Steven Moffat o romantyzmie Doktora i początku whoviańskiej kariery (część 1)

W wywiadzie dla Doctor Who: The Fan Show były producent wykonawczy opowiedział o tym, jak zapracował na możliwość tworzenia Doctor Who i wyjaśnił, dlaczego uważa, że Doktor z klasyków nie był pozbawiony romantyzmu.

Zacznijmy od czasów, nim serial powrócił na ekrany. Nie jest tajemnicą, że od dziecka byłeś wielkim fanem Doctor Who – a od 1999 roku także nagradzanym scenarzystą telewizyjnym. To także rok, kiedy światu przedstawiony zostaje twój doktorowy pierwszy odcinek, skecz The Curse of Fatal Death. Jak do tego doszło?

Steven Moffat: Moja żona zajmowała się produkcją comic relief tego roku. A pierwsze, co producent tego przedsięwzięcia musi zrobić, to zdobyć mnóstwo ludzi, którzy będą dla niego pracować za darmo. A ona była oczywiście żoną scenarzysty komediowego. WYKORZYSTAŁA Doctor Who, wiedząc, że jestem fanem i że będzie to prawdopodobnie jedyna korzyść, jaką przyniesie jej małżeństwo z fanem Doktora. Wykorzystała go. Powiedziała: „Nie chciałbyś napisać dla nas Doctor Who za darmo?”, a ja na to: „O tak, zrobię to, zdecydowanie!”. Chociaż pomyślałem wtedy coś, co jest chyba najmniej trafnym przypuszczeniem wszech czasów: „to moja jedyna szansa, by pisać Doctor Who!”.

W tym samym czasie, w roku 1999, Mroczne widmo przywracało do życia Gwiezdne Wojny dla młodych widzów. Czy miałeś wówczas wrażenie, że był potencjał dla powrotu Doctor Who?

Zdecydowanie tak. Nigdy nie było takiego momentu, w którym Doctor Who nie mógłby powrócić. To, co się stało, było dość skandaliczne. Utrzymywali serial w tym stanie anulowania przez tyle lat, podczas gdy tyle ludzi pragnęło jego powrotu. Miał całkiem dobrą oglądalność, krytyka była całkiem pozytywna, a każdy, kto naprawdę zna Doctor Who, wie, Sylvester McCoy był świetny, Sophie Aldred też – i powstawały też wtedy naprawdę dobre odcinki. Nie było powodu, by go zdjąć z anteny. Kiedy zrobiliśmy Doctor Who w ramach comic relief, oglądalność skakała do 10 milionów za każdym razem, gdy pojawiał się Doktor, tak sądzę. W każdej innej sytuacji serial powróciłby w mgnieniu oka.

Przeskoczmy teraz do listopada 2003 roku. Powrót Doctor Who z Russellem T Daviesem jako producentem wykonawczym zostaje ogłoszony. Jak się o tym dowiedziałeś?

Wydaje mi się, że Sue w pewnym momencie mi powiedziała. To wszystko obraca się wokół Sue. Powiedziała: „Wydaje mi się, że oddali Doctor Who w ręce Russella”. Nie zareagowałem na to w szczególny sposób, bo jakoś wiedziałem, że coś się szykuje. A potem byłem w Ameryce, w Nowym Jorku, brałem udział w premierze Każdy z każdym (Coupling) na DVD i zajrzałem do internetu. Wtedy to było trudne. Trzeba było nadmuchać balonik i zapalić świeczkę. I zobaczyłem, że ogłosili, że Russell przywraca serial. Pomyślałem: „O Boże, to naprawdę się wydarzy”, nie wątpiłem, że będzie dobre. Nie wątpiłem w to ani przez chwilę, bo znałem Russella. Osobiście tylko trochę, ale wiedziałem, jak pisze. Oddali serial w ręce pierwszorzędnego dramaturga, który był przy okazji fanem Doctor Who. Stwierdziłem: „To zadziała. To zdecydowanie zadziała. To nie będzie ktoś, kto tego nie rozumie i wszystko zniszczy. To będzie ktoś, kto to kocha, kto naprawdę wie, co robi – na poziomie, którego Doctor Who dotąd nie zaznał”. No i oczywiście chciałem dostać do napisania odcinek, oczywiście, że tak.

I dostałeś sześć odcinków. A jak się poznaliście?

