Druga część redakcyjnych wrażeń po Upadku Doktora („The Doctor Falls”). Uwaga, mnóstwo spoilerów!

Pierwszą część znajdziecie tutaj.

Blownie: Ach, kochamy te wszystkie ukłony w stronę klasyków – Missy wspominająca śmierć Czwartego, żelki, trochę ostentacyjny tekst o Sontaranach, „while there are tears there’s hope” (to była ładna, sprytna parafraza, nie?), Mistrz zmuszony choć trochę współpracować z Doktorem, bo jego zły plan zawalił mu się na głowę po pięciu minutach… Czy niespodziewany Pierwszy. Ale po kolei.

Trochę się spodziewałam, że druga część nie dorówna pierwszej, ale przynajmniej, spodziewając się najgorszego, nie byłam aż tak zawiedziona. Co mnie jednak rozczarowało? Po pierwsze – nie najistotniejszy element, ale miejmy go z głowy – obraz i dźwięk. Okej, kontrast pomiędzy sielską wioską a strachami na wróble z Cybermenów był fajny, ale tak ogólnie – okazjonalne CGI brzydkie, a Bardzo Dramatyczne momenty w stylu Cyber-Bill wyłaniającej się z dymu z Doktorem w ramionach wywołują we mnie co najwyżej śmiech. Muzyka też, przykro mi mówić, taka sobie – ot, standardowe Epickie Orkiestralne Kawałki, mało w sumie oryginalne, a w porównaniu do genialnej muzyki z chociażby poprzedniej końcówki sezonu – bez zachwytu. Po drugie, każda część scenariusza, która nie była dłuższą partią dialogową. Jasne, było parę (potencjalnie) przełomowych momentów, o których później, ale tak poza tym? To miał być ten „odcinek, który odmieni serial na zawsze”? Jakoś się tak nie czułam, zwłaszcza po o wiele spójniejszej i dobitniejszej estetycznie i fabularnie części pierwszej.

Dobra, narzekanie odfajkowane, teraz dobre strony. W skrócie: obsada i interakcje między postaciami. Pierwsza runda oklasków dla Johna Simma i Michelle Gomez, ale też dla Moffata za umożliwienie im popracowania z dobrym scenariuszem. Szalony „chaotyczny zły” Mistrz za RTD był zabawny i ciekawy, ale na dłuższą metę taka spokojniejsza odsłona (bardziej w stylu klasycznych Mistrzów) mogła wnieść więcej do historii, więc to była zdecydowanie dobra zmiana. Nocna konfrontacja pomiędzy Mistrzami a Doktorem była, jak dla mnie, jedną z najbardziej emocjonujących i świetnie zagranych scen odcinka, ba, sezonu. (Ech, dramatyczne przemowy Dwunastego zawsze na mnie działają…) Wzajemna zdrada też, faktycznie, była perfekcyjnym zakończeniem ich historii – pamiętacie, jak ludzie mówili, że Missy nie może stać się dobra, bo serial straci jednego z głównych czarnych charakterów? Haha, co powiecie na taką właściwą odchodzącym showrunnerom taktykę spalonej ziemi w akcji? Ale nie bójcie się, w razie czego na pewno ich wskrzeszą. Ach, i jeszcze w połowie odcinka chciałam zgryźliwie powiedzieć, że narzekający na za dużo wątku LGBT dostali zabójczą dawkę heteroseksualności, której szczytowym punktem był Mistrz podrywający przyszłą siebie (co, jak stwierdziła nawet Missy, było już przekroczeniem pewnej granicy) i generalnie nie mogący się pogodzić z wizją bycia kobietą (choć pod koniec zaczął ćwiczyć makijaż, w geście równie zalatującym stereotypem, co każdy jego komentarz). Ale pod koniec okazuje się, że naszych bohaterów uratuje tylko czysta i niezachwiana lesbijska miłość, więc figę wam. (Przepraszam. Musiałam).

I tak przechodzimy płynnie do Bill. No, jeszcze zanim o Bill, na marginesie: podobało mi się wyjaśnienie „matematycznej niemożliwości” dostania się na górę. Podobało mi się, jak Doktor wrócił na koniec do swojego pierwszego kostiumu (o czym owszem, zorientowałam się bardzo późno, ale cóż, rozpraszały mnie jego włosy). Zwróciłam uwagę, że dlaczego Cybermeni wyewoluowali w dokładnie identycznie ten sam kształt, w jakim zostali zbudowani w równoległym wszechświecie, mogli być ciut inni, ale nieważne. Bill. Cały motyw z przeskakiwaniem między człowiekiem a Cybermenem był genialny – wiedziałam od początku, o co chodzi, ale nijak nie umniejszało to ogromnego ładunku emocjonalnego. Tak samo aż mnie zatkało, jak ją postrzelili, bo pomylili ją z wrogiem (rany, oznaczcie ją jakoś!). Dziękuję również za platoniczne wyznanie miłości przedstawione w sposób analogiczny do klasycznego romansu, to taka piękna rzecz, a taka w popkulturze rzadka. No i zakończenie (przemocny flashback do Clary i Ashildr) – wiem, że tydzień temu się sprzeczałam, że nie powinni odwracać konwersji, ale to akceptuję, bo a) mieściło się w prawach uniwersum, b) było dobrym wypośrodkowaniem pomiędzy motywem, że Doktorowi nie zawsze udaje się wszystkich uratować, a również nieodłącznym dla serialu przesłaniem nadziei, miłości, życia itd., c) uwielbiam takie klamry fabularne spinające początek z końcem.

Ale to jeszcze nie koniec najdłuższych wrażeń w mojej redakcyjnej karierze, bo natrętnie do mnie wracają te luźne wątki, cliffhangery i deklaracje o fundamentalnej zmianie. O co chodzi? Czy o Doktora-kobietę? Jeszcze do niedawna podchodziłam do pomysłu neutralnie, ale po tym całym podpuszczaniu (kobiety jak Clara czy Missy przejmujące rolę Doktora, teksty w stylu „Is the future all… girl? – I can only hope”) to już by się mogli wywiązać. I szczerze mówiąc, po tym wielkim wybuchu, który jakimś cudem nie zawalił i tak już mocno naruszonej podłogi wioski-holodecku, miałam taki moment irracjonalnego lęku, czy w ogóle nie zabili Doktora, tak definitywnie, a następny sezon będzie o kimś innym? Nie no, nie zrobiliby tego, ale co jeśli… Dobra, żyje. Odmawia regeneracji. Haha, możesz sobie próbować… (I chociaż uwielbiam Capaldiego, nie chciałabym go już na zawsze). W następnym odcinku się zmieni, tylko O CO CHODZIŁO Z TYM PIERWSZYM?! Dlaczego Heather i Bill powiedziały, że „to jedyne miejsce, w którym spocznie w pokoju”? Co zrobi magiczna łza? O CO CHODZIŁO Z TYM PIERWSZYM?! Jaki szokujący (i miejmy tylko nadzieję, że choć odrobinę sensowny) plot twist nam szykują? Wesołych Świąt.

Artur: Powtarzam zazwyczaj, że Moffat Who nie angażuje mnie zbyt głęboko na poziomie emocjonalnym – dotyczy to nawet takich odcinków jak Z piekła rodem („Hell Bent”), które uważam za piękną, wzruszającą, świetnie zagraną historię i najpiękniejsze odejście towarzyszki, jakie mogliśmy oglądać. Może to kwestia mocno stylizowanych dialogów, może innych kwestii – gry aktorskiej, konstrukcji postaci, które nie zawsze otwarcie dzielą się swoimi emocjami.

Poprzez ten wstęp chciałbym podkreślić, jak bardzo wyjątkowym przeżyciem było dla mnie oglądanie finału. Bo Upadek Doktora rozwalił mnie na kawałki. Naprawdę od dobrych paru już lat nie spodziewałem się, że będę płakał na jakimś odcinku Moffata.

Główna w tym zasługa leży zdecydowanie po stronie Bill i Pearl Mackie. Już poprzednim razem pisałem o tym, jak mną wstrząsnął wątek przemiany Bill. I chociaż nie dopominałem się o to, żeby dokładnie zostały przewałkowane konsekwencje tej sytuacji, to muszę przyznać, że powolne orientowanie się Bill w sytuacji i jej reakcje to bardzo mocny i ważny punkt odcinka. Wątek Bill w finale wpisuje się z jednej strony w – nieograniczone tylko do Dalek!Oswin – „upotwornianie” przez Moffata towarzyszek (tzn. czynienie z nich istot nie-ludzkich, co niekoniecznie oznacza jakąkolwiek negatywną ocenę; wiemy dobrze, że w Doctorze Who jest wiele miejsca na dobre potwory), z drugiej znowu ciekawie rezonuje z homoseksualnością Bill: po wizycie w conversion theatre (nasuwającym skojarzenia z conversion therapy czyli praniem mózgu mającym rzekomo na celu „wyleczenie” skłonności homoseksualnych) Bill odczuwa rozdźwięk między tym, jak się czuje w środku, a tym, jak prezentuje się na zewnątrz, a uwolnienie z cybermeńskiej skorupy i odzyskanie pełni siebie następuje poprzez pocałunek innej kobiety. W odniesieniu do tego, o czym pisze niżej Ginny, powiedziałbym, że Cybermeni reprezentują tutaj raczej uniformizujące siły heternormatywości (heteropropagandę, jeśli wolicie), które chcą zatrzeć całą różnorodność ekspresji płciowej i seksualnej i uczynić wszystkich tym samym: (re)produktywnymi trybikami w maszynie. Nie mówię, że wątek Bill koniecznie musi być historią godzenia się ze swoją seksualnością (w końcu Bill otwarcie mówi o swojej orientacji, choć z drugiej strony nie zdradza się z nią przed swoją matką – więc może nadal tkwią w niej jakieś obawy), ale nie można też powiedzieć, że o tym nie jest.

Jeśli zaś zakończenie tego wątku jest powieleniem zakończenia Clary, to cóż – Moffat odkrył wtedy idealne zakończenie historii każdej towarzyszki, zupełnie się nie dziwię, że postanowił go nie zmieniać. Każda inna opcja byłaby gorsza.

Cała ta historia pozwoliła też po raz kolejny wykazać się Pearl Mackie i jej gra aktorska jest kolejnym powodem, dla którego tak mocno czułem tę historię. Ale tego można się było spodziewać już po Jest jak jest („The Lie of the Land”), gdzie mimo wiedzy o tym, że Capaldi nie może zregenerować się w ósmym odcinku, dzięki niej niemal uwierzyłem, że faktycznie może do tego dojść. Bardzo się cieszę, że po tamtym odcinku mogła się jeszcze wykazać w naprawdę dobrej historii.

Elementem, na który wyczekiwałem, był ujawniony już i działający otwarcie Mistrz. Brakowało mi trochę maniakalności Simma z czasów Russella T Daviesa – to nadal moja ulubiona wersja tego bohatera. Kilka scen z jego udziałem wypadło dość sztywno, na przykład początkowa, na dachu w mieście Cybermenów, która ograniczała się wyłącznie do ekspozycji. Ogólnie jednak jego dupkowatość bardzo mi się podobała – zwłaszcza moment, kiedy znów używa akcentu pana Żylety w rozmowie z Bill i kąśliwe pytanie, czy cała przyszłość będzie należeć do dziewczyn. (Tę scenę uznam za wadę, jeśli Chibnall obsadzi w roli Doktora kolejnego mężczyznę – Moffat ewidentnie czuje, że przyszedł czas na zerwanie z tą smutną tradycją i jestem pewien, że gdyby miał znaleźć jeszcze jedną osobę do odtwarzania tej roli, byłaby to kobieta. A tak tylko rozbudza oczekiwania). Podoba mi się też, jak ostatecznie potoczył się wątek Missy, która ostatecznie usłuchała Doktora, ale nie doszło między nimi do łzawego pojednania i padnięcia sobie w ramiona. Może nawet przyswoiła sobie jego lekcję lepiej niż sam Dwunasty – odnoszę wrażenie, że Doktor chciał być świadkiem nawrócenia Missy na jasną stronę mocy. A przecież chodziło właśnie o to, że prawdziwa cnota jest cnotą, kiedy ujawnia się „bez nadziei, bez świadków, bez nagrody”. I tak właśnie odeszła Missy.

