Jesteśmy już po finale 10 serii i wyrażamy swoje zachwyty tudzież rozczarowanie, jakie posiał w naszych sercach Upadek Doktora („The Doctor Falls”). Uwaga na SPOILERY!

K.: Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak mnie poruszył odcinek Doktora Who. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek. Tutaj zagrało dla mnie wszystko: chemia dwojga Mistrzów, którzy co kilka minut zmieniają strony i jakże smutne, ale i niespodziewane zakończenie ich wątku (choć w sumie – czy faktycznie niespodziewane, skoro Mistrz zawsze w pewnym sensie dążył do autodestrukcji?), wszelkie przemowy Doktora i jego niezgoda na regenerację, zakończenie wątku Nardole’a, o którym dopiero co się czegoś dowiadujemy, a już musimy się z nim pożegnać, wreszcie cały tragiczny wątek Bill, ale i jego najpiękniejsze z możliwych zakończenie. Czuję potrzebę napisania długaśnego felietonu na temat tego, jak bardzo Moffat dojrzał fabularnie przez swoje serie i jak bardzo będę tęsknić za Dwunastym i Bill, ale że to mają być wrażenia na gorąco, to chciałam po prostu napisać, że to było jedno z najbardziej trzymających w napięciu sześćdziesięciu minut w moim życiu i nie przypuszczałabym jeszcze niedawno, że Moffat może nam zapewnić tak cudowny finał. Bo żebym płakała za Missy, cieszyła się ze „śmierci” Bill i nie mogła doczekać na odcinek świąteczny, tego się nie spodziewałam.

Rademede: Nie wiem, co tu sensownego mogę napisać… Wtórny, sytuacja Bill to powtórka tego, co było z Clarą… Ale wiecie co? Wyjątkowo mi to nie przeszkadzało. Relacje między dwojgiem Mistrzów, Doktor, Nardole, Bill, wszystkie nawiązania do poprzednich wcieleń… Aaa, po prostu piękno samo w sobie. Tak to ze sobą współgrało, że przysłoniło wady. Ogólnie ten odcinek to nieco kwintesencja Moffata w Moffacie. Takiej gry na emocjach dawno nie doświadczyłam. Łzy, śmiech, nuta irytacji w słabszych momentach, gdzie można było coś inaczej rozwiązać. Żal mi Missy. Ciekawi mnie, czy to definitywne zakończenie historii Mistrza, czy jednak jeszcze się kiedyś pojawi. Bill… Jej koniec to takie deus ex kałuża, „umarła” jak Clara, tyle że u Bill takie rozwiązanie mi nie przeszkadza. Dalej nie podoba mi się, że została Cybermenem, ale przynajmniej na koniec spotkała Heather i wydaje mi się, że lepiej nie dało się tego zakończyć. Nardole został potraktowany trochę po macoszemu pod koniec. Ostatnie minuty za to złamały moje serce i bardzo proszę, żeby w tym roku Święta przyszły wcześniej. Mam wrażenie, że regeneracja Capaldiego (którego gra aktorska jak zwykle była wybitna) wzruszy mnie jeszcze bardziej niż Tennanta. I tyle. Idę się pozbierać do kupy.

Owly: Zanim podzielę się moimi wrażeniami z odcinka, muszę się przyznać do jednej rzeczy – jestem osobą, która bardzo rzadko wyrabia sobie opinię na temat czegoś. Biorąc pod uwagę, że seriale zwykle pochłaniam całymi sezonami, to moje oceny poszczególnych odcinków (i sezonów w sumie też) ograniczają się do „fajnie, następny” albo „bywały lepsze, następny”. Ale teraz? Teraz nie ma „następny”, teraz jest mózg wywrócony na drugą stronę, pustka i all I want for Christmas is the next episode of Doctor Who. Tydzień temu nadrabiałam Pożeraczy światła („The Eaters of Light”), który według mnie był na tyle niskich lotów, że prawie mi się nie chciało obejrzeć pierwszej części finału. Idąc za ciosem i po lekkim przekonywaniu (no cześć, Mytherios), Gdybyśmy czasu mieli więcej („World Enough and Time”) obejrzałam w terminie. I miałam później wielką nadzieję, że nikt i nic nie zepsuje (ciśnie mi się tu na klawiaturę nieco inne słówko) tego ostatecznego zakończenia serii. And you know what? It was fantastic. Absolutely fantastic. Podczas pisania tego tekstu w tle leci mi odcinek, tak tylko żebym słuchała. Bo odtwarzam go piąty raz. Pierwsze trzy się zachwycałam, przy czwartym zaczęłam robić notatki z moich wrażeń.

Idąc od początku – taniec Mistrza i Missy. Skupmy się na chwilę na tym, jak cudownie (mogę się już zacząć ślinić czy dla zachowania pozorów mam się jeszcze powstrzymać?) wygląda John Simm – wydaje mi się, że nawet lepiej niż dziesięć lat temu. Co więcej, mam wrażenie, że Simm wyszedł lepiej niż swego czasu David Tennant powracający w Dniu Doktora („The Day of the Doctor”).

Bardzo mi się spodobało zdanie, jakiego użył Doktor przy tłumaczeniu zachowania Cybermenów – I expanded the definition of humanity. Dla mnie to jest uczłowieczenie Władców Czasu. Doktor już od jakiegoś czasu powstrzymuje swoją regenerację, tak jakby chciał w końcu umrzeć. Umieranie jest… ludzkie. I dlatego Doktor „rozszerzył” definicję człowieczeństwa, aby dać sobie przyzwolenie na śmierć.

Jak już jesteśmy przy ludziach i umieraniu – Bill. Po pierwszym odcinku tego sezonu wiedziałam, że to będzie moja so far ulubiona towarzyszka. O ile „ulepszenie” jej i zmiana w Cybermena (Cyberwoman?) mnie tydzień temu zaskoczyła, o tyle bardzo mi się podoba to, jak została teraz przedstawiona. Zgodzę się ze stwierdzeniem, że mamy tu powtórzenie pomysłu z Oswin i Dalekiem, ale czemu nie? Pozwala nam to zobaczyć coś, czego nie widział Doktor – emocje dziewczyny, to, że się boi, że Mistrz ją jednak rani. Z drugiej strony, chcielibyście przez cały odcinek słuchać głosu Cybermena? Bo ja raczej nie.

Później mamy chyba moją ulubioną scenę z całego odcinka, czyli Mistrza z kredką do oczu. Damn, on to robi lepiej niż ja. Zazdroszczę.

Jeszcze zanim zaczęłam oglądać, wiedziałam, że będę potrzebować chusteczek. Pierwsza łza popłynęła, gdy Bill zorientowała się, że Doktor nie ma możliwości, aby ją uratować. Chociaż byłam też troszeczkę dumna, bo jej stanowczość i odwaga to było coś, co mi się podobało od samego początku. I uważam to za niezwykle odważne, żeby mieć siłę na powiedzenie „nie chcę już dalej żyć, skoro nie mogę być sobą”.

Idąc dalej, Missy ochrzaniająca Mistrza to coś cudownego. Mając w pamięci Mistrza za czasów Dziesiątego, kompletnego szaleńca dążącego do celu po trupach, wydaje mi się urocze, że tak pokornie przyjmuje w tym momencie dominację Missy. Prawie jakby uświadomił sobie, że zrobił coś złego i że tym razem lepiej nie pyskować.

Jedną ze smutniejszych scen była dla mnie przemowa Doktora, gdy przekonywał Mistrza, aby z nim został. Słowa Doktora były poruszające, dobitnie pokazywały, że stracił już nadzieję na wygraną. Jedyne, co zostało to robić to, co jest przyzwoite. Zasmucający dla mnie jest fakt, że ja od pierwszego zdania przewidywałam, że Mistrz – kolokwialnie mówiąc – oleje Doktora. Nie spodziewałam się też, że Missy nagle zdecydowałaby się zostać, byłoby to dla mnie strasznie płytkie rozwiązanie. Cała ta przemowa wydaje się być skierowana do widza, nie do Mistrza. Czuć rozpacz Doktora, wizję zbliżającego się finału, niechcianej regeneracji i tego, że na samym końcu nie zdoła uratować wszystkich tych, którzy tego ocalenia potrzebują.