Poznaliśmy się lata, lata temu. Pamiętam pierwszy raz, kiedy przeczytałem jego nazwisko. Mieszkałem wtedy u producenta Press Gang, w tych świetlanych latach, kiedy sypiałem na zafoliowanej sofie. Pamiętam to. To było moje życie telewizyjne. Kiedy się obudziłem, zobaczyłem całą stertę korespondencji – prywatnej i intymnej korespondencji – tuż obok, na stoliku kawowym. Naturalnie ją przeczytałem. W jednym z listów Russell pisał, że szuka pracy, po prostu. A ja pomyślałem: „Pff, kto to jest? Po co nam on? Na litość boską, nie potrzebujemy kolejnego pisarza! Ja tu jestem. Mam kanapę! Tu nie ma innej kanapy! Nie możemy sobie na niego pozwolić!”. A potem… wydaje mi się, że poznałem go w biurze Sandy. Sandy [Sandra C. Hastie] była producentką Press Gang. Ale nie było to jakieś ogromnie ważne spotkanie. Wydaje mi się, że po prostu szwendałem się po okolicy, a on przedstawiał swój serial.

W jaki sposób Russell dowiedział się o twojej miłości do Doctor Who i jak to się stało, że wciągnął cię do ekipy?

Od tamtego czasu wiele razy się spotykaliśmy. Nie, nie wiele – kilka razy. On napisał bardzo dobrą doktorową powieść, Damage Goods. Stąd więc wiedziałem, że jest fanem Doctor Who. Wielu ludzi jest fanami Doktora. Jakoś stworzyliśmy taki mit, że w tamtych latach wszyscy byli fanami Doctor Who. Niemal każdy chociaż luźno związany ze sztuką był wtedy do jakiegoś stopnia fanem. Russell był jednym z większych i słyszałem, że nawet sprawił sobie własnego Daleka, który później pojawił się w Planecie obłąkanych Daleków (Asylum of the Daleks) i prawie zabił Matta Smitha.

Co jakiś czas wpadaliśmy na siebie podczas różnych wydarzeń. Wydaje mi się, że wysłał mi miłego maila o The Curse of Fatal Death, kiedy to się działo. Chciałem się chociaż o to otrzeć, więc napisałem maila do Russella. Dostałem jego adres od Paula Cornella. Napisałem: „Słuchaj” – nie byłem aż tak chciwy, żeby zapytać, chociaż każdy atom mojego jestestwa tego pragnął. Stwierdziłem tylko: „Słuchaj, gratulacje – prosto z serca. Jesteś idealnym wyborem” – w co rzeczywiście wierzyłem, tak właśnie myślałem. Wybór Russella był silnym przekazem celowości i integralności ze strony BBC. A on odpisał niemal natychmiast: „Mam gotowe sześć odcinków. Ale jeśli będzie ich więcej, zgłoszę się do ciebie”. Więc pomyślałem: „Wow, to świetnie!”, ale stwierdziłem, że to też po prostu uprzejme.

A potem napisałeś Dziecko bez wnętrza (The Empty Child) i Doktor tańczy („The Doctor Dances”).

Tak. Byłem w siódmym niebie. Zupełnie. Nie mogłem się doczekać, byłem taki podekscytowany. Później byłem we Francji z moim szwagrem w domu, którego renowacją się zajmował. Usiadłem, by napisać moją pierwszą scenę. I to jest ten moment, kiedy następuje ochłodzenie. Ponieważ to taka myśl, która do tego momentu nie przyszła mi do głowy: nigdy nie napisałem niczego ani trochę podobnego do tego, w całym moim życiu! Nie robiłem czegoś takiego. Przeczytałem kilka scenariuszy Russella. Były pierwszorzędne! Nie czytałem tak dobrych scenariuszy. NIGDY, prawdę mówiąc. Były na zupełnie innym poziomie. Więc już czułem, że nie będę tym wzorowym uczniem w tej klasie, to w ogóle przewyższa moje zdolności. To jest lepsze niż wszystko, co jestem w stanie z siebie wykrzesać, kiedy jestem u szczytu swoich mocy. I to już sobie myślałem. A potem stwierdziłem: „Pisałem sitcomy przez dziesięć lat, nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać”. Więc ogarnęła mnie kompletna groza, przedzierałem się przez kompletny terror, który, jak zapewnia mnie Russell, jego nigdy nie dotknął – po prostu pisał. A ja myślałem: „Co ty robisz? Czym jest scena, która nie ma żartów?”. Prawdę mówiąc, jeśli przyjrzeć się odcinkom Dziecko bez wnętrza/Doktor tańczy (które uważam za bardzo dobre, jestem z nich bardzo zadowolony), i jest to wyraźne po dziś dzień, wszędzie można dostrzec mój sitcomowy dryg. To się przewija przez całość – strasznego, dramatycznego, poważnego Doctor Who – żart za żartem, za żartem. To dzieło twórcy komediowego, który zabiera się w zamyśleniu za horror. Przyjazny dzieciom horror.

