Redakcyjne wrażenia – „Przyjdzie potwór i cię zje”

Oto nasze wrażenia z oglądania przedostatniego odcinka 11 serii – It Takes You Away, czyli Przyjdzie potwór i cię zje. Zapraszamy do lektury!


Ginny: Uwielbiam bajki Władców Czasu. A jeszcze bardziej uwielbiam, kiedy okazują się prawdziwe. A jeszcze jeszcze bardziej uwielbiam to, jak z tą konkretną radzi sobie Doktor. To, że zaprzyjaźnia się ze świadomym wszechświatem, jest wspaniałe. A zarazem jest to prześmiesznie prawdopodobne, kiedy przybiera postać żaby – i to nawet nie jakiejś prawdziwej żabiej żaby, tylko marionetki mówiącej głosem Grace. Przypomina nam, że wszechświat niejednokrotnie bywa niedorzeczny i jak warta zachwytu jest ta niedorzeczność.

Za to świństwem było zrobienie czegoś takiego Grahamowi. On dzięki podróżom z Doktor powoli radzi sobie z żałobą po Grace, a tu nagle znów się go w nią wpycha. Takich rzeczy się nie robi. Nawet dla tak dobrego momentu, kiedy Ryan mówi do niego „dziadku”.

Hanne zdaje się bardziej na uboczu, ale może to lepiej, bo aktorka jakoś mnie nie porwała. Nawet jeśli cieszy, że mamy tu historię z niewidomą postacią, kręcącą się wokół zaginięcia jej ojca, to jednak bardziej okazuje się być to historią o towarzyszach Doktor. Poczynając od Ryana i jego poczuciu krzywdy, które przenosi odruchowo na wszystkich ojców tego świata, do Grahama, który odzyskuje Grace po to, by zaraz ją utracić. To jest może klasyczny motyw – potwora, który przybiera postać kogoś ci bliskiego, by zwabić cię w pułapkę, ale myślę, że to było zbędnie okrutne wobec postaci Grahama. Nieważne, jak dobrze by on sobie z tym ponownym spotkaniem nie poradził. Choć zarazem… cenię fakt, że to odcinek o żałobie i radzeniu z nią sobie – tak jak był nim Dar niebios („Heaven Sent”) z genialnym występem Dwunastego. Tu jednak mamy pokazane o wiele zdrowsze radzenie sobie (i nieradzenie także) z żałobą i koniecznością pożegnania przyjaciół. Pięknie wybrzmiewa w tym momencie wybór Doktor, która tak czy inaczej będzie musiała pożegnać którychś przyjaciół. Albo tych, których już chwilę zna, albo zupełnie nowego, niesamowitego, ale tak bardzo wartego jej zachwytu. Doktor jednak wie, że nie może upierać się przy zostaniu w solitrakcie – nawet jeśli tak bardzo by chciała. Nie może zniszczyć dla niej całego wszechświata, jak dla Clary był gotów Dwunasty.

Co mi się na pewno też podoba – to jak przypomina nam się o tym, że Doktor bywa jednak pragmatycznie okrutna, tymi zapisanymi przez nią instrukcjami dla Ryana, których nie może zobaczyć Hanne. Widzi je za to Erik, co zdecydowanie powinno być wystarczającym przytykiem odnośnie jego zachowania. To, jak nieodpowiedzialnym jest ojcem, mimo że kochającym córkę i martwiącym się o nią, jest czymś, czego chyba jeszcze w Doctor Who nie widzieliśmy. Mieliśmy oczywiście nieidealnych rodziców. Szczególnie matki towarzyszek za czasów ery RTD miały tendencję do bycia despotycznymi i nieprzychylnymi Doktorowi osobami, i to był rys mniej lub bardziej toksycznego macierzyństwa. U Erika to bardziej fakt, że jest wciąż młody, pogubiony po śmierci żony i sam i nie do końca sobie radzi z opieką nad nastoletnią córką, ale wystarczy mu lekcja dana przez Doktor, by zrozumiał, że nie może być takim samolubnym dupkiem, jakim był do tej pory.

Kupił mnie też portal w lustrze, ale mnie zawsze kupują portale w lustrach, więc z tym twórcy nie mieli żadnej trudności. Ale też czymś nowym było to, że po drugiej stronie lustra nie ma od razu drugiego świata, tylko jest strefa buforowa, rozbijająca portal na pół. I bardzo podoba mi się wyjaśnienie, czym ona jest. Że wszechświat, nawet ten nieświadomy, przy tego typu zagrożeniu – wyczuje je i będzie się bronił. Uwielbiam też całą ekspresję i energię, którą Doktor przejawia, dochodząc do tego, co właściwie się dzieje, gdzie się znalazła. Cały wachlarz emocji, które tu pokazuje, jest tak bardzo doktorowy, że nie sposób się w niej nie zakochać.

Nie jestem za to pewna postaci Ribbonsa. Z pewnością jest on ciekawostką i intryguje to, że żyje on od zawsze w antysferze, niemniej to taka postać poboczna, której uśmiercenie ani trochę nie zaskakuje. A szkoda, bo ciekawiej byłoby, gdyby przeżył i dalej gdzieś tam sobie w antysferze był. Przeszkadza mi też drobna dziura logiczna, kiedy Ribbons przecina linkę Doktor, a potem Hanne idzie po tej linie wcale nie przeciętej.

To jednak są drobiazgi, a cały odcinek ogólnie bardzo mi się podobał przez to, jak dziwaczny i bardzo absurdalnie doktorowy jest w swym pomyśle i wykonaniu.

Seweryn Dąbrowski: Stało się – dożyłem takiego odcinka Doctor Who, o którym kompletnie nie wiem, co myśleć. Nie zrozumcie mnie źle. Zapewne już nieraz słyszeliście lub czytaliście podobne stwierdzenie, ale… It Takes You Away stanowi dla mnie naprawdę twardy orzech do zgryzienia.

Jednak od początku. Przed samym odcinkiem byłem bardzo podekscytowany. Materiały promocyjne, drobne (pojawiające się tu i ówdzie) przecieki oraz pozytywne przedpremierowe reakcje jeszcze bardziej utwierdzały moje stanowisko. Ba, przecież sam opis brzmiał jak coś wprost stworzonego dla takiego fana jak ja. Norwegia, fiordy, chatka w środku lasu z dala od cywilizacji, przestraszona dziewczyna i tajemniczy potwór porywający ludzi. Od razu pomyślałem o kameralnym horrorze, a – jak pokazała przyszłość – zbytnio się nie pomyliłem. No przynajmniej w jakimś procencie. Pierwsze 5 minut Przyjdzie potwór i cię zje spowodowały u mnie bowiem przysłowiowy opad szczęki. Niestety (?) potem wszystko skręciło w tak dziwną i odmienną od przewidywań wszystkich drogę, że do końca towarzyszyło mi poczucie konsternacji. Dużej konsternacji. Bardzo dużej konsternacji.

Po klimatycznym wstępie przechodzimy więc do czegoś na wzór mrocznego fantasy, gdzie nasi bohaterowie poprzez portal w lustrze przedostają się do tzw. poczekalni (czyżby inspiracja Twin Peaks?) i spotykają Ribbonsa. Postać, której głównym zadaniem było… popychanie fabuły do przodu i wyjaśnianie, o co chodzi. Wypadło to troszkę słabo i Ed Hime mógł postarać się bardziej. Za to samo otoczenie to już inna bajka. Wszechobecny mrok i stworzenia żyjące w tym miejscu powodowały u mnie ciarki. Potem zaś przenosimy się do alternatywnej rzeczywistości i dopiero tutaj wszystko wskakuje na wyższe obroty. Sam zamysł na utworzenie takiego miejsca jak solitrakt był czymś niesamowitym. Zawsze powtarzam, że Doctor Who ma możliwość opowiedzenia masy fantastycznych przygód, a ukazanie wymiaru zamieszkiwanego świadomego wszechświata w formie żaby z głosem Grace (wow!) kupiło mnie całkowicie. Bardzo spodobała mi się również motywacja tego bytu. Nie chodziło mu o zniszczenie naszego świata, przejęcie nad nim kontroli czy nawet zabicie cywilizacji zamieszkującej Ziemie – po prostu był… samotny. Samo rozwiązanie jego wątku też było właściwe. Niby coś nowego, ale morał typowy dla naszego ukochanego serialu.

Bohaterowie również byli tylko OK. Goście specjalni wypadli poprawnie, a nasza stała ekipa robiła to, co zawsze. Na szczęście w It Takes You Away był jeszcze jeden protagonista – Graham. I ojej… jego wątek był prawdziwą bombą emocjonalną! Zestawienie go z (wyimaginowaną) Grace było strzałem w dziesiątkę. Dopiero tutaj mogliśmy zauważyć, jak długą drogę przeszła ta postać na przestrzeni ostatnich ośmiu epizodów. Mógłbym się nawet pokusić o stwierdzenie, że najdłuższą ze wszystkich osób (kosmitów?) podróżujących w TARDIS od początku tej serii. Konieczność spotkania ze zmarłą żoną była czymś bestialskim, zarówno dla niego, jak i dla nas. Jednak dla integracji Ryana z bohaterem Bradleya Walsha w ostatniej scenie było warto przetrwać ten rollercoaster doświadczeń.

Na koniec słów kilka o innych, mniejszych, elementach. Strona wizualno-techniczna znów stała na światowym poziomie, a na powrót małych mrugnięć okiem od twórców (armia owiec! piąta babcia Doktor! Zygoni! bajki Władców Czasu!) cieszyłem się jak małe dziecko. Chyba tylko muzyka nie wybijała się na pierwszy plan, ale dodawała poszczególnym scenom odpowiedniego wydźwięku, więc wszystko wyszło na zero.

Podsumowując, Przyjdzie potwór i cię zje to odcinek, który (jak żaden inny) stoi pośrodku skali. Nie jest tym, czym wydaje się być na początku, ale w sumie to dobrze. Na mroczniejszy odcinki przyjdzie jeszcze czas, a zeszły tydzień był odpowiednim momentem na taki eksperyment. Czy zatem polecam go obejrzeć? Zdecydowanie! W moich wrażeniach nie nadgryzłem nawet wierzchołka góry lodowej, a to jedna z bardziej interesujących pozycji po roku 2005. Jednocześnie taka, o której ciężko powiedzieć jako jednoznacznie dobrej lub złej. Najlepszym sposobem na wyrobienie sobie własnej opinii na temat tego epizodu będzie po prostu jego obejrzenie! Plus dajcie mu szansę z jeszcze jednego powodu. Grahama! To towarzysz, który jest absolutnym ewenementem w 55-letniej historii przygód Doktor.

Blownie: Nie wiem, czy ktoś jeszcze miał takie skojarzenie, ale dla mnie ten odcinek był taką bardziej rozbudowaną, nową wersją Fear Her – znów mieliśmy początek sugerujący horror, tajemniczego potwora porywającego ludzi, pewnie dla jakichś niecnych celów albo co najmniej by ich zjeść na kolację, ale pod koniec przeważa rodzinny dramat, a kosmita wcale nie chciał tych porwanych ludzi pożreć, czuł się po prostu samotny. Może to właśnie przez skojarzenie z tamtym odcinkiem, ale w pewnym momencie – kiedy Ryan odkrył, że potwór jest fałszywką, a zaraz potem Hanne rąbnęła go drzwiami – myślałam, że to ona okaże się antagonistą, nie wiem, jest opętana czