Redakcyjne wrażenia – „Tsurangańska szarada”

Zapraszamy do lektury naszych wrażeń z piątego odcinka 11 serii – Tsurangańskiej szarady („The Tsuranga Conundrum”).


Lierre: Zdążyłam na razie obejrzeć ten odcinek tylko raz, i to w środku nocy, więc mogły mi się trochę rozmyć szczegóły, pozostawił jednak po sobie ciepłe i miłe wrażenie, kontrastujące z tą sterylną bielą i domyślnie nieprzyjemną medyczną tematyką. Z wielką przyjemnością do niego wrócę.

Mam wrażenie, że trochę wyżej oceniamy zazwyczaj odcinki współczesne i historyczne (zwłaszcza historyczne), a futurystyczne mniej do nas trafiają. Może przez to, że wizja przyszłości w tym serialu jest taka niespójna? A może nie trafiają w inne oczekiwania większości widzów? Nie wiem. Ja się zawsze bardzo cieszę na te historie, bo lubię właśnie doktorową wizję wszechświata pełnego możliwości i budowanych przez ludzi i inne rasy kruchych galaktycznych imperiów. Lubię Doctor Who jako science fiction czy space operę, mam wtedy poczucie, że na nowo zakorzenia się w gatunku, a poza tym te fabuły, nawet jeśli mocno krytyczne względem rzeczywistości, dają nadzieję, że się wszyscy jednak nie pozabijamy i może coś z tego wszystkiego jeszcze wyjdzie.

Choć futurystyczne odcinki niejednokrotnie dotykają cięższych tematów – jak chociażby Tlen („Oxygen”) z poprzedniej serii – to tym razem dostaliśmy zwyczajną przygodę tygodnia. Ale za to jaką! Już sam wstęp zaskakuje, bo tak rzadko się zdarza, żeby Doktor czy jej towarzysze doznawali uszczerbku na zdrowiu. Nie licząc poregeneracyjnego dochodzenia do siebie, to na myśl przychodzi mi tylko wspomniany już Tlen. A przecież wszechświat jest ogromnie niebezpieczny, zwłaszcza jeśli włóczysz się po galaktykach pełnych złomu i śmieci (swoją drogą, co za przerażająca wizja). Logiczne jest więc, a przy tym absolutnie przepiękne, że istnieją takie kosmiczne karetki, które zgarną cię i uratują ci życie, a potem odstawią do szpitala. Ot tak, bez podtekstów i podstępów. Taka Doktor, tylko instytucjonalna i mniej narwana. W szpitalu zaś mamy plejadę bohaterów.

Mabli w odcinku tsurangańska szarada

Jeśli miałabym jakieś zastrzeżenie do tego odcinka, to byłby to nadmiar postaci (i to, że wszystkie są humanoidalne – co się stało z różnorodnością gatunków i form?). Z całą sympatią do generalissimy, jej wątek to było już za dużo. Przez to ani nie poznaliśmy za dobrze postaci odcinka, ani nie dowiedzieliśmy się niczego nowego o towarzyszach. Para medyków była świetna, zwłaszcza Astos, u którego profesjonalizm przeważał nad zachwytem Doktor. To nieczęste. Bardzo mi się też podobała Mabli i jej wątek – chorobliwie niepewna siebie osoba, która nie jest elementem komediowym, jest raczej smutna, bo wiemy, że skoro lata na takim statku, to na pewno jest kompetentna, ale cierpi na straszliwy syndrom impostora (co jest bardzo częste również w prawdziwym świecie). Brak wiary w siebie nie paraliżuje jej jednak i ostatecznie pomaga uratować swoich pacjentów. Co ciekawe, znów mieliśmy tu motyw pamięci o zmarłej bliskiej osobie, która motywuje, by dorastać do tego, jak ta osoba nas postrzegała.

