Steven Moffat: początek ery (część 3)

W wywiadzie dla Doctor Who: The Fan Show Steven Moffat opowiedział o tym, jak wyglądały początki jego epoki w dziejach serialu i wielkich zmianach, a także o swojej miłości do czasoprzestrzennie zaplątanych historii.

Wcześniej przedstawiliśmy pierwszą i drugą część wywiadu z byłym producentem wykonawczym serialu. Zapraszamy do lektury części trzeciej!

O ile Russell T Davies sprawił, że Doctor Who został hitem w Wielkiej Brytanii, to wydaje mi się, że właśnie twoja era w historii serialu uczyniła z niego globalny fenomen. Nastąpiło wiele zmian pomiędzy Do końca wszechświata („The End of Time”) a Jedenastą godziną („The Eleventh Hour”). Najbardziej oczywistą może być casting – zatrudniłeś troje młodych, stosunkowo nieznanych aktorów do głównych ról. Czy to była bułka z masłem?

Casting to nigdy nie jest bułka z masłem. Casting to mroczna strona sztuki telewizji. Casting jest kluczowy. Casting jest absolutnie kluczowy. Ludzie mogą podziwiać wygląd produkcji, przyzwoity scenariusz, ale albo się zakochają w ludziach, których zobaczą na ekranie, albo nie. Więc casting JEST kluczowy.

I efekt końcowy był taki, że nie zatrudniliśmy gwiazd? Cóż, ogólnie rzecz biorąc, w Doctor Who tego nie robimy. Generalnie nie wybieramy uznanych gwiazd. To oczywiście miało miejsce z Chrisem, oczywiście z Peterem, ale zazwyczaj to są nowi ludzie, ktoś, kto przyjdzie, by nadać temu serialowi kształt. Tak, to nigdy nie jest bułka z masłem. To potężne wyzwanie.

Czy to prawda, że zanim zatrudniłeś Matta Smitha do roli Doktora, planowałeś pozostać przy Davidzie Tennancie? Rzeczywiście miałeś kontynuować Dziesiątego?

David przechodził przez stan bardzo dobrze mi znany: lęk przed odejściem. Piers Wenger i ja rozmawialiśmy z nim, zarysowałem mu, jak ta seria by wyglądała, gdyby został. To by zdecydowanie była jego ostatnia, co do tego nie było wątpliwości. Tak więc omawialiśmy coś w rodzaju mojej wersji wydarzeń, w której Doktor rozbiłby się w ogródku tuż przed regeneracją, a mała Amelia pomogłaby mu wrócić do TARDIS i on by odleciał. Potem spotkałaby go ponownie, kiedy dorośnie, ale on nie będzie tego pamiętał, ponieważ, jak zauważymy, to był Doktor z jego przyszłości. I tak przebrnęlibyśmy przez całą serię do momentu, gdzie on powraca do tamtej sceny. Później w pewnym sensie wykorzystałem jeszcze ten pomysł.

Tak by serial wówczas wyglądał, a David bardzo długo się nad tym zastanawiał. Potem zostawił mi wiadomość na automatycznej sekretarce, mówiąc, że to była trudna decyzja, ale – tak jak się spodziewałem – postanowił się pożegnać z serialem.

Dla piątej serii przygotowano również nowy, odważny wygląd: nowe logo, nowa TARDIS (na zewnątrz i w środku), nowy soniczny śrubokręt oraz rozbudowa marki: The Doctor Who Experience, Doctor Who Live, gry komputerowe i wreszcie nowy język wizualny oraz kinematografia serialu. Teraz znów spodziewamy się drastycznej zmiany. Czy takie promowanie zmian jest obowiązkiem showrunnera?

