Relacja z drugiej edycji krakowskiego konwentu Serialkon.

Serialkon był dla fanów Doktora Who niezwykłym świętem. Nie dość, że odbywał się w najlepszej z możliwych lokalizacji – w krakowskiej Artetece, przesympatycznym obiekcie należącym do Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej – to jeszcze chyba był pierwszym konwentem, na którym tak widoczne było, że whomaniści są nie tylko kreatywnymi cosplayerami i grupą widoczną na tle innych fandomów, ale to przede wszystkim osoby, które mają bardzo dużo do powiedzenia na temat swojej pasji.

Członków redakcji (głównie obecnych, ale też kilku byłych) kręciło się po konwencie sporo. Gingerstorm dzielnie witała znajome (i nieznajome) twarze na pierwszej linii ognia – w akredytacji, inni konwent rozpoczęli nieformalnym śniadaniem w przemiłym towarzystwie, niemal wszyscy spotkaliśmy się jednak na pierwszej prelekcji w bloku whomanistyczym – Piotr M. opowiadał o swoim ulubionym temacie, czyli próbował odpowiedzieć na pytanie, czy Doktor Who ma kanon i proponował, jak podchodzić do ogromu Whoniversum, by nie oszaleć. Jak to on, nie zdążył niestety wygłosić całej prezentacji, więc na Whomanikonie planujemy dać mu osobny blok.

Po nim z prelegenckim debiutem wystąpiły Lakhy i Ania. Opowiadały o nawiązaniach do Doktora Who w innych produkcjach, przede wszystkim serialach, wykazując, że można elementy serialu znaleźć w najróżniejszych innych tytułach, a Czwarty Doktor podbił światową popkulturę. Ich prelekcja zawierała kilka małych konkursów, które były doskonałym pomysłem – zaktywizowały widownię, a kilka osób zarobiło malutkie, ręcznie robione niebieskie budki.

Trzecią prelekcją w ciągu było wystąpienie Lierre o światopoglądzie fanów. Była to w dużej mierze prezentacja dość przypadkowego wątku, który pojawił się w jej badaniach: że fani Doktora Who traktują często Doktora jak mentora i wyciągają z serialu różne wartości, które potem włączają w swoje życie. Sala była pełna, niektórzy nawet kiwali głowami w odpowiednich momentach, pojawiły się głosy z sali – prelegentka była więc dość zadowolona, ma nadzieję, że słuchacze nie pozasypiali. (Nie pozasypiali, bo prelekcja była fascynująca, a temat bliski chyba sercom każdego whoviana – K.).

Następne dwie godziny Lierre straciła, bo padła półżywa w Pauzie (słuchając jednym uchem panelu z jednym z zagranicznych gości), a potem był jeszcze panel – w 3/5 redakcyjny, bo prowadził go nasz publicysta Artur Nowrot, uczestniczyła nasza publicystka Rybka oraz Lierre, a także Paweł Opydo i Piotr „Ramzes” Mrowiec z Pulpozaura. Próbowali porozmawiać o obecnej serii, nie spoilerując za bardzo, i chyba nie wyszło im bardzo źle.

Na tym skończyła się konwentowa sobota, bo trzeba było jeszcze dojść do siebie, obejrzeć najnowszy odcinek, popłakać po Clarze i ogarnąć napisy – choć to ostatnie akurat się tak dobrze nie udało, bo plan porannego synchronizowania przegrał z pokusą powtórki przedkonwentowego śniadania w tym samym miejscu i w poszerzonym gronie.

W planach Lierre na ten dzień było ostatnie oprowadzanie Wędrującego Daleka, z którym wieczorem planowała się pożegnać. Zaczęli więc od takiego sobie panelu o teen dramach, a potem udali się na absolutnie najfajniejszą prelekcję o Doktorze Who na całym Serialkonie – w bloku anglojęzycznym Michał Zabdyr-Jamróz analizował wątek rozejmu z Zygonami w kontekście teorii sprawiedliwości Johna Rawlsa. Wszyscy, łącznie z Dalekiem, słuchali z zapartym tchem, bo niczego się chyba nie słucha tak dobrze jak prezentacji przygotowanej przez osobę, która ma ogromną wiedzę na jakiś temat, potrafi ją przekazać w sympatyczny sposób i jeszcze wygląda jak następna inkarnacja Doktora (a potem jeszcze okazuje się prywatnie bardzo fajna).

Zaraz po tym wystąpieniu miała miejsce druga najlepsza prelekcja Serialkonu – K. opowiadała o fizjologii Władców Czasu. Niewiele wprawdzie wiemy o tym, jak działa ciało Doktora, ale ze strzępków informacji porozrzucanych po serialu można stworzyć bazę dla namysłu, jak by to miało wyglądać, by dobrze działało. Mamy nadzieję, że K. kiedyś wzbogaci tę prelekcję o więcej własnych skojarzeń i pomysłów, bo te fragmenty były zdecydowanie najciekawsze. Sama K. ma na ten temat do powiedzenie tylko tyle, że z pewnością nie podejmie się już nigdy opowiadania w 55 minut o uroczo niedorzecznej fizjologii Tajmlordów, ale sam fakt, że dożyła do swojej pierwszej prelekcji, a nawet do jej końca, poczytuje sobie za sukces.

Po niej głos zabrała kolejna z naszych publicystek, JJ, i jej prelekcji słuchała większość redakcyjnej ekipy (choć mówiła głównie o Sherlocku), Lierre natomiast uciekła do Pauzy, gdzie przy szarlotce faniła sobie cichutko Ninedin, która opowiadała o serialowych adaptacjach postaci Irene Adler, dzięki temu też jej włosy załapały się na trzy sekundy w Teleexpressie, squee! (Zazdrościmy szarlotki i prelekcji, ale JJ mówiła też świetne rzeczy o River Song i Moffacie – jeśli przegapiliście prelekcję, kliknijcie tu – K.).

I to właściwie tyle – nadszedł czas na szybkie polowanie na jedzenie i udało się załapać na zakończenie konwentu, które trochę rozczarowało, bo brakowało jakiegoś większego spotkania na koniec i after party w Pauzie (choć może było w Cudownych Latach?), co jednak nie przeszkodziło małej grupce posiedzieć trochę w kawiarni, a potem w innej kawiarni, by podyskutować o życiu i popkulturze.

Serialkon jest rewelacyjną imprezą bo, jak już wielu zauważyło, jest skrzyżowaniem konwentu i konferencji naukowej. Poniekąd z powodu specyfiki przestrzeni, w której się odbywa – Arteteka sprzyja dyskusjom i swobodnemu przepływowi uczestników, jest jednak nieduża – było kameralnie i spokojnie, a największy nacisk położony był na prelekcje które, mamy wrażenie, na innych, zwłaszcza dużych konwentach są coraz mniej istotne. Tutaj jednak wszyscy prelegenci byli przygotowani i posiadali wiedzę, którą chcieli się podzielić, a uczestnicy skupieni byli na słuchaniu i braniu udziału w dyskusjach. Nie było problemu z tym, by przysiąść na jakimś panelu, którego nie miało się w planach, ale akurat przechodziło się obok, albo posiedzieć przy kawie i ciastku i słuchać prelekcji w bloku anglojęzycznym. Nie było opcji „wpadnę na chwilę, a potem wrócę do domu popracować” albo „to teraz mamy dwie godziny przerwy i możemy pójść na obiad”. Na następną edycję doradzalibyśmy jednak spakować kanapki i termos z kawą, a przede wszystkim zmieniacze czasu i manipulatory wiru (kupię pilnie – K.), bo nigdy jeszcze sytuacja „nie wiem, na który z paneli pójść o tej godzinie” nie była tak dramatyczna, bo albo same znajome nazwiska, albo profesjonaliści, którzy na pewno będą doskonale zorientowani w wybranym temacie i słuchanie ich będzie dawać ogromną satysfakcję. Zdecydowanie polecamy i już nie możemy się doczekać następnej edycji!

Lierre, Gingerstorm & K.


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.
  • Seven Roses

    Szalikowcy! :D Nie zgubcie prelekcji do wiosny! *wzdech*