Następnie mamy pożegnanie Mistrza i Missy, zagrane po mistrzowsku (muszę mrugać, czy wszyscy rozumieją?). Cudownie napisane, pokazuje jak różne są te dwie regeneracje. Dla mnie Missy nie jest dobra lub zła, ona zawsze stoi po swojej własnej stronie. Tym razem zdecydowała, że pora, aby ta strona była u boku Doktora, ale kto wie, jak potoczyłaby się dalej jej historia. Miałam nawet nadzieję, że ten jej śmiech oznacza, że zaraz wstanie i pójdzie dalej, że nic jej nie jest. Gdy okazało się, że jednak nie, zaczęłam płakać (ale przyznajcie, śmierć Missy była w sumie głupio napisana. Nie uwierzę, że ona zapomniałaby o tym, że Mistrz ma swój śrubokręt laserowy, po prostu nie uwierzę).

Jak chodzi o zakończenie całego odcinka, to tu już ryczałam jak bóbr. Niby wszyscy wiemy, że Doktor będzie regenerował, ale jednak zawsze jest ta niepewność, jak to będzie. Zwłaszcza, że teraz wszystko daje nam znaki, że Doktor chce odejść na dobre. Jest uparty, nie chce kolejny raz zaczynać od nowa, nie po tym, jak wszystkich stracił. Mam wrażenie, że już jest zmęczony tym, że inni cierpią, a on musi żyć dalej. Jak chodzi o zakończenie Bill – zdaje mi się czy tym razem mamy najlepszą sytuację w jakiej w New Who się kiedykolwiek znalazł towarzysz Doktora? Wcześniej widzieliśmy pozostanie w innej rzeczywistości, utratę wspomnień, zerwanie relacji przez towarzyszkę, utratę wspomnień i trzy razy śmierć. Zawsze to Doktor musiał iść naprzód, zostawiając byłych towarzyszy za sobą. Teraz to Bill kontynuuje swoje życie (nie wnikajmy w to, czy ona żyje czy nie, dobrze?) bez Doktora, co więcej, ma nawet szansę na szczęśliwe zakończenie swojej historii. I okej, może faktycznie pojawienie się Heather wydaje się naciągane, ale wydaje mi się, że to nie przeszkadza w ogólnym odbiorze zakończenia.

Zostało mi kilka uwag, których nie upchnęłam wcześniej. Cały odcinek był cudownie zagrany. Jak chodzi o Petera Capaldiego, to dla mnie 10 seria była jego najlepszą. Wcześniej nie byłam pewna co do jego Doktora (postaci, nie warsztatu aktorskiego), ale teraz jestem stanowczo na tak. Pearl Mackie była niesamowita, wydawała mi się bardzo rzeczywista w swoim sposobie grania. Jak już wspomniałam, Bill stała się moją ulubioną towarzyszką. Nardole był mi w sumie zawsze raczej obojętny, ale w tym odcinku był dopasowany idealnie. Nie było go ani za dużo, ani za mało. Missy jest niesamowita i bardzo mi się podoba rozwiązanie wątku przechodzenia na stronę Doktora. A Mistrz… (pozwolę sobie porzucić profesjonalizm i przestanę powstrzymywać chęć ślinienia się do niego). Nad tym jak dobrze wygląda już się zachwycałam ponad stronę wcześniej, ale jakby ktoś nie zauważył – czas był dla niego łaskawy. Bardzo łaskawy. Jeśli chodzi o charakter – bardzo mi się podoba to, że do końca usiłuje się powstrzymać przed pomocą Doktorowi. No i podoba mi się ten lekko flirtujący ton, z jakim zwraca się do Missy. Czy można to uznać za objaw narcyzmu? Naprawdę ciekawi mnie, jak by na to spojrzał psycholog. Mogłabym coś jeszcze napisać na temat chemii między Mistrzem, Missy i Doktorem, którą czasem było prawie fizycznie widać, ale obawiam się, że musiałabym najpierw skoczyć po jakiś słownik wyrazów bliskoznacznych albo listę superlatyw. Daję sobie rękę uciąć, że ktoś z redakcji o tym wspomni, idźcie i czytajcie.