Pamiętam, że wysłałem mój pierwszy scenariusz porażająco późno. To coś, czego nigdy nie przebolałem przez cały mój okres pracy przy Doctor Who. Wysłałem mój scenariusz tak okropnie późno! W ciągu godziny otrzymałem maila od Russella, który był najbardziej rozpalenie przecudownym mailem o scenariuszu. A potem kilka innych. O tym, jak bardzo mu się spodobał. A ja byłem ABSOLUTNIE w siódmym niebie. Byłem taki podekscytowany!

Dopiero gdy obejrzałam te odcinki jako dorosła osoba, zauważyłam, jak seksualnie naładowane są niektóre z tych scen. Na przykład gdy Rose pyta Doktora, czy z nią zatańczy. Dla mnie ta scena zupełnie zmienia Doktora z aseksualnego wujka-dziwaka w zdolnego do romantyzmu bohatera, zarówno wobec kobiet, jak i mężczyzn. Czy uważasz, że Doctorowi Who to było potrzebne, by odnieść sukces w XXI wieku?

Nie. Nie uważam, by to było konieczne. Myślę, że to już tam było. I że to bardzo naiwne, patrzeć na stare odcinki i twierdzić, że tego tam nie było. Telewizja poszła do przodu, mówimy o tych rzeczach, ale niekoniecznie je zmieniamy. Różnica polega na tym, że w starym serialu my zakładamy, że Doktor nie jest zainteresowany nikim w jego otoczeniu. To pozostaje prawdą. Zmienia się jedynie to, że bodajże w Zjeździe absolwentów (School Reunion) Rose zmusza go do odpowiedzi, pyta: „O co chodzi? Co tu się dzieje?” – co byśmy rzeczywiście zrobili, podróżując po świecie z przystojnym młodym chłopakiem. W pewnym momencie moglibyśmy stwierdzić: „Hej, co ty sobie myślisz?”. I on naprawdę to mówi, to jedyny raz, kiedy jest to powiedziane wprost w Doctor Who.

Było mnóstwo ludzi, którzy oglądając klasyczne odcinki, uważali, że Doktor był niezłym przystojniakiem. No cóż, to absolutna prawda. Chyba nie uważasz, że Peter Davison przeszedł zupełnie niezauważenie?

Najbardziej docenianym przez krytykę twoim odcinkiem tego okresu jest Mrugnięcie („Blink). Uważam, że Płaczącym Aniołom można przyznać status zupełnie kultowych, zostały wciągnięte do publicznej świadomości razem z Dalekami i TARDIS. Jak to jest, zostawić taki trwały ślad w historii Doctor Who?

Kocham to. Uwielbiam fakt, że Płaczące Anioły są takie ważne. I że wkradły się na prawdopodobnie trzecią pozycję wśród potworów w Doctor Who. Ale uważam, że stworzenie naprawdę świetnego potwora w tym serialu jest bardzo trudne. I wiemy to, bo stworzyliśmy przecież tyle innych potworów w Doctor Who. Ile potworów przewinęło się przez ten serial? A jak wiele z nich znajduje się w czołówce? Prawie żadne. Uważam, że Płaczące Anioły nie mogą realnie konkurować z Cybermenami i Dalekami, ale są na takim mini podium tuż pod nimi. Więc jestem naprawdę, jestem ogromnie z nich dumny. Szczerze. Mam jednego Płaczącego Anioła z tyłu mojego ogrodu, stoi tam sobie.

To przerażające.

Nie bardzo. Ja je wymyśliłem, więc się nie boję.


Już niedługo kolejna część wywiadu z byłym producentem wykonawczym serialu. Który z pierwszych odcinków Moffata podobał wam się najbardziej?

Źródło: DoctorWhoTV

Daj na ciastko!


Studentka filologii fińskiej, miłośniczka języków, przecinków i kotów, u której nadmiary wolnego czasu się nie istnieją – w przeciwieństwie do seriali, książek i muzyki popijanych hektolitrami herbaty. Wielbi na kolanach Witkacego. Kiedy już podnosi się z podłogi, zdarza jej się prowadzić też swój blog. Kocha wszystkich Doktorów, ale w przepaść najchętniej rzuciłaby się za duetem Dziesiątego z Donną, względnie za duetem Dziesiątego z Dziesiątym.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who