Redakcyjne wrażenia – „Rosa”

Zapraszamy do lektury naszych wrażeń z oglądania trzeciego odcinka 11 serii – Rosa. Doktor z przyjaciółmi trafiają do Alabamy w 1955 roku, gdzie spotykają działaczkę na rzecz praw człowieka, słynną Rosę Parks.


Ewelinkja: Poza samą końcówką (w formie trochę sztywnego wykładu) odcinek niesamowicie mi się podobał. Zobaczyliśmy coś przerażającego. Nie byli to obrzydliwi kosmici, chcący niszczyć całe cywilizacje – to byli ludzie. Ludzie pełni nienawiści i uprzedzeń, i to było strasznie, boleśnie prawdziwe. Cudowny Graham, który wyraźnie źle czuł się z tym, że jest uważany za kogoś lepszego tylko dlatego, że jest biały. No i wspaniała, dzielna Rosa Parks.

Podobało mi się, że pokazano, że czasem to zwykli ludzie zmieniają historię swoim sprzeciwem wobec zła, które ich otacza. To była piękna lekcja dla towarzyszy. Nauczyli się sporo o podróżach w przeszłość – o tym, że czasem trzeba pozwolić historii się dziać, niezależnie od tego, jak bardzo to boli. Scena w autobusie była tak przepiękna, że nie wiem, co o niej napisać… Wyraźne cierpienie Grahama, bezczynność, która była tak ciężka dla bohaterów. Ta wisząca w powietrzu świadomość, że muszą zrobić coś złego, żeby doprowadzić do tego, że stanie się coś dobrego.

Poza tym mieliśmy porcję humoru, która bardzo mi przypadła do gustu. Doktor chętnie przyznająca się do znajomości ze znanymi ludźmi, sugerująca, że Banksy to ona i… Steve Jobs!

Niestety główny zły troszkę zmarnowany i wyszedł nijako… A szczerze mówiąc, przez chwilkę nawet liczyłam na jakieś powiązanie z kapitanem Jackiem. Panie Chibnall, niech pan popracuje nad pisaniem historii antagonistów, bo skupianie się na bohaterach jest super, ale nie traktujmy tych złych powierzchownie.

Mandalkor: Odcinek podobał mi się zasadniczo z dwóch głównych powodów (bo generalnie jest ich więcej). Po pierwsze, traktował o bardzo ważnym temacie, którego nigdy dość w popkulturze – rasizmie, a po drugie był to odcinek historyczny, jakiego dawno nie było!

Jeśli chodzi o rasizm, to nie miałem pojęcia, że w Ameryce w latach pięćdziesiątych nadal było to tak powszechne zjawisko. Powszechne i akceptowane do tego stopnia, że miejsca autobusowe były wyznaczane osobno dla białych i „kolorowych”. Co gorsze, jak brakowało miejsca dla białych, to „kolorowym” je ograniczano. Jestem co najmniej tak zażenowany, zawstydzony i bezradny jak Graham czy Doktor. Bardzo trafiła do mnie także rozmowa Yaz i Ryana o tym, jak sytuacja się zmieniła na przestrzeni lat (choć nadal daleko do ideału!). Tam, gdzie on stwierdził: „Nic się w sumie nie zmieniło, nadal jest fatalnie”, ona pocieszała go „Zobacz, że wcale nie, mogę pracować w policji i Stany miały nawet czarnoskórego prezydenta!”. Podoba mi się ten optymizm, wiara w ludzkość, że kiedyś dojdziemy w tym temacie do równości.

