Trzyosobowa delegacja naszej redakcji odwiedziła we wrześniu festiwal fantastyki Kapitularz i doskonale się bawiła.

Prezentujemy wrażenia straszliwie opóźnione przez inne konwentowe zobowiązania – ale to bynajmniej nie znaczy, że Kapitularz nie zapadł nam w pamięć, bo bawiliśmy się na nim wspaniale.

Lierre: Łódź to miasto nielogicznej komunikacji miejskiej, tragicznych połączeń z resztą kraju, pysznej kawy i rewelacyjnych murali – miło czasami wyskoczyć gdzieś poza naszą kopułę i odkryć ciekawe miejsca poza nią (choć nie dla wszystkich członków naszej misji dyplomatycznej była to pierwsza wizyta na tych współrzędnych – nie będziemy jednak o tym mówić, nie wszystkie tajemnice należy zdradzać!). Choć więc pierwszy dzień okołokapitularzowego pobytu w Łodzi upłynął pod znakiem lekkiego miotania się, czynników ludzkich i nieludzkich, sił wyższych i niesubordynacji wszechświata, w końcu udało nam się przekroczyć odpowiednią bramę, wspiąć się po nieskończonych schodach i dotrzeć na upatrzone wcześniej prelekcje.

A czego tam nie było! Opowieści o krowich żołądkach, spotkania z sadystycznymi pisarzami mordującymi własnych czytelników na kartach powieści, ludzie w dziwnych strojach i członkowie tajnych stowarzyszeń – kosmiczny antropolog zdecydowanie miał co robić, a i samo miasto ciągle kusiło, by choć trochę je pozwiedzać, korzystając z doskonałej lokalizacji (w szczególności szkoły noclegowej; kapitularz-2016-6ta w ogóle zasługuje na dodatkową wzmiankę, bo o ile spanie w warunkach konwentowych to zawsze dość hardkorowa przygoda, tak tym razem trafiliśmy na warunki niemal luksusowe i moglibyśmy tam pomieszkać i miesiąc).

W konwencie braliśmy też udział czynny – ja prowadziłam dwie prelekcje, a Loë i Ecthelion biegali to tu, to tam, by wszystko zobaczyć i wszystko obfotografować.

Na temat własnej prelekcji oddaję głos Ecthelionowi, który wprawdzie ciągle gdzieś znikał, ale na tej jednej się pojawił:

Ecthelion: Sobota był najbardziej naszpikowanym atrakcjami dniem konwentu. I zaczęła się od trudnego wyboru, ponieważ prelekcja Lierre pokrywała się w dużej mierze z przekształceniami mitologii w popkulturze (a jest to jeden z moich ulubionych tematów), jednak zdecydowałem, że po pół godziny zmienię sale i będę wypełniał moje redakcyjne obowiązki. Było to bardzo zgrabne kompendium pokazujące w telegraficznym skrócie całe bogactwo Whoniversum, wszelkie media narosłe przez lata wokół serialu. Dodatkowo prezentacja była opatrzona ładnymi infografikami, ilustracjami i memami, a to zawsze dla mnie duży plus.

Lierre: Redakcyjny kolega miłościwie nie wspomina o awarii TARDIS i opóźnieniu – dziękuję wszystkim, którzy się nie zrazili i poczekali na mnie. Mam nadzieję, że nikt nie żałował, że nie skorzystał z okazji, by zwiać na jakąś ciekawszą prelekcję!

Gingerstorm: Awaria TARDIS, powiedz po prostu, że źle cię poprowadziłam! Prelekcja Lierre jak zwykle była na najwyższym poziomie, miło było zobaczyć nowe, nieznane twarze fandomowe – jak na dość kameralny konwent było ich całkiem sporo! Szkoda tylko, że wszyscy popędziliśmy na inne ciekawe punkty (których było mnóstwo) zaraz po zakończeniu prelekcji albo wręcz w jej połowie – bo część punktów była przesunięta właśnie o pół godziny, co w założeniu było dobre, ale w praktyce stwarzało dużo zamieszania i osobiście nie podobało mi się jako rozwiązanie – bo mogliśmy zorganizować jakieś mikrospotkanie, ale to może następnym razem!

