Redakcyjne wrażenia – „Widmowy pomnik”

Spisaliśmy nasze wrażenia po obejrzeniu drugiego odcinka 11 serii. Nosi tytuł Widmowy pomnik („The Ghost Monument”). Jeśli nie oglądaliście, nie czytajcie – mnóstwo SPOILERÓW!


Mandalkor: Pierwsze, co zauważyłem odnośnie tego odcinka, to boska atramentowa czołówka (bez sceny przed napisami – zupełnie jak w Classic Who). Zarówno estetyka, jak i muzyka początkowa wydają się bardzo kosmiczne, psychodeliczne i przede wszystkim nowe. Mimo wyraźnej inspiracji początkowymi czołówkami serialu, widać w niej dotyk współczesności. Bardzo cenię tę zmianę, bo nawet jeśli uwielbiałem każdą z poprzednich czołówek, to nie da się ukryć, że zaczęły być nieco powtarzalne (za wyjątkiem serii 7b).

Odcinek ten dalej utwierdza widza w przekonaniu, że mimo wielkich zmian, nadal mamy do czynienia ze swoją ukochaną postacią. Robi to fenomenalnie: poprzez stosunek Doktor do broni (,,brains beat bullets’’), do pracy zespołowej i wzajemnego zaufania (w tym reakcja na brutalną lekcję udzieloną Epzo przez jego matkę), pożyczenie Grahamowi okularów Pitagorasa i wspomnienie, że Doktor miała okazję widzieć, jak ich właściciel znosi kaca oraz przez (co wg mnie najlepsze) wenusjańskie aikido! Wiwat wątki z Classic Who! Poza tym nadal widzimy, jak Doktor oswaja się z byciem kobietą, co na szczęście po raz kolejny jest przedstawione bardzo sympatycznie: “Come to Daddy. I mean Mommy”.

Bliżej poznajemy także nowych towarzyszy. I tak dowiadujemy się, że Ryan lubi gry komputerowe, a Yaz ma nie najlepsze stosunki z rodziną. Graham natomiast pokazuje nam (przynajmniej w moim odczuciu) nowe oblicze. O ile opiekuńczość dało się zauważyć, to mam wrażenie, że zdaje się być bardziej gotowy do akcji i bardzo dobrze odnajduje się w zupełnie szalonej nowej sytuacji. Wspaniałe było także to, jak zżyli się z Doktor w tak krótkim czasie, co widać po ich reakcji, gdy ta załamana przyznaje się do porażki.

Fabuła, hmmm… Ma swoje plusy i minusy. Sam motyw wyścigu w stylu battle royale (może nie do końca, ale mi się jakoś z Igrzyskami śmierci skojarzyło – ostatni żywy na mecie, dwójka wygranych) był według mnie tylko tłem, gdyż prawdziwa tajemnica, którą trzeba było rozwiązać, to zagadka planety Desolation: wypełnionej zagrożeniami, a na dodatek przesuniętej na orbicie (czemu tego nie rozwinęli?!). Rozwiązaniem, swoją drogą dość niespodziewanym, okazują się być eksperymenty naukowców zmuszonych do tworzenia śmiercionośnych broni dla Stenzy… No właśnie – Stenza po raz drugi!! Przypadek? Nie sądzę! Tym bardziej, że dostajemy także drugi temat do spekulacji. ,,Timeless child’’, czyżby coś/ktoś z przeszłości Doktor? Może ona sama? Odcinek ten zapamiętam także jako odcinek z przesłaniem o tęsknocie za rodziną i poświęcaniem się, by ją ocalić. Bardzo wzruszający wątek.