Nie. Nie. Robienie czegokolwiek takiego nie jest naszym obowiązkiem. Obowiązkowe powinno być robienie dobrego Doctor Who. Tylko to obchodzi widzów. Raz na jakiś czas Doctor Who musi się ogromnie zmienić, bo właśnie to robi najlepiej. To nie przetrwanie zmian, lecz przetrwanie dzięki zmianom. Więc czasami, często zbieżnie ze zmianą producenta wykonawczego, trzeba trochę sprawami potrząsnąć.

Nie wiem, czy gdy przejąłem Doctor Who… A raczej wiem, że nie przejąłem serialu myśląc, że to idealny czas na potężną zmianę. Sytuacja wyglądała tak, że Julie, Russell i Phil odchodzili, David i Catherine odchodzili, wszystko się zmieniało. Tylko tyle mogliśmy zrobić… Najlepszym sposobem na zamaskowanie tego rodzaju zmiany było przeobrażenie wszystkiego. Wiesz, o co chodzi? Jeśli wszystko się zmienia, wygląda to na nową, odważną decyzję i nową erę. Ale szczerze mówiąc, gdyby David i Catherine chcieli pozostać, nie zrobiłbym tego. To byłaby ta sama TARDIS… Ponieważ ta wersja serialu nie była w żadnym stopniu zużyta.

Nie wszystkie twoje pomysły odniosły sukces, jak nowy wygląd Daleków. Jak trudne jest odnawianie wyglądu ikony?

To okropnie trudne. To była przydatna lekcja. Bądźmy szczerzy w kwestii nowego wyglądu Daleków: wina leży całkowicie po mojej stronie, a nie nikt ze wspaniałej ekipy, która je zbudowała. One były piękne pod wieloma względami. To był mój błąd i w dodatku zupełnie niepotrzebny. Ale opowiem ci o tym coś ciekawego, to była fascynująca lekcja, której nigdy nie zapomniałem. Oto ona: zbudowaliśmy ogromnych Daleków. Co za głupi pomysł! Dlaczego? Robiąc dużych Daleków, po prostu odsuwamy dalej kamerę i tym samym zmniejszamy Doktora. Kiedy oglądamy prawdziwe rekwizyty, one są świetne. Kiedy widzimy je na żywo albo na scenie, wyglądają wspaniale. Natomiast nie będą wyglądać dobrze w telewizji – jedynym miejscu, gdzie zależy na tym, by tak było.

Włożyliśmy tyle wysiłku i przemyśleń w nasz pierwszy blok, z dwuodcinkową historią o Płaczących Aniołach. To odcinki, które moim zdaniem po dziś dzień utrzymują się na pozycji najlepszych, jakie kiedykolwiek zrobiliśmy. To są absolutnie niesamowite odcinki. Matt wygląda, jakby grał Doktora od lat, Karen sprawia wrażenie, jakby była w serialu od zawsze. Wszystko wygląda świetnie. Na chwilę straciłem z oka odcinki z bloku drugiego: nie powinienem był odwiedzać tego planu, nie powinienem był zgłaszać niekończących się uwag do nieedytowanych ujęć, które były niepotrzebne. Powinienem był przesunąć moją uwagę do drugiego bloku, przyjrzeć się tym Dalekom, nagraniom testowym i stwierdzić: nie, nie róbmy tego. Większość spraw, których nie byłem zupełnie pewien, były w bloku drugim. Ale moja uwaga była skupiona na początku. Początki są łatwe, to utrzymanie poziomu jest trudne. A utrzymanie poziomu zawiera się w bloku drugim.

Poza odważną zmianą wyglądu, w serii piątej znacząco zmienił się też nastrój – z dramatu znad kuchennego zlewu z rodzinami towarzyszy u Russella na, w moim odczuciu, bardziej bajkowy, eskapistyczny ton. Czy to był świadomy zamysł, wywołany pragnieniem dotarcia do młodej publiczności?