Bardzo się cieszę, że taki odcinek powstał. Tym bardziej, że forma, jaką przybrał, była bardzo edukacyjna. Głównie ze względu na umieszczenie go w naszym świecie, tyle że w przeszłości. No właśnie, w przeszłości. Jest to dla mnie drugi duży plus tego odcinka. Poprzedni odcinek historyczny dane nam było obejrzeć nie pamiętam już nawet kiedy. Prawda, widywaliśmy postaci historyczne, jak Winston Churchill, Elżbieta I czy Robin Hood, ale to zawsze było przy okazji inwazji kosmitów lub czegoś podobnego. Nawet w Vincent i Doktor („Vincent and the Doctor”), mimo dużego skupienia się na postaci historycznej, a nie na kosmicie, nadal główne skrzypce w moim odczuciu odegrał ten drugi. Tym razem było nieco inaczej. Główny antagonista i sprawca zamieszania był, jak wiele innych postaci w tym odcinku, rasistą, tyle że z przyszłości, który chciał zapobiec ruchom antyrasistowskim i tym samym zmienić bieg wydarzeń na taki, w którym to jego podejście było nadal uniwersalnym podejściem do innych (przypomnienie o kosmicznym więzieniu i manipulatorach wiru czasowego jak najbardziej mile odebrane). Doktor nie musiała walczyć ze złem, jak to zwykle bywa, bezpośrednio. W tym odcinku musiała, razem ze swoim gangiem (tak w ogóle świetna w tym odcinku jest praca zespołowa, kocham to!) odkręcić to, co tamten namieszał. Utrzymać historię w odpowiednim porządku, będąc jednocześnie jej częścią. I to jest to, czego mi brakowało!

W Classic Who, zwłaszcza na początku, dużo było podobnych odcinków. Najbardziej kojarzy mi się The Time Meddler, w którym Pierwszy Doktor powstrzymał Władcę Czasu imieniem Mnich przed zmianą wyniku bitwy pod Hastings z 1066 roku między Anglikami i Normanami. Chyba Chibnall naprawdę powraca z pewnymi konceptami do korzeni serialu. Fantastycznie!

Z innych uwag, to bardzo przyjemne było, jak Graham/Steve Jobs tłumaczył policjantowi, nad czym razem z Doktor pracują. Smartfon dla ludzi z tamtych czasów to naprawdę byłby niemały szok. Zresztą podobno Elvis dostał od Doktor telefon komórkowy, z czego nie omieszkała w tym odcinku skorzystać. Rozmowa z policjantem w ogóle była genialnie napisana jeszcze z jednego powodu. Zauważcie, że Doktor nie okłamała go ani razu (We’re not harbouring anyone who doesn’t have a right to be here)! Rozmowa Doktor z TARDIS i jej komentarz na temat sterowania nią – cudowne. Doktor jako uliczny artysta Banksy. Ciekawa teoria, ciekawa… A może to nie teoria? Dobrego humoru w tym odcinku nie brakuje, to na pewno! Poza tym Doktor dalej przyzwyczajająca się do bycia kobietą (Madam! Still can’t get used to that). Aha, i ja się pytam, czemu Doktor nadal nie komentuje tego, że Graham nazywa ją Doc? Przecież jej poprzednie wcielenia nigdy tego nie lubiły!

Ciekawym zabiegiem była też całoodcinkowa lekcja historii przeprowadzona przez Doktor. Miała nawet tablicę i magiczny marker. Zakończenie jest za to jest nieco dziwne. Same fragmenty filmu z przyszłości Rosy Parks to dość oryginalny pomysł i stanowi jakby finał lekcji historii, ale ta asteroida? Wiele postaci historycznych ma swoje asteroidy/misje kosmiczne i tym podobne. Czemu niby miało to pokazać, że pani Parks zmieniła wszechświat? Wiemy to dzięki temu, że antagonista próbował ją powstrzymać, ale asteroida? Poza tym piosenka odcinka (Rise Up Andry Day i wiersz, do którego nawiązuje – Still I Rise Mai Angelou). Dziwne, ale zadziwiająco dobrze pasujące zarówno do klimatu, jak i fabuły odcinka. Dzięki temu nie było mi nawet brak nowego motywu muzycznego przy napisach końcowych, choć ten podoba mi się coraz bardziej.

Archie: Właściwie niemal wszystko w tym odcinku mi się podobało. Od Rosy, przez towarzyszy, na Doktor kończąc. I muszę przyznać, że mam słabość do odcinków historycznych; najczęściej nie są tak lekkie jak te bardziej kosmiczne przygody, ale może właśnie dlatego tak mnie do nich ciągnie – bo niosą ze sobą ogromny potencjał. I tutaj myślę, że ten potencjał udało się w pełni wykorzystać. To nie jest odcinek przyjemny, jednak ma w sobie ten rodzaj nadziei, z jakim zawsze Doktora kojarzyłam (a w Trzynastej nadziei widzę naprawdę sporo).

Sama Doktor robi się bardzo fajna i w końcu nabiera ostrości. Już na początku dostrzegłam w niej – oprócz empatii i łagodności – jakiś podskórny gniew, który jednak przez coś – doświadczenie? – jest hamowany. Lubię tę mieszankę zrozumienia i nieustępliwości, lubię sposób działania Trzynastki, tak różny od metod Dwunastego, jej opanowanie i radość. Smutek też, bo co by to była za Doktor, która się nie smuci?

Coraz więcej miejsca w moim fanowskim serduchu zajmują też Ryan, Graham i Yasmin, którzy stają się z każdym odcinkiem coraz wyraźniejsi i bardziej wielowymiarowi. Widać, że ta podróż nie była dla nich łatwa (zwłaszcza dla Ryana i Yaz) i widać, jak wielką odwagą musieli się wykazać.

Bardzo ujęła mnie też aktorka grająca Rosę – naprawdę czuła tę postać i wiedziała, jak ją poprowadzić. Piosenka jest może odrobinę zbyt rozdmuchana, taka hollywoodzka i, nie wiem, ciut pompatyczna? Ale mimo wszystko wykonanie było świetne, więc i na to przymknęłam oko, znaczy ucho.

Fajny był też nienachalny humor (Graham!), ale niestety zawiódł mnie złol. Taki wyszedł płaski i niedorobiony. Nawet nie potrafiłam go porządnie znielubić, a powinnam.

Lierre: Ja tym razem bardzo krótko – czekałam na ten odcinek od pierwszych plotek na jego temat, nie wierząc własnym oczom, że to naprawdę się dzieje. A jednak jest i będę za niego wdzięczna twórcom do końca wszechświata. Najbardziej lubię, gdy Doctor Who jest zaangażowany społecznie, porusza niewygodne, nieprzyjemne, bieżące tematy. Mało jest kwestii ważniejszych do poruszenia, jeśli ma się takie priorytety, niż rasizm, który ciągle wraca i nie sposób się go, z jakiegoś powodu, na dobre pozbyć. Podziwiam odwagę, dbałość o szczegóły w odcinku i perfekcyjne wykonanie. Rosa jest piękna, ma bardzo dobre tempo, świetną estetykę, doskonałe dialogi i wbrew pozorom mnóstwo humoru, a przy tym podchodzi do tematu z szacunkiem i jakoś tak… racjonalnie, bardzo rzeczowo i konkretnie. Znów mamy ten klasycznie doktorowy motyw, że jednostka jest ważna – gdyby nie Rosa Parks, inni aktywiści tak czy inaczej doprowadziliby do zmian, bo społeczne oburzenie i poczucie niesprawiedliwości było ogromne, ale jednak ważne jest, kto naciska ten metaforyczny spust i kto potem staje się symbolem. Ona jest takim symbolem, bardzo bliskim sercu wielu osób także dziś, co też odcinek bardzo ładnie pokazał w odwołaniach do Grace (przepiękne są te odwołania i to, jak pamięć o niej mobilizuje obu panów do działania. To chyba najlepsze przeżywanie żałoby, jakie kiedykolwiek widziałam). Ogromne wrażenie zrobiła też na mnie rozmowa Yaz i Ryana chowających się za śmietnikiem – ich gorycz, że naprawdę muszą tego doświadczać… i ich absolutne do tego przygotowanie. Nawet jeśli społeczeństwo, w którym żyją, nie jest prawnie segregowane, nie znaczy to, że nie stykają się z rasizmem na co dzień. I są od dziecka wychowywani, by jak najlepiej sobie z nim radzić, funkcjonować mimo niego. No i na koniec – mnie dla odmiany całkiem się podobał ten zły. Wiecie, co jest fajnego w Krasko? Ta jego nijakość, ładna buzia i wielkie ego. Rasiści to nie są potwory w białych powłóczystych szatkach, ale normalni ludzie, jakich codziennie się mija na ulicy, i to jest w tym najstraszniejsze. Nie musiał być głęboki, dopracowany, groźny, skuteczny. Był niezbyt mądry, ale zdeterminowany, lekko irytujący, bufonowaty, w zasadzie niezbyt niebezpieczny i łatwy do pokonania. Nie miał wielkiego planu, to po prostu taki znudzony dzban z głupim pomysłem – okrutny dzieciak, który chce zrobić psikus i nie obchodzi go, ile z tym będzie się wiązać tragedii. Do końca nie dotarło do niego, że być może jednak jego postrzeganie świata jest paskudne. Był niereformowalny. To też, niestety, było dość realistyczne.

