ostatnie dziesięć minut przed egzekucją; nici z siedzenia do późna, bo rano trzeba wstać, nici z ekstrawaganckich aktywności, bo… rano trzeba wstać… Tylko marazm i widmo nadciągającego tygodnia. Tik-tak, tik-tak…

Do czego zmierzam? Wyobraźcie sobie, że przygody Piątego Doktora są jak weekend; pełen przyjaciół piątek i ciepła, słoneczna sobota, a nawet leniwy niedzielny poranek, który jednak zwiastuje już pożegnanie z weekendem i oto ona: niedziela w pełni. Poniedziałek, z uporem godnym lepszej sprawy, maszeruje w naszą stronę…

Świadomość schyłku niedzieli i nadciągającego tygodnia, po brzegi wypełnionego rzeczywistością, to odczucia zbliżone do tych towarzyszących widzowi podczas seansu odcinka The Caves of Androzani, w którym po raz ostatni nasz ulubiony Władca Czasu nosi twarz Petera Davisona. Historia ta przesycona jest atmosferą nieodzownego końca; końca weekendu, końca lata jasnego niczym włosy Piątego Doktora.

Piąty Doktor i Peri Brown

Dziwna groza wiąże się z moim wspomnieniem o tym rozdziale przygód Doktora, choć nie jest to właściwie groza niedzielnego marazmu, bo „marazm” nie jest słowem, jakiego można by użyć w odniesieniu do tej historii (jest ona na to stanowczo zbyt dramatyczna!). Jednak słowo „niedzielny” czy wyrażenie „niemal poniedziałkowy”… O, tak! To właśnie one najtrafniej opisać mogłyby moje odczucia; wrażenia bardzo niedzielnego rozpadu struktur ostatniego weekendu sierpnia, gdy wakacje, o czym wiemy, przyjdzie nam na dobre pożegnać.

Piąty Doktor i Peri przybywają na planetę Androzani Minor

Piąty Doktor trafia wraz ze swoją całkiem nową kompanką, Peri Brown, na niezamieszkałą, pustynną i górzystą planetę Androzani Minor i wiedziony ciekawością postanawia dowiedzieć się, co oznaczają ślady na piasku; ślady czyjejś obecności, niewątpliwie należące do mieszkańców bliźniaczej planety Androzani Major. Ciekawość jednak, jak głosi stare, wysłużone i często trafne powiedzonko, jest pierwszym stopniem do piekła. O jego prawdziwości jasnowłosemu Władcy Czasu przychodzi się szybko przekonać. Trafia on bowiem nagle w sam środek wojny o drogocenną substancję, zostaje skazany na śmierć, uwięziony, a potem także poddany torturom, pobity, znokautowany i ostrzelany z broni palnej! W międzyczasie zaś musi błądzić po mrocznych korytarzach jaskiń, ciągnących się w nieskończoność…

Piąty Doktor w celi

Mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że był to najfatalniejszy, najgorszy dzień dla Piątego Doktora, najbardziej bolesne przebudzenie i najokrutniejszy koniec metaforycznego weekendu jego przygód!

Co jeszcze czeka widza, gdy zdecyduje się podjąć wyprawę, ostatnią wyprawę z Piątym Doktorem? Czekają go bezduszne androidy pod dowództwem Sharaz Jeka (lokalnego „Upiora Opery”… i to jest bardzo trafny opis postaci!), machinacje polityczne, handel bronią, ból fizyczny i śmierć rozmaitych bohaterów oraz… bezsensowny, absurdalny gumowy zwierz w podziemiach.

Przemytnik broni zastraszany przez dowódcę

The Caves of Androzani to odcinek nietypowy, odcinek straszny, emocjonalny i fascynujący, ale także odcinek frustrujący, bo po prostu… tak dobry! Bez objaśnienia tła dla tego stwierdzenia, pojęcie go może się jednak okazać niemożliwe, a zatem zapraszam was do mojej wyimaginowanej TARDIS (P.S. okrągły słup na ogłoszenia tuż za rogiem); czas na małą podróż w przeszłość…

Przypadający na lata osiemdziesiąte okres żywotności Piątego Doktora jest pierwszym sygnałem stopniowego upadku klasycznych serii, a, w każdym razie, tak właśnie jest postrzegany. Czwarty Doktor był uwielbiany, a jego trwający aż siedem sezonów żywot przypieczętował jego wizerunek jako Doktora, czyniąc go Doktorem w pewnej mierze wzorcowym. Piąty miał więc niełatwe zadanie; był młody, znacznie młodszy niż poprzednicy, a niepewność twórców w kwestii kreowania jego charakteru nie poprawiła w żaden sposób szans na sukces nowego Władcy Czasu. Odcinki z tą właśnie regeneracją bywają przez to nijakie fabularnie, a do tego tłum towarzyszy nieustannie przytłacza w nich Doktora, który lśni niemrawo, wysyłając jednak wyraźne sygnały do widza – sygnały niewykorzystanego potencjału, błagającego o sposobność, by się wydostać z opresji fabularnych lęków oraz tłumów kompanek i kompanów.

