Steven Moffat o 50. rocznicy, fanach i Gallifrey (część 4)

W wywiadzie dla Doctor Who: The Fan Show Steven Moffat rozważał zachowanie fanów i internetowy hejt, a także wspominał powstawanie odcinka z okazji pięćdziesiątej rocznicy serialu, opowiadając przy tym o okolicznościach powrotu Gallifrey.

Wcześniej przedstawiliśmy pierwszą, drugą oraz trzecią część wywiadu z byłym producentem wykonawczym serialu. Zapraszamy do lektury części czwartej!

Niektórzy fani – jak dobrze wiesz – są bardzo głośni, gdy coś im się nie podoba. Jedną z kwestii, z którymi, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, musiałeś się zmierzyć, były media społecznościowe. I to nie tylko sprawa wyrażania opinii, ale też potrzeba bycia usłyszanym i uzyskania odpowiedzi. Ty sam opuściłeś Twittera w 2012 roku. W jaki sposób portale społecznościowe wpłynęły na ciebie jako showrunnera?

Po pierwsze, opuściłem Twittera w 2012 roku, ponieważ ciężko mi się było spotkać z przyjaciółmi w pubie. W czasie, gdy miałem tam konto, ludzie zaczęli go używać do komunikacji. Moi przyjaciele pisali do mnie na Twitterze, pytając, czy wychodzę z nimi wieczorem. A ja nic nie widziałem, ponieważ wyświetlała mi się potężna kolumna tekstu, w której przeważnie ludzie mówili mi – przeciwnie do tego, co się ludziom wydaje – bardzo miłe rzeczy. W ten sposób wszystko mi uciekało.

Początkowo pomyślałem, może mogę to jakoś przyciąć tak, żeby widzieć tylko moich znajomych – co najwyraźniej jest możliwe. A potem pomyślałem: „A niech tam. Nikt nie zauważy, jeśli się tego pozbędę”. Z czasem nie korciło mnie, by wrócić – zwłaszcza że mówiono mi, że zrobiło się tam nieprzyjemnie. Wiem i widzę, jakie rzeczy ludzie potrafią czasami napisać do Luisa, Sue czy Marka i myślę, że to jest nie w porządku, ludzie nie powinni się tak zachowywać.

To trudny i czasami nieprzyjemny temat. Jak dobrze wiesz, integruję się z fanami Doctor Who. Bywałem na konwentach i z pewnością pojadę na jakieś w przyszłości. I zawsze ukazywały mi one bardzo, bardzo przyjazną, bardzo kreatywną i bardzo szaloną społeczność, którą lubię i która tworzy niezły kawałek sztuki, odwala świetną robotę. Ludzie zmieniają swoje ścieżki kariery z jej powodu. To kolebka kolejnego pokolenia kreatywnej społeczności. To, moim zdaniem, bardzo ekscytujące. Lecz niemożliwie mała liczba niesamowicie nieuprzejmych, poszukujących uwagi ludzi zdominowała – albo wydaje się, że tego dokonała – cały internetowy dyskurs na temat [Doctor Who]. Oznacza to, że wszystkim scenarzystom i reżyserom, którzy zaczynają pracować przy serialu, muszę mówić: „Nie włączysz mediów społecznościowych. Nie zaglądaj tam, ponieważ nie chcę, żebyś się denerwował(a). Nie chcę, żebyś przyszła/przyszedł któregoś poranka z płaczem. Nie chcę cię w stanie smutku. I kiedy pojedziesz na konwent, bądź tego świadom(a)”.

To mnie boli, boli mnie ogromnie, ponieważ relacja fandomu z [twórcami] serialu powinna być przenikalna, przepuszczalna. Powinni rozmawiać ze sobą. Ponieważ zwłaszcza w Doctor Who, którego twórcy wyrośli z fandomu, myśl, że nie pójdą do tego samego baru, co fani – że bajarz nie siada przy tym samym ognisku, co słuchacze – jest obrzydliwa! Nie tak miało być! Nie powinniśmy rzucać proklamacji zza gór dla niegodnych w dole – lecz wśród publiczności, rozmawiając z nią. Ale jeśli się ma ten jad, nie można w dobrej wierze sugerować, by tak właśnie się to odbywało.

Powróćmy do dużego punktu zwrotnego w twojej karierze i historii Doctor Who, kiedy kulminacja serialu stała się światowym fenomenem w odcinku specjalnym z okazji pięćdziesiątej rocznicy, Dniu Doktora („The Day of the Doctor”). Presja – to pierwsze słowo, które pojawia się w głowie. Presja i odpowiedzialność. Jak radziłeś sobie w tym okresie?

Bardzo źle. Bardzo, bardzo źle.