Ecthelion: Dla mnie też komunikacja miejska była zagadką – musiałem czekać 20 minut, ponieważ właściwy tramwaj uciekł mi sprzed nosa. Całe szczęście dotarłem tam, gdzie chciałem, kapitularz-2016-5a także na połowę panelu o seksie i genderze w fantastyce, który był jak dla mnie najjaśniejszym punktem konwentu (wnioskuję o taki panel na każdym konwencie!) – chemia między prowadzącymi była wspaniała, Witold Jabłoński błyszczał dowcipem i erudycją. Zdążyłem także zjeść obiad z Davidem Bowie (takie rzeczy tylko na konwentach), a potem lecieć do szkoły konwentowej przebrać się na nocny LARP. To był dla mnie najważniejszy whoviański punkt programu – mój drugi whoviański LARP, tyle że tym razem byłem już na bieżąco z serialem. Historia okazała się ciekawą mieszanką kilku znanych nam z serialu historii – na obcej planecie za sprawą szalonego planu Missy ląduje grupa ludzi z bardzo odległych miejsc i czasów, których pozornie nie łączy zupełnie nic. Okazuje się, że jedna z kobiet to TARDIS, której Doktor zaginął wkrótce po regeneracji. Wszyscy bohaterowie mieli kiedyś styczność z Doktorem, zaś żeby wrócić do swoich linii czasowych, muszą go odnaleźć. W trakcie rozgrywki okazało się, że Doktor ukrywa się pod postacią jednego z bohaterów – Władca Czasu ukrył swoją tożsamość w zegarku. Natomiast na planecie, na której wszyscy wylądowali, znajduje się wielki cmentarz i mauzoleum stworzone z rozbitej TARDIS… sounds familiar? Niestety nie udało mi się wygrać LARP-a, ale byłem bardzo blisko (mój cosplay był zbyt oczywisty ;) ).

Lierre: W niedzielę Ecthelion przesiadywał w bloku popkulturowym, a Loë i ja udałyśmy się z misją dyplomatyczną do sali, w której odbywał się zlot fanów Star Treka; misja sprowadzała się do zaśmiewania się do nieprzytomności ze startrekowych kalamburów i turnieju klingońskich przekleństw. Świetni ludzie, którzy potrafią się doskonale bawić – pełen podziw! Aż chciałoby się wbić w taki mundur…

Ecthelion: A po konwencie udaliśmy się jeszcze, wraz z Ninquelen, do pewnej bardzo urokliwej i mocno hipsterskiej kafejki. Niedługo potem zebraliśmy się na dworzec, gdzie wpadliśmy jeszcze na kilka znajomych twarzy. Po trzech bardzo intensywnych dniach wszyscy byliśmy szczęśliwi z tak bardzo potrzebnego zastrzyku fanowstwa i nerdozy. kapitularz-2016-2Był to konwent, który na mojej osobistej liście, mimo drobnych niedociągnięć, uplasował się w ścisłej czołówce – do bielskiego Polconu sprzed dwóch lat zawsze będę miał bardzo mocny sentyment, Pyrkonu nic nie przebije skalą i atmosferą (choć niekoniecznie treścią), ale Kapitularz reprezentuje dla mnie idealny balans pomiędzy małymi, lokalnymi konwentami takimi jak Smokon albo Whomanikon oraz wielkimi, ogólnopolskimi wydarzeniami pokroju Pyrkonu. Było wspaniale, na pewno pojawię się za rok.

Gingerstorm: Każda prelekcja, na którą trafiłam w czasie całego konwentu, była poprowadzona na bardzo wysokim poziomie, z wyjątkiem, niestety, prelekcji o byciu fanem Doktora i zwiedzaniu Wielkiej Brytanii w doktorowym kluczu – wyszłam z niej zdecydowanie z niedosytem i niejasnym poczuciem, że tym tematem można było zapełnić dwie godziny, a nie pół… Ale atmosfera samego Kapitularza! *tu wpisz wyrazy zachwytu*

Lierre: Moglibyśmy rozwodzić się nad tym, że budynki konwentowe były od siebie oddalone, a szkoła noclegowa to już w ogóle; że na początku odbijaliśmy się od lekkiej dezinformacji, przez co odległości te musieliśmy pokonywać większą liczbę razy niż sobie życzyliśmy; że mało było whomanistów (ale była Whomanistyka!) i momentami korytarze były trochę pustawe; ale Kapitularz był miejscem tak sympatycznym, przestrzenią tak bardzo wyluzowaną i przyjazną, że nie ma sensu doszukiwać się niedociągnięć tam, gdzie głównym problemem była spora przestrzeń i lenistwo niżej podpisanych.

Serdecznie dziękujemy organizatorom za zaproszenie! Mamy nadzieję, że uda nam się dotrzeć na kolejne edycje i że będą one równie fajne jak tegoroczna.

Symboliczna galeria zdjęć:

Z kim się minęliśmy na łódzkim konwencie?


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.