Pozostaje wspomnieć o wątku Doktora. Tutaj z kolei mam poczucie, że zobaczyliśmy dobry remake Czasu Doktora („The Time of the Doctor”). Ta historia zdecydowanie lepiej działa oderwana od kontekstu świąt i z wolnym od taniego sentymentalizmu Dwunastym – pozwala poczuć patos sytuacji, który jednak nie staje się przerysowany. Doskonale zadziałał też setting, niby pełen sielskich angielskich pól, a jednak nasuwający niedwuznaczne skojarzenia z westernem. Bardzo jestem ciekaw, co dalej z Dwunastym, i mam nadzieję, że dowiemy się, co go skłania do odmowy regeneracji. Czy wydaje mu się, że bitwa nadal trwa i nie może sobie jeszcze na to pozwolić? Czy może jest zbyt zmęczony i chce umrzeć? Były momenty w tym sezonie, kiedy rzeczywiście wydawał się zmęczony i gotowy na śmierć (choćby w Pożeraczach światła („The Eaters of Light”)), ale nie było to na tyle wyraźnie zasygnalizowane, bym miał pewność, że o to właśnie chodzi. Cóż, dowiemy się za pół roku.

Ginny: Moje serce zostało złamane tym odcinkiem. Jego pięknem, wspaniałą muzyką, ale przede wszystkim przekazem o śmierci i pogodzeniu z nią. Możemy odczytywać przemianę Bill poprzez pryzmat jej orientacji i to w moim odczuciu będzie działać na małą skalę. To jak ona wciąż jest człowiekiem mimo tego, że inni widzą w niej zagrożenie i w najlepszym wypadku traktują ją jako „nasza jedna znajoma lesbijka, która jest spoko” – to jak problematyczne to podejście do orientacji innej niż hetero trzeba dostrzec samemu. Ale kiedy już spojrzymy na wszystkich Cybermenów, wtedy analogia się rozsypuje. Bo o ile na poziomie strachu i chęci obrony mogłoby działać, o tyle Cybermeni są prawdziwym zagrożeniem. Oni naprawdę chcą skrzywdzić wszystkich ludzi, zmieniając ich w podobnych sobie. Nawet jeśli sami postrzegają to zupełnie inaczej. I patrzenie na społeczność LGBTQIA+ poprzez ten pryzmat jest niesprawiedliwe i zakłamujące rzeczywistość. Chyba żeby zgodnie z tym, co pisze Artur, spojrzeć na nich jako na osoby heteronormatywne… Wtedy owszem, metafora nabiera większego sensu, choć w samej Bill ponownie się jakoś załamuje – bo Bill przeszła konwersję, ale jednak wciąż jest sobą…

Niemniej to jedno odczytanie, a mam jeszcze inne, może nawet wyraźniejsze. Bo spójrzcie, gdzie zaczyna się ten odcinek – w szpitalu. Mamy tu chore społeczeństwo, które nie ma dla siebie lekarstwa innego niż całościowa lobotomia. To, co Bill mówi Doktorowi o swoim odejściu, to jest z kolei jasny głos w kwestii eutanazji. A choć ja na początku miałam wątpliwości, czy Doktor faktycznie Bill rozumie (pamiętamy w końcu Clarę i niezgodę na jej wybór), to poczucie znikło, gdy zdałam sobie sprawę, że sam nie chce regenerować, nie po to, żeby dalej żyć w tej konkretnej regeneracji, ale by umrzeć, gdy przyjdzie jego czas. I to jest właśnie ten moment, kiedy pęka mi serce. Kiedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo Dwunasty jest pogodzony z tym, że kiedyś w końcu umrze i że to kiedyś nastąpi już wkrótce. Że doskonale rozumie Bill i chociaż ma nadzieję – w końcu wciąż są łzy – to nie odmawia jej prawa do tego wyboru. I że przecież jego pogodzenie z własną śmiertelnością było widać już w 9 serii, a w 10 serii praktycznie od Tlenu („Oxygen”) można było podejrzewać, że Doktor już umiera i proces regeneracji się zaczął – tylko Dwunasty go powstrzymuje. Finał pokazał nam zaś dlaczego. Pęka mi także serce, gdy Doktor tłumaczy Nardole’owi, że jeden z nich będzie musiał poradzić sobie z żałobą i to nie powinien być on. I mówi szczerą prawdę. On sam nie radzi sobie ze stratą w ogóle. Ostatni przykład to Clara, której nawet jeśli nie pamięta do końca (choć tuż przed śmiercią dane mu jest sobie ją przypomnieć), to pamięta ich przygody i to co zrobił na końcu. Więc sam doskonale wie, że nie będzie najlepszym opiekunem ludzi, których chce uratować, jeśli pozwoli umrzeć swoim przyjaciołom, a sam przeżyje. Nie dlatego, że to właściwe, a dlatego, że to dobre.

Wracając na moment do szpitala i Bill, bo trochę odeszłam od tematu. Dla mnie to przede wszystkim metafora choroby – Alzheimera, który odbiera kawałek po kawałku pamięć tego, kim się jest, który przejmuje umysł. I w tym kontekście wybrzmiewa głos Bill i jej prośba, z którą jakże Doktor mógłby się nie zgodzić? Piękne jest to, jak odcinek pokazuje nam Bill jako Bill, a nie tylko jako blaszaną puszkę, Cybermena. Jasne, Moffat zrobił to już przy Clarze/Oswin, ale ma to pewien sens, jeśli popatrzymy na to jako celową paralelność tych fragmentów życia obu towarzyszek. Po drugie łamie mi to serce, gdy widzę wszystkie te emocje, całą ekspresywność malującą się na twarzy Bill i wybrzmiewającą w jej głosie i zdaję sobie sprawę, że nikt inny tego nie widzi i nie słyszy. Nawet Doktor może się tylko domyślać. Sięgając po ten odcinek obawiałam się. Obawiałam się, że będzie nudny, że mimo tego, jak wspaniały był poprzedni, tu wrócimy do nudy standardowego odcinka o Cybermenach. Ale to zupełnie nie jest odcinek o tym, że są tacy kosmici, którzy zmieniają w siebie ludzi a Doktor ich powstrzymuje. Steven Moffat zrobił tu coś genialnego i dalej pociągnął pokazywanie nam, że w tych zbrojach są prawdziwi, cierpiący ludzie. Poprzez Bill pokazał nam, jak okropny to proces. Liczą się tu więc nie Cybermeni jako zagrożenie, a wszystkie emocje, jakie wywołują w ludziach, którym zagrażają. Liczy się Doktor, który umiera i choć wygrywa, to nie zwyczajnie pokonując wroga, a dając sobie przyzwolenie na własną śmiertelność. I dodatkowo jest to zwycięstwo chwilowe. Można oczywiście powiedzieć, że każde zwycięstwo Doktora jest tylko na jakiś czas – że on nie daje nikomu wiecznej tarczy obronnej, ale w tym odcinku wybrzmiewa to bardzo mocno. Doktor nie liczy na nagrodę, nie chce być sprawiedliwy – pomaga, bo to dobre i bo liczy się nawet jeśli pomoże tylko na chwilę, jeśli pomoże chociaż komuś (i tu ponownie pięknie wraca powód, dla którego wybrał tę twarz).

Piękne jest to jak wracają słowa z Extremis, które kierował do Missy i które Missy kierowała do niego. To też ładnie spina ich relację. A ta została w tym odcinku napisana naprawdę cudnie. Niejednoznacznie, szalenie i prawdziwie. Mówiłam już nieraz, że chcę, żeby przemiana Missy była prawdziwa. Bo to coś nowego, coś świeżego i wcale nie tak jednoznacznego, jak mogłoby się zdawać, i hej, dlaczego nie? W ogóle cała dynamika między Missy i Mistrzem jest genialna. To podobieństwo, a zarazem wszystkie drobne różnice… Właściwie we wszystkich ich scenach miałam opad szczęki, a finał… Och, ten finał, był tak bardzo okrutny. I te łzy w oczach Missy na koniec (i hej, to o łzach i nadziei odnosi się także do niej!) i śmiech Mistrza zjeżdżającego do swojej TARDIS… To też złamało mi serce. A przy okazji, zobaczenie Mistrza Johna Simma w całym odcinku to było tak nierealne uczucie. Nierealnie wspaniałe. Tak cudne otwarcie tej epoki na erę RTD – ich połączenie we wspaniałym stylu. Pewnie czułabym to samo, gdyby na odcinek, czy dwa wrócił np. Jack Harkness, ale i tak… To było wspaniałe. Mam jednak nadzieję, że spotkamy jeszcze jakieś wcześniejsze regeneracje Mistrza, bo no hej, nie ma tak, żeby go/ją zabić na amen. Ach, i jeszcze jedna z najwspanialszych scen odcinka: Mistrz żachający się, że przyszłość będzie cała należeć do dziewczyn i Doktor odpowiadający, że można tylko mieć nadzieję, że tak <3 A, i jeszcze, cały czas uśmiecham się na tę drobną, głupotkę, no ale: Mistrz wsiadający do wahadłowca jedna po drugim i oboje mówiący Nardole’owi dokładnie to samo i to coś tak oczywiście nieprawdziwego… Nie potrafię się nie szczerzyć do monitora jak głupia na samo wspomnienie tej sceny.

Nardole w tym odcinku był… nie powiem, że był nieistotny, bo jednak miał rolę do odegrania i bardzo się cieszę z jego obecności w tej historii, ale to nie był odcinek o nim. Trochę mi żal, że w sumie wciąż niewiele o nim wiemy (te wszystkie wzmianki zaostrzają apetyt na historię, w której miałby do odegrania większą rolę), ale też nieziemsko cieszę się z tego, że podróżował razem z Doktorem i Bill.

A na koniec mamy dwa powroty. Zacznę od Heather. Być może pamiętacie, że po pierwszym odcinku mówiłam, że jestem pewna, że Heather wróci w finale. Ale następne odcinki zupełnie o niej nie wspominały, a gdy pojawiła się Penny, przyjęłam, że Bill ruszyła dalej. I choć może tęskniła za swoim kosmicznym crushem, to już nie zamierzała za wszelką cenę odnaleźć Heather. Dlatego byłam naprawdę zaskoczona, gdy ta pojawiła się na końcu odcinka finałowego. Heather oddaje Bill życie… I tu patrzę na moje wrażenia w zeszłym tygodniu i na moje podejście do pisania tych wątków, gdy ktoś umiera i na to co Steven Moffat powiedział o tym, o czym jest Doctor Who i: I ain’t even mad. Artur powiedział mi też coś jeszcze ważnego. Gdyby to Doktor naprawił Bill, byłoby to jakoś za łatwe. Może – to już moja myśl – za oczywiste. A co za tym idzie, zbyt banalne. Ale to co i jak robi Heather nie jest łatwe, ani banalne, ani oczywiste. Nawet jeśli wciąż przed finałem myślałabym, że ona w finale wróci, to nie podejrzewałabym, że może ona mieć takie umiejętności. A gdy patrzę na tę scenę, to jest po prostu naturalne. I piękne z tym wyjaśnieniem łez nienależących do Bill. Zdecydowanie podoba mi się tu też fakt, że Heather do niczego nie zmusza Bill. Że zaznacza, że wybór należy do Bill. A koniec zostawia nas z otwartymi możliwościami. I każdy z nas może wyobrazić sobie własne zakończenie. Tak jak z Ja i Clarą wiedzieliśmy, że Clara musi wrócić do swojej śmierci – chce tego, czy nie, tak tu Bill może wybrać cokolwiek. I choć ja osobiście uważam, że cała seria 10 pokazuje, że Bill, choć uwielbia kosmos, to jest zbyt mocno przywiązana do swojego życia na Ziemi, by je ot tak porzucić, to jest tylko mój prywatny headcanon, z którym inni nie muszą się zgadzać.

Mamy też drugi powrót, jak wspomniałam. I… będąc częścią redakcji Gallifrey.pl trudno zupełnie uniknąć tego typu spoilerów czy plotek. Niemniej ta scena też mnie trochę zaskoczyła, zanim przypomniałam sobie, że faktycznie, ktoś taki miał wrócić. A że to Pierwszy? Spotykający Dwunastego? Wspaniale. Mam teraz jednak mocne poczucie, że odcinek świąteczny powinien traktować tylko i wyłącznie o tym spotkaniu i o tym, jak Doktor przekonuje siebie samego do i perswaduje sobie samemu regenerację. Bo kto inny miałby w ogóle prawo za niego o tym decydować? Nawet TARDIS wie tyle, że inaczej nie przemówi mu do rozsądku. Tak, decyzja Dwunastego Doktora boli, ale też mimo całego bólu i dziwnego poczucia, że to naprawdę mógłby być koniec serialu – a z tym nie jestem absolutnie pogodzona i oczywiście, że to się nie stanie, BBC nam wszystkim i sobie samym tego nie zrobi – to jeśli jakiś koniec Doctora Who miałby mieć miejsce, to właśnie taki: gdy to Doktor wybierze, że nie chce już regenerować, że przeżył wystarczająco dużo. Oczywiście jest dla nas nadzieja. Ale też we mnie ten odcinek zostawia poszanowanie dla decyzji Doktora. To naprawdę jest jego wybór.

