Z nadzieją podszytą obawą sięgałam po kolejne pozycje z książkowego asortymentu powieści i opowiadań z uniwersum Doctora Who. Co z tego wyszło?

Opowiadanie okazało się naprawdę dobre. Powieści… no cóż. Żadnej z dwóch nie dokończyłam i nie mam ochoty sięgać po więcej, mimo że planowałam omówić tym razem także choć trzy powiastki. Powiastki, bo nie są to tytuły pokaźnych rozmiarów. Nie wyszło. Dlaczego tak się stało?

only-human-10-03-2016Zacznijmy od Only Human Garetha Robertsa. Po ten tytuł sięgnęłam zachęcona poleceniami zapewniającymi, że to nie jest taka zła powieść. I jakże się na niej zawiodłam. Zaczyna się faktycznie obiecująco; pierwsza część prologu poraża i rodzi apetyt na naprawdę wybitną literaturę. Druga jest w porządku, nie aż tak genialna, ale da się przeczytać nawet z przyjemnością. A potem zaczyna się koszmar. Już na początku przyznałam temu tomowi minus dziesięć punktów za narrację. Ugh, jakie to było męczące i nieznośne, przebijać się przez tę szkolną stylistykę (do tego punktu jeszcze zresztą powrócę). Ponieważ jednak doszłam tylko do końca drugiego rozdziału, zrezygnowałam z całościowej oceny. Moją edytorską uwagę zwrócił też pewien bug: otóż w każdym słowie, które było zapisane kursywą, brakowało ostatniej litery. Kolejny minus dla strony stylistycznej.

Jeśli chodzi o historię, to sam pomysł jest nawet niezły, niestety tonie pod wszystkimi wadami tej powieści. A szkoda, bo w rękach dobrego autora, mającego odpowiednio dużo czasu, a nie wyrobnika, mogłoby tu wyjść coś naprawdę porywającego. Co prawda dziury wybijane w czasoprzestrzeni to nie nowy koncept – wykorzystał go w skądinąd nie tak genialnym, jak oceniają go wszyscy wkoło, komiksie 1602 Neil Gaiman. Ale bez otoczki superbohaterskiej i z tym, czego zalążki widać w prologu, Only Human mogło być naprawdę ciekawą i dobrą powieścią. Mogło być. Niestety nie jest.

Podstawowym, najmocniej rzucającym się w oczy faktem pozostaje bowiem, że Roberts pisze nie Doktora, Rose i Jacka – kilkusetletniego kosmitę, młodą Ziemiankę zafascynowaną kosmosem i kosmitę w okolicach czterdziestki flirtującego z wszystkim, co się rusza, a trójkę nastolatków. Miejscami widać, że stara się czynić ich kanonicznymi, ale zupełnie mu to nie wychodzi. Serio, Doktor na przykład przygryza tu w jednej ze scen wargę i tylko jeszcze brakuje, żeby zaczął patrzeć w ziemię i nawijać na palec koniuszek swetra. Do tego zamiast mówić z północnym akcentem, mówi jakimś dziwnym młodzieżowym slangiem. Jack z kolei postanawia w ramach potrzebnej akurat dywersji przebiec po szpitalu na golasa, aby bohaterowie mogli się dostać do środka, podczas gdy Doktor ma pod ręką a) U.N.I.T., b) psychiczną wizytówkę oraz c) TARDIS, której zaparkowaniu w środku szpitala nic nie przeszkadza. Zamiast wykorzystania jednego z tych oczywistych trzech środków (tudzież kombinacji paru z nich), dostajemy gołego Jacka i bardzo niedojrzałą reakcję Doktora. Wykłada nam się tu też rzeczy łopatologicznie, a postać będąca neandertalczykiem opisana zostaje jako humanoidalna, ale „niesumująca się do postaci człowieka”. Z początku byłam pewna, że chodziło o to, że coś jest nie tak z tym, jak ten neandertalczyk powinien wyglądać, zgodnie z tym, co w ramach jego gatunku uważane jest za normę, ale najwyraźniej jednak nie. Najwyraźniej to nie człowiek ani obcy. Tylko w takim razie co, rybka akwariowa? On ma w nazwie homo z jakiegoś powodu. I jeszcze narrator robi z niebrytyjskiej pielęgniarki idiotkę, każąc jej po raz pierwszy spotkać się ze słowem „Neanderthal”, kiedy o neandertalczykach uczy się w szkole*. Tak oto nieudolny sposób na wprowadzenie „nieziemskiej” i „niesamowitej” postaci kończy się zgrzytaniem zębów czytającego.

Zmierzając do końca, do całej infantylności opisania tego całkiem niezłego pomysłu wyjściowego dochodzi wejście Doktora na salę z naszym „obcym” w chmurze zajebistości, gdzie poziom patosu przekracza wszelkie normy (naprawdę aż dziw, że pielęgniarka Weronika nie mdleje z nadmiaru wrażeń) oraz jego misja poszukiwania „dobrych ludzi”. Momenty idealne na facepalm. Albo headdesk. Więcej nie byłam w stanie doczytać.

drazliwe_tematy-10-03-2016Po Robertsie przyszedł czas na przegryzienie czymś, co już znałam i o czym wiedziałam, że jest zwyczajnie dobre. Tak, mówię o opowiadaniu Godzina Nic Neila Gaimana. To tylko kilkadziesiąt stron, ale wypełnionych wartką akcją i klimatem i odmalowujące Doktora i jego towarzyszkę (Amy) w sposób kanoniczny. Tu znów lądujemy na Ziemi i muszę przyznać, że dla mnie to akurat nie jest dobry punkt wyjścia – wolę opowieści dziejące się w kosmosie, ale pomimo tego mojego podejścia Godzinę Nic bardzo sobie cenię. Zagrożenie naprawdę jest tu groźne, Doktor jest Doktorem i rozwiązuje sprawę w genialnie prosty sposób. Co jeszcze mogę powiedzieć, by was zachęcić? To Gaiman. Jeśli czytaliście coś jego autorstwa i się wam spodobało, to i Godzina Nic powinna przypaść wam do gustu. W Polsce przeczytacie ją w zbiorze „Drażliwe tematy”, który też wam polecam, choć to już nie teksty z Doctora Who. W tym wypadku moja prywatna ocena to 9/10.

Alien-Bodies-10-03-2016

I na koniec przyszedł czas na Alien Bodies Lawrence’a Milesa, których nie potrafię ocenić. Podchodziłam do tej powieści bez wielkich nadziei, prolog je znacząco podniósł, a i spis treści z tytułami rozdziałów, gdzie do tej pory widziałam w kolejnych tomach kolejnych autorów tylko numery rozdziałów, zapowiadał autora, który potrafi pisać. I faktycznie, Miles umie w książki. To pierwsza powieść z Doctora Who, w której narracja mnie nie irytowała i nie spowalniała mojej lektury. Tym, co sprawiło jednak, że postanowiłam ją zamknąć na dość wczesnym etapie (kawałek trzeciego rozdziału), było narastające znudzenie lekturą.

Zaczynamy pogrzebem Łajki, który był bardzo fajnym, bardzo doktorowym konceptem. Nie znam co prawda Trzeciego i młodej Sary Jane z serialu, ale w tym fragmencie wyglądali na kanonicznych. Jakkolwiek zaskoczyło mnie, że to oni tu się pojawili, bo oczekiwałam Ósmego. Później pojawia się właśnie Ósmy… chyba? To znaczy po opisie podejrzewam, że to on. Na niego też wskazuje odnoszenie się do jego osoby w narracji jako pół-człowieka, co jednak jest już zbyt eksplorowane i no nie, dlaczego musimy wracać do tego nonsensu z filmu? Serio, w Ósmym jest mnóstwo ciekawych elementów do eksploracji, a Miles skupia się na tym budzącym najwięcej kontrowersji i zapewne w części powieści, której nie doczytałam, okazuje się to mieć kluczowe znaczenie… [wzdych].

Kolejny dziwaczny pomysł to TARDIS ukryta jako kobieta z imieniem, mówiąca, świadoma itd., itd. Włożenie na kilka chwil matrycy TARDIS w ludzkie ciało, tak jak miało to miejsce w Żonie Doktora („The Doctor’s Wife”) było fajne, ale wykorzystanie czegoś takiego jako mechanizmu maskującego kolejnych generacji TARDIS jest creepy w ten niefajny sposób. Spróbujcie sobie wyobrazić wchodzenie do i wychodzenie z niej. Brr.

Zdecydowanie za to podobało mi się to, że śledziliśmy więcej kosmicznych postaci niż sam Doktor (zwłaszcza Shapes był interesujący na poziomie konceptu), ale już takie przedstawienie futurystycznej Ziemi zupełnie mi nie odpowiadało. A to miasto, które odwiedzamy, na dłuższą metę nużyło. Co prawda to już moje prywatne upodobania, ale no jednak nie. Wolę ciekawsze koncepty.

Z jednej strony fajne było też to, że nie pędziliśmy od wydarzenia do wydarzenia, byle jak najszybciej dotrzeć do głównej tajemnicy i że kolejne sceny nie służą tu tylko za ekspozycję i wypychanie miejsca, rozciągające wydarzenia ponad miarę. Z drugiej strony, przez te dwa rozdziały z kawałkiem jeszcze nic nie zaczęło się dziać. Doktor i jego towarzyszka nikogo nie spotkali, a ich własne interakcje nie były zbyt ciekawe. Ach, nie, była ta jedna malutka scenka z szachami i egzekucją Doktora, która cośtam podbudowuje do dalszej akcji, ale póki co jest oderwana od głównego wątku przygód Doktora i Sam**. Niby sporo tu też lekkiego, niewymuszonego humoru, ale jakoś nuda w końcu przeważyła i uznałam, że nie mam ochoty czytać dalej.

Ostatecznie, moja rada – jeśli chcecie czytać powieści z Doctora Who, to może jednak sobie odpuśćcie. Ja – z bólem – zamierzam skupić się bardziej na słuchowiskach, gdzie znajduję naprawdę sporo ciekawych, świetnie napisanych i świetnie zagranych opowieści. Mój wewnętrzny mól książkowy cierpi, ale cóż poradzisz. Z żalem muszę przyznać, że jeśli mam ochotę poczytać dobrą literaturę w tym fandomie, powinnam sięgnąć po fanfiction. Tudzież sama jakieś napisać.

* Gwoli ścisłości pielęgniarka jest młodą Polką, w powieści mamy rok 2005, ergo: ona na pewno słyszała o neandertalczykach w szkole.
** Lecą w TARDIS. Idą przez dżunglę. Idą przez bezludne miasto.


Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają współpracy.


  • Piotr Mandera

    Zjechałaś właśnie jedną z najlepszych książek w historii całej franczyzy, jednego z najbardziej szalonych i nowatorskich autorów, nazywając dwa istotne wątki w historii Ósmego Doktora bezsensem, do tego poruszając je na podstawie 2,5 rozdziału książki, która jest bodajże 6. z kolei w najdłuższym książkowym cyklu z DW.

    Do tego oceniasz całe spektrum kilkuset utworów literackich na podstawie pulpy promującej pierwszą serię serialu i 2,5 rozdziału książki, którą niektórzy moi znajomi czytali po 3 razy by wyłapać wszelkie niuanse.

    Ja wiem, że to recenzja i tekst jest subiektywny, ale mam wrażenie, że ktoś tu ocenia coś na podstawie nieodrobionej pracy domowej.

    • Wojciech Kowalski

      Ja z chęcią przeczytałbym jakiś przewodnik po literaturze Doctora Who z perspektywy kogoś komu się podoba, zwłaszcza po tych starszych jak Virgin New Adventures czy Eight Doctor Adventures (i odpowiadające im powieści z wcześniejszymi Doktorami). Generalnie z Expanded Universe orientuję się w słuchowiskach i odrobinę z komiksami, ale literatura (poza jednym opowiadaniem Gaimana i „The Scientific Secrets…”) to dla mnie zupełnie niezbadany teren.

      • Blownie

        Just you wait… pracuję nad tym :P

    • Zjechaliśmy książkę (a dokładniej to co wyczytaliśmy w tych 2 i pół rozdziału), która nie przypadła nam do gustu. Jeśli to ma być najlepsza powieść w całej franszyzie jak piszesz, to tym bardziej nie zamierzamy tej franszyzy nadrabiać. Chociaż o tej akurat piszemy, że jest dobrze napisana, tylko to i owo nam nie odpowiada i ostatecznie zabiła ją dla nas nuda, bo – my, osobiście – nie przepadamy za tego typu światami. I tak, mamy prawo do subiektywnej oceny także tych wątków, także odstającej od powszechnych zachwytów.

      Recenzujemy zaś głównie i przede wszystkim trzy teksty, z których dwa były nam polecane jako te dobre/bardzo dobre, a jeden sami wiedzieliśmy, że powinien nam się spodobać, gdy tylko poszła wiadomość, że Gaiman go napisze. Wcześniej oceniliśmy jeszcze trzy powieści – tu bez wprowadzenia jako do czegokolwiek dobrego/złego przez innych, niemniej to podwyższa ilość tego co z tej franszyzy znamy. Niewiele, ale zawsze. Na tej podstawie więc wyciągamy wniosek, że czy sięgając w ciemno, czy z polecenia – najprawdopodobniej trafimy na coś co i tak nie przypadnie nam do gustu. Ale ten wniosek jest dodatkiem do recenzji tych sześciu tekstów, nie główną treścią naszych recenzji – czy może bardziej relacji z lektury.

