Subiektywny Komentarz Antagonizujący Rozmaite Opinie tym razem na temat tłumaczenia i uzupełniania fabuły przez twórców w wywiadach.

Zacznijmy od banału – w dzisiejszym świecie twórcy są dość blisko nas, widzów, fanów. Zarówno poprzez media społecznościowe, ale też bezpośrednio przez coraz częstsze imprezy, wystąpienia i wywiady, w których biorą udział. Nawet przez te 11 lat (już prawie 12) od powrotu Doktora Who na ekrany można zaobserwować ciągły wzrost liczby różnorodnych wypowiedzi aktorów i twórców serialu. Dostarczane są nam dzięki temu liczne ciekawostki z planu lub castingów, interesujące spoilery, spostrzeżenia. I takie smaczki przyjemnie jest poznawać, bez względu na to, czy oglądamy Doktora Who, Piratów z Karaibów czy Westworld. Ale ostatnio moją uwagę zwrócił jeszcze jeden typ pojawiających się informacji – dopowiedzenia i wyjaśnienia. Przeglądając zaledwie kilkadziesiąt ostatnich postów na Gallifrey związanych z Moffatem (jest ich łącznie 92 strony!), zauważyłem, że dopowiadanie zdarza mu się dość często, szczególnie w okolicach końca lub początku serii. W ciągu ostatniego roku mogliśmy przeczytać chociażby wytłumaczenie niejasności w odcinku Dar niebios („Heaven Sent”), wytłumaczenie, kim właściwie był Orson Pink, a ostatnio na przykład o tym, że Doktor Who był zawsze kobiecy.

Po pierwsze – pracą scenarzysty jest napisać taki scenariusz, żeby wszystko było jasne lub też zastosować celowe wątpliwości dla późniejszego wyjaśnienia (w przypadku seriali) lub pozostawienia niektórych kwestii do swobodnej interpretacji widzów. Sytuacja, w której scenarzysta coś tłumaczy w wywiadach, jest niepoważna, to jakby przyznanie się „sorry, napisałem niekompletny odcinek, muszę wam to opowiedzieć”.  A konieczność dopowiadania i tłumaczenia czegokolwiek jest po prostu porażką scenarzysty. W dodatku w przypadku Doktora Who kompletnie pozbawioną sensu, bo można napisać odcinek, książkę czy choćby scenariusz słuchowiska, które w „cywilizowany” sposób wszystko wyjaśni, nie pozbawiając scenarzysty wiarygodności. Tymczasem ten wychodzi i mówi, że my nic nie zrozumieliśmy, wszystko nie tak, on myślał inaczej, on wcale tak nie napisał. Ale niektórym inaczej przyszło do głowy podczas oglądania, stworzyli sobie własną odpowiedź. Scenarzysta pisząc skrypt do jakiegokolwiek show bierze na siebie odpowiedzialność, musi mieć świadomość tego, co napisał, czy to jest celowe, czy przypadkiem nie zawarł czegoś innego, o czym wcale nie myślał. I późniejsze wywiady czy wypowiedzi na konwentach nie są wcale dobrym miejscem, żeby w nieco zawoalowany sposób mówić fanom, że czegoś nie dopilnował. Scenarzysta nigdy nie powinien tego robić.

Ale inna sprawa jest taka, jakie pojawia się zagrożenie z tym związane? Scenarzysta jest oczywiście człowiekiem, ma jakieś poglądy, idee, podejście do świata. Wplecione umiejętnie w fabułę odcinka zazwyczaj pozostawiają pewną swobodę interpretacji, widz nie musi się zgadzać ze wszystkim, co widzi na ekranie lub zanalizować to po swojemu (o poglądach w Doktorze Who innym razem).  W momencie, gdy w wywiadzie pojawiają się słowa scenarzysty, że prawda jest taka i taka, to klamka zapadła, co niektórych widzów może zniechęcać. Nie tylko tych, którzy z czymś się nie zgadzają światopoglądowo, ale także tym, którzy zdążyli już lukę fabularną zinterpretować inaczej i inne tłumaczenie niekoniecznie ich przekonuje. Bo stajemy przed problemem – czy skoro znaleźliśmy już klucz, to czy scenarzysta musi mieć rację, może czegoś nie dostrzega, skoro i tak nie potrafił tego pokazać w odcinku, to po co mówi nam to teraz. Ba, nie dotyczy to tylko widzów, ale być może inni scenarzyści też nie muszą w pełni utożsamiać się z daną wypowiedzią, prawdopodobnie nie zawsze konsultowaną. A to jak wiadomo może wywoływać niesnaski. Odniosę się tu jeszcze do jednego z newsów wspomnianych w wstępie – kobiecość Doktora. Abstrahując już zupełnie od kwestii tego, czy się z tą myślą teraz zgadzamy, czy nie – Doktor Who za kilka miesięcy będzie obchodził 54. urodziny. Przez ten czas serial tworzyło tylko w części kreatywnej (scenarzyści, reżyserzy, producenci) przynajmniej kilkaset, jeśli nie ponad tysiąc osób. Osób żyjących i wychowanych w zupełnie różnych czasach, w innych pokoleniach, rodzinach, z różnymi systemami wartości. Tymczasem Steven Moffat, przelewając swoją opinię (do której ma pełne prawo, ma nawet prawo o niej powiedzieć), generalizuje 54 lata pracy zupełnie innych osób do tego, że Doktor zawsze był kobiecy. I bez względu na prawdziwość tego stwierdzenia, jest ono samo w sobie absurdem, wyjaśnieniem, które wielu fanów tylko zniechęci czy zniesmaczy.

Ten tekst wbrew pozorom nie jest personalnym atakiem na Moffata, mimo że jako showrunner jest twarzą całego tego niestety dość powszechnego trendu. Ale chciałem właśnie zwrócić uwagę, że samo takie dopowiadanie nie powinno mieć miejsca, bez względu na to, kto się tego dopuszcza i kto jest akurat głównym scenarzystą. Szczególnie w Doktorze Who, gdzie mamy ogromną liczbę kanałów do prostowania i tłumaczenia luk fabularnych, a które z drugiej strony jest niesamowicie niejednolitym i wielowymiarowym uniwersum. Ktoś powie – nie chcesz, to nie czytaj. Ale to właśnie nie chodzi o mój czy innego widza osobisty komfort, tylko o jakieś logiczne zasady. Oglądamy serial, słuchamy słuchowisk, czytamy książki i komiksy, to jest nasze uniwersum, którego fanami jesteśmy. Z nim się utożsamiamy lub czasem nie, podziwiamy (lub nie) scenariusze, kreacje postaci, fabułę. A potem wychodzi człowiek, nawet jeśli jest to główny scenarzysta (którego kadencja przecież przeminie) i mówi nam, co mamy myśleć. A słuchanie tego, co mamy myśleć, rzadko wychodzi ludziom na dobre.

A jakie są wasze opinie na temat dopowiadania fabuły przez twórców? Podzielcie się z nami w komentarzach!

P.S. Udało mi się też znaleźć przykład bardzo dobrej odpowiedzi Stevena Moffata przy pytaniu o tożsamość kobiety z chatki na Gallifrey w odcinku Z piekła rodem („Hell Bent”): (czyli można!)

Nie wiemy, kto to jest i wiedzieć nie powinniśmy. Przyjrzyjmy się jednak temu, co wiemy: że Doktor jest szlachetnie urodzonym członkiem społeczeństwa Władców Czasu, więc nie wydaje się prawdopodobne, by jego matka urzędowała w stodole. Co więc robił w stodole i kim były osoby, które tam do niego przyszły? Doktor nie chce mi tego powiedzieć. Pomyślałby kto, że ten bezimienny pielgrzym po czasie i przestrzeni ma jakieś tajemnice…


Mateusz K. - sympatyczny student geografii, miłośnik literatury przygodowej i takiego też kina. Dziwny człowiek, który uwielbia psychologię i amatorsko się nią zajmuje (obserwuje ludzi). Poza tym bardzo lubi pisać.
  • Wojciech Kowalski

    Moim zdaniem zachodzi tu nieporozumienie interpretacyjne.

    Moffat ma swój stały kącik w Doctor Who Magazine w którym odpowiada na pytania i praktycznie zawsze odpowiada w stylu jak w tej wypowiedzi o kobiecie ze stodoły. I często wręcz podkreśla, że kim on jest, żeby mieć więcej racji, nawet w kwestii własnych odcinków, niż sami widzowie? Często sam snuje przypuszczenia, ale w taki sposób jak w tej wypowiedzi, czyli spekulując jak sam widz może. A zazwyczaj po prostu nie odpowiada poważnie tylko nabija się i trolluje.

    Nie zdołam wygrzebać wywiadu gdzie to kiedyś widziałem/słyszałem/czytałem, ale Moffat wyznaje pogląd „śmierci autora”, tzn że praca autora kończy się na stworzeniu dzieła i więcej nie należy do niego. Więc nie ważne co mówił Robert Holmes, Philip Hinchcliffe czy Steven Moffat – ważne co widzieliśmy w samym Doctorze Who i to podlega interpretacji fana, ale Steven Moffat jest także fanem i też ma prawo do spekulacji. Nawet na temat własnych odcinków, jak dziwnie by to nie brzmiało.

  • To było nawiązanie do odcinka na 50 rocznicę Doctora Who, gdzie faktycznie pojawiło się trzech Doktorów, a część intrygi miała związek z Zygonami. Ciąg dalszy tego wątku poruszają odcinek 7 i 8 dziewiątej serii, dlatego też pojawia się w nich przebitka na tenże odcinek rocznicowy.

    • Michał

      Dzięki. To ten odcinek musiał mi umknąć…