To też pięknie nakręcona historia. Kolejne kadry i ujęcia – nic tylko kraść i wieszać w muzeach. No i jak tu nie uwielbiać Rachel Talalay, kiedy ona nam taką ucztę dla oczu przyrządza? A mam też mocne poczucie, że to dzięki niej te odcinki są tak bardzo klimatycznie fantastyczno-naukowe. W ogóle cała ta seria ma piękny posmak klasycznej science fiction i wiele z tego jest w samym pisaniu, ale skłamię, jeśli powiem, że obraz nie ma tu nic do dodania. I to jak to jest całościowo zrobione mnie zachwyca. Widać to choćby w samym początku odcinka, z polami strachów zrobionych z nie w pełni przekonwertowanych Cybermenów – to cudowne połączenie sielskości i przerażającym światem. Kojarzy mi się on wizualnie z Extensą Jacka Dukaja i z Naturą ludzką/Rodziną krwi („Human Nature”/„The Family of Blood”). Równie piękne wizualnie są sceny z upadłą Missy i z Doktorem, który żałuje, że na niebie, pod którym umiera, nie ma gwiazd.

Mamy tu też kolejną świetnie napisaną postać dziecięcą Moffata. Choć to nie historia o Alit, to jej perspektywa ładnie dopełnia tło odcinka. Cieszy mnie za to, że nie dostaliśmy kolejnego moffatowego wibbly-wobbly, które pojawiło się w przedodcinkowych spekulacjach tego czy innego znajomego, który uważał, że aktorka grająca Alit może okazać się małą Bill. Cieszę się jednak, że Moffat nie poszedł w kierunku takiego odwracania tego, co stało się Bill.

I jest jeszcze scenka przedregeneracyjna, gdy Doktor budzi TARDIS umysłem i gdy przypomina sobie towarzyszy (Jack! ale i Sarah Jane!) i TARDIS proving her point… To jest mały majstersztyk.

Moffat w Aftershow przypomniał mi też właśnie, że Doctor Who to jest serial o nadziei. O czym nie wspomniałam, to, że swoimi słowami obudził we mnie na nowo to uczucie głębokiej miłości do tego serialu, które czułam, oglądając Rose. W tej serii wracało ono do mnie często (także w tym odcinku), ale dzięki temu wywiadowi najgłębiej zrozumiałam, że tak, mogę mieć własne upodobania odnośnie pisania tych czy innych wątków, ale Doctor Who jest czymś innym. Czymś wyjątkowym. I lepiej, żeby zawsze był taki, jaki jest. Żeby dawał nadzieję w odniesieniu do naszych realnych żyć. I mogę mieć różne wątpliwości co do scenopisarstwa Moffata, ale to dwa najlepsze odcinki w jego pracy nad Doctorem Who.

Lierre: Padłam trochę ofiarą swoich wygórowanych oczekiwań, bo po poprzednim odcinku, absolutnie wybitnym!, jakaś część mnie liczyła na kontynuację w podobnym duchu, choć przecież nigdy tak nie jest i po pierwszym oglądaniu byłam rozczarowana i trochę zła. Ale usiadłam nad tłumaczeniem i zaczęłam odkrywać różne drobiazgi, które moją ocenę podniosły, choć ciągle nie nazwę tego odcinka z czystym sumieniem dobrym – co najwyżej aspirującym. ;) Mam trochę problem z emocjami wywoływanymi przez fikcję. Czasami angażuję się mocno i kupię wszystko, choćby się logika sypała. Czasami po prostu nie trafi i choć widzę zachwyty wszystkich wokół – nie do końca rozumiem, skąd się biorą. Może gdyby Upadek Doktora był jeszcze bardziej minimalistyczny i nostalgiczno-poetycki, jak Gdybyśmy czasu mieli więcej. Może gdyby skupił się jeszcze mocniej na którymś z pobocznych wątków – dwóch Mistrzach albo losie Bill, albo biednym Nardole’u, który jest taki opanowany i taki skuteczny w tle. Może wtedy nie miałabym poczucia, że to wszystko się trochę nie kleiło.

Jak na wstęp do pożegnania Doktora – Doktor był dla mnie w tym odcinku zupełnie w tle. Miota się i wszystko mu się wymyka z rąk. Pisałam chyba nawet coś takiego we wrażeniach z Gdybyśmy czasu mieli więcej – to koniec dobrej passy, teraz wszystko zaczyna się walić. Widać po nim zmęczenie i desperację, widać brak nadziei. Przyjmuje to wszystko jednak dość spokojnie – albo może mocno internalizuje. A wybucha to w sposób, który mnie zaskoczył – oto mamy Doktora, który nie chce się regenerować. To nie tak, żeby poprzedni chcieli – Dziesiąty był próżny i za bardzo lubił siebie, by pogodzić się łatwo ze zmianą; Jedenasty bał się śmierci, ale nie miał dokąd uciec; teraz Dwunasty… po prostu nie chce znowu przez to przechodzić. To jest bardzo w nim spójne, bo też ta inkarnacja miała ogromny problem z samoakceptacją i zrozumieniem samego siebie. Ledwo to osiągnął – musi zaczynać od nowa, a nie ma pojęcia, co go czeka. Więc się buntuje. Co z tego wyniknie? Czy pojawienie się Pierwszego Doktora będzie z tym związane? Jestem ostrożnie ciekawa.

No właśnie, Pierwszy… Tu mam tylko jedną refleksję: czy właśnie jesteśmy świadkami procesu odrywania się inkarnacji od aktora? Bo to już nie jest Doktor Hartnella, a jednak to dalej, bez wątpliwości, jest Pierwszy. Sama regeneracja i podmienianie aktorów wcielających się w główną rolę to ogromny fenomen i wielka siła serialu. Czy teraz idziemy o krok dalej? Siłą rzeczy coraz więcej będzie postaci, których aktorzy już nie żyją. Kogo jeszcze można przywrócić? Jak daleko można to zaprowadzić? Chyba nawet mam odpowiedź: cholernie daleko. A czy to dobrze? Nie wiem, ale gdy o tym myślę, czuję lekką ekscytację. Nie dlatego, że chciałabym powrotu kogoś konkretnego (ale jakby miał wrócić Trzeci, to totalnie mógłby go zagrać Capaldi, lol – jak pod koniec leży, to jest praktycznie identyczny), ale dlatego, że widzę, że serial znów przekracza jakąś granicę i to jest takie super, bo Doctor Who jest w tym zawsze tak wybitnie dobry, więc niech idzie, niech nigdy nie da się powstrzymać.

Co by tu jeszcze pochwalić… Nardole. Nardole jest wspaniały. Nie sądziłam, że tak bardzo polubię tę postać, ale rany, jak ona jest dobrze zagrana i jak cudownie działa w tle, niemal zawsze na drugim planie, tak dyskretnie, ale bardzo skutecznie i nie do przegapienia. Nie dowiedzieliśmy się w końcu, kim jest – mam nadzieję, że się z nim nie pożegnaliśmy.

Mistrz i Missy. Trochę ten ich wątek mi się nie chciał skleić z całą resztą. Może Mistrz Simma był zbyt zatwardziały w swoim byciu złym, w swojej nienawiści do Doktora – przecież to właśnie on miał tę love-hate relację z Dziesiątym, która widzom tak działała na wyobraźnię. Co mu nagle odbiło? Aż tak się przestraszył, widząc, jaka zmiana w nim zaszła w postaci Missy? Może podświadomie właśnie dokładnie tego chciał? A może został napisany w sposób nieprzystający do jego poprzednich historii? Któż to wie. Missy natomiast – no była wybitna, oczywiście. Ale dlaczego nagle taka miękka? Dlaczego pod takim mocnym wpływem Mistrza? Jest starsza, jest bardziej od niego przebiegła – powinna go zgnieść obcasem, a nie dać się manipulować i nie dać się podejść w taki sposób! I co właściwie miało znaczyć to „nie próbuj regenerować”? Prędzej postawię, że wcale nic jej się nie stało niż że zginęła – pewnych rzeczy robić nie wypada, nawet na pożegnanie. Nie do końca mi się podobały ich interakcje i nie jestem przekonana, czy potencjał takiego spotkania został należycie wykorzystany.

No i Bill. Upadek Doktora bardzo zyskuje, gdy ogląda się go jako historię Bill – którą, wbrew tytułowi i rewelacji wokół trójki Władców Czasu, moim zdaniem jest. Cybermen stał się taką… puszką Schrodingera ;). Niby w środku jest człowiek, ale właściwie to nie; najpierw widzimy, w poprzednim odcinku, mocno podkreślane: w środku są ludzie, którzy cierpią, teraz dostaliśmy Doktora, który do nich strzela (o, jak mi się to nie podoba!) i Bill walczącą resztkami sił z oprogramowaniem. To jak to w końcu jest, litujemy się nad Cybermenem jako ofiarą czy walczymy z nim bez cienia poczucia winy, bo człowieka w środku i tak już nie ma? Heather zginęła – więc Bill też już nie żyje i nie ma co gadać o układaniu atomów i innych formach istnienia – nie żyje. Dostaje swoje piękne zaświaty – Missy, zaświaty, Cybermeni, to musiało się tak skończyć – i zostawia na polu bitwy pusty pancerz, a na podłodze TARDIS zwłoki. Jak mogła go tak zostawić? Może nie mogła zostać; musiała odejść w stronę świecącej jasno mgławicy, niby żeby zwiedzać wszechświat, ale… ja chyba w to nie wierzę. Nie uznam tego za happy end, choć na jakimś poziomie to taki triumf nad motywem homoseksualisty-w-lodówce, mamy szczęśliwy związek dwóch kobiet, które wyruszają w podróż. Tylko że obie nie żyją. No super, dzięki wielkie.

Fabularnie odcinek… był całkiem w porządku. Podoba mi się, gdy potencjalny patos zostaje zabity mikroskalą. Nie bronimy statku ani miasta, bronimy właściwie tylko jednego domu, w którym mieszka kilkanaście osób. Trochę jak Jedenasty w miasteczku Christmas; niby mógłby się odwrócić i uciec (jakoś), bo to tylko parę osób, ale przecież nie mógłby tego zrobić, przestałby być Doktorem. Sympatyczni bohaterowie, sielskie otoczenie i wielkie zagrożenie – kojarzyło mi się trochę z pierwszym słuchowiskiem o Doktorze Wojny. Prymitywni Cybermeni przerabiani na strachy na wróble (jak w Naturze ludzkiej („Human Nature”)), Missy i Mistrz tańczący na dachu (jak w Pustym dziecku („The Empty Child”)), galeria najważniejszych postaci wzywających Doktora do życia (jak w Ostatnim z Władców Czasu („Last of the Time Lords”)), sztuczka z częścią TARDIS (trochę jak w Terror of the Autons), Doktor zmieniający towarzyszy i dzieci w wojowników (jak w Końcu podróży („Journey’s End”)), naciągany happy end (jak w Z piekła rodem (” Hell Bent”)). Podsumowania, spoko. W odcinku świątecznym pewnie będzie tego więcej. Czy nie za dużo? To tylko zmiana ekipy, karawana jedzie dalej i widzowie nie powinni tego przeżywać, widzowie nie powinni tego nawet zauważyć. Choć to chyba właśnie pokazuje, że najwyższy czas na powiew świeżości.

Doktor umiera w świecie bez gwiazd, choć przez tyle czasu tęsknił za kosmosem. Piękna symetria – w jego oku widzimy tylko wybuchy, w oku Heather gwiazdę – nową nadzieję dla Bill, ratunek, którego nie powinno być (bo umówmy się, to tak bardzo deus ex machina…), ale Doctor Who uczy nas, że wszechświat składa się z niemożliwości. Bill, która nie chce żyć, jeśli nie będzie sobą (podoba mi się porównanie, jakiego Artur dokonuje z conversion therapy); Missy, która nie może znieść tego, kim była; Mistrz, który woli nie żyć niż zmienić się w kogoś, kim być nie chce; Doktor, który woli wybrać ostateczną śmierć niż znów mierzyć się ze zmianą, niż znów poznawać od nowa samego siebie. Smutna jest bardzo tego konkluzja, tożsamość jest taka krucha, to, kim jesteśmy teraz, to tylko chwilowe, można to stracić na tyle różnych sposobów. Doctor Who wygrywa na tym, że jest ciągłą zmianą – ale ciągłe zmiany są męczące, w ciągłej zmianie można się zagubić.