Na końcu odcinka płakałam tak mocno, że rozmywał mi się obraz. Ale, jak to Doktor powiedział „gdzie są łzy, tam jest nadzieja”. Więc ta nadzieja mnie będzie utrzymywać do świąt. To w końcu tylko pół roku, no nie?

Clever Boy: Ale to był piękny odcinek. Znowu zleciało mi bardzo szybko i było pełno napięć, śmiechu i pękło mi serce. Missy i Mistrz byli przecudowni. Spodziewałem się, że mogą się wzajemnie pozabijać, ale nie chciałem, żeby tak było. Szkoda, że nie zobaczyliśmy TARDIS Mistrza. Gdy oberwała Missy, pękło mi serce. Mam nadzieję, że dawka nie była jednak na tyle śmiertelna i jakoś zregeneruje. Mistrz już tyle razy powracał, że na pewno coś wymyślą (oby to nie było znowu wskrzeszenie przez sektę!). Liczę, że może Doktor jakoś ją uratuje, nawet nie wie, że ona tam leży. Zastanawia mnie, co Missy pokazała Doktorowi. Możliwe, że był to ten nóż i wiedział on, co zamierza zrobić. Nardole miał porządne zadanie, w końcu jakaś większa rola mu przypadła. Brakowało mi jednak jakiegoś wyjaśnienia, Moffat zapowiadał, że on jest ważny i potrzebny i jeszcze się przekonamy, no i się nie przekonaliśmy. Mam nadzieję, że jeszcze powróci, a może u boku Hazran? Bardzo cieszyło mnie to, że Bill była nadal Cybermenem, cały czas martwiłem się, że Doktor ją jakoś uratuje. Pearl dostarczyła naprawdę mocnej gry aktorskiej, było mi smutno i czułem jej emocje. A rozwiązanie z Heather przewidziałem i ucieszyłem się bardzo, że trochę odgadłem. Co prawda, Moffat powtórzył trochę trick z Clarą, ale tutaj to było po prostu piękne. Chciałbym żeby jeszcze na chwilę pojawiła się w świątecznym i zobaczyła, że Doktor żyje. Biedny Doktor. Capaldi znowu zagrał na najwyższym poziomie, bardzo mi przykro, że już zaraz go nie będzie. Cały czas obawiałem się, że jednak zregeneruje w tym odcinku. Podobało mi się to, że umiera przez Cybermena. Dla Doktora nie było szczęśliwego zakończenia, skończył sam, bez nadziei, bez towarzyszy, bez Missy. On nie wie nic, to straszne. Nie dziwi mnie to, że się poddał i nie chce regenerować. A te ostatnie momenty to były cudo. Zawsze, jak wspomina się o przeszłych historiach lub towarzyszach, to moje serducho bije mocniej, a tutaj dostaliśmy przebłyski. Jestem zachwycony. I te teksty regeneracyjne innych Doktorów, cudo. A jeśli chodzi o “niespodziankę”, to wiedziałem dobrze, co się stanie. Niestety Twitter zaspoilerował mi obecność Pierwszego w odcinku świątecznym. Dodatkowo coś już od bardzo dawna się kroiło – nawet chyba przed emisją 10 serii pojawiły się informacje, że David Bradley powraca by zagrać Pierwszego Doktora. Pierwotnie obstawiano, że to on jest w skrytce. Jestem ciekawy, jak to będzie wyglądać i z którego momentu został wyciągnięty Pierwszy. Liczę, że Carole Ann Ford wróci na chwilę jako Susan. Czas szybko zleci i niedługo będą już święta. A te święta będą naprawdę smutne.