Nie. Czasem uważam, że ukazywanie podejścia Russella i mojego w taki sposób, by wydawały się inne, to wyolbrzymianie, przerysowywane. Myślę, że większość ludzi, którzy nie są fanami Doctor Who, gdyby opisać im pierwsze cztery lata współczesnego Doctor Who jako dramat znad zlewu kuchennego, zastanawiałaby się, co do diabła ukrywa się w twojej kuchni. Inni powiedzą, że to opera mydlana. Naprawdę tak nie jest. Jest to zatem groteskowe wyolbrzymienie, tak jak bajkowe podejście jest w rzeczywistości groteskowym wyolbrzymieniem mojego.

To kręci się wokół czarownika z magiczną budką i magiczną różdżką! To podejście czasami pasuje, ale nie zawsze. Jest mnóstwo odcinków, które w ogóle nie są baśniowe. Utarła się taka fraza wśród ludzi, a kiedy się coś ogląda poprzez filtr tego, jak coś zostało już nam przedstawione, widzimy właśnie to. Idź zobaczyć którąkolwiek serię Russella i powiedz, że jest baśniowa. I znów to zauważysz. Każda seria Doctor Who jest jak bajka z tego powodu, że to gatunek, który najbardziej przypomina. Nigdy nie wszedłem na plan z tekstem: „Nie, potrzebujemy jeszcze trochę więcej baśniowego filtra na soczewkach”. Nigdy tego nie powiedziałem.

Twoja pierwsza seria była sukcesem pod względem oglądalności i krytyki, tak w Wielkiej Brytanii, jak i na świecie. A zaraz potem trzeba było zaczynać od nowa. Jak trudne jest wymyślenie tego „trudnego drugiego dzieła”?

To bardzo trudne. Bardzo trudne. Ponieważ, tak jak było z pierwszym i drugim blokiem, docierasz do końca i myślisz: „Znowu? O czym ty mówisz, znowu? Jak to, znowu? Właśnie skończyłem! Czy zasłużyłem na wakacje?”.

Problem z Doctor Who jest taki, że on się nakłada. Pracujesz nad następną serią, gdy wciąż jeszcze robisz poprzednią. I w tym nałożeniu czasem gubimy się w tym, co się dzieje. Tak więc to było trudne. Oczywiście, że było trudne. Ale na tym etapie, mając już za sobą jedną serię Doctor Who, wiedziałem, jak to działa. Nigdy nie mogłem mieć wystarczająco dużo czasu na jakąkolwiek sprawę. Wiedziałem, jak wygląda dzień czy tydzień pracy przy Doctor Who: nie zrobimy wszystkiego, co powinno być zrobione. Więc trzeba, w pewnym sensie, wybierać swoje porażki. Pozwalamy jednej rzeczy ujść płazem, bo musimy naprawić inną. Mógłbym iść na to spotkanie, ale ten scenariusz trzeba zmodyfikować. Człowiek się uczy wiedzieć, gdzie musi być. Nie gdzie by chciał być ani nawet gdzie by było korzystnie, żeby był. Przede wszystkim próbuję naprawić scenariusze. Oto, co robię, i jeśli zajmę się czymś innym, lepiej żeby był to tego cholernie dobry powód.

Trochę eksperymentowałeś też z formatem. Szósta i siódma seria są podzielone, wprowadzasz hitowe początki sezonu, a potem siódma seria staje się samymi hitami. Jak duża część z tych zmian stylistycznych była podyktowana względami praktycznymi?

Właściwie można raczej powiedzieć, że na podział szóstej serii w żaden sposób nie miałem wpływu. To BBC One chciało dzielonego sezonu. Chodziło o coś zupełnie oczywistego… Teraz nie pamiętam, ale to było naprawdę oczywiste, jeśli się spojrzy na ówczesną ramówkę – dlaczego zrobiliśmy przerwę w okolicach lata. Zapomniałem już, co działo się pośrodku, ale było to coś takiego, że nas tam nie chcieli. Zastanowiłem się nad tym i stwierdziłem, że właściwie moglibyśmy doprowadzić do tego cliffhangeru i potem wznowić. Uznałem, że to całkiem dobrze wyszło.