A tu przed nami wielka zmiana. I jeśli po tej ogromnej porcji cierpienia, jaką zafundowano Dwunastemu i po tym MILIONIE ALUZJI, że Trzynasty będzie kobietą jednak dowiemy się, że wybrano jakiegoś klasycznego Brytola, jak Kris Marshall, to nawet ja się tak bardzo, bardzo zirytuję… Po całym tym przeżywaniu przez Mistrza, że zregeneruje się w kobiecym ciele, po tym, jak OBIE towarzyszki Dwunastego rzuciły go, by podróżować z nieśmiertelnymi kobietami-kosmicznymi awanturniczkami… Czy ktoś jeszcze ma wątpliwość, że to jedyna droga, która w tej chwili ma sens? Bring it on!


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.
  • McThar

    Nawet nie wiem od czego zacząć, tyle tego tam było. Ale tak, interakcja Mistrza i Missy, po prostu świetna, szkoda, że pewnie się nigdy coś takiego nie powtórzy. Zakończenie ich wątku, przewidywalne, dwóch Mistrzów w jednym miejscu i czasie, wszystko mogło się stać, nawet podwójne samobójstwo. Bardziej jest mi szkoda Mistrza Johna Simma niż samej Missy, bo naprawdę taki Mistrz jakiego widzieliśmy tutaj, to ja bym chciał cały czas, jak najdłużej. A co do Missy, to ktoś wierzy, że postać Mistrza ogółem może ot tak po prostu umrzeć i to jeszcze przez samego siebie? Ile razy Mistrz wydawał się definitywnie martwy, a i tak powracał. Zakończenie wątku Bill, niby naciągane itd., ale mi nie przeszkadzało w najmniejszym stopniu. Było takie, jakie powinno być. Za Nardolem będę naprawdę tęsknił, dlaczego nam go zabieracie? ;( To taka świetna postać. A co do samego Doktora.. matko jak ja uwielbiam grę Capaldiego. Dwunasty ma teraz realnie szansę na stanie się moim ulubionym Doktorem (ale to zależy od świątecznego odcinka, który będzie jego ostatnim…). Jego walka z Cybermenami, piękna, przemowy, po prostu genialne. I ta determinacja „I will not change!”, chciałbym, żeby faktycznie się nie zmieniał, żeby został na jeszcze jeden sezon co najmniej. A co do Pierwszego Doktora to jestem pod wrażeniem, że Moffat się zdecydował na coś takiego. Mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie.
    PS. Bill nie powiedziała, że „to jedyne miejsce, w którym Doktor spocznie”, tylko „to jedyne miejsce, w którym Doktor chciałby spocząć”. I zdaje się dopowiedziała jeszcze „o ile jest w ogóle takie miejsce”.

  • Alternauta

    Generalnie większość z tego co chciałem napisać zostało napisane w tym i wcześniejszym artykule więc napiszę tylko: cudowni Missy i Master(mam nadzieję że Missy przeżyje, bo pamiętam że Michelle Gomez dementowała plotki o jej odejściu z DW), Pierwszy (myślę że teraz to mam motywację obejrzeć dalej jego erę), świetna Bill – jedyne możliwe akceptowalne zakończenie jej historii w takiej sytuacji. Niby powtórka z Clary, ale Bill nie była Impossible Girl, dlatego dało się to przeżyć :) Nardole! Mam nadzieję że jeszcze się pojawi (bo jak na razie to wbrew wielkim zapowiedziom Moffata większej roli nie odgrywał). Bardzo dobry towarzysz, no i ciekawe jaka dokładnie jest jego historia. No i na sam koniec Capaldi. Dlaczego? Dlaczego musi odchodzić już teraz? Jestem zdania, że gdyby Moffat nie robił jednocześnie DW i Sherlocka spokojnie mielibyśmy cztery sezony z Capaldim i klątwa zostałaby złamana. Rachel Talalay mam nadzieję że spokojnie zostanie przyjęta przez Chibnalla. Jedyny minus to taki, że bardzo chciałem zobaczyć wnętrze TARDIS Mistrza.

    A propos Doktora-kobiety: Czy tylko ja patrząc na Heather pilotującą TARDIS miałem wrażenie że to też może być swego rodzaju kolejna już wskazówka, że niedługo to kobieta będzie na stałe za sterami TARDIS? Głównie ze względu na bezpośredniość tego odcinka przed odcinkiem regeneracyjnym mnie to uderzyło jakoś.

  • I†achi

    A mi się naprawdę nie podoba to nakręcanie się na kobietę Doktora. Chore. Bo co… jeśli będzie tradycyjnie samiec, to będzie gorszy? Może i w naturze lecę na przedstawicielki płci pięknej – ale nie czuję żadnej potrzeby by Doc był samicą a za towarzyszkę robił jej towarzysz-gej (rudy). Liczę na młodszego aktora, i odcinki nastawione bardziej na przygody i rozwijanie LORE niż emocjonalne zagrywki jak u Moffa. Aczkolwiek, plot twisty wskazane. I nowi przeciwnicy… dobrze jakby zostali naprawde dobrze napisani. Angels, Daleks, Cybermans i… ok, Master. Gdyby nowy showrunner dorzucił coś zaprawdę zajebistego do tego, nie miałbym nic przeciwko. I kurde… jeśli chcecie tak naprawdę zmiany, niech kolejny Doktor zregeneruje w… kosmitę z mackami, śluzem, czułkami i uj wie co.. :D Kasa na CGI nie starczy, wiem. Ale chociaż nie będzie problemu płci, LGBT, itp. Chociaż angielski ;/ Coby się nie działo, statek DW musi odbić w inną stronę, nabrać swój inny, nowy charakter. I nie patrzeć na to, co na naszej Planecie Zwanej Ziemia jest cool. No właśnie, więcej kosmitów ;/ Ps. A gdyby tak również przybyło odcinków horrorowych.. ah, orgzm. Bo czy to jest dalej show dla dzieci… może… ale dla dzieci lat ok. 20 ;)

    • Alternauta

      Nie narzekałbym jeśli strasznych odcinków przybędzie – normalnie horrorów nie trawię, tylko te w DW :D Zgodzę się z jednym – jeśli ma być kobieta-Doktor tylko po to żeby była kobieta, to lepiej żeby nie było jej wcale. Ja osobiście chcę Idrisa Elbę bardzo (i mam nadzieję że jak nie Trzynasty, to Czternasty lub Piętnasty ;) ), bardziej niż kobietę. Ale jak mówiłęm – jeśli Chibnall napisze Trzynastą dobrze, to jestem jak najbardziej za. Wreszcie byłoby trochę towarzyszy, którzy nie są młodymi Brytyjkami ;) No i hej, Gallifrey wróciła, mam nadzieję że Chibnall nie zapomni o tym i wprowadzi np. jakiegoś nowego Time Lorda/Lady jakiego jeszcze nie znamy, bo liczyłem że w tej serii będą jakiekolwiek konsekwencje odnalezienia Gallifrey, ale to już jednak okazuje się Chibnalla robota.

      • Blownie

        słuchajcie, oczywiście, że powinni zrobić Doktora-kobietę bo znaleźli super aktorkę, bo mają dobry pomysł jak to napisać, a nie tylko dla zasady. ale wszystkim powyżej chodzi o to, że robią do takiej zmiany w serialu aluzje, więc byłoby nie fair, gdyby to się nie stało; jakby nic nie mówili, to spoko, ale tak…
        z czym się za to zgodzę, to więcej kosmitów na pokładzie (;

        • Tylko znalezienie świetnej aktorki i napisanie dobrej postaci to naprawdę nie są (no dobra, nie powinny być) trudne rzeczy, kiedy jest się profesjonalnym scenarzystą. Więc owszem, w pewnym momencie to się staje kwestia zasady.

          • Blownie

            no, z tym scenariuszem chodziło mi o to, żeby zrobili to z zasady tzn. chcą żeby w tym był jakiś przekaz, a nie z zasady „bo ostatnio jest na to moda”.

    • Tak, samiec będzie gorszy.

      • Piotr Rosłoniec

        Poniewaz?

        • Ponieważ to już było tak. Wiele. Razy. A Doctor Who to serial o zmianie i robieniu nowych rzeczy.

          Poza tym zeitgeist jest obecnie taki, że kobiety stanowią lepszy nośnik dla idei uosabianych przez Doktora.

          • Zachciało mi trochę seksizmem. Dlaczego kobieta lepiej mogłaby wyrażać pewne opinie?

            • Dlatego że z mojej perspektywy to kobiety* są obecnie motorem napędowym przemian społecznych – a Doktor również ma w sobie rys rewolucyjny. Więc to, że jest białym mężczyzną, czyli członkiem grupy, która obecnie w dużej mierze okopuje się na swoich pozycjach, żeby tylko nic się nie zmieniło, jest takie trochę, no… nierealistyczne.

              * – podobnie jak osoby wywodzące się z ras i grup etnicznych innych niż biali Europejczycy – więc gdyby w castingu Trzynastej Doktor mieli pójść w tę stronę, to również nie miałbym z tym problemu.

          • Piotr Rosłoniec

            Tylko i wyłacznie dlatego, ze 99% procent wazniejszych postaci to kobiety (co samo w sobie jest paskudnie nudne), nie chcialbym, zeby dla samej idei kobiety-Doktora, cos takiego faktycznie powstalo, bo tak kaza trendy. Lesbijskie przygody Doktora i towarzyszki tez mnie srednio kreca.

            Przyklad Nardole’a ewidentnie mi pokazuje, jak bardzo temu serialowi potrzeba dobrze pisanych postaci meskich, ktore nie bylyby Doktorem.

            Absolutnie nie zgadzam sie z ostatnim zdaniem.

            • „Przyklad Nardole’a ewidentnie mi pokazuje, jak bardzo temu serialowi potrzeba dobrze pisanych postaci meskich, ktore nie bylyby Doktorem.”

              Jak Doktor zostanie kobietą, to będzie więcej miejsca na takie postacie :).

  • lukijez

    Co do „matematycznej niemożliwości”, czy na prawdę nikt nie zauważył, że informacja także jest zależna od czasu, co oznacza że ze spokojem mogli uciec.

  • Agava

    Co do wybrania śmierci przez Doktora – zastanawiam się, czy nie jest to związane z faktem, że Doktor skończył właśnie pełen cykl regeneracji? Tzn. teoretycznie miało to miejsce wcielenie wcześniej, ale jednego z tych „żyć” Doktor nie doświadczył, po prostu zużył część energii, więc nie miało ono wpływu na jego psychikę. Może więc liczba 12 regeneracji dla Władcy Czasu nie jest przypadkowa? Może tyle zmian/odrodzeń mogą znieść psychicznie i emocjonalnie? Może kryzys egzystencjalny Doktora to w pewnym stopniu naturalna konsekwencja tego, że po tym wcieleniu POWINIEN umrzeć?

    • McThar

      Moim zdaniem meta-kryzysowy Doktor Tennanta się różnił od tego wcześniejszego.

  • Dagon

    Coś przegapiłem w tym odcinku ? „Missy wspominająca śmierć Czwartego”, gdzie ? Jakim cudem to przegapiłem O_O ?

    • Agava

      Na początku, kiedy Mistrz i Missy pytają Doktora, ile razy i w jaki sposób zginął – czy spłonął, czy utonął…. Missy mówi wtedy: „I know you’ve fallen”.

      • Blownie

        dokładnie, o to mi chodziło (; zawsze z klasykami mam problem, w jakim stopniu rzucać spoilerami xD

  • Norbert Swiatek

    obejrzalem. Powiedzialem wielkie WOW! Lzy polecialy. na prawde wspanialy odcinek z dobrym zakonczeniem. Jestem ciekaw jak bedzie odcinek swiateczny wygladal. Jeszcze tyle czekania

  • Jacek Izdebski

    Zakończenie z Bill rewelacja. Sezon zatoczył koło. Nie mogło być lepsze. Bill mi na początku nie pasowała a na końcu sezonu dziękowałem, że nie skończyła jako Cyberman :)