Redakcyjne wrażenia – „Zdarzyło się dwa razy”

Tradycyjnie, spisane na gorąco zaraz po obejrzeniu – nasze wrażenia ze Zdarzyło się dwa razy („Twice Upon a Time”).

Tomszy: Gdybym miał określić wrażenia jednym słowem, napisałbym: zaskoczony. Sam jeszcze nie wiem, czy pozytywnie, czy negatywnie. Znając Moffata, można było spodziewać się, że jego pożegnanie to będzie coś wielkiego, robiącego sieczkę z mózgu, jakiś Wielki Wybuch. A tymczasem ten odcinek jest… lekki. Zaskakująco lekki. Wszystko skupia się na bohaterach, a w szczególności na definicji samego Doktora, dlaczego robi to, co robi, co go motywuje i ponownie – czemu nazywa siebie Doktorem. Mamy kilka „jajeczek wielkanocnych” w postaci starych motywów muzycznych (ja wierzę, że dobór przynajmniej jednego z nich w takim, a nie innym momencie był nieprzypadkowy), mamy też Dwunastego, który niczym echo powtarza słowa samego siebie z innego życia – powtarza słowa pewnego siwego szkockiego aktora z planety Ziemia, który został kiedyś zapytany w wywiadzie o kwestię imienia Doktora. Tak więc ci, którzy obawiali się zbyt moffatowego zakończenia, mogą być spokojni – to decydowanie było daviesowe zakończenie, skupione raczej na psychologii niż na wybuchach i paradoksach. Ma to jednak i swoje minusy, bo Moffat nie jest Daviesem i jednak nie poruszyło mnie to tak, jak potrafił to robić RTD. Za to humor jest wyraźnie moffatowy, co też mi jakoś dziwnie gryzło się z całokształtem… Niemniej jednak jest to dobry odcinek, może nawet bardzo dobry, zdecydowanie warty obejrzenia, który z pewnością będzie w przyszłości wiele razy cytowany przez fanów.

Krykiet: Ten odcinek nie jest jakiś epicki czy rozwalający mózg, skupia się na emocjach, jest pięknym zwieńczeniem przygód Dwunastego Doktora, Stevena Moffata i pięknym początkiem Trzynastej Doktor. Właśnie, Trzynastka… Zawsze uważałem 13 za szczególną dla siebie liczbę, wręcz szczęśliwą. Od ujawnienia 16 lipca (pamiętam tę datę jak własne urodziny) moje uczucie do Jodie Whittaker rosło z dnia na dzień, moment regeneracji był dla mnie niczym katharsis, ponieważ bałem się, że Trzynastą jednak nie będzie Jodie. Jak przez cały odcinek poprzez wypity alkohol nie uroniłem ani jednej łzy, tak teraz ruszyła lawina, nawet nie usłyszałem, co powiedziała, te dwa słowa brzmiały prawie jak w poznańskiej gwarze. Tak, jestem kupiony, od ujawnienia tożsamości, przez obejrzenie większości filmów i seriali z nią, poprzez ujawnienie stroju i ewentualny akcent, pierwszy raz od lat 90. zakochałem się w postaci telewizyjnej, przez Xenę, Sailor Mars, księżniczkę Mononoke i Wonder Woman, mogę dodać do mojego osobistego panteonu kobiet idealnych postać, która przez chyba trzynaście wcieleń była mężczyzną. Może to dziecinne, może męskie, może kobiece, ale Trzynastej Doktor będę bronić pięściami i nogami. Plus – to tylko ja czy jeszcze ktoś zauważył, że Jodie wypadła z TARDIS jak konserwatywni fani z fandomu po 16 lipca?

Ewelinkja: Jestem zachwycona i zdruzgotana. Te wszystkie dialogi, przemyślenia na temat bycia Doktorem, motywy muzyczne i powroty towarzyszy (mój ukochany Nardole! Nie sądziłam, że go zobaczę. Co za radość!)… I jeszcze wykorzystanie tej niezwykłej historii z pierwszej wojny światowej, która zawsze mnie wzrusza i tym razem też zrobiła swoje. Kiedy kapitan zdradził swoje nazwisko, jeszcze więcej łez poleciało i ścisnęło mi rozdygotane serca… Przemowa Dwunastego do Trzynastej. Dwunastego do samego siebie w nowej wersji, jego uznanie następnej inkarnacji za Doktora i pokazanie tymi słowami, jak bardzo dojrzał. Pokazanie, jak daleką drogę przeszedł… Było tyle wspaniałych momentów, których nie opiszę, bo emocje są zbyt wielkie. Wspaniały, cudowny Pierwszy i Dwunasty tak bardzo zawstydzony tym, jaki był kiedyś (och, kto z nas nie ma tak czasem, myśląc o młodszym sobie). Gatiss mnie zachwycił, wzruszył i będę go bardzo dobrze wspominać. Murray Gold też wyraźnie się pożegnał, te motywy, które usłyszeliśmy w odcinku, miażdżyły moje uczucia niczym walec drogowy. No i Moffat. Niby nigdy nie zaliczałam sama siebie do jego fanów, ale po czymś takim… no kurczę, jak można takie rzeczy wyczyniać z uczuciami innych istot? Gratulacje, panie Moffat. Gratulacje.