Mytherios: Trudno złożyć w jedną, sensowną całość to wszystko, co myślę o tym odcinku. Ale zdecydowanie trzeba przyznać, że Moffat wspiął się na swoje wyżyny. I dobrze. Trochę obawiałem się w zeszłym tygodniu tego odcinka. 60 minut, moffatowska tendencja do „everybody lives” i słabszych drugich części finału. A tutaj? Ideał. To był naprawdę bardzo dobry odcinek. Generalnie nie mam mu nic do zarzucenia. Nawet „kałużowe” zakończenie wątku Bill mi tak nie przeszkadzało. Odniesienia. Masa odniesień. To było jak miód na moje serce. Trzeba przyznać, że Capaldi wspiął się na absolutne wyżyny i trzeba przyznać, że warsztatowo jest on najlepiej zagranym Doktorem, przynajmniej moim zdaniem. Strasznie boli mnie, że został nam jeden tylko odcinek z nim w roli głównej. Będę tęsknić. Kolejna fantastyczna rzecz to realizacja. Rachel Talalay kolejny raz dostarczyła nam perełkę. Ten odcinek był po prostu piękny. Dobrze, że nakręci również odcinek świąteczny. W tym roku będę musiał kupić czarne bombki…

Ewelinkja: Było bardzo dobrze, pięknie, wspaniale i wzruszająco, ALE też nieco wtórnie i nierówno. Mimo wszystko dobre strony przesłoniły minusy i odcinek był zjawiskowy. Ciężko mi się zdecydować, od czego mam zacząć, ale chyba nie ma innej możliwości, jak rozpoczęcie wrażeń od Dwunastego Doktora. Wspaniały, mądry, wzruszający, najcudowniejszy Capaldi. To, co robi z emocjami widza w tym odcinku, to absolutny kosmos. Każde słowo, które wypowiedział, ściskało za serce. Nie sądziłam, że mogę jeszcze bardziej żałować Dwunastego Doktora, ale Capaldi wycisnął z niego w tym odcinku tyle charakteru i piękna, że chyba zaczynam nosić już żałobę. Postać Dwunastego jest tak pełna, dojrzała i w każdym calu dopracowana, że jego odejście to jak śmierć bliskiej osoby. Cały odcinek to były absolutne wyżyny aktorstwa i motyw niechęci do regeneracji wzruszył mnie do głębi. Wszystkie te wspomnienia towarzyszy, powtórzenie ostatnich słów poprzednich wcieleń i jego autentyczne przerażenie w momencie, kiedy zdaje sobie sprawę, że to już, że nadszedł jego czas, raniły i przynosiły jednocześnie satysfakcję. Niech to nie będzie prawda, że on odchodzi!

Przed odcinkiem bałam się okropnie, że nie wykorzystają doskonałej szansy, jaką jest dwoje Mistrzów, ale moje obawy się nie ziściły. Och, jakie to było piękne! Missy była jak zwykle doskonała, ale w połączeniu z Mistrzem Simma, zagranym równie zjawiskowo jak Dwunasty Capaldiego, dostarczyli mi tyle szczęścia, satysfakcji i emocji, że nie mogę się pozbierać. Chemia między tą dwójką była absolutnie magiczna. Jak ja bym chciała ich dostać więcej! Zakończenie ich wątku było piękne, ale mimo wszystko do ostatniej chwili miałam nadzieję, że Missy wstanie i powie, że żartowała i nic jej nie jest… Wiem, że Mistrz ogólnie to gorzej niż karaluch i raczej na długo się go nie pozbędziemy, jednak Missy była moją ukochaną inkarnacją. Muszę przyznać, że na podobny rozwój jej przemiany liczyłam. Nie była to jednoznaczna zmiana w „dobrą” wersję. Missy nie stała się dobra w znaczeniu takim jak jest Doktor, ale się zmieniła, dojrzała i ewoluowała, przez co byłoby bardzo fajnie dać jej jeszcze szansę się pokazać, no ale tak też jest pięknie.

Nardole. Ta postać ma jeszcze sporo potencjału do wykorzystania. W zasadzie został ukarany przez Doktora, ale jego poczucie obowiązku będzie go trzymać na tym statku przez długie lata. Podobnie jak w przypadku Missy mam nadzieję, że jeszcze się z nim spotkamy, bo jest jednym z moich ulubieńców. Dzielny, tajemniczy, genialny Nardole. Chciałabym się o nim dowiedzieć więcej… Zwłaszcza, że w serialu, jak i poza ekranem wypowiedział parę intrygujących, dwuznacznych zdań.