Showrunner nie ma za dużo wpływu na to, kiedy serial zostanie wyemitowany, prawda? Fani chyba zakładają, że jest odwrotnie.

Tak, że mam jakąś nadprzyrodzoną moc. […] Nie, nie mam absolutnie żadnej kontroli nad czasem emisji. Oddaję serial wtedy, kiedy mi każą. Zresztą, każda podjęta przez BBC próba, by Doctor Who i Sherlock były w ramówce w różnych okresach – a były takie starania (i to nie dlatego, ze ich o to poprosiłem, nigdy tego nie zrobiłem) – za każdym razem to była katastrofa. Zawsze ostatecznie praca nad nimi trwała w tym samym czasie. Za każdym razem! Ludzie powtarzają: „Eee, masz go w różnych ramówkach z Sherlockiem!”. Patrzcie! Robię te seriale tego samego dnia, w ciągu tego samego miesiąca! W jaki sposób to by miało być dla mnie korzystne?

Więc za każdym razem, kiedy produkowałem serię Sherlocka, biegałem między dwoma serialami. A już bieganie między odcinkiem rocznicowym a, o ile dobrze pamiętam, His Last Vow w Sherlocku było po prostu chore. Nikt nie powinien tak żyć.

Kadr z odcinka Day of the Doctor przedstawiający Dziesiątego, Jedenastego i War Doctora.

To chyba dobry moment, by porozmawiać o twoim zamiłowaniu do pisania czasowo poplątanych historii. Poza kilkoma znaczącymi wyjątkami, twórcy Doctor Who zwykle wykorzystywali podróż w czasie w przeważającym stopniu jako środek transportu, który doprowadza do historii, podczas gdy w twoich odcinkach to niemal postać na własnych prawach. O co chodzi: ty i czas?

Uważam, że podróż w czasie jest fascynująca. Linia chronologiczna opowieści jest fascynująca. Nawet jeśli pominiemy podróż w czasie: kiedy zaczyna się historia, kiedy się kończy i w jakim porządku jest opowiadana? To nie jest kwestia kolejności, to kwestia punktu widzenia: z czyjej perspektywy przedstawiamy sytuację? Zwykle z punktu widzenia Boga albo uniwersalnego obserwatora. Kiedy opowiadamy historię potwornego kataklizmu, ukażemy ją okiem Boga. W porządku, nie ma w tym nic złego. Poza tym, że nikt tak nie doświadcza wydarzeń. Nikt w ten sposób nie odbiera świata. Wszyscy mają swoją własną historię, jej własną wersję. A potem ktoś obojętnie skleja to w jedną całość i wychodzi mu w znacznej mierze fikcyjna, ale prawdopodobna, baśniowo dokładna wersja wydarzeń.

Jeśli chcemy umieścić ludzi wewnątrz dramatu, musimy zacząć od punktu widzenia – wydarzeń, tak, jak odebrała je dana osoba, od początku do końca. Następnie: tak, jak doświadczyła ich kolejna osoba. Pozwalamy publiczności zgromadzić jej własny widok z perspektywy Boga.

W większości przypadków (nawet w mojej erze) TARDIS jest jak autobus, który zabiera nas do kolejnej przygody. Ale czasem wyjątkowa relacja Doktora z czasem może być centrum opowieści. Ponieważ nie chodzi tylko o to, że ma maszynę, która przemieszcza się w czasie. On w niej mieszka. On w niej żyje. Cały Wszechświat żyje i ma się dobrze poza tymi jego niebieskimi drzwiami.

Nie chodzi o to, że Doktor wie, że był na pogrzebie Churchilla, ale że pamięta, że w następny wtorek je z nim kolację. On ma zupełnie inne spojrzenie na Wszechświat. A kiedy my chcemy uczcić to, jaki jest nasz główny bohater i próbujemy zobaczyć świat w jakimś stopniu z jego perspektywy, uważam, że nie można pominąć faktu, że dla niego wszyscy nada żyją, a wszystkim można się zająć. Albo – kiedy spędza samotną, chorobliwą noc ze swoją gitarą elektryczną, myśli, że wszyscy nie żyją.

Jakie to smutne! Za swoje najbardziej czasowo poplątane historie, jak Dziewczyna w kominku („The Girl in the Fireplace”) i Mrugnięcie („Blink”) zdobywałeś nagrody, chociaż, paradoksalnie – i musisz mi wybaczyć to, co zaraz powiem – w niektórych historiach trudno było nadążać… Właściwie to pytam o to, jak duża część twojej ery się wydarzyła, a jak duża – „od-wydarzyła”?

Raz na jakiś czas robimy wielkie porządki w Doctor Who. Używa się ich po to, by skorygować historię Wielkiej Brytanii względnie do takiej, jaką znamy. Historia Zjednoczonego Królestwa według Doctor Who oznaczałaby, że gdy widzimy kosmitów, myślimy: „Ojej, czy to Boże Narodzenie?”. Bylibyśmy tym tak znudzeni. Więc „od-wydarzanie się” rzeczy co jakiś czas jest, moim zdaniem, koniecznością. Russell zrobił to na przykład z Wojną Czasu, ja z Wielkim Wybuchem i tą dużą sprawą z pamięcią… W pewnym momencie po prostu dochodzimy do takiego wniosku: Nie, nowy towarzysz pochodzi z naszej Brytanii, nie alternatywnej Brytanii, gdzie Dalekowie są codziennością. Jeśli Chris będzie robił dużą historię typu „Dalekowie napadają na Ziemię”, chcę, żeby ludzie pytali, czym są te dziwne stwory, a nie mówili: „Och, można je dość skutecznie pokonać, czyż nie? Wystarczy wejść do pokoju z naprawdę wąskimi drzwiami i mają przerąbane”.

Ciężko za nimi nadążać… Jeśli tak jest, to dlatego, ze nawaliłem. Jeśli są dobre i emocjonujące, to znaczy, że odwaliłem dobrą robotę. A poplątana czasowo historia to nie jest Mrugnięcie ani Dziewczyna w kominku. Niemożliwy do nadążenia odcinek Doctor Who to Dzień Doktora („The Day of the Doctor”). I mogę tak powiedzieć, bo go napisałem. W jakiej kolejności to się dzieje? Zaczynamy z Mattem Smithem? Albo z Johnem Hurtem? A może Paulem McGannem? Gdzie zaczynamy i które zdarzenie jest następne? Ponieważ, technicznie rzecz biorąc, jest ten kawałek, a potem ten, a w końcu tamten, gdzie Doktor wraca po swojej linii czasu i ląduje koło obrazu. To jest dopiero Doctor Who na wyżynach dostępności i złożoności. To jest Doctor Who dla wszystkich, nawet jeśli się go nigdy wcześniej nie widziało, ma sens. I póki co to najbardziej skomplikowana i poplątana czasowo historia Doctor Who, jaka kiedykolwiek powstała. Jeśli załapiemy, o co w niej chodzi, działa doskonale. Ale jeśli coś jest niezupełnie jasne, kończę wprowadzając ludzi w błąd i to jest moja wina.

Daj na ciastko!


Studentka filologii fińskiej, miłośniczka języków, przecinków i kotów, u której nadmiary wolnego czasu się nie istnieją – w przeciwieństwie do seriali, książek i muzyki popijanych hektolitrami herbaty. Wielbi na kolanach Witkacego. Kiedy już podnosi się z podłogi, zdarza jej się prowadzić też swój blog. Kocha wszystkich Doktorów, ale w przepaść najchętniej rzuciłaby się za duetem Dziesiątego z Donną, względnie za duetem Dziesiątego z Dziesiątym.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who