Piąty Doktor

Gdy w końcu wszyscy widzowie choć trochę polubili Piątego (bo nie polubić go to zbrodnia karana porządnym trzepnięciem w głowę za pomocą kija do krykieta), ale pożegnali się już z nadzieją na oswobodzenie jego ewidentnie uśpionych możliwości, nagle nadciągnął finał jego przygód i zmiótł widownię z nóg. Na scenę wkroczył znienacka niejaki Robert Holmes odpowiedzialny za wiele historii Czwartego Doktora, który nie napisał jednak żadnej historii dla Piątego… aż do The Caves of Androzani. Jedna historia, ostatnia historia kremowo-selerowego Władcy Czasu i (o ironio!) zarazem jego najlepsza! Nie jest to tylko moja subiektywna opinia, ale powszechnie panujące przekonanie… którego oczywiście nie musicie podzielać! Jednak wierzcie mi, że naprawdę trudno jest myśleć inaczej, gdy się już odbyło podróże z Piątym.

Morgus spogląda prosto w obiektyw kamery

Poza świetną historią, w której nici fabularne splatały się w sposób stosunkowo współczesny, a drugoplanowe postaci i ich wątki faktycznie frapowały, nie będąc tylko zapychaczami, poza poziomem aktorskim, ogólnie rzecz ujmując, wyższym niż to często miało miejsce w innych odcinkach Piątego, pojawiły się też pewne innowacje techniczne. Mam tu na myśli w szczególności znacznie bardziej swobodne użycie kamery, które uczyniło The Caves of Androzani historią dynamiczną, żywą.

Warto też wspomnieć osobno i osobno pochwalić w tym miejscu Petera Davisona. Po tych wszystkich odcinkach, całym tym charakterologicznym represjonowaniu postaci, Doktor ożył i dał widzom przygnębiający posmak tego, jaki mógłby być, mając do dyspozycji takie właśnie historie; emocjonalne, gwałtowne, trochę brutalne, zmuszające do złości, krzyku… ale także do drobnych złośliwości i ironii.

Piąty Doktor uśmiecha się, nie bez złośliwości, do Sharaz Jeka

The Caves of Androzani to też pierwszy (i jedyny, niestety) odcinek, w którym Piąty od początku do końca miał tylko jedną towarzyszkę, a nie dwójkę czy trójkę biegających wte i wewte ludzi i nieludzi, a to pozwoliło bohaterowi zająć się nią w pełni, zatroszczyć się o nią, skupić się właśnie na niej. We wcześniejszych historiach z Piątym Doktorem odnosiłam czasem wrażenie, że nadmiar towarzyszy sprawiał, iż bohater nie martwił się o nich należycie, bo nie miał na to czasu; zarówno antenowego, jak i fabularnego. Wszyscy przyjaciele Doktora rozłazili się po prostu na wszystkie strony, a on trudził się i głowił, jak ich pozbierać do kupy i przez to nie miał ani chwili, by tworzyć z nimi prawdziwe więzi… a już na pewno nie mieli na to ani chwili sami twórcy! Jak trafnie zauważył pewien drogi mi Marsjanin: relacje postaci często przypominały schemat: postać A szuka postaci C z postacią B, znajdują ją, ale gubi się postać B, więc postaci A i C szukają B.

Piąty Doktor broni Peri przed Sharaz Jekiem

The Caves of Androzani pokazuje jednak ponad wszelką wątpliwość, że redukcja liczby przyjaciół była potrzebna od samego początku, ponieważ pozwoliła ona zarówno na rozwinięcie więzi między postaciami, pokazała, że taka więź faktycznie mogła istnieć (i nie mam tu wcale na myśli więzi w sensie romantycznym, ale bardziej bratersko-siostrzanym), a także umożliwiła Piątemu wyzwolenie się z okowów charakterologicznej represji, zarazem dając mu po raz pierwszy szansę na prawdziwą samodzielność, ale też… prawdziwe osamotnienie. Widz mógł ujrzeć samotnego Piątego, co wcześniej było zawsze tymczasowe i niepełne.