Wydaje mi się, że mówiłem to wiele razy, ale w rocznicowym odcinku Doctor Who nie było nic przyjemnego. Wspominam go z wielką satysfakcją, uważam, że to naprawdę świetny odcinek – po prostu to przyznam. Ale wtedy byłem po prostu podenerwowany. Wszyscy byli ze mną skłóceni, to pamiętam, wszyscy byli wściekli. Wszyscy. Scenariusz był opóźniony, więc wszyscy byli źli. No to pytam: „To jak, kto gra? Kogo macie?”, a oni nie chcieli powiedzieć. „Nie, powiedzcie mi, kto jest na kontrakcie i ma grać, ponieważ obiecałem w tym roku olimpijski rozmach. Możecie mi powiedzieć, kto w nim jest?”. Odpowiedź zabrzmiała: „Jenna”. I to była cała lista. Świetnie, świętuję pięćdziesiątą rocznicę Doctor Who z Jenną! Ona jest oczywiście wspaniała i należy do moich prywatnych faworytów, ale nie sądzę, żeby to wystarczyło!

Więc wymyśliłem alternatywną wersję rocznicowego odcinka, wedle której Doktor wszedł do własnego strumienia czasu pod koniec Imienia Doktora („The Name of the Doctor”). Został usunięty z całej czasoprzestrzeni, a Clara próbuje o nim pamiętać, podczas gdy Doktor pojawia się w kilku różnych formach. I ona mówi: „Ta historia jest prawdziwa, ten czarodziej to Doktor”. Ciągle na niego trafia, a w Doktora wciela się lista bardzo znanych ludzi. To był mój plan: „BARDZO ZNANI LUDZIE”. Jak się okazało, i David, i Matt się zgodzili, chociaż żadnego z nich nie obowiązywał kontrakt; dzięki Bogu. David powiedział: „Czy ja jestem tu tylko elementem komicznym?”. A Matt: „Dlaczego David dostał wszystkie żarty?!”. Więc zapytałem ich: „Chcecie się zamienić?”. Ale nie chcieli.

Christopher Eccleston odmówił! I to było po prostu okropne. Byłem tego dnia taki zdołowany, ponieważ napisałem większość scenariusza i on już w nim był. Nie wiedziałem, co robić. Zapytałem więc, czy możemy użyć jakiegoś innego Doktora – a BBC całkiem sensownie przypomniało mi, że obiecałem olimpijskie fajerwerki.

Ostatecznie nie było zakończenia Imienia Doktora. Na tym etapie ten odcinek kończył się Doktorem wchodzącym do strumienia czasu i wielkim pustym polem z napisem: „Wymyślę to, kiedy wymyślimy, co właściwie robimy na rocznicę”. Więc powiedziałem: „Okej, a jeśli on wchodzi do tego strumienia i odkrywa – ku naszemu przerażeniu – że był jeszcze jeden Doktor. Inny Doktor, którego czas przypadł wtedy, gdy Michael Grade zdjął serial z anteny, i którego nigdy nie widzieliśmy. I ledwo to powiedziałem, natychmiast pożałowałem tych słów, ponieważ wszyscy oszaleli na punkcie tego pomysłu. Pamiętam, że Faith Penhale stwierdziła: „To jest genialne! To dokładnie to, czego potrzebowaliśmy – nowy Doktor grany przez ogromnie znanego, wyróżniającego się aktora”. Wielka sprawa! Ale ja już odparłem: „O nie, nie, nie, zmieniliśmy numerację! Nie mogę zmienić numeracji! Jak to, zmieniam numerację?!”

Twój fanowski umysł musiał krzyczeć z przerażenia!

Ludzie mają tatuaże z numerami, pogrążą się w agonii, próbując zamienić numery, nie będzie miejsca na nowy. Ale słowo się rzekło; należało tak postąpić. Pamiętam rozmowę na ten temat z Markiem Gatissem, który powiedział: „To działa, bo pięćdziesiąta rocznica musi wprowadzić coś nowego. Poleganie na wyświechtanych rozwiązaniach nie wystarczy, trzeba zrobić coś nowego: tak trzeba postąpić”.