Generalissima Cicero i jej wątek to coś, co chyba mi umknęło. Doceniam dojrzałą kobietę, bohaterkę wojenną, ale od kiedy Doktor zachwyca się wojskowymi? Natomiast chłopak w ciąży jest, mam wrażenie, jakąś metaforą współczesnego Brytyjczyka, ale nie umiem tego doprecyzować. ;) Znamienne jest, swoją drogą, że jak już mamy mężczyznę w ciąży, to ta ciąża trwa tydzień, a poród jest stosunkowo szybki i mało problematyczny. No żebyś się przypadkiem za bardzo nie zmęczył… Nie jestem też pewna, czy podobał mi się dylemat „chcę czy nie chcę dziecka” kończący się konkluzją, że oczywiście, że tak, wiadomo, każdy zawsze chce, mhm… Ładnie to jednak korespondowało z Ryanem zmagającym się wewnętrznie ze swoim nieobecnym ojcem. Towarzysze, niestety, zupełnie tu ginęli w tłumie i choć każdy miał moment, by zabłyszczeć, to były to momenty bardzo krótkie.

No i Doktor – Doktor, która na początku sama jest czarnym charakterem, daje się ponieść panice i megalomanii, wszyscy rzućcie wszystko, bo ja chcę. Szybko się reflektuje i myślę, że to była bardzo ważna scena, bardzo dużo mówiąca o tej nieoswojonej jeszcze postaci – Trzynasta jest empatyczna i samoświadoma. Ledwo ona się ogarnia, pojawia się potwór odcinka – przecudowny Pting. Jak go zobaczyłam, miałam moment wahania, ale… Dlaczego nie? Jest przeuroczy i trafnie wymyślony. Znowu nie mamy klasycznego wroga – każdy ma dobre intencje, na ile daje radę, i każdy robi to, co jest jego zadaniem. Pting jest trochę jak pająki – taka jego natura, że wszystko pożera. Jako stworzenie wysypisk śmieci i galaktyk pełnych złomu jest ogromnie pożyteczny, problemem jest tylko miejsce i czas jego działania, przez co staje na drodze przetrwania bohaterów. Nie trzeba z nim walczyć, zabijać go, więzić – trzeba się go tylko pozbyć.

Podsumowując – solidny odcinek, może nie rewolucyjny, ale też nie chcemy chyba co tydzień rewolucji? Na uspokojenie i poprawę humoru. Nie wątpię, że nieraz się przyda.

K.: Ja się tak super bawiłam! Ten odcinek bardzo trzyma poziom poprzedniego, znowu funduje nam super pomysł, świetnych bohaterów drugoplanowych i bardzo zgrabnie znajduje każdemu członkowi drużyny TARDIS zadanie-wyzwanie. Tutaj bohaterów była masa, ale było i miejsce na to, aby każda relacja trochę wybrzmiała – czy to między dwójką medyków, czy między realistycznie napisanym rodzeństwem, czy to między Doktor a sławną panią generał, czy to między Ryanem a Grahamem. Jasne, wiele powiedziane jest zbyt wprost (paralela między ojcem Ryana a Yossem), a wiele rzeczy bardziej ciekawych trzeba sobie dopowiedzieć (choćby wątek przywiązania Ronana do swojej generał ma może dwa ujęcia, żeby wybrzmieć i opiera się głównie na aktorstwie), ale na koniec bardzo przemawiały do mnie wszystkie emocjonalne wątki – i te o ojcostwie, i ten o relacji między rodzeństwem, i ten o generał ukrywającej chorobę, i te o medyczce, która w siebie nie wierzy, no fajne to było.

Pting też był fajny, uroczy i lubię takie potwory, które nie chcą tylko zabijać. Pomysł na odcinek rozgrywający się w kosmicznym ambulansie też był bardzo bardzo spoko. Uważam też, że miał bardzo dobre dialogi, fajny humor i bardzo fajne odwołania (też uwielbiam Call the Midwife i Hamiltona <3). No i strasznie lubię tą Doktor i jej relacje z Yaz i Grahamem. Ale głównie samą Trzynastą. Uwielbiałam tę scenę, gdy Astos wypomina jej samolubność i to faktycznie do niej dociera. Jej zachowanie w tym odcinku było bardzo doktorowe w swojej chaotyczności i dramatyzmie.