No i w końcu… Trzynasta! Nie było jej za wiele, ale powiem tylko: oh brilliant! Ten piękny uśmiech i błysk w oczach… Dziękuję za nadzieję. Mimo że kapitan miał rację – ona sprawia, że się boję, ale też daje mi radość i pozwala wierzyć, że przyszłość będzie po prostu jak pierwsze słowa nowej Doktor.

Dominek: Moffat jest geniuszem, to wiedziałem. Ale tu wspiął się na wyżyny, tak cudnie to wszystko spiąć… Pożegnanie z Bill i Nardole’em, a nawet i z Clarą, bez jednoczesnej ingerencji w ich świetnie zakończone wątki. Doskonały Pierwszy Doktor. A nawet taki mały akcent jak dobry Dalek Rusty. Natomiast regeneracja… Piękna klamra: moffacia era kończy się tym, czym się zaczęła, czyli regeneracją zakończoną przykrymi turbulencjami hen-hen nad ziemią. Oczywiście już samo wypadnięcie świeżo zregenerowanej Doktor napisał Chris Chibnall, ale scena wcześniej też się liczy. Niektórym może przeszkadzać brak wrogów, ale po co oni komu w święta? :)

K.: Bardzo ciężko ocenić mi ten odcinek na gorąco i mam wrażenie, że po kolejnych seansach zmienię zdanie w kilku kwestiach. Ale zaraz po obejrzeniu odcinka czułam się trochę, jakby przejechał mnie walec i nie jestem przekonana, czy było to pozytywne uczucie. Z jednej strony jestem bardzo zadowolona z tego, jak pokazano nam Pierwszego oraz regenerację Dwunastego i pierwszą scenę Trzynastej, naprawdę. Ale równocześnie mam poczucie, że reszta odcinka nie zaoferowała mi wiele więcej, że była tylko jakąś otoczką dla tego, co musiało się stać i zostać powiedziane wcześniej i nie rozumiem do końca, skąd się to poczucie bierze. Tak rozumowo to te pomysły ze Świadectwem, z ożywionymi wspomnieniami, ucieczką przed śmiercią i wojną, którą można pokonać kolędą, bardzo mi się podobały. Ale emocjonalnie nie znalazłam w tym odcinku tego katharsis, które chciałam znaleźć i jestem chyba trochę rozżalona, że nie dostaliśmy „prawdziwej” Bill, nawet jeśli przesłaniem miało być, że wspomnienia nie są mniej ważne od obecności. Nie jestem jednak pewna, czy nie jest to tylko kwestia rozminięcia się odcinka z moimi oczekiwaniami, czy też faktycznie znajdę po kolejnym obejrzeniu powód do krytyki, zwłaszcza że ja bym bardzo nie chciała krytykować ostatniego moffatowego odcinka. Ale na koniec chyba napiszę, że bardzo podoba mi się, jak pokazano pierwsze sceny Trzynastej Doktor, tak że mówią o niej niewiele, a równocześnie bardzo dużo i kurczę, jeszcze nigdy regeneracja nie prowadziła do tak stresujących wydarzeń, jednak jak Doktor wypadła z TARDIS, to mi zabiło serce mocniej. Jak ja bardzo czekam na kolejną serię!

Blownie: Zgadzam się z K., też czułam pewien… niedosyt. I ogólnie rzecz biorąc, wybaczcie, że trochę ponarzekam, ale parę rzeczy mi przeszkadzało. Najokropniej mi przeszkadzał seksistowski Pierwszy – ja wiem, że był pisany w latach 60., ale w końcu nie jest facetem z lat 60., tylko tym samym postępowym kosmitą co Dwunasty – może mniej obytym jeszcze w tym, co wypada, a czego nie wypada powiedzieć przy ludziach, ale z pewnością nie posiadającym takich poglądów. Litości, takich tekstów nie rzucał nawet w tych zacofanych latach 60.! To mnie drażniło strasznie. Nie podobał mi się montaż scenek w świecących kulach, wyglądało brzydko i oklepane to było niemiłosiernie, ten cały motyw „pokażę ci, Doktorze, że tak naprawdę jesteś och taki niedobry”. I nie podobało mi się, że Bill patrzyła wtedy z takim radosnym zachwytem na te wojenne wspomnienia o Doktorze – bardzo nie w charakterze. Dialogi na początku wypadły trochę sztucznie, chociaż kwestie były teoretycznie dobre. No, ale pozytywy, bo samiutka końcówka mi wynagrodziła wszystkie wady:

Po pierwsze, łezka się w oku zakręciła na dźwięk tego pierwszego, oryginalnego motywu Doktora z nowej serii (dziwna repryza Vale przy regeneracji Pierwszego była, hm, dziwna).