Ostatnie zdanie w scenariuszu zabrzmiało: „I najbardziej znany na świecie aktor odwraca się przedstawiając „X” w roli Doktora”. Zacząłem myśleć, kto to może być. Gdyby to był Brad Pitt, dziwna rzecz, ale by nie pasował na to miejsce. Uważam, że Brad Pitt to świetny i oczywiście bardzo przystojny mężczyzna, który cieszy się ogromną popularnością, ale nie chcielibyśmy go jako Doktora, nieprawdaż? Nie, on nie jest Doktorem. Poza tym, musiał to być też ktoś, kto mógłby być Doktorem w tej trwającej szesnaście lat przerwie. To musiał być ktoś, kto w waszych wyidealizowanych, najbardziej szalonych snach mógł być tym Doktorem. Naszym mottem przy wyborze do tej roli było: jeśli to byłby John Hurt, byłoby wspaniale. Nie mieliśmy innego pomysłu. [śmiech] Nie świtał nam w głowach żaden drugi aktor. Więc wysłaliśmy prośbę do Johna Hurta.

Zostało nam już tylko kilka tygodni od odcinka. Naprawdę mała liczba tygodni, chyba cztery. To było przerażające. A on się zgodził, dzięki Bogu. I tak oto pięćdziesiąta rocznica została ocalona. Bo gdyby Doktorem został po prostu jakiś koleś…

moffat

Poza retrospektywnym przedstawieniem nowej inkarnacji, Doktora Wojny, odwróciłeś też decyzję swojego poprzednika, przywracając do życia Władców Czasu. Na końcu Dnia Doktora zasugerowano, że głównym motywem na następne pięćdziesiąt lat będzie odnalezienie Gallifrey, drogą naokoło. Ale już w dwa lata później na nią trafiamy. Dlaczego wróciłeś na Gallifrey tak szybko?

Ponieważ nie uważam, że istnieje jakikolwiek potencjał na fabułę w Doktorze szukającym Gallifrey. Moim zdaniem to jest nudne. Nawet próbowałem ten motyw wykorzystywać w ósmej serii, powtarzałem, że mógłby szukać Gallifrey – i? Cóż… „O, to nie Gallifrey. [pauza] O, nadal nie Gallifrey. Może powinniśmy wrócić? Wyruszmy i tak na przygodę, ale to nie Gallifrey, prawda? Nie Gallifrey. Ach”.

Pięćdziesiąt lat takiego zachowania mogłoby się znudzić.

Dokładnie. To byłoby wprowadzenie – tak jak to już miało miejsce kilkakrotnie, motywu misji do Doctor Who. Ale czy to działa? Zrobiono to na przykład w sezonie The Key to Time. Nawet tam, chociaż uważam, że to cudowny sezon, działa to w ten sposób: jest misja, załapaliśmy, a teraz czas na przygodę. To tylko dopełnia tła wydarzeń.

Poza tym, inną kwestią jest to, co stanowi dla mnie i dla Marka Gatissa wielką mantrę: do diabła z odłożoną przyjemnością. Jeśli coś ekscytującego nadchodzi, zróbmy to teraz. No już. Nie czekajmy na to dwadzieścia lat. Zróbmy to teraz. „O, Gallifrey”. No i już.

W tym momencie wiedziałeś już, że pożegnasz się z Mattem. Rozważałeś odejście wraz z nim?

Tak. Zawsze jakoś zakładałem, że odejdę z Mattem. Ale byłem tak potężnie zajęty, że nie miałem czasu odejść. No i była siódma seria, Dzień Doktora, Czas Doktora („The Time of the Doctor”), a potem ludzie pytają, kto będzie następnym Doktorem… A ja myślę: „Co, co? Och tak, należałoby jakiegoś znaleźć”. I zanim się zorientowałem, przesłuchujemy Petera Capaldiego. I wtedy nagle się rozemocjonowałem. Pomyślałem: „O mój Boże, Peter. Peter będący Doktorem. To zupełnie nowy Doktor, to będzie zupełnie nowe pole do działania”.

I tak działałeś przez kilka kolejnych lat. Cztery lata, czy tak?

Tak, ale to już inna historia.

Źródło: The Fan Show

Początkowo zaplanowano trzy części tego wywiadu w ramach The Fan Show, jednak zostało ono anulowane przed emisją ostatniego fragmentu, który miał dotyczyć ery Dwunastego Doktora i okoliczności odejścia Stevena Moffata ze stanowiska showrunnera. Tłumaczenie dalszej części wywiadu na naszej stronie nastąpi, o ile się ona – zgodnie z początkowymi zapowiedziami twórców – ukaże.

Daj na ciastko!


Studentka filologii fińskiej, miłośniczka języków, przecinków i kotów, u której nadmiary wolnego czasu się nie istnieją – w przeciwieństwie do seriali, książek i muzyki popijanych hektolitrami herbaty. Wielbi na kolanach Witkacego. Kiedy już podnosi się z podłogi, zdarza jej się prowadzić też swój blog. Kocha wszystkich Doktorów, ale w przepaść najchętniej rzuciłaby się za duetem Dziesiątego z Donną, względnie za duetem Dziesiątego z Dziesiątym.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who