Oto dziewiąta część wywiadu ze Stevenem Moffatem przeprowadzonego podczas Fairlord Festival of Fiction, który odbył się w dniach 1-4 czerwca.

Wolisz Smitha czy Capaldiego?

Publiczność: Oooooch…

Nie mogę tego określić. Każdy z nich jest lepszy od drugiego. Fan nie musi robić list. Nie róbcie list, po prostu mówcie, że wszyscy byli rewelacyjni. Obaj są równie dobrzy. Jeśli już musi się mieć preferencje, to może zmieniać je każdego dnia? Dziś jest dzień Jona Pertwee! Dziś jest dzień Toma Bakera! Nie trzeba mieć jednego ulubieńca. Nie mógłbym dokonać wyboru. Każdy z nich jest genialny i sukces Doctor Who bierze się stąd, że pozwala Doktorowi tak się zmieniać, że unikatowe cechy każdego z aktorów są maksymalnie podkreślone. Z ręką na sercu – mój ulubiony Doktor to Doktor Who. Widzieliście innych doktorów? Tylko leczą ludzi, włóczą się po szpitalach i nigdy nie walczą z kosmitami. Nie wiedzieliby, co zrobić z robotem. Więc nie, nie mam preferencji. Nie mógłbym mieć. Obaj są wspaniali.

Będziesz oglądać kolejne serie?

Oczywiście! Ale wiem, dlaczego o to pytasz. Czy poczuję się, jakbym był w niewłaściwym miejscu i czy będę mieć wrażenie, że serial sobie beze mnie nie radzi? Przez lata go oglądałem, zanim zacząłem przy nim pracować, więc to nie będzie problemem. Ale tak, na pewno zdarzy mi się pomyśleć: Rany, tak łatwo było mnie zastąpić?. Ludzka rzecz. Równocześnie jednak Doctor Who zawsze znaczył dla mnie zbyt wiele, i prywatnie, i zawodowo, bym mógł pozwolić na to, by stał się otwartą raną, czymś, do czego nie będę mógł już podejść bez żalu. Chcę znów oglądać, wyglądając zza kanapy, razem z wami wszystkimi. Chcę, by był czymś bardzo przyjemnym w moim życiu, bo zawsze tak było, zarówno gdy oglądałem, jak i wtedy, gdy go tworzyłem. Chcę, by był to serial, nad którym kiedyś pracowałem i który dalej kocham. Więc tak, oczywiście, że będę oglądać!

steven moffata chibnall

Są jakieś odcinki, które nie wyszły tak, jak pierwotnie planowałeś?

W mniejszym lub większym stopniu – wszystkie. W jakimś momencie każdy twórca piszący dla Doctor Who wyobraża sobie osiemnaście milionów brzęczących potworów schodzących ze wzgórza. A potem to tylko jeden potwór, który mówi: Hej, wy, osiemnaście milionów! Zaczekajcie tu. Nie zdejmujcie hełmów, bo nie. Ja pójdę pogadać z Doktorem. No więc – wszystkie. Ale w ekipie pracującej nad serialem cudowne jest to, że są skłonni zrobić wszystko, o co są proszeni. Bardzo często efekt był lepszy niż się spodziewałem. Z Doctor Who nie jest łatwo. Gdy przychodzi koniec zdjęć, wszystko wygląda koszmarnie, bo potrzebuje bardzo dużo efektów specjalnych, obróbki i muzyki, by wyglądać jak ten śmiały, wspaniały serial, który znamy. Było kilka odcinków, ale nigdy nie wymienię ich tytułów, przy których czułem, że nie wyszły tak, jak chcieliśmy. Gdybym powiedział, które to, byłoby przykro wielu osobom – w tym mnie. Rozpłakałbym się tu przed wami. Ale są też odcinki, które wyszły o wiele lepiej. Rozkwitły. Pamiętam, jak martwiłem się o Żonę Doktora („The Doctor’s Wife”), a on nagle okazał się bardzo ceniony. Często jest więc lepiej, niż się spodziewam, a kiedy jest gorzej, to wam nie powiem. Zostawię notkę, dowiecie się, jak umrę.

Źródło: Koquillion


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.
  • Przemek031999

    Niech ten wywiad nigdy się nie kończy ♥

    • Jeszcze trochę. ^^ A potem następny. :D Korzystamy z gadania Moffata, póki nas dotyczy! (Mamy w redakcji mały fanklub wyrywający sobie jego wywiady do tłumaczenia…)