Wątkiem Bill wszyscy się zachwycili, a ja mam mieszane uczucia. Rozumiem powtórkę z Oswin w Daleku, rozumiem nawet, że było to potrzebne i bardzo fajnie zrobione, bo głos Cybermana przez cały odcinek mocno by irytował. Oj, zabawił się z nami Moffat, bo już się przestraszyłam, że tak łatwo odwrócił konwersję i zawiódł wszystkie moje największe nadzieje… To, co działo się w jej głowie, jej walka z oprogramowaniem, siła jej samoświadomości, to wszystko było absolutnie cudowne, jednak ten powrót Heather jakoś mi się nie spodobał… Wszyscy zachwycili się pięknym domknięciem tej historii, romantycznym wątkiem, a mi zgrzyta ta wszechmocność dziewczyny-kałuży. Zabije, przywróci do życia, poleci w najdalsze krańce wszechświata i czasu… Czyli teraz z Bill są taką parą latających bogiń? Powtórzenie rozwiązania Clary jakoś mi nie przypadło do gustu. Niemniej jednak całość historii jest fajna i minusy nie przesłaniają tego plusów.

Oczywiście ładunek emocjonalny zawarty w tym odcinku rozłożył mnie na łopatki i pewnie dopiero po ponownym obejrzeniu będę w stanie w pełni powiedzieć co o tym sądzę, bo wewnątrz mnie toczy się prawdziwa burza. Potrzebuję TARDIS, żeby już się przenieść do świąt, bo nie wiem jak przeżyję tyle czasu do odcinka.

Pegaz: To już koniec serii? Naprawdę?

Podobała mi się determinacja Doktora pomimo okoliczności i jego nastawienie względem Mistrza Johna Simma. Do pozytywów zaliczyłabym też rolę Nardole’a, „uroczego” Mistrza Simma i sporą część jego interakcji z Missy. Zakończenie wątku dwóch inkarnacji Mistrza było na swój sposób mocne i emocjonalne. Zakończenie całości? Bardzo ciekawe, powrót Pierwszego Doktora to jest jednak coś. A ten sielski krajobraz z początku odcinka, miejscami zakłócany przywiązanymi Cybermenami… Brr! A żelki oraz integracja Doktora z tą dziewczynką? A te wszystkie EMOCJE?

Żeby nie było za słodko… wątek Bill mi się nie spodobał. Za dobrze się to potoczyło, mimo wszystko. Wolałabym bardziej „ostateczne” zakończenie tej historii. I ciągle coś mnie odpycha w wizji Missy dążącej do „sojuszu” z Doktorem (chociaż tu raczej odzywa się mój wredny gust).

Druga część wrażeń jutro!


Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają współpracy.
  • Agava

    Najpierw plusy – piękny, konsekwentnie utrzymany klimat. Dojrzałość i siła Bill. Relacje w trójkącie Władców Czasu. Kreacje aktorskie właściwie wszystkich. Muzyka. Nardole i Hazran, i to, jak oboje pokazują niespodziewane strony swoich osobowości. Końcowa „niespodzianka”. Klimat ;-)

    Niestety minusów było sporo i trochę zepsuły mi seans. Przede wszystkim wtórność. Powtórzenie elementów z historii Oswin i Clary. Zachowujący przez jakiś czas swoją osobowość Cybermani też już byli. Obrona farmy trochę jak z Trenzalore. Trochę jakby Moffat chciał zebrać w jednym odcinku swoje ulubione pomysły.
    Zakończenia wątku Bill domyśliłam się tydzień temu (choć obstawiałam większy udział Doktora), więc też trochę zawiódł – takie „zjeść ciastko i mieć ciastko”, choć ładnie zostało to zagrane. Do tego strasznie nie podobało mi się jedno – Heather może pilotować Tardis. Na statku nadal uwięzieni są ludzie, których prędzej czy później dopadną Cybermani. Plus Nardole. I Bill nie pomyślała, że fajnie byłoby wpaść na chwilę na poziom 502 i wszystkich ewakuować? Podobnie sprawa z początkowym przeprogramowaniem Cybermanów przez Doktora – nie lepiej było zmienić liczbę serc na 0 albo 33? Wtedy ludzie byliby bezpieczni, przynajmniej przez jakiś czas.

    Na koniec śmierć Missy, w którą do końca nie wierzę. Niby dostaliśmy wyjaśnienie, dlaczego nie pamięta spotkania z Mistrzem, ale bardziej przekonujące wydaje mi się inne rozwiązanie. Otóż Missy pamiętała, że we wcześniejszy wcieleniu zabił(a) swoje obecne wcielenie. Przygotowała więc plan, który pozwolił jej przeżyć bez zmieniania zapamiętanych wydarzeń i zniszczenia linii czasowej. Coś jak Jedenasty i Teselecta. Może to tylko moja podświadomość, ale wydaje mi się to bardziej wiarygodne.

    I jeszcze jedno – w żadnym momencie nie zostało chyba potwierdzone, że Mistrz regenerował w Missy. Czyli nawet jeśli Missy zginęła to i tak w serialu może pojawić się dowolna liczba regeneracji z „pomiędzy” Mistrza Simma i Missy ;-)

    • Jakub Dżejkob

      Nie zgodzę się co do przeprogramowania Cybermenów – gdyby zmienił liczbę na 0 to Mistrzowie zorientowaliby się, że coś jest nie tak, i nici z ucieczki

      • Agava

        Ucieczki w takiej formie owszem, ale z drugiej strony Doktor miałby czas, by znaleźć inne rozwiązanie (nie wierzę, że Mistrz ot tak by go wykończył), a Cybermeni przez jakiś czas nie byliby zagrożeniem, także dla żyjących jeszcze ludzi. Mistrz pewnie by ich ponownie przeprogramował, ale „między ustami a brzegiem pucharu” itd.

        • Adam Rosiak

          Witam gdzie mogę obejrzeć ten odcinek ?

          • lukijez

            Google —> Doctor who s10e12 —-> klikasz w odpowiadający ci link

            • Adam Rosiak

              Dałbym głowę że nie było linku 1h temu który by działał a tu nagle działa 1 bo reszta to standardowy fake. Byłem nie uważny tak czy inaczej dzięki biorę się za dodawanie napisów :)

      • Myślę, że Doktorowi bardziej by zależało na unieszkodliwieniu Cybermenów niż własnym bezpieczeństwie.

    • Ewelinkja

      Missy dawała do zrozumienia, że Mistrz stanie się nią. W końcu witała go „wśród sióstr” ;) jest nadal szansa na to, że ją zobaczymy, choć najbardziej bym chciała, żeby wróciła ta bardziej „dojrzała” wersja. Rozwiązanie z Heather też mi nie do końca zagrało, jak już pisałam. Rozumiem trochę, że Bill nie pomyślała o uratowaniu w jakiś sposób tych ludzi. Ją to wszystko potwornie wykonczylo psychicznie… A może pomyślała? Ta wtornosc też na początku mi nie pasowała, ale po ponownym seansie przyznaję, że ta opcja „the best of Moff” świetnie pasowała do pożegnania tej ery serialu.

      • Agava

        Tekst o „siostrzeństwie” może oznaczać też regenerację w kobietę nie-Missy ;-)
        W każdym razie jako że nie wierzę w pozbycie się Mistrza opcje (w miarę normalne, bez „sekt”) są dwie:
        1. Missy miała plan awaryjny, bo coś tam pamiętała i się zabezpieczyła
        2. śmierć Missy/Mistrza jest ostateczna, ale przed nią były inne wcielenia i inne spotkania z Doktorem (jak River ;-)
        Ale zawsze można też zaszaleć, na przykład zrobić ze Skrytki coś w rodzaju Pandoriki, co nie pozwala swoim więźniom umrzeć itd. To „Doktor Who”, więc ograniczeń jest bardzo niewiele ;-)

        • Blownie

          proszę was wszystkich, Master przez cały serial niby definitywnie umierał co dwa odcinki, wskrzeszą go bez problemu, to na pewno nie koniec xD

          • Cpt

            Dokładnie. Zawsze w takich sytuacjach przytaczam tekst z „Mark of the Rani”:
            Rani: Ponoć spaliłeś się na planecie takiej a takiej.
            Mistrz: Proszę cię. Cały wszechświat wie, że jestem niezniszczalny!