      • Fanowaty

        Powiedz mi proszę, jakim prawem wmawiasz ludziom, że coś jest złe, jeśli nawet nie wiesz, że jest złe? Wiesz to po 2,5 rozdziałach? Serio? Tak się teraz recenzuje książki?

        W ogóle sądzę, że taki tekst nie powinien być nawet opublikowany. Wiesz czemu? Bo 1. Tytuł kłamie. Mogłabyś tak twierdzić, gdybyś miała w ogóle wyrobione (słusznie!) zdanie o tych książkach. 2. Recenzja jest oceną czegoś, krytyką, opisywaniem plusów i minusów. To tu powyżej nie można nazwać recenzją. WCALE.

        Innymi słowy, Gallifrey.pl zjeżdża na psy robiąc recenzję 2,5 rozdziału książki. Zechciało mi się to podesłać do autorów książek. Tak też zrobię chyba.

        Dzięki za napisanie tego, chcę, żeby oni też się z tego śmietnika pośmieli :D

        • Jak to tytuł kłamie, jeśli w tytule dosłownie jest napisane: „Seria NIEDOCZYTANYCH książek”?

          No i jest otwarcie napisane, że to recenzja dwóch rozdziałów, nigdzie nie ma stwierdzenia, że to recenzja całej powieści. A złą prozę naprawdę da się rozpoznać po mniejszym nawet kawałku.

  • Blownie

    O rany, ten tytuł jest najbardziej perfekcyjnym podsumowaniem mojego doświadczenia z książkami z Doktora, zajrzałam do ponad setki spokojnie, skończyłam mniej niż połowę z nich, o jeszcze mniej mogę powiedzieć, że mi się naprawdę podobały, ale wiecie co?
    Nie, nie żałuję i będę się grzebać dalej. Tak, nie zgadzam się z konkluzją. Znaczy się, prawda, słuchowiska są lepsze od książek (a być może nawet od wszystkiego w tym uniwersum), ale żeby od razu darować sobie książki? Ale przecież, no chociażby, Shada. No proszę. Kłócić się będę (:

    • A o czym możesz powiedzieć, że Ci się naprawdę podobało? (Sonduję grunt, żeby wejść w temat ;) )

      • Blownie

        Przede wszystkim, jak wspomniałam, nowelizacja nigdy niedokończonego odcinka z 4., Shada. Świetna. Mówiąc o nowelizacjach, film z Ósmym wygląda lepiej w twojej głowie jeśli przeczytasz książkę przed obejrzeniem tego… czegoś.
        Lubię Last of the Gaderene, kwintesencja ery mojego ulubionego Doktora numer 3.
        Divided Loyalties z 5. mogłoby być lepiej napisane, ale ujęło mnie a)pojawieniem się Toymakera, mojego ukochanego niedocenianego wroga Doktora oraz b)pokaźną retrospekcją ze studenckich lat kilku znanych nam Władców Czasu.
        Na przekór wszystkiemu polecam Human Nature, rany, jak się momentami uśmiałam…
        Faction Paradox to generalnie ciekawy temat i polecam się zagłębić.
        Przy tym jak mam ponad uszy Rose, The Stone Rose była spoko. Fani nowej serii polecają, więc chyba niezłe…
        Trading Futures z 8. To było fajne.
        To mi w tej chwili przychodzi do głowy… jak będziesz w piątek na Pyrkonie to mam prelekcję o książkach z Doktora, to ogarnę temat i powiem więcej :D

        • Dziękuję! Human NAture to chyba musi być na liście, każdy wspomina. Strasznie żałuję, ale nie mogę być na Pyrkonie, teraz jak wiem, że masz taką prelekcję, to tym bardziej. No ale może na następnej już będę mogła o czymś podyskutować :)

          • Blownie

            Nie ma sprawy :)
            I nie martw się, co powiem wtedy to i napiszę tutaj, oj tak, napiszę kontrartykuł do tego, spokojnie…

            • Wow, naprawdę fajna ta Shada! Sięgnęłam na początek bo łatwo dostępna na audible (ja uwielbiam słuchać, wiec w pierwszej kolejności to, co ma audio-wersję obczajam ;) ), napoczęłam, przesłuchałam od kopnięcia kilka godzin z rzędu, nie mogę przestać, i już się cieszę na to, co mi zostało, dzięki! W ogóle Czwarty i Romana, jak ja uwielbiam tę parę :)

            • Cpt

              Dla porównania jest jeszcze słuchowiskowa „Shada” z Ósmym Doktorem :)

