Nasze redakcyjne świąteczne życzenia. Albo i nie? Musicie sami się przekonać.

Hamulec ręczny, charakterystyczne rzężenie, huk i wstrząs. Wylądowała. Doktor odsunął się od konsoli i pewnym krokiem opuścił TARDIS. Rozejrzał się (doświadczenie nauczyło go wreszcie, żeby zawsze się rozglądać po wylądowaniu… Możliwe też, że to nie doświadczenie, ale dydaktyczne umiejętności Clary – skutek jednak pozostał taki sam).

Jego oczom ukazały się białawe doliny i pagórki, rozciągające się aż po horyzont. Ziemia była zmarznięta i pokryta szronem, ale dojrzeć można było zieleń traw, które jeszcze się pod nią kryły. Wziął głęboki wdech.

– Walia. Dwa tysiące szesnasty rok – osądził.

Zmarszczył krzaczaste brwi i nieco głośniej zaciągnął się świeżym powietrzem. Chwilę jeszcze milczał, a potem, kiedy przetrawił uzyskane informacje i uzyskał pewność, zacytował:

– Już wpół do wigilii!

Zaśmiał się. Ludzkie filmowe animacje nieraz bawiły go do łez, ale za jego plecami ktoś wyraźnie wcale nierozbawiony głośno chrząknął. Ziemianka, której istnienie dotąd ignorował, uporczywie domagała się jego uwagi.

– Claro.

– Doktorze, coś się chyba stało z obwodami tłumaczącymi.

– Bzdura! To, co czujesz wokół, to magia walijskich świąt, a nie palące się obwody tłumaczące.

– Nie rozumiem nic z tego, co mówisz!

Spojrzał na nią złowrogo, bo uświadomił sobie, że to jego nadzwyczajne zdolności lingwistyczne, a nie tłumaczenie TARDIS, pozwalają mu bezproblemowo zrozumieć Clarę.

– Hm, może jednak coś jest z nimi nie tak… – odpowiedział po angielsku.

Wskoczył do TARDIS i zbiegł po schodach. Rzeczywiście, obwody były nieco nadtopione. Cóż, poradzi sobie. Obiecał Clarze wycieczkę po wszystkich ziemskich krajach w Boże Narodzenie i będzie ją miała. A jeśli pozna przy tym kilka słów w innych językach, tylko wyjdzie jej to na dobre. Zostawił obwody tak, jak były. Wskoczył z powrotem na górny pokład. Clara stała przy konsoli.

– I jak?

– Idziemy!

Zeszli po zboczu górki i po kilkunastu minutach znaleźli się w centrum małego walijskiego miasteczka.

– Nadolig Llawen a blwyddyn newydd dda! – zawołał do nich jakiś przechodzień. Clara aż się wzdrygnęła.

– Czy on nam groził? – szepnęła do Doktora.

– Życzył nam wesołych świąt.

I tak już było cały czas. Clara zachwycała się pięknem świątecznie oświetlonych miast, zapachem wanilii i piernika, ciepłem grzańca rozchodzącym się po całym ciele. Ale nigdy nie potrafiła wyczuć, czy ktoś jej mówi, żeby sobie poszła, czy zaprasza ją na kolację, a może ją przeklina po wsze czasy. Abstrakcyjność i wielość języków, które usłyszała, tak ją przytłoczyła, że ledwie zapamiętywała, które słowa, zdaniem Doktora, mają oznaczać świąteczne życzenia.

– Gleðileg Jól!

– Joyeux Noël!

– Prettige Kerstdagen!

– Nedeleg Laouen!

– Hyvää Joulua!

– Crăciun Fericit!

– کرسمَس مبارک!

– Frohe Weihnachten!

– Счастливого Рождества!

– toDwI’ma’ qoS yItIvqu’!

– Merry Christmas!

– Boldog karácsonyt!

– शुभ क्रिसमस!

– Feliz Navidad!

– Честита Коледа!

– Veselé Vánoce!

– Sretan Božić!

– God Jul!

Kilkaset miast i kilka dni później (tak naprawdę nawet nie dobę) Clarze na usta cisnęło się już tylko jedno pytanie:

– A jak Sontaranie składają sobie życzenia świąteczne?

– Nie obchodzą Bożego Narodzenia. Ale gdyby to robili, mówiliby tak – wydał z siebie kilka dźwięków niemożliwych do zapisania ludzkim pismem.

– Strasznie dużo słów jak na jedną frazę. Życzyłeś mi też szczęśliwego Nowego Roku?

– Nie, życzyłem ci dużej liczby granatników i śmierci w walce. To dla Sontarianina doskonały powód do świętowania.

  • McThar

    Ciekawa mini historia, na końcówce się uśmiałem :D Tak czy inaczej Wesołych Świąt wszystkim z redakcji i wszystkim czytelnikom, w spokojnej, rodzinnej atmosferze :)