          • Agava

            Oczywiście, ale skoro mają taką możliwość to mogliby wskrzesić go z odrobiną sensu, a nie byle jak.

  • CooxJonural

    Tylko w Doktorze Who możliwe jest popełnienie podwójnego samobójstwa :D

  • icywind

    Ciekawe zakończenie, zupełnie zapomniałem o tej łzie z pierwszego odcinka. Nie podoba mi się, że Bill za dotknięciem czarodziejskiej różdżki może być znowu człowiekiem, niech zostanie jaka jest, mam też nadzieję, że jeszcze ją zobaczymy.
    Dwunasty jest jeszcze bardziej uparty od dziesiątego, dopiero jak drugi raz oglądałem dotarł do mnie sens sceny gdzie Bill powiedziała, że nie chce żyć jeśli nie może być sobą, Doktor odpowiedział, że rozumie bo dokładnie tak samo się czuł.
    Missy musiała jakoś przeżyć i się zregenerować, nie wierzę w jej śmierć
    Jedyny ogromny minus tego odcinka to zostawienie Nardola ze śmierdzącymi ludźmi. „Nie możemy tu tak zostawić Doktora! Ale Nardola możemy, j***ć Nardola.

  • Ten odcinek był moim zdaniem lepszy niż poprzedni, na co z całą pewnością się nie nastawiałem. Interakcja Mistrzów była wyśmienita. Widać było w Simmie fascynację Missy, ale jednocześnie pewną nieufność wobec niej (zawiedziony jej empatią). Niesamowicie polubiłem podczas tego odcinka postać Nardole’a. Od „Husbands of River Song” do teraz to postać, która wyewoluowała najwięcej: z bojaźliwej maskotki, przez matkującego orędownika Skrytki, do prawdziwego „badassa”, wręcz wojownika, który w obliczu najgorszego, nie dość, że nie okazuje strachu, to jeszcze świetnie spełnia się jako przywódca. Ludzie go lubią i mu ufają (jak u Celtów).

    Wcale nie przeszkadza mi, że zostaliśmy wyrwani żywcem z wątku Exodus na tym statku kolonizacyjnym, ale dzięki obecności tam Nardole’a, postaci, która zapewne wróci w którymś odcinku jest nadzieja na poznanie zakończenia tej historii.

    Co do śmierci Missy: nie sądzę, żeby zapomniała ona o tym, że Mistrz ma broń (wiemy, że wzięłaby taki fakt pod uwagę). Po prostu była prawdopodobnie pewna, że Mistrz nie odważy się użyć go przeciw Niej, nie odważyłby się zabić samego siebie.

  • Gosia Gąsior

    Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja uwielbiam Mistrza granego przez Simma <3

  • Pingback: Redakcyjne wrażenia - „Upadek Doktora” (część 2) - Gallifrey.pl - wszystko o serialu Doctor Who()

  • Przemek031999

    Kiedy Missy pokazywała coś Doctorowi?

  • Merika

    Wyjdę na malkontenta: Ja poproszę sitcomowy spin-off „Missy and Master on Space”. Mogą nawet samą budkę Doctora gościnnie wstawiać, ale chemia między tą dwójką dla mnie była fajniejsza niż Doctor-Bill. W ciągu jednego odcinka więcej się sobą wzajemnie bawili niż oglądanie „Bill, co znów zepsułaś, że trzeba ratować sytuacje?”. Tak, Doctor też potrzebuje dramatu, ale po przeciągniętym wątku Clary, znów dostaje pisanie scenariusza na dramaty. Gdzie się podział śmieszny, szczupły Szkot, który kłócił się z Robin Hoodem, że nie istnieje?

    • Blownie

      inny pomysł na spin-off: seria Big Finish z Bill i Heather, takie Graceless tylko mniej angstu.