            • Blownie

              wiem, przez 3 dni notorycznie spóźniałam się na wykłady, bo nie mogłam odłożyć tej książki, ani na czas pozbierać się po turlaniu się ze śmiechu :D z 4 i Romaną, których pisze wg mnie genialnie, Gareth Roberts napisał też „The English Way of Death” – nie aż tak dobre, chociaż może dlatego że podobne do kilku innych książek, jakie czytałam wcześniej, ale może ci się spodobać :)

    • Ach, każdy oczywiście, jeśli się chce to można grzebać w tym urobku i na pewno czasem trafi się na ładny samorodek ;) Ale też większość – w tym my – nie będzie mieć ani czasu, ani ochoty na tego typu zabawę. Także jako urodzeni mole książkowi jednak od książek tu odchodzimy (co najwyżej jeśli już ktoś na kogo zdaniu polegamy coś nam naprawdę będzie polecał to może zajrzymy).

  • Fanowaty

    Dzięki za jedną dużą głupotę. :) Niech mi ktoś powie jeszcze, że to jest po korekcie, no proszę.

  • Kupiłam sobie na próbę „Beautiful Chaos” przy okazji innego zakupu, skoro już i tak płaciłam za wysyłkę i chociaż nie nazwałabym powieści katastrofą, z jakiegoś powodu od zakupu do ukończenia czytania minęły dwa miesiące… Potwornie wolne tempo, niewyróżniająca się fabuła i mimo wszystko dość uproszczona psychologia, chociaż dałabym punkty za próbę opowiedzenia czegoś więcej o rodzinie Noble (i uwielbiam Wilfa). To jedna powieść jednego autora, ale zniechęciła mnie nieco do eksploracji rozszerzonego uniwersum, nie słyszałam zresztą wielu zachwytów powieściami, a tu kolejny głos krytyczny… Wygląda na to, że nie wszystko złoto, co na licencji BBC; jak to dobrze, że mamy fanfiction!

  • WSP_STU

    A ja nie zgodzę się co do „Godziny Nic”. Nie sądzę, żeby była genialna. Co prawda, zawiódł mnie cały zbiór Gaimana, który był tylko zestawem średnich opowiadań, które nic do literatury fantastycznej nie wnoszą, są robotą czysto rzemieślniczą i żadnych nowych konwencji nie wprowadzają, a często nawet trudno o dobre pomysły fabularne. Spośród przewidywalnych opowiadań, w których oczywista część A prowadzi do oczywistego B, a B do często oczywistego C, do gustu przypadły mi jedynie wyłamujące się ze schematu opowiadania o Sherlocku i pomarańczowej galarecie. „Godzina Nic” również się wyróżniała, oryginalny pomysł, wartka akcja, czytało się to przyjemnie, ale ten koncept, „chwila sprzed czasu” – nawet w logice świata Doctorowego to absurd. Przesadzony pomysł, który zepsuł mi całą zabawę z dobrze, bądź co bądź, poprowadzonego opowiadania.

    Czytam właśnie książki z najnowszym Doctorem, i, szczerze powiedziawszy, mimo niekiedy sztubackiego stylu i często braku mroku, który to mrok niejako definiował serie z Capaldim, mogę je z czystym sumieniem polecić.

    • Cóż my możemy na to powiedzieć. Każdy ma prawo do własnego gustu. I tak jak my lubimy Gaimana tak opowiadanie nam się bardzo podobało. Ale właśnie jesteśmy świadomi, że nie każdy lubi jego styl, sposób prowadzenia opowieści itd. itd. – więc i oczywiście nie każdemu Godzina Nic przypadnie do gustu. Niemniej to JEST najlepsze co z doktorowej prozy czytaliśmy.

      • WSP_STU

        Nie będę polemizował, bo żeby trafić na coś dobrego z franczyzowej prozy, trzeba mieć naprawdę spore chęci, cierpliwość i czas, a jak się trafi kilka razy z rzędu na kiepszczyznę, to chęci, cierpliwość i czas się traci (dlatego ja sięgam do tych książek rzadko i wyrywkowo), „Godzina Nic” rzeczywiście się na tym tle wyróżnia. Jedyne, co mi w „doktorowym” Gaimanie przeszkadza, to właśnie ta przesada w nadszarpywaniu logiki świata, która sama przecież jest i tak sama w sobie dość elastyczna. No, a że należę do czytelników, którym jedna rzecz może przekreślić większą część satysfakcji z utworu, to insza inszość.

  • Pingback: A co powiecie na audiobooki? - Wszystko o serialu Doctor Who - Gallifrey.pl()