Na koniec odcinka dostaliśmy tytułowy widmowy pomnik, czyli przepiękną, nową TARDIS. Mimo że z zewnątrz wydaje się być niewiele zmieniona, to już środek jest absolutnie rewolucyjny i rewelacyjny. Najbardziej widoczna zmiana to fakt, iż ściany budki policyjnej widać również wewnątrz. Stylistyka jest bardzo wyraźnie steampunkowa, przez co widać dużo podobieństw do wnętrza z 1996 roku. Konsola na przykład otoczona jest bardzo podobnymi kolumnami, tyle że te są kryształowe, stylistycznie bardzo podobne do nowego śrubokręta/scyzoryka sonicznego. Sam pulpit sterowniczy również jest boski: klepsydra, mini TARDIS i podajnik ciastek. Bardzo podobała mi się reakcja Doktor i jej dialog ze statkiem, a zwłaszcza znany już dobrze tekst w nowym wydaniu “You’ve redecorated – I really like it”. Ja się tylko pytam: gdzie jest “bigger on the inside”?! Aha, i Doktor nadal ma puste kieszenie; czyżby jednak catchphrase ,,empty pockets’’?

Ginny: Zanim przejdę do omówienia samego odcinka, poświęcę kilka zdań czołówce. Podoba mi się jej styl, ten gęsty atrament niczym gaz z gwiazdowych kolebek (zwłaszcza w drugiej części już po tytule) i nawiązanie do klasycznych czołówek. Jest natomiast za krótka i kończy się zbyt nagle, jeszcze przed właściwą częścią „dooweeeoo”. Przez to nie jestem w stanie ocenić w pełni, czy podoba mi się także nowy main theme. Wstępnie owszem, ale potrzebuję usłyszeć go zdecydowanie więcej, żeby podjąć ostateczną decyzję.

Poza tym mamy też nową TARDIS, która jest przepiękna. Zewnętrze pozostaje mniej więcej takie samo, ale podobają mi się te drobne zmiany w nim. Jej wnętrze z kolei przypomina mi ul dzikich pszczół zbudowany we wnętrzu drzewa. Monumentalne ściany obok przedniej części przypominają z kolei trochę TARDIS Ósmego z filmu, jednak bez jej ciężkości. W połączeniu z konsolą wprowadzają powiew industrializmu, który liźnięto lekko stempunkiem. Razem tworzy to naprawdę intrygujący efekt. A do tego ta TARDIS piecze ciasteczka! How cool is that?! No i wspaniała jest reakcja Doktor na nią. Ryan, Yaz i Graham są onieśmieleni i zdziwieni, jak na towarzyszy przystało, ale Doktor jest przepięknie zakochana.

Wróćmy jednak do samej fabuły. Mamy tu trzy pozornie oddzielne, a w rzeczywistości połączone wątki. Kosmiczny wyścig, poszukiwania TARDIS i tajemnicę wymarłej planety. W pewnym sensie jest to odcinek dystopijny, ale tak jak nie lubię dystopii, tak w tym odcinku jest to – przynajmniej dla Pustkowia – dystopia już po tym irytującym momencie, po zagładzie. Nie ma tu tej przytłaczającej niczym cement dystopijnej szarości i beznadziei trwania po nic.

Jest więc planeta, która wypadła ze swojej orbity – i wiemy o tym tylko tyle, co powoduje, że zastanawiam się, czy w kolejnych odcinkach dowiemy się czegoś nowego o tym, dlaczego tak się stało. Oczywiście możemy się domyślać, że miało to związek ze Stenzą, ale czy to oni tego dokonali, czy może naukowcy planety, próbujący uchronić kosmos przed jej losem, czy też może wydarzyło się jeszcze coś zupełnie innego? Sam jej los jest okrutny i choć wiemy o nim niewiele, tyle wystarczy, żebyśmy czuli ogrom jej tragedii. Jednocześnie też Chibnall buduje tu już główny wątek serii, który mnie zaciekawił – do tego jednak jeszcze wrócę później. Spodziewałam się Daleków, ale może to dobrze, że to jednak nie oni, bo też daje to pole do rozwinięcia tego wątku w mniej oczywisty sposób.

W to wszystko wpisuje się na własne życzenie dwójka konkursowiczów – Angstrom i Epzo, którzy biorą udział w czymś w rodzaju kosmicznych igrzysk śmierci, z tą różnicą, że oboje są dorośli, a w ostatnim etapie wyścigu nie wolno im siebie zabić czy sabotować. Pojawia się tu motyw „bonusów”, którymi mają być dla nich Doktor i jej towarzysze, ale jak się dowiadujemy, teraz już ta zasada nie działa – tu jednak zabrakło mi słowa wyjaśnienia, jak te „bonusy” właściwie działają.

Pozornie – jak już mówiłam – oba te wątki nie mają związku, a Doktor zabiera się z Angstrom i Epzo, ponieważ ma po drodze do TARDIS, jednak jej głównym celem jest odkrycie, co stało się z planetą. Okazuje się, że tym, co zabiło Pustkowie, są Stenza, którzy najechali też planetę Angstrom i z tego, co można wyczytać między wierszami, wiele innych planet, dziesiątkując je i zmuszając ich mieszkańców do desperackich kroków. Jest w tym wątku wiele bólu (Angstrom) skontrastowanego z podejściem draniowatym (Epzo), ale też relacja dwójki finalistów wyścigu jest trochę bardziej zróżnicowana. Choć nie można powiedzieć, żeby byli przyjaciółmi, to widać, że oboje wiele razem przeszli i utworzyła się między nimi jakaś więź. Może gdyby oboje byli takimi raczej zdystansowanymi do wszystkiego postaciami jak Epzo, to nie byłoby możliwe. Ale w Angstrom jest sporo ekstrawertyczności – takiej, którą dawno nauczyła się hamować, ale jednak pozostającej inherentną częścią niej.

Trzecim charakterystycznym punktem tego trójkąta postaciowego jest pan hologram – interesujący w tym, że choć jest dość dupkowatym bogaczem, w jego postanowieniach jest pewna elastyczność i da się na niego do pewnego stopnia wpłynąć. Czasem argumentami, kiedy indziej groźbą, choć pozostaje też pytanie, na ile boi się on spełnienia tej groźby, a na ile po prostu docenia butność postaci. Zastanawia mnie, czy on sam jest jakkolwiek związany ze Stenzą, czy też tylko żeruje na fakcie, że ci podbili jakiś fragment wszechświata.

Ostatnim wątkiem jest oczywiście wątek Doktor szukającej TARDIS i chcącej odkryć przy okazji, co stało się z Pustkowiem i życiem na nim, dzięki czemu pozwala nam odkryć, co łączy poprzednie wątki. Doktor jest w tym bardzo doktorowa i nie sposób jej nie kochać. Jest tu oczywiście sporo humoru („moomin beings”, skacowany Pitagoras, Doktor myśląca, że to ona wciągnęła Angstrom i Epzo w swoją przygodę i przepraszająca ich za to itd.), ale zarazem cały wątek potraktowany jest z odpowiednią powagą.

Tu wracamy do kłamstwa Chibnalla odnośnie tego, że seria jedenasta nie będzie miała wątku głównego. Muszę powiedzieć, że uważam to konkretnie kłamstwo za błąd. Ponieważ wiedząc, że takiego wątku nie będzie, przy poprzednim odcinku można było dojść do wniosku, do którego ja doszłam: że rozwiązanie wątku Stenzy w sposób jednostkowy było słabym przemyśleniem natury Doktor i takim sobie rozwiązaniem fabularnym. Kiedy spodziewamy się, że taki łączący odcinki wątek będzie, domyślimy się, że prawdopodobnie Stenza jakoś wróci, ale to jest lepsze niż uznać, że finał pilota serii skopano.

Zastanawiam się też nad różnicą w rozłożeniu środków ciężkości w tym, czego dowiadujemy się o Stenzie w obu tych odcinkach. W Kobiecie, która spadła na Ziemię T’zim-Sha jest złem jednostkowym, pod otoczką obcości, bardzo ludzkim. To kolejny przywódca idący po trupach do celu, w kulturze zbudowanej na takiej roli przywództwa – i przez to opowiadający nam o nas samych. Widmowy pomnik z kolei przedstawia Stenzę jako zdobywców, którzy nie tylko traktują inne planety bez szacunku, pojawiając się na nich na samotnych polowaniach, ale podbijają je i zmuszają do autodestrukcji. I choć jest to raczej logiczna konsekwencja takiej kosmicznej rasy, już bardziej wpada w archetyp kosmicznego najeźdźcy. O ile więc cały ten wątek w wydaniu z odcinka drugiego uderza mocno w moje uczucia, o tyle obawiam się, że gdy bliżej poznamy szczegółowy obraz, może on wpaść w sztampę. To rzecz jasna nie jest przesądzone, niemniej będę obserwować go z ostrożnością.

Pozostaje też pytanie na ile T’zim-Sha mówił Doktor prawdę. Czy ludzie na Ziemi naprawdę byli wybierani do tych polowań przypadkowo, w ramach tego rytuału, o którym opowiada? Czy też może nie ma tu żadnej przypadkowości, a te polowania to pierwszy etap inwazji? I czy tak samo wyglądało to na Pustkowiu z rodzinami i bliskimi tutejszych naukowców?

Zastanawia też, o co chodzi z Timeless Child i w jaki sposób może to być powiązane ze Stenzą. Te płachty w sumie kojarzyły mi się trochę z matrycą na Gallifrey i upiorami stamtąd, więc może tu kryje się jakieś powiązanie?

Powinnam też wspomnieć o towarzyszach Doktor, ale choć są oni w tym odcinku obecni, to mam mocne poczucie, że są gdzieś w jego tle. Jeszcze Ryan i Graham mają kilka swoich momentów i odcinek daje im chwilę na rozbudowanie relacji, która jest po prostu naturalna. Yaz jednak właściwie staje się widoczna trochę bardziej tylko gdy wspomina, że tęskni za rodziną.

Ostatecznie ten odcinek stoi mocno reakcjami emocjonalnymi. Widać tu, że to naprawdę będzie seria skupiona na rodzinie i to o wiele mocniej niż mogliśmy wcześniej podejrzewać – w tym momencie jest oparta na stracie, żałobie, tęsknocie, samotnej walce o jej dobro, ale też podejrzewam, że w przeciągu serii Chibnall opowie nam również o jej budowaniu i odnajdywaniu.

Seweryn Dąbrowski: Chris Chibnall – jak na prawdziwego weterana w Whoniversum przystało – ma na swoim koncie masę odcinków. Począwszy od małych perełek (42 („42”)), poprzez przysłowiowe średniaki (Głodna Ziemia/ Zimna krew („The Hungry Earth”/ „Cold Blood”)), a na prawdziwych potworkach (Dzień pierwszy („Day One”)) kończąc. Kiedy więc ogłoszono, że to właśnie on zostanie nowym showrunnerem Doctor Who, miałem bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony znałem jego poprzednie dokonania (chociażby fenomenalny serial Broadchurch), a z drugiej obawiałem się wyjścia z mojej strefy komfortu – czyt. zastąpienia szanowanego przeze mnie Stevena Moffata kimś, kto mógłby po prostu nie sprostać swojemu zadaniu. W związku z tym nie oczekiwałem po serii 11 niczego. Jasne, cały czas trzymałem kciuki, aby wszystko wyszło fantastycznie, ale zachowywałem w stosunku do niej raczej chłodną postawę.

Na szczęście już w dniu premiery Kobiety, która spadła na Ziemię („The Woman Who Fell to Earth”) mogłem odetchnąć z ulgą. Chociaż powaliła mnie na kolana, to był to naprawdę dobry kawałek rzemiosła i spełnił wszystkie swoje podstawowe zadania. O ile jednak po tak zwanych odcinkach pilotażowych nie spodziewam się zbyt wiele (i często zdarza przymykać mi się oko na drobne wpadki), to skłamałbym, mówiąc, że na Widmowy pomnik nie czekałem. Już zapowiedzi i zdjęcia z planu nastawiały mnie optymistycznie – połączenie klimatu westernu science fiction, thrillera i pewnej baśniowości wydawały mi się czymś bardzo świeżym. Zresztą to właśnie ze wspomnianą „świeżością” miałem problem w serii dziesiątej. Gdyby rozłożyć większość historii z poprzedniego sezonu na czynniki pierwsze, to okazałoby się, że w znaczącym stopniu czerpią one ze starszych przygód Doktora. Nie zrozumcie mnie źle, Doctor Who poniekąd polega na ciągłym recyklingu już stworzonych pomysłów i dostosowywania ich do zmieniających się czasów. Problem pojawia się wtedy, kiedy twórcy inspirują się odcinkami nie tak dawnymi. Przecież nasz ukochany serial już z samego założenia daje scenarzystom nieskończenie wiele możliwości do opowiedzenia niepowtarzalnych przygód, a stworzenie kolejnej pozycji, której akcja rozgrywa się na stacji kosmicznej czy w średniowiecznej wiosce po prostu mija się z celem. Podobnie było również z samymi pomysłami na fabułę (Mnisi, którzy działali niczym Cisza, tylko na odwrót etc.) – można by tak wymieniać w nieskończoność.

W tym miejscu muszę przeprosić, za ten dość przydługi wstęp. Był on jednak konieczny do zrozumienia, skąd tyle ciepłych słów kierowanych do drugiego odcinka. Chris Chibnall wykonał naprawdę dobrą robotę, tworząc historię nie tylko wciągającą, ale i wreszcie… inną. Cieszyłem się jak małe dziecko, pochłaniając kolejne minuty Widmowego pomnika. Najlepiej będzie zacząć od fabuły, która jest prosta i to chyba w tej prostocie tkwi jej największa siła. Odpowiednio dawkuje różne elementy i zostawia pole do popisu dla aktorów. Nie stara się być czymś ambitnym, co w tym przypadku wychodzi jej na dobre. Czasami odczuwałem jednak drobny przerost formy nad treścią. Było to widoczne szczególnie w okolicach aktu drugiego, gdzie po naprawdę fenomenalnym początku, ta stopniowo zwalnia i się rozmydla, by na końcu znów wskoczyć na pełne obroty i dostarczyć masę fanserwisu.

Jeśli już jesteśmy przy formie – odcinek był naprawdę ślicznie nakręcony. Prawdopodobnie w znacznym stopniu przyczyniły się do tego same lokacje, ale reżyserowi i operatorowi kamery należą się gromkie brawa! Większą część kadrów mógłbym z czystym sumieniem powiesić na ścianie. Osobną kwestią są bohaterowie. W tym punkcie cały czas utrzymuję podobne zdanie, jak tydzień temu – każda z postaci została znakomicie napisana, a jeszcze lepiej odegrana. Chociaż akurat o to się zbytnio nie martwiłem, ponieważ Chris Chibnall ma naprawdę niezwykły dar pisania swoich bohaterów i nawet z ludźmi (kosmitami?), którzy pojawiają się na ekranie przez kilkanaście sekund, możemy poczuć drobną nić porozumienia. Szczególnie wybrzmiało to w przypadku dwóch nowych protagonistów – Angstrom (Susan Lynch) oraz Epzo (Shaun Dooley), gdzie wszyscy mieli swoje zadanie do zrealizowania. Dodatkowo warto pochwalić Chibnalla za dotrzymanie złożonej fanom obietnicy, czyli motywu rodziny. W obecnej serii miał być on jednym z najbardziej wybrzmiewających elementów, więc cieszę się, że tęsknota za rodziną i poświęcenie, by ją ocalić, zostały poruszone w kontekście postaci drugoplanowych. Co do naszej stałej ekipy, Jodie Whittaker jest absolutnie fenomenalna (widać, że bawi się swoją rolą i miała na planie prawdziwą radochę). Reszta bohaterów również aspiruje do bycia kimś więcej (chociażby urzekający mnie każdą sceną Graham oraz jego relacja z Ryanem). Chyba tylko potencjał postaci Mandip Gill nie został do końca wykorzystany, ale będzie mieć na to całą serię, dlatego (na dzień obecny) nie ma się czym przejmować.

Na koniec słów kilka o innych, mniejszych elementach. Nowa czołówka wywołuje u mnie ciary (jest troszkę dziwna, troszkę futuro-retro, troszkę psychodeliczna – jednym słowem, taka jak być powinna). Zresztą nawiązuje ona do klasycznych intr, co potęguje fakt braku sceny wprowadzającej. Ma ona jednak jedną poważną wadę… jest za krótka! Jeszcze dobrze nie zdążyłem usiąść w fotelu, a ta już się skończyła. Odnowiona wersja TARDIS również jest niczego sobie. Małe zmiany zewnętrzne wyszły bardzo fajnie. Wnętrze natomiast przywodzi mi na myśl połączenie pokoi kontrolnych z TARDIS: Pierwszego, Ósmego, Dziesiątego oraz (pierwszej wersji) Jedenastego Doktora, lekko liźniętych motywami steampunku. Zgadzam się z porównaniem nowego wnętrza do ula dzikich pszczół użytego przez Ginny. Muzyka cały czas utrzymuje wysoki poziom + kocham te drobne mrugnięcia okiem do widzów (wenusjańskie aikido! Pitagoras! TARDIS piekąca ciastka!).

Reasumując, The Ghost Monument był naprawdę ciekawym odcinkiem. Polecam go obejrzeć zarówno starym, jak i nowym fanom. Ja bawiłem się na nim doskonale i spędziłem przyjemne 50 minut! Z niecierpliwością czekam na kolejną przygodę Trzynastej Doktor oraz jestem ciekaw, jak obecna seria – w sposób całościowy – wypadnie na tle swoich poprzedniczek.

Blownie: No i proszę, znowu głównie rozmowy między postaciami przetykane urywkami akcji, i znowu zadziałało, znowu mnie wciągnęło. Ale od początku.

Czołówka, jak już wcześniej zauważono, bardzo w stylu klasyków – muzyka, znaczy się, bo grafika bardziej nowoczesna; nie do końca mi się podoba, ale pasuje mi do ścieżki dźwiękowej, i dołączam się do poprzedników narzekających, że za krótka. Jeśli chodzi o fabułę samego odcinka, jest dość prosta – spodziewałam się jakiegoś wielkiego zwrotu akcji na końcu i się go nie doczekałam; ale uważam, że to był dobry pomysł na drugi odcinek. Poznaliśmy wstępnie nowych głównych bohaterów, a teraz przeganiamy ich przez ekscytujący i straszny tor przeszkód. Zobaczymy, kto się boi, kto jest ciekawski, kto się pierwszy podda, kto się postawi Doktor i tak dalej. Podoba mi się to, jak duży nacisk Chibnall kładzie na rozbudowywanie postaci oraz dawanie im okazji do interakcji, nie tylko z Doktor, ale też między sobą – coś, czego nie widzieliśmy od dłuższego czasu; nawet kiedy poprzedni Doktorzy podróżowali okazjonalnie z więcej niż jedną osobą naraz, wydaje mi się, że było tego mniej. A tu co chwilę mamy takie drobne momenty – przede wszystkim zapadła mi w pamięć wzmianka o Grace, bo chociaż wciąż mam jej śmierć scenarzystom za złe, to cieszę się, że tak od razu o niej nie zapomnieli.

Co do Doktor, to widać, że jej charakter jest wciąż bardzo świeży, jeszcze się może do końca nie ustalił, ale nie mam do niej żadnych zastrzeżeń – i uważam, że te bardziej emocjonalne momenty Jodie zagrała naprawdę dobrze. Co jeszcze? Ach, TARDIS! Nareszcie udało jej się stworzyć nowy wystrój, który się od razu spodobał. Ja się muszę jeszcze przyzwyczaić, ale pierwsze wrażenie jest w miarę pozytywne. Ogólnie od strony wizualnej odcinek trzymał bardzo wysoki poziom, no, może oprócz latających ścierek śmierci, ale gorsze rzeczy się w tym serialu widywało. Ciekawa jestem, czy zobaczymy jeszcze Stenzę – niby mówili, że nie ma wątku głównego, więc może nie będzie za dużo odcinków do nich nawiązywać, ale po tym zanosi się, że jeszcze wrócą…

Ewa: Brak motywu przewodniego, my ass, że pozwolę sobie na odrobinę klatchiańskiego. Po dwóch odcinkach widać, że nowy showrunner bawi się w zagadki, mnoży tropy, a znając wcześniejsze dokonania Chibnalla, trudno nie dojść do wniosku, że w finale serii dostaniemy odpowiednio pogmatwane i raczej satysfakcjonujące rozwiązanie. W Widmowym pomniku oprócz powrotu Stenzy, którzy okazują się jeszcze znacznie bardziej paskudni, złowieszczy i ludobójczy niż w pierwszym odcinku, mamy kolejny element układanki w postaci Timeless Child wyciągniętego prosto z głowy Doktor przez mordercze szmaty. Drażnienia się z widzem jest zresztą w tym odcinku więcej. Szumnie zapowiadana i opóźniona o jeden odcinek czołówka kończy się, zanim zdążymy się jej dobrze przyjrzeć, po wejściu do TARDIS żadne z towarzyszy, co to są teraz przyjaciółmi, nie mówi, że jest większa w środku, nikt, nawet najsympatyczniejsza jednorazowa bohaterka, nie ginie, choć po premierze serii wydawało się, że będzie to stały punkt przygód bohaterów, a na końcu zwycięża rozsądek. Na dodatek w samym odcinku w sumie niewiele się dzieje, za to sporo się wydarza między bohaterami – widać, że Chibnall przynajmniej w jednym powiedział prawdę: ich relacje będą ważnym elementem serii, być może najważniejszym.

Poza tym nadal wiemy niewiele. Widać, że twórcy nie idą na łatwiznę i oprócz nowych bohaterów, potworów, śrubokrętu i TARDIS dają nam też zupełnie nowe opowieści, stylistykę i klimat, zamiast powielać schematy znane z poprzednich lat. Być może najdobitniej podkreśla to brak kultowego już przecież „It’s bigger on the inside”. Czy to dobrze? Trudno powiedzieć, że nie, wszak ile razy można oglądać przygody na stacji kosmicznej, gdzie coś poszło nie tak, czy cudowne ocalenie Ziemi przed kolejnym najazdem kosmitów. Z drugiej strony, jako że mam za sobą jedynie doświadczenie z New Who, nie bardzo mam się czego pośród tych nowości złapać. Stąd, przyznaję, moim głównym uczuciem po obejrzeniu The Ghost Monument była pewna dezorientacja. Dwa odcinki to jednak trochę za mało, by się przestawić, szczególnie że w ostatnich miesiącach powtórzyłam sobie poprzednie serie.

Tak czy siak, w tej odsłonie dostałam przynajmniej trzy rzeczy, dzięki którym nadal mam poczucie, że będzie dobrze: Ryana z piskiem uciekającego przed robotami tuż po tym, jak dzielnie – i na krótko – je pokonał, okulary Pitagorasa – a może Audrey Hepburn – na nosie Grahama i czułe przywitanie Doktor z TARDIS. Z niecierpliwością więc czekam na kolejny odcinek: czas w końcu przenieść się trochę w czasie!

Ewelinkja: Ja w przeciwieństwie do innych pozwolę sobie na bardzo krótki opis moich wrażeń. Nowa czołówka, choć w pierwszej chwili mnie nie zachwyciła, bardzo mi się podoba. Mogła by tylko być nieco dłuższa i mieć TARDIS i zdjęcie Doktor. No właśnie, TARDIS. Jest piękna i kochana i daje ciasteczka! Bardzo mi się podoba wystrój i chciałabym, żeby nam pokazali jeszcze więcej jej wnętrza… Może basen i bibliotekę?

Motyw muzyczny jest świetny, taki w starym, klasycznym stylu i mi to strasznie pasuje.

Doktor… jest fantastyczna! Bardzo ją polubiłam i chcę poznawać ją coraz lepiej. Uwielbiam to, że ciągle powtarza, jak ważne jest dla niej bezpieczeństwo towarzyszy.

Fabuła odcinka mi się podobała, choć chętnie bym go zobaczyła w dwóch częściach… Dobrze by było zobaczyć więcej z wyścigu i odkryć inne tajemnice planety.

Nie było może spektakularnie, ale mi się podobało. Jestem zadowolona, że mamy w tej serii duży nacisk na postaci, ich background i relacje między nimi. Bardzo lubię poznawać bohaterów i dla mnie ich historie, relacje i przemiany są ciekawsze niż zakręcone kosmiczne fabuły, od których mózg eksploduje.

No i na koniec wenusjańskie aikido! Mam nadzieję, że Doktor będzie go używać częściej.


A jak wam się podobał Widmowy pomnik? Zapraszamy do dzielenia się wrażeniami w komentarzach w grupie Pod Kopułą.

Daj na ciastko!