Po drugie, tyle mówiliśmy o potrzebie fundamentalnej zmiany, więc pod rozwagę: „I will always remember when the Doctor was me” vs. „Doctor, I let you go”. Co za genialne posunięcie.

Poza tym plusiki ode mnie za to, że w sporze „czy to Hitler czy przodek brygadiera” rację mieli ci drudzy, za akcent Trzynastki i za potargane ubranie i włosy Dwunastego.

PS. Według jednego z komiksów gdzieś w tych okopach był też Dziewiąty – i tak możemy sobie wyobrażać, jak by to było mieć odcinek z trzema Doktorami…

Clever Boy: Po obejrzeniu odcinka byłem zmieszany. A to chyba dlatego, że odcinek całkowicie rozminął się z moimi oczekiwaniami. Liczyłem, że będzie wiele woow i wybuchów, a w sumie nic nie dostałem. Może przy kolejnym seansie zmieni się moje zdanie. Historia była lekka, prawie nic się tam nie działo i… sam nie wiem, jak to ocenić. Wiem, że zabrzmi to dla wielu osób boleśnie, ale serio wyglądało to dla mnie tak, jak było w rzeczywistości: napiszmy jakiś dodatkowy odcinek, bo Chibnall nie chce jeszcze zaczynać, a nie możemy stracić miejsca na antenie. Wszystko zleciało bardzo szybko. Zaskoczyło mnie to, że nie było tak naprawdę wroga. Również boli mnie fakt, że prawdziwa Bill nie spotkała więcej Doktora, a Doktor jej. Wygląda na to, że Murray Gold żegna się z serialem, bardzo podobało mi się użycie jego starych kawałków. Więcej łez wylało się na pożegnaniu Doktora z Clarą, Bill i Nardole’em niż na samym momencie regeneracji (tego się nie spodziewałem). Wejście Trzynastej Doktor było cudowne. Sposób, w jaki Rachel Talalay nakręciła te sceny, to po prostu miód na moje pęknięte serce! Śmiesznie tylko wyglądało to, jak TARDIS próbowała ją z siebie wytrzepać. Rozumiem, że coś trzeba było wymyślić, tak jak przy 5 serii, aby TARDIS mogła dostać porządny restart. Oby tylko w swojej pierwszej serii Doktor Jodie nie została bez TARDIS. I w sumie, mimo że to scena Chibnalla, Moffat rozpoczął i zakończył w pewnej pętli. Pięknie.

Pegaz: DOKTOR PRZYPOMNIAŁ SOBIE CLARĘ!!! To znaczy wiem, że widział ją już w ostatnim odcinku dziesiątej serii, ale teraz przypomniał ją sobie, będąc przytomnym! Ten fragment odcinka był taki… mój. W ogóle cały odcinek oceniam na plus. Jasne, mam jakieś tam wątpliwości, ale musiałabym poświęcić im więcej czasu, więc nie będę się na nich tutaj skupiać. Podobały mi się nawiązania do przeszłości serialu, w tym, oczywiście, do epoki Dwunastego Doktora. Ucieszyło mnie przedstawienie w odcinku tego wydarzenia z I wojny światowej! Podobała mi się intryga, która wcale nie była typową paskudną intrygą, podobał mi się powrót Matta Lucasa, Pearl Mackie i Jenny Coleman. Podobały mi się świetne sceny Trzynastki, które miały generalnie taki fajny, pozytywny ton. Podobała mi się sama Trzynastka. Przemówiła do mnie forma opowiadania historii z odcinka. I, oczywiście, muszę pokłonić się pięknie Dwunastemu Doktorowi, który pozostanie Bardzo Ważną Dla Mnie Inkarnacją!

Blue: Clara, Clara, Clara, Clara, Clara, Clara, Clara, Clara… Takie moje gorące wrażenia. Dziękuję. Doktor pamiętający Clarę uratował mi święta. Tak, jak większość, spodziewałam się wybuchów, ale jestem pozytywnie zaskoczona. Cudowne połączenie wszystkich najlepszych fragmentów muzyki Murraya Golda, po tym odcinku uwierzyłam w plotki, że odchodzi… Trochę za dużo seksistowskich tekstów Pierwszego, ale cała reszta była zbyt dobra, żeby mi to przeszkadzało. Mam ogromną nadzieję, że mimo tak dużych zmian w produkcji zobaczymy jeszcze talent Rachel, choćby w jednym odcinku. Wykorzystanie słów Petera na temat imienia Doktora było piękne. Nigdy nie przestanę tęsknić za moim ukochanym Dwunastym. Nie wierzę, że to koniec. Nadal mam łzy w oczach, ale Trzynastka… W skrócie, oh brilliant!

A jak wam się podobało? Podzielcie się wrażeniami w komentarzach!

Daj na ciastko!