Te wnioski zaś prowadzą mnie do kolejnych. Być może fatalny ciąg wydarzeń, który doprowadził do regeneracji Doktora, był wynikiem nie tylko zwykłego pecha, ale stanowił definicję tej regeneracji, będąc wynikiem jej słabości? Co mam na myśli? Piąty był zawsze niewinnie zaciekawiony, pozytywnie nastawiony, kulturalny, życzliwy, dyplomatyczny, otoczony przez tłum przyjaciół, spokojny. Tymczasem znalazł się w sytuacji czyniącej wszystko to, czym był, wadą.

Piąty Doktor i Peri na Androzani Minor

Jego niewinna ciekawość doprowadziła do tragedii. Ogłada i dyplomacja okazały się bezużyteczne w czasie bezwzględnej wojny, a przyzwyczajenie do wsparcia bardziej licznego grona towarzyszy uczyniło go zbyt spokojnym, pewnym siebie, tworząc fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Pozytywne nastawienie zaś nie byłoby w stanie ocalić ani Doktora, ani Peri od zagrożenia, bo ono nie było związane z umysłem, z podejściem do sytuacji; było biologiczne, fizyczne, nieodwracalne i definitywne.

Fatalny w skutkach splot wydarzeń zaowocował narodzinami Szóstego Doktora, skrajnie odmiennego, będącego być może właśnie efektem nagłego uświadomienia sobie przez Piątego, w toku akcji, własnych słabości. Słabości, które go zabiły, a mogły też pośrednio zabić… Nie! Tego wam nie powiem! Po prostu: innych.

Piąty Doktor rozmawia z Sharaz Jekiem

Skoro wymieniłam już tyle zalet odcinka The Caves of Androzani, to pojawia się pytanie, czy ma on w ogóle jakieś wady? Owszem. Trzy. Po pierwsze: u tych, którzy śledzili przygody Piątego, seans musi się skończyć frustracją związaną ze świadomością owego niewykorzystanego dotychczas potencjału głównego bohatera i serii z jego udziałem. Po drugie: zabija on wspaniałego, uroczego, ludzkiego Doktora, którego nie da się nie lubić, co jest zbrodnią. Po trzecie… Do czorta, co to za gumowy, bezsensowny potwór wałęsa się po tych jaskiniach, nie wnosząc niczego do fabuły, nie dając widzowi niczego? No chyba że widz jest kampolubny.

Sądzę jednak, że te skromne wady zrekompensuje wam liczba zalet, choćby i tych małych… Jak seler! W końcu zostaje wyjaśniona zagadka jego obecności! Mniej więcej… Jeżeli to was nie zachęci, to… jesteście Zygonami (z góry przepraszam wszystkich Zygonów)! Cóż, podsumowując moją czasosplątaną recenzję, powiem jeszcze raz (lub dwa), że The Caves of Androzani to fantastyczna historia. Kończy ona jednak długie, ciepłe, choć może niekiedy nieco miałkie lato.

To właśnie z latem, z weekendem kojarzyć mi się już zawsze będą przygody Piątego Doktora. Teraz, gdy piszę te słowa, na zewnątrz panuje koszmarny mróz, a śnieg przykrywa resztki brudnozielonej trawy… Czyż to nie doskonała pora na jasnego i ciepłego jak letnie słońce, pełnego radości, weekendowego Doktora? Korzystając ze sposobności, namawiam was więc do podróży z nim daleko, daleko od kapryśnej polskiej zimy, ku pełnej przygód lipcowej sobocie.

Piąty Doktor w świetle słońca, oparty o drzwi TARDIS

Ze smutkiem mówię jednak (po raz któryś już z kolei), że każde lato się kończy, a po każdym weekendzie nadchodzi poniedziałek; między nimi zaś jest zawsze jakieś The Caves of Androzani, które przebija lustro iluzji rozdzielające te sfery. W emocjonalnie masochistycznym sensie należy jednak powiedzieć, że rozpryskujące się fragmenty iluzji, niczym skrawki lustra, potrafią migotać wspaniałymi kolorami i choć ich rozpad jest zawsze świadectwem jakiegoś końca, to one same są jednak w istocie czymś pięknym… Tak, jak i ta historia, którą serdecznie wam wszystkim polecam.

Daj na ciastko!


Studentka, ekstrawertyczny introwertyk, rysownik-amator i pisarz-hobbysta z dalekiej północy. Dla przyjaciół: Tai.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who