Ginny: Chyba nie jestem w stanie powiedzieć, czy ten odcinek mi się podobał, czy nie. Na pewno jest dobry fabularnie i dobrze się go ogląda, porusza też ważny temat – który należy poruszać. A jednak, kiedy o nim myślę, nie ma we mnie wielkiego poruszenia. Może był to dla mnie nie do końca odcinek Doctor Who? Dlaczego?

Po pierwsze: stawka. Przy pierwszym oglądaniu nie potrafiłam w pełni zawiesić niewiary odnośnie tego, że zmiana jednego wydarzenia doprowadziłaby do zupełnej zmiany historii. Przy drugim powiedziałam sobie, że okej, to po prostu fixed point in time, ale mam problem z tym, że nie bardzo widzę to wydarzenie jako taki punkt. Bo te napięcia, z których wziął się protest Rosy Parks, istniały wcześniej i nie znikłyby/wybuchłyby, gdyby Rosa nie ustąpiła miejsca dokładnie wtedy. Jeśli nie tego wieczoru, to innego, jeśli nie Rosa Parks, to inna czarnoskóra osoba. Jeśli nie w Montgomery, to w innym miejscu, gdzie w czarnoskórej społeczności Ameryki warzyłby się gniew i poczucie niesprawiedliwości.

Nie rozumiem, krótko mówiąc, motywacji głównego złego – w sensie szczególnym, nie ogólnym. O ile jest zrozumiałe, że Doktor po prostu chciałaby pomóc Rosie Parks, to dziwię się, że nie wyśmiewa Krasko. Zastanawiam się jednak, skąd ludobójca i rasista z przyszłości, o którym nawet nie wiemy, czy jest człowiekiem, doszedł do wniosku, że w całym wszechświecie to udaremnienie protestu jednej kobiecie jednego dnia właśnie na Ziemi sprawi, że rasizm będzie żywy w odległej przyszłości? Gdyby chciał udaremnić serię wydarzeń, wtedy miałoby to dla mnie sens. A ponieważ wyraźnie mówi Doktor o sobie i swoich motywacjach jak najmniej, a kiedy może, to także kłamie, podejrzewam, że tu może kryć się więcej (i może będzie miało związek ze Stenzą?). Tym bardziej, że pozbyto się go z odcinka tak bezceremonialnie, zostawiwszy całkiem sporo luźnych nitek. To jednak tworzy też pewne rozszczepienie – dość stereotypową rolę Krasko w odcinku i jego futurystyczną osobę, która z powodu tych wszystkich nawiązań znów budzi skojarzenia z Torchwood. I przez co spodziewałam się, że to może być ktoś, kogo będziemy właśnie z tego spin-offu kojarzyć.

W ogóle interesujący jest tu motyw tego, jak Stormcage traktuje byłych więźniów – wypuszczając ich w świat, ale ze swego rodzaju smyczą nałożoną na umysł. I to – widzimy wyraźnie – ogranicza, ale nie na tyle, by chcąc dokonać złego, taki były więzień nie był w stanie. Przy okazji łamie też pozory tego, że Stormcage jest naprawdę skutecznym więzieniem, z którego udało się uciec jedynie River Song. To jednak tylko wzmianki, ciekawostki, dzięki którym ciekawiej oglądało się ten odcinek wolącym SF od historycznych momentów Doctor Who. Ciekawostki nie mające większego znaczenia dla fabuły odcinka. Tak naprawdę bowiem Krasko, żeby spełnić swoją rolę w fabule, mógłby równie dobrze być kimś z lat pięćdziesiątych o ponadprzeciętnej wiedzy. Jedynym fabularnym powodem dla tego, by pochodził z przyszłości, jest pokazanie, że nawet po tylu latach i planetach i zmianach na lepsze rasizm wciąż istnieje. Ale tę rolę dobrze pełnią już Yaz i Ryan, oboje ciemnoskórzy i współcześni nam, którzy wskazują, jak wiele się zmieniło na lepsze, ale i na wciąż obecny w ich życiu rasizm – i pośrednio na to, że jeszcze wiele pracy trzeba wykonać, by rasizm w końcu stał się czymś niespotykanym. Jeśli więc Krasko w tej postaci ma mieć jakiś większy sens, to tylko, jeśli on, G.F.B. i jego futurystyczne zabawki jeszcze w jakiejś formie wrócą. Nie wiem jednak, czy powinniśmy tego wyczekiwać – bo to może też mocno zmienić wydźwięk jego roli w Rosie.

I, ostatecznie, mam jeszcze problem, który niekoniecznie jest problemem. Otóż w New Who odcinki historyczne były zwykle swego rodzaju przetworzeniem historii, zabawą z tym, co (zdaje nam się, że) wiemy o historycznych postaciach. A choć ten odcinek się całkiem nieźle bawi, tu i tam wrzucając cudne wzmianki o Elvisie, któremu Doktor pożyczyła telefon komórkowy, czy Steve’ie Jobsie, to głównej bohaterki odcinka i jej historii celowo nie zmienia. Owszem, Rosa Parks spotyka Doktor i jej przyjaciół, ale głównym celem jest sprawienie, by historia wydarzyła się dokładnie tak, jak znamy ją z podręczników historii. Zarazem jednak nie bez przyczyny myślę, że jest to odcinek o białej kobiecie (czy Doktor mającej tu największą rolę sprawczą) pomagającej czarnoskórej kobiecie poprzez dopilnowanie, by nikt nie przeszkodził jej w zrobieniu tego, co zrobiła historycznie. I choć Doktor właśnie musi dopilnować historii Rosy, to nacisk idzie tu raczej na to, że Doktor tej historii nie ma prawa zmienić. W świecie, w którym biały feminizm nieustannie zawłaszcza dokonania czarnego i brązowego feminizmu, to chyba jedyny dobry sposób na pokazanie tej historii, jeśli Doktor grana jest przez białą kobietę. Doktor i jej przyjaciele mogą tylko pomóc Rosie zrobić dokładnie to, co zrobiła. Bardzo dobrze pokazuje to mocna scena, gdy siedzą już wszyscy w autobusie i nie mogą wyjść ani nijak pomóc Rosie w jej sprzeciwie. Mamy tu przebitki na przerażone twarze Doktor i Grahama – można zapomnieć, że przynajmniej Doktor wcale nie boi się despotycznego kierowcy i policjantów, że to przerażenie tym, że nie wolno im po prostu odejść, że muszą odegrać swoją rolę do końca, przyczyniając się do cierpienia osoby, której pomagają.

Rosa jednak nie jest upokorzona. Widać jej obawę, ale przykrywa ją ogrom dumy wymieszanej z gniewem, które narastały zapewne o wiele dłużej niż te dwanaście lat, które mamy zaznaczone. Ładne zresztą są te pierwsze sceny, kiedy Rosa wsiada do autobusu i już widać, że jest dumną kobietą, ale jeszcze nie tak odważną, by doprowadzić do końca swój bunt. Jej obawa przed konsekwencjami i to, jak się po tych latach zmieniła, czynią ją bardzo ludzką. Nie jest jakimś posągiem do czczenia.

Niestety końcówka – już po finale odcinka – trochę psuje całościowe wrażenie. Jest jak nudna czytanka z podręcznika. I zupełnie nie rozumiem, co scenarzyści mieli na myśli, mówiąc, że Rosa zmieniła wszechświat i pokazując nam na dowód asteroidę nazwaną po niej. Pani Blackman, panie Chibnall: asteroidy nie zmieniają wszechświata. One po prostu w nim są. Są niesamowite i w ogóle, ale jeśli powiedzieliście, co powiedzieliście o Rosie Parks, to powinniście pokazać jakieś nierasistowskie kosmiczne społeczności, a nie kawałek kosmicznej skały.

Strukturalnie jednak odcinek wyraźnie ma pomysł na siebie. Mamy więc dwa początki, jeden koniec i piosenkę. Pierwsze dwie piosenki są z epoki, ta na końcu jest współczesna. O ile druga po prostu wprowadza nam epokę i już właściwą fabułę, o tyle pierwsze dwie tworzą klamrę – ponieważ ilustrują Rosę w autobusie w przeciągu dwunastu lat. Mamy więc Rosę, tę samą trasę i tego samego kierowcę. Zaczynamy typowo dla epoki, z domknięciem sceny zostawiającym z gniewem i rozczarowaniem światem. Kończymy „futurystycznie”, z nadzieją na zmianę – kiedy Rosa prowadzona do radiowozu uśmiecha się i kiwa głową Ryanowi. Możliwe, że jakąś rolę odgrywa to, że w pierwszej scenie Rosa porusza się z teatralną przesadą, sztucznie powoli, kiedy w roku 1955 porusza się już o wiele naturalniej.

Muzycznie ogólnie jest dobrze. Szkoda mi tylko, że motyw muzyczny Rosy odstaje – jest nachalnie triumfalny, posągowy i w dość nudnym stylu, kiedy odcinek zupełnie taki nie jest. To niestety wybijało mnie z immersji.

Urzekło mnie za to otwarcie odcinka z TARDIS – to było tak cudownie w jej stylu. Doktor nadal jest świetna. Graham dostaje chyba trochę więcej roli i wychodzi mu to na dobre. Cieszy też, że już odrobinę lepiej dogadują się z Ryanem. Podobał mi się też sposób, w jaki Ryan pozbył się Krasko. Ale i Yaz ma więcej do zrobienia w tym odcinku, dzięki czemu trochę już widać, jaka jest. Czyli całkiem optymistyczna i empatyczna, a zarazem bardziej skłonna do refleksji niż Ryan.

Ostatecznie, choć jednak sama nie jestem pewna mojej opinii o Rosie, to myślę, że poleciłabym ten odcinek jako po prostu wart obejrzenia.

Seweryn Dąbrowski: Muszę przyznać, że nie mam zielonego pojęcia, co o omawianym odcinku sądzić. Z jednej strony, ogromnie się cieszę, że ten w ogóle powstał – poruszenie tematu rasizmu, seksizmu czy innych postaw związanych z szeroko pojętym wykluczeniem i dyskryminacją dają duże pole do opowiedzenia ciekawych historii. Tak naprawdę, oprócz kilku drobnych wzmianek w m.in. Kodzie Szekspira („The Shakespeare Code”) oraz Cienkim lodzie („Thin Ice”), to scenarzyści praktycznie zawsze starali się zamiatać problemy tego pokroju pod przysłowiowy dywan. Najbardziej cierpieli na tym najmłodsi widzowie, którym wpajano wyidealizowany obraz przeszłości bez żadnych problemów. Z drugiej zaś, po obejrzeniu trzeciej przygody Trzynastej Doktor jestem nieco skonfundowany, a moje nastawienie do jej spotkania z Rasą Parks zmienia się jak w kalejdoskopie.

Po pierwsze: w moim odczuciu Rosa była niesamowitym przerostem formy nad treścią. Widzicie, kiedy piękna strona wizualna jest jedynie dodatkiem i uzupełnieniem do ciekawej fabuły, wówczas mogą powstać dzieła wybitne (czyt. Heaven Sent). W tym przypadku jednak to niejednokrotnie sam wygląd lokacji i sposób nakręcenia epizodu powodował, że w ogóle chciało mi się kontynuować jego oglądanie. Chociaż w zamyśle miał on poruszać temat ważny, o którym trzeba rozmawiać i edukować, to w rzeczywistości przez większość tych pięćdziesięciu minut nie czułem żadnego ciężaru emocjonalnego. Ba, w kilku momentach zdarzało mi się nerwowo zaciskać zęby i kulić w fotelu, ponieważ cringe i nadmierny patos wręcz wychodziły z ekranu. Nie zrozumcie mnie źle – całościowo odcinek był OK. Tylko OK. Zawierał on w sobie masę scen zarówno dobrych (uderzenie Ryana w twarz, scena w barze wywołująca podskórne napięcie, kilkuminutowa sekwencja w hotelowym pokoju czy fantastyczna słodko-gorzka finałowa scena w autobusie), jak i złych (samo rozpoczęcie z przerysowanym kierowcą autobusu, większość interakcji naszych protagonistów z Jamesem Blake’iem (scena nad rzeką), spotkanie postaci granej przez Tosina Cole’a z Martinem Lutherem Kingiem, pokazanie nam w finale asteroidy mającej być symbolem zasług Rosy Parks itd.). W efekcie końcowym wyszedł z tego wszystkiego raczej zbiór luźno połączonych ze sobą scen, a nie pełnoprawna opowieść. Myślę, że najbardziej zawinił tutaj etap scenariusz-reżyseria, gdzie rozwiązania fabularne oraz poszczególne słowa wyglądały dobrze na papierze, a po przeniesieniu na ekran wyszły po prostu średnio.

Po drugie: słów kilka o samej zainteresowanej. Została ona bardzo dobrze zagrana – Vinette Robinson idealnie pasowała do tej roli. Podobał mi się również minimalizm, z jakim Rosa Parks została przedstawiona. Muszę jednak wspomnieć o motywie muzycznym pojawiającym się przy zbliżeniu kamery na bohaterkę. Moim zdaniem, ten podniosły utwór zupełnie nie pasował do jej postaci i ogromnie mnie denerwował. Średnio przypadł mi do gustu również element edukacyjny – podobnie jak w przypadku melodii, tak i tutaj był on wykorzystywany zbyt często. Szkoda, ponieważ o ile wiedza historyczna faktycznie zostanie mi w głowie na dłużej, to o tyle samo jej przedstawienie było bardzo sztywne, usilne i sztuczne.

Po trzecie: główny przeciwnik był jakimś żartem. Po naprawdę ciekawym wstępie później było już tylko coraz gorzej, na tym fatalnym zakończeniu wątku Krasko kończąc. Trudno było mi również uwierzyć w jego plan, ponieważ czy zmiana akurat tego konkretnego punktu w czasie naprawdę wpłynęłaby na losy całego wszechświata? Jeśli Rosa nie ustąpiłaby miejsca tamtej nocy, to zrobiłaby to innego dnia. Jeśli nie Rosa, to ktoś inny. Jeśli nie w Montgomery, to gdzieś indziej. Problem segregacji rasowej nie występował przecież tylko 1955 roku, a uciążliwości z nią związane dotykały wszystkich osób o odmiennym niż biały kolorze skóry o wiele wcześniej.

Po czwarte: należałoby napisać coś o innych, mniejszych elementach. Nasza stała ekipa jak zwykle sprawiła się fantastycznie. Cieszę się, że Ryan i Yaz (z przyczyn oczywistych) dostali troszkę więcej czasu ekranowego. To właśnie ich reakcje, rozmowy oraz postępowanie wzruszyły mnie najbardziej. W postaci Grahama zakochałem się już w pełni – naprawdę niesamowity bohater, za którego (nerwowo) trzymam kciuki. Chyba jedyną uwagę mogę posłać tylko w kierunku Doktor. O ile Jodie Whittaker jak zwykle była fantastyczna, o tyle miałem jakieś dziwne wrażenie, że jej bohaterka zachowywała się zbyt… arogancko? W pewnych scenach z sympatycznej postawy potrafiła przeskoczyć na zupełnie inne tony bez wyraźnej przyczyny. Od razu przypomniało mi się to okropne zachowanie Dziesiątego Doktora z jego ostatnich odcinków. Na koniec się powtórzę, ale kocham te małe smaczki rzucane przez twórców (filtr percepcji! manipulator wiru! Banksy! Steve Jobs!).

Podsumowując. Czy warto więc obejrzeć Rosę? Wbrew pozorom… TAK! Mimo kilku(nastu) wad, to nadal poprawna historia, z której każdy coś wyniesie. Może odcinek nie powala na kolana, ale całościowo broni się pewnymi elementami i nadal dostarcza masę „ciepła” charakterystycznego dla naszego ukochanego serialu. Mam nadzieję, że to tylko mała zadyszka i niecierpliwością czekam na kolejną przygodę posiadaczki TARDIS, która (swoją drogą) zapowiada się naprawdę zacnie!

Krykiet: Słodka TARDIS w malinach, jaki ten odcinek był dobry. Jako osoba bardzo otwarta na to, co obce i nieznane, jestem wręcz uczulony na ksenofobię, homofobię i rasizm, a rasizm pokazany jest w tym epizodzie tak, że czułem się niekomfortowo, oglądając go. Akcja z ustawianiem historii na właściwy bieg? Perełeczka. Odnoszę wrażenie, że Dziesiąty, Jedenasty czy Dwunasty Doktor po prostu zmieniliby bieg wydarzeń. Czułem się jak podczas sceny, kiedy Jedenasty szukał jedzenia w kuchni małej Amelii. Powtarzam w komentarzach w grupach doktorowych, powtórzę i tutaj, KOCHAM mimikę Jodie. Z żadnym innym Doktorem nie czuję takiej więzi, jak z nią. To zdecydowanie „moja” Doktor.

Nie rozumiem trochę zarzutów przeciwko antagoniście, w takim Vincent and the Doctor tym złym był niewidzialny, niewidomy potwór, który odłączył się od stada, a odcinek jest jednym z lepiej ocenianych epizodów. Lepiej oceniany najpewniej przez emocje kierowane tytułowym bohaterem, czy tutaj nie było inaczej? Nie wiem, gdzie trzeba mieć oczy, by nie widzieć tej wzbierającej frustracji i rozgoryczenia Rosy. Ja źle się czułem przez większą część odcinka przez nastrój w nim panujący, a Rosa? Każda ciemnoskóra osoba? Musiały się z tym borykać całe życie, to jest dla mnie prawdziwa siła.

Jeszcze kilka słów o muzyce. O taką, ledwo zauważalną, ale istotnie podkreślającą nastrój nic nie robiłem. Podobał mi się nawet muzyczny temat Rosy. Nie jestem pewien może tego popowego kawałka pod koniec, ale to chyba kwestia gustu. A tak? Świetna robota. Plus jestem pod wrażeniem, że nikt nie dał żadnemu rasiście w pysk, podziwiam, ja bym ich tam wszystkich chyba pozabijał.


Nie wzywamy do przemocy, ale wzywamy was do dzielenia się opiniami w komentarzach i odwiedzin w naszej grupie Pod kopułą, w której toczą się burzliwe dyskusje!

Daj na ciastko!