Ginny: Czy ja mogę mieć oficjalną prośbę do twórców czegokolwiek, żeby nie nazywali czegoś „szaradą”, jeśli nie zamierzają stworzyć intrygi będącej układanką do rozwiązania? To zdecydowanie zbytnio podbudowuje oczekiwania. Tymczasem, jakkolwiek to był nie taki zły odcinek, to jednak sporo mu zabrakło do bycia szaradą. Dodatkowo, o ile przez większość odcinka udało utrzymać się napięcie, o tyle końcówka gdzieś się pogubiła. I wreszcie, czy mnie się zdaje, czy Chris Chibnall nie miał napisać tylko dwóch odcinków i mieć pokój scenarzystów? Tymczasem na pięć odcinków w tej chwili napisał cztery i pół, z czego to pozostałe pół to czarnoskóra scenarzystka w odcinku dotykającym problemu rasizmu. Czyli co? Ten jego pokój scenarzystów polega na czym? Napisaniu wszystkiego albo na tyle dużej części przez niego, że żadne inne nazwisko się nie będzie liczyć? To wygląda mi na wielkie ego albo dobranie sobie bardzo słabych scenarzystów. A szkoda, bo do tej pory jeszcze jakość w Chibnalla na stołku producenta wykonawczego ufałam, a teraz to zaufanie topnieje. Mam nadzieję, że w ciągu następnych pięciu nie stopnieje do końca.

Jest w tym odcinku kilka wymuszonych momentów. Jak ten, kiedy Yaz i Ryan w pełnym napięcia momencie spacerują sobie korytarzem i Yaz pyta o rodziców Ryana i śmierć jego mamy. Albo ten, gdy Doktor tłumaczy silnik na antymaterię. Część z tego jest bardzo Doktorowa i uwielbiam ten jej zachwyt technologią, ale gdy Yaz pyta o to, jak to wszystko działa, robi się zbyt szkolnie. To też wybijało z seansu, bo po prostu nie było zbyt dobrze napisane.

Co mi się podobało? Na pewno sam początek i scena otwierająca. Uwielbiam takie wrzucanie nas w świat Doktor i jej towarzyszy, pokazujące, że gdzieś między odcinkami przeżyli inne przygody. Dodatkowo cała ta planeta śmietnik była cudna i pomysł, jak wysłać Doktor i jej towarzyszy w miejsce docelowe odcinka, jest też dobry. Prosty i nieprzekombinowany. I też ładnie wprowadza motyw nadziei na to, że nawet będąc na śmietniku wszechświata i umierając na nim, możemy liczyć na bezinteresowny ratunek. To, że jest taki statek latający po wszechświecie, bardzo mi się podoba na poziomie wizji.

Także Doktor próbująca wyjść ze statku była cudna, choć tu miejscami jej towarzysze zupełnie bez sensu gubili się po drodze. Okej, Doktor mówi im, żeby nie szli za nią, ale dlaczego oni się wtedy rozpełzają po tym statku? Brakowało mi tu jakiejś scenki pokazującej, że „hej, chcemy pozwiedzać!”. I nie rozumiem do końca tego, jak Doktor zastanawia się, czym jest Tsuranga – jakby to miało mieć o wiele większe znaczenie dla fabuły, a potem okazuje się, że nie jest ono aż tak tajemnicze i w ogóle niegroźne. No, prawie w ogóle. Podoba mi się z kolei to, że to ona najdłużej do siebie dochodzi i że widać, że to ją spowalnia. Drobne scenki wprowadzające nam innych pacjentów stacji też były niezłe. Szczególnie ucieszyło mnie to, jak pani generał wiedziała, kim jest Doktor. Bardzo dobrze wyszła też relacja Doktor z Astosem i naprawdę przykro mi się zrobiło, gdy ten zginął. Genialna jest ta scena, kiedy Doktor próbuje doktorzyć, a on jej nie pozwala i wytyka samolubność i działanie na szkodę innych i samej siebie. Chociaż widzę tu też trochę leniwego pisania – bo on naprawdę nie powinien wchodzić do tej kapsuły. Mógł tam po prostu zajrzeć, ale wiedzieć lepiej, skoro Doktor powiedziała mu, co się stało z pierwszą kapsułą. Do tego kiedy Doktor mówi mu, jak ma na imię, wydaje się, że on wie, kim ona jest, a potem pyta dlaczego jej ufa… To nie ma sensu. Ogólnie bardzo żałuję, że on nie został z nami do końca odcinka. Choć i inne postaci całkiem nieźle się sprawdziły i wszystkie były jakieś. Zdecydowanie muszę tu docenić rolę młodszej medyczki, która musi radzić sobie ze śmiercią przełożonego, krytyczną sytuacją na statku i opieką nad pacjentami. To, że widać jej roztrzęsienie, ale też potrafi działać pomimo niego, jest rzadkim, więc tym cenniejszym widokiem.

Jest też wątek Yossa – mężczyzny w ciąży. I w tym wypadku myślę, że Chibnall wybrnął, choć nawet przy najlepszych intencjach mógł pójść w bardzo dużo bardzo złych rozwiązań. Ale potraktowanie takiej ciąży jako czegoś normalnego, skupienie się na lęku przed ojcostwem i co w byciu tatą jest ważne, pozwoliło przepłynąć przez mielizny.

Podobał mi się też pomysł na potwora odcinka. To wredne maleństwo pożerające energię, którego nie da się pokonać, to idealny przeciwnik dla Doktor. Tu wyraźnie czuć zagrożenie i to, jak bardzo bez wyjścia jest sytuacja. Choć potwór nie jada materii organicznej, to wciąż na statku kosmicznym, dla grupy ludzi, będzie poważnym zagrożeniem. Dodanie do tego groźby zniszczenia statku w akcie obrony całej stacji przez jej operatorów było zdecydowanie dobrze pomyślane. I pozwoliło wprowadzić sensowne rozwiązanie tego, jak pokonać stworka. Niestety paskudność umieszczenia tej bomby powinna zdecydowanie bardziej wkurzyć Doktor. Ona nie powinna po prostu pozwolić operatorom stacji oddać jej TARDIS i polecieć sobie w kosmos. Powinna o te bomby zrobić im piekło, w typowo Doktorowym stylu.

Nie podobała mi się też ta końcowa modlitwa. Była zbyt wpychająca w gardło przekazu – gdyby odmawiała ją tylko jedna osoba, a reszta słuchała, wyszłoby to naturalniej.

Mam też drobne „ale” odnośnie towarzyszy Doktor. O ile Graham i Ryan są jacyś, to Yaz, choć nieraz ma coś do zrobienia, ginie w tym tłumie. Mam poczucie, że w sumie dość niewiele o niej wiemy, mimo że minęło już pół serii. I że o ile Graham i Ryan w tych odcinkach jakoś się odznaczają o tyle, żebyśmy wiedzieli cokolwiek więcej o Yaz, te muszą skupiać się przede wszystkim na niej. Ale że nie dostaliśmy póki co niczego typu Dziewczyny, która czekała („The Girl Who Waited”), mam wrażenie, że z powiedzeniem, jaka właściwie jest Yasmin, może być ciężko. Ona jest po prostu zbyt wycofana.

Z drobiazgów, które bardzo mi się spodobały, muszę wymienić stetoskop Doktor, który jest cudnym gadżetem, ulgę, że soniczny śrubokręt nie umarł na dobre i to, że Doktor uwielbia Hamiltona i obejrzała wszystkie dziewięćset obsad. Oraz tę scenę, w której Doktor pyta, który to wiek, a kiedy inni się mu dziwią, odpowiada po prostu, że razem z Ryanem, Grahamem i Yaz podróżują w czasie. Bardzo lubię, kiedy Doktor może się do tego tak po prostu przyznać.

Muszę też jednak wyrazić sprzeciw wobec pojawiających się głosów o tym, że ten odcinek nie miał przesłania, kiedy jest ono bardzo jasno wyłożone: chodzi o nadzieję. O to, by trzymać się jej nawet wtedy, gdy zdaje się, że wszystko jest stracone. I choć osobiście mam też spore wątpliwości do wychwalania pani generał „ratującej tysiące”, ale zapewne także tysiące zabijającej, to sam wątek nadziei z tego powodu nie znika.

Ostatecznie nie jest to odcinek idealny i po samym tytule spodziewałam się więcej, a zakończenie wyszło słabej niż początek i środek, ale nie jest wcale tak źle, jak mogłoby się wydawać. Nawet jeśli decyzje co do autorstwa scenariuszy póki co wydają się bardzo niezrozumiałe.

Seweryn Dąbrowski: Nie jest zbyt dobrze – za nami już pięć odcinków najnowszej serii i w sumie żaden nie powalił mnie na kolana. Nie odbierzcie mojego stanowiska źle. Ostatnie  historie były OK. Nie mniej, nie więcej niż (niestety tylko) OK. Wady i zalety się wyrównywały, w efekcie czego dostawaliśmy pozycje do przysłowiowego obejrzenia i zapomnienia. Jasne, wciąż przyjemne w oglądaniu, ale nie zostawiające po sobie żadnych przemyśleń czy innych wartości. Tym bardziej boli mnie fakt, że po naprawdę ciekawych zapowiedziach, sugerujących kolejny powiew świeżości, epizod The Tsuranga Conundrum okazał się być… najgorszym z dotychczasowych! Aby ubrać w słowa moje przemyślenia dotyczących tej przygody, posłużę się, więc zadawaniem pytań „Dlaczego?”. Mam nadzieję, że będą to ciekawe punkty wyjścia, które zachęcą was do dyskusji w komentarzach.

Po pierwsze. Dlaczego cała Tsurangiańska szarada nie mogła wyglądać jak jej pierwsze 15 minut? Z czystym sumieniem mogę rzec, że początkowy kwadrans był małą perełką, a jednocześnie najjaśniejszym punktem ubiegłotygodniowej propozycji. Praktycznie od razu jesteśmy wrzuceni w akcję i z Doktor odkrywamy kolejne elementy układanki. Pojawienie się potwora z jakiś przyczyn mordujących osoby znajdujące się w pobliżu (fantastyczny Astos*), stosunkowo poważna atmosfera, zimne (wręcz kliniczne) otoczenie budujące poczucie wyobcowania i zaszczucia, a to wszystko w otoczeniu statku dryfującego gdzieś w kosmosie. Momentalnie przyszedł mi na myśl mój ukochany odcinek Północ („Midnight”), dlatego nerwowo trzymałem kciuki, aby taki klimat ciągle się utrzymywał. Jednak wszystkie oczekiwania prysły w momencie, kiedy na ekranie pojawił się Pting. Nie chodzi mi o jego wygląd. Ba, z otwartymi rękoma przyjmuje zabawę konwencją, gdzie coś na pierwszy rzut oka przyjaznego może stać się śmiertelnym zagrożeniem. Mam ogromny  problem z tym, że został on w ogóle pokazany. Czy oparcie całej akcji na próbie walki z czymś ukrywającym się w cieniu, czymś nieprzewidywalnym, a w reszcie czymś nieznanym, nie byłoby o niebo lepszym rozwiązaniem? Na plus mogę uznać zaś samo rozwiązanie wątku stworka. Doktor szanująca jego naturalne potrzeby i dająca mu praktycznie nieskończone pożywienie, naprawdę bardzo mi się podobała. Plus, jeśli Chris Chibnall wybrał właśnie taki sposób opowiadania o nim, to wybrnął z tego w fajny sposób.

Po drugie. Dlaczego odcinek miał tak słabą fabułę? Zarzut ten tyczy się głównie aktu drugiego oraz trzeciego. W zasadzie to już nic zbytnio z nich nie pamiętam. Mam jakieś przebłyski związane z chęcią pozbycia się przez bohaterów Ptinga (będącego typowym MacGuffinem), przypominam sobie też te okropne, wolniejsze przestoje, które wybijały z szybkiego tempa całości, a brak jakiegokolwiek napięcia czy emocji dawały się we znaki. Na minus należy zaliczyć także kilka drobnych elementów: zachwyt Doktor nad technologią i wyjaśnianie Yaz, o co w niej chodzi (to niezbyt odpowiedni moment – na karku macie niebezpieczne stworzenie!); zakończenie, które się gdzieś rozmyło (przy okazji było nijakie i… sztuczne?); rozmowa Ryana z Yaz; scena porodu czy dialogi pozostałych bohaterów.

A skoro już przy nich jesteśmy – po trzecie. Dlaczego wprowadzono tyle niepotrzebnych postaci? Dotychczasowe przygody Trzynastej Doktor, cokolwiek na ich temat bym nie myślał, broniły się zawsze jedną rzeczą – kompanami (zarówno naszą stałą ekipą, jak i tymi drugoplanowymi), z którymi nawiązaliśmy drobną nić porozumienia. Mieliśmy również wrażenie, że ich obecność była uzasadniona i zwyczajnie potrzebna. W tym przypadku Chris Chibnall już na początku strzelił sobie w stopę i z jakiegoś powodu wprowadził do tego odcinka masę ludzi (kosmitów?), których jednak obecność była całkowicie zbyteczna. Wyliczmy sobie po kolei: Graham, Ryan, Durkas, Cicero, Ronan oraz Yoss. Mam wrażenie, że gdyby wątki tych protagonistów zostały usunięte, to w sumie nic by się zmieniło. Ba, większość z nich robiło tylko za tło i bez problemu dałoby się przepisać scenariusz w taki sposób, aby ich kwestie należały do innych. Swoją drogą, przekształcenie odcinka w taki sposób, aby przez 99% czasu jego trwania głównymi bohaterkami były kobiety, byłoby czymś niezwykłym. Dodatkowo nie obraziłbym się, jeśli zmiany te dosięgły by samego tonu epizodu. Potencjał na stworzenie niepokojącego space-thrillera był ogromny!

Podsumowując, czy warto więc obejrzeć The Tsuranga Conundrum? Paradoksalnie, tak! Przede wszystkim sami powinniście się przekonać, co o tym odcinku myśleć. Kto wie, być może wielu z was się spodoba? Poza tym, pomimo wcześniejszych narzekań, przygodę tą oglądało mi się dosyć przyjemnie. Miał on swoje problemy, a Chris Chibnall chciał ugryźć zdecydowanie za dużo, ale dla niesamowitej strony wizualnej czy popisu gry aktorskiej Jodie Whittaker (która zdecydowanie ciągnęła całość, niczym Matt Smith w niektórych momentach drugiej części serii siódmej) warto dać mu szansę. Jeśli już przy garstce rzeczy lepszych jesteśmy, to sam pomysł na międzygalaktyczny Czerwony Krzyż bardzo mi spodobał, a Mabli jest jedną z najprzyjemniejszych bohaterek od dawna. Nie da się również ukryć, że muzyka była niesamowita – Segun Akinola kupił mnie w całości. Ach, i te smaczki rzucane przez twórców (Hamilton!).

*zdecydowanie najlepsza postać w odcinku. Z jednej strony szkoda, że zginął, ale z drugiej – zwiększyło to tylko efekt WOW.

Ewa: Bardzo doktorowy, czytaj z odpowiednią dawką biegania, zamieszania, wybuchów i wynalazków oraz z absurdalnie wyglądającym potworem, odcinek. Na dodatek, mimo śmierci dwójki dla mnie najciekawszych jednorazowych bohaterów, optymistyczny. Szalenie spodobał mi się punkt wyjścia: oto mimo że LXVII wiek jest z jakiegoś powodu nazywany ciemnym – możemy się domyślić, że świat trapią kolejne wojny – to kosmos przemierzają kosmiczne ambulanse i pomagają istotom, które wpadną w tarapaty, i to niezależnie od tego, kim owe istoty są i czy je na to stać. I taki właśnie statek-ambulans ratuje Doktor i jej przyjaciół aka Team TARDIS po zbyt bliskim kontakcie z miną soniczną. To jest naprawdę odświeżająca odmiana po zazwyczaj pesymistycznych historiach o wszelakich stacjach kosmicznych, do których zdążyli nas przyzwyczaić twórcy serialu. I dużo jaśniejsza niż większość dotychczasowych wizja przyszłości. Ba, znacznie jaśniejsza niż teraźniejszość, gdzie to, czy i jaką otrzymamy pomoc, bardzo często zależy od naszego statusu czy miejsca, w którym mamy szczęście – lub nie – się urodzić.

Drugi wielki plus to potwór odcinka. Pting wygląda – i nazywa się (powiedzcie to kilka razy głośno, tak z naciskiem na P – P-ting) głupio-zabawnie, ale nie miałam problemu z uwierzeniem, że jest naprawdę groźny. Pomysł, że stwór wprawdzie nie jada ludzi, ale za to zżera ich statki, był doskonały. Tak jak sposób pozbycia się go – bez zabijania. To zresztą mój ulubiony typ potwora: nie jest zły, po prostu próbuje przetrwać, i wychodzi ze spotkania z Doktor(em) żywy. Z tego wątku dodatkowe propsy wędrują do Yaz za widowiskowy rzut Ptingiem przez korytarze.

Trzeci to rozwój postaci, również tych drugoplanowych, ale jednak z naciskiem na Doktor. Cudowny był ten jej ośli upór w próbach wyjścia ze statku i nieprzyjmowaniu do wiadomości, że jest pacjentką i musi słuchać poleceń medyków. Dziwaczna, uparta, przemądrzała i niedotykalska i, rzecz jasna, genialna oraz kochająca pracę zespołową – po prostu ją uwielbiam. Z przyjaciół Doktor znów mieliśmy Ryana i jego relacje z ojcem. I choć akurat w tym odcinku te momenty nie współgrały z klimatem całości, to w sumie miło, że nie zajmujemy się znowu czyimiś problemami z matką. BTW, team Jackie. Zdecydowanie.

Summa summarum, dostaliśmy naprawdę niezły odcinek. W dwóch trzecich wręcz bardzo dobry. Zabrakło konsekwentnego trzymania klimatu, wątek z mężczyzną w ciąży, choć bardzo zgrabnie poprowadzony, mogli sobie odpuścić na rzecz pogłębienia wątku generał, która jednak do rozwiązania tej historii była niezbędna. Ja wiem, tu śmierć, tu narodziny, to zawsze się ładnie układa, dodatkowo dostaliśmy okazję, by po raz kolejny zastanowić się nad relacjami Ryana z ojcem oraz z Grahamem, ale tych historii i bohaterów zrobiło się trochę za dużo! Z drugiej strony akurat tu błyszczał Graham, co rusz powołując się na dogłębną znajomość serialu Z pamiętnika położnej, więc może jednak trochę było warto… Z przyjemnością wrócę do tego odcinka za kilka dni, by się o tym przekonać.

Mandalkor: Tym razem wybitnie ciężko jest mi wyrazić niczym niezmącony zachwyt nad odcinkiem. Nie mam na myśli tego, że był on zły, gdyż uważam, że był to solidny odcinek z mnóstwem wspaniałych sytuacji i dobrze skonstruowanych relacji między postaciami. Coś jednak jest w konstrukcji fabuły albo tempie, co pozostawia pewien niedosyt. Brak bliżej niezidentyfikowanego czegoś. Myślę, że tak jak Doktor wciąż się przyzwyczaja do bycia nową sobą, tak i jak się przyzwyczajam do nowej formuły serialu. Nowe/inne nie oznacza od razu gorsze – pamiętajmy o tym!

Wspaniałe było to, jak Doktor wymieniała, z czego ma doktorat. Nie oszukujmy się, wyraża to całą prawdę o tej postaci. Medycyna, nauka, inżynieria, wata cukrowa, LEGO (nie wiem jeszcze, skąd się wzięły te dwa, ale i tak pasuje, bo to Doktor!), filozofia, muzyka, problemy, ludzie i co najważniejsze – nadzieja. Parafrazując Dwunastego: Wszechświat zazwyczaj nie jest jak z baśni, ale właśnie tam wkracza Doktor. I właśnie w tym odcinku bardzo to widać, bo nawet będąc poszkodowaną po wybuchu miny, bez TARDIS, bez śrubokręta (przez sporą część odcinka) daje radę wpaść na rozwiązanie dwóch problemów na raz. Pozostałe zresztą zostawiła towarzyszom, co również jest genialne.

Ten epizod, podobnie jak poprzedni, zawierał sporą dawkę emocji, zwłaszcza końcówka (gdy wszyscy recytowali pożegnalną inkantację miałem ciarki na całym ciele). Mieliśmy strach przed nieznanym, a potem przed nadchodzącą zagładą, tajemnice rodzinne, poród i śmierć. Bardzo silnie malował się nam motyw ojcostwa i gotowością na nie, zarówno w wątku Ryana, jak i Yossa (w ogóle cały pomysł rasy, w której kobiety rodzą kobiety, a mężczyźni mężczyzn, jest oryginalny i ciekawy).

Bardzo podobała mi się też scena z Doktor zachwycającą się akceleratorem cząstek i tym, jak wyjaśniała jego działanie. Lekcja fizyki w postaci pytań towarzyszy i odpowiedzi Doktor. Kolejny powrót do korzeni.

Co do potwora tygodnia, to również mam mieszane uczucia. Całkiem fajny pomysł, aby istniał sobie wcale nie zły stworek, który się żywi energią i super, że znów Doktor (jak to Doktor), podeszła do niego empatycznie. Dajmy mu się najeść, to da nam spokój. Nawet sensowne było to, jak wpadła na pomysł, czego on chce. Mam tylko wrażenie, że gdzieś już to widziałem. Nie wiem, czy w Doctor Who, czy gdzieś indziej… Bardziej się cieszę, na myśl o kolejnym historycznym odcinku w przyszłym tygodniu.

Ewelinkja: Mnie się nieodmiennie podoba, choć czuję jakieś zastrzeżenia. Pan Chibnall chyba nie umie napisać fajnego wykładu dla Doktor. Jej zachwyt nad silnikiem był świetny, ale po raz kolejny (pierwszy był pod koniec odcinka Rosa) Doktor ma napisany jakiś szkolny referat zamiast fajnego doktorowego wykładu.

Historia nie jakaś niesamowicie skomplikowana, bez ratowania wszechświata i okolic wśród wybuchających wrogich flot. Bez zadęcia, nie przekombinowana, ale fajna. Jej, jak ja się dobrze bawię na tych prostszych i wolniejszych odcinkach… Chyba ten nieustanny Moffatowy bieg mocno już mnie zmęczył i choć kocham zawiłe fabuły w moim ukochanym serialu, to na razie za nimi nie tęsknie i rozkoszuję się tym spokojnym wspólnym marszem z Trzynastą Doktor i jej Team TARDIS.

Bardziej konkretnie. Sceneria odcinka bardzo mi się podobała. Było fajnie minimalistycznie, odpowiednio futurystycznie. Potwór tygodnia prześwietny i bardzo w stylu tego serialu. Bardzo polubiłam to zabawne, nieco odpychające stworzonko. Samo rozwiązanie problemu z potworkiem było bajecznie doktorowe i nikt mnie nie przekona, że było inaczej.

Bardzo mi się podobała Doktor ze stetoskopem i Graham, który jak zwykle mnie ujmuje. Nadal zachwycam się mimiką Jodie i świetnym poziomem aktorstwa. Postaci poboczne bardzo fajnie napisane, co jest chyba cechą tego sezonu. O ile można powiedzieć, że tych złych Chibnall traktuje po macoszemu, to zarówno towarzysze, jak i pojawiające się epizodycznie postaci są napisane bardzo dobrze.

No i muszę dodać osobny zachwyt: Doktor wymieniająca, z czego ma doktorat. Doktorowość najwyższego poziomu po prostu!

Archie: Ogólnie rzecz biorąc, ten odcinek mi się podobał, tylko… mam wrażenie, że uraczono nas może nie typowym, ale jednak zapychaczem. Ot, przygoda, której równie dobrze mogłoby nie być. Nic, co zobaczyłam, nie wydało mi się na tyle fajne i oryginalne, bym mogła ten odcinek zaliczyć do bardziej udanych.

Na pewno mimo wszystko fajny był potworek, dobrze zarysowano też towarzyszy. Czekam na następną przygodę, by dowiedzieć się czegoś więcej o Yaz, bo na razie jest ona dla mnie niemal przezroczysta (chociaż ma cechy, które sprawiają, że ją lubię). Za to dostaliśmy dalszy, trochę powolny, ale za to sympatyczny rozwój relacji Ryana i Grahama – mocny punkt – oraz wciśnięte na siłę backstory z mamą Ryana w tle – punkt dla mnie nieco słabszy.

Bardzo fajna, coraz lepsza, jest w tym odcinku Doktor. To już chyba ten moment, kiedy jej osobowość jest mocno ukształtowana i taki kierunek tej osobowości zdecydowanie do mnie przemawia. Trzynastka wydaje się być wystarczająco spokojna, by ogarnąć sytuację i jednocześnie ujmująco żywiołowa. Fajne połączenie.

Niestety, pozostałe postacie podczas oglądania wydały mi się, jak na ten serial, trochę zbyt płaskie – jakby nie do końca był na nie pomysł.

Co jeszcze oceniam na plus, to ogólna stylistyka odcinka, sam wygląd postaci i dużo sterylnej białości w tle. Ot, ładnie to wszystko wyglądało.

Daj na ciastko!