Kilka dni temu wpadła mi w ręce stosunkowo nowa rzecz, pierwszy wydany drukiem zbiór poezji dotyczącej Doctor Who. No tego jeszcze nie grali! Całość jest silnie inspirowana utworami A. A. Milne’a, więc na dodatek dostajemy właściwie dwie najlepsze na świecie rzeczy połączone ze sobą.

Mowa o Now We Are Six Hundred, czyli zbiorze pięćdziesięciu okołodoktorowych wierszy. Ich (jedynym!) autorem jest James Goss, w dodatku okazuje się, że jest to jego pierwszy tomik poezji. I w uznaniu dla tego, jaki ogrom pracy musiał wykonać, nie będę zbytnio narzekać na grubość (czy może raczej cienkość) tomiku. Jego świetna zawartość sprawia, że chciałoby się więcej, podczas gdy te 118 stron ledwie satysfakcjonuje. Przy okazji, uznanie należy się osobie odpowiedzialnej za wydanie książki – gruba okładka i obwoluta, poza pełnieniem funkcji estetycznej, pogrubiają także całość o jakieś… siedem milimetrów, przez co tomik osiąga w przybliżeniu grubość szkolnego brulionu i nie prezentuje się już tak mizernie.

Jednak wracając do treści, jest to całkiem udany debiut – raz jest śmiesznie, raz refleksyjnie, raz mamy nawiązanie do klasyków, raz do najnowszych opowieści. Całości towarzyszy krótka historyjka, mocno stylizowana na opowiadanie z książek o Kubusiu Puchatku (w której prosiaczkopodobne stworzonko napotyka w Tysiącletnim Lesie dziwne niebieskie drzewo, a następnie bierze udział w poszukiwaniu Gallifrumpa…). Wnikliwy przegląd wielu epok serialu, jak i zróżnicowana tematyka to niewątpliwie ciekawe zabiegi, powodujące dodatkowo, że książka wydaje się dobrym wyborem dla wszystkich grup fanów. Ostrzegam jednak, że całość jest niesamowicie urocza i słodka, więc ciężko powiedzieć, czy przypadnie do gustu każdemu.

Część utworów to przeróbki wierszy A. A. Milne’a, część wiersze oryginalne. W przypadku przeróbek, ich tytułom towarzyszą odnośniki do oryginalnych wierszy Milne’a. I tak The Three Foxes zmieniło się w The Five Doctors, a Furry Bear w Dalek. Wśród pomysłów oryginalnych Jamesa Gossa na uwagę zasługuje na pewno króciutkie i wyraziste Master’s Beard oraz The Guide Dog o naszym ulubionym robo-psie. Fanów Harriet Jones (hej, są tu tacy? Pomachajcie, nie widzę was…) zapewne ucieszy dedykowany jej wiersz i jego zakończenie, nie do końca zgodne z tym, jak pożegnanie z tą postacią zostało przedstawione w serialu. Poza tą sytuacją raczej nie będziemy mieli tu do czynienia z innymi ingerencjami w kanon, choć entuzjastów pomysłu, aby Missy była w ciąży, być może zainteresuje ilustracja na stronie czterdziestej…

Właśnie – ilustracje! Genialne rysunki Russella T Daviesa. Ja akurat byłam mocno zaskoczona, że scenarzysta potrafi rysować i to jak ładnie potrafi! Rysunki są radosne, lekko karykaturalne, ale świetnie uzupełniają całość. Davies nie stara się kopiować E. H. Sheparda (ilustratora Milne’a), zamiast tego prezentuje nam tu swój własny styl, przypominający bazgroły z marginesów szkolnych zeszytów.

Podsumowując: jeżeli szukacie lekkiej lektury do przeczytania przy herbatce podczas któregoś jesiennego popołudnia, ta będzie jak znalazł. Nie jest może szczególnie przełomowa, ale na pewno bardzo oryginalna i warto się z nią zapoznać. Po książkach kucharskich i kolorowankach inspirowanych Doctor Who otrzymujemy kolejne, dość nietypowe, lecz bardzo udane dzieło, co każe mi się zastanawiać, czym jeszcze mogą zaskoczyć nas twórcy – może doczekamy się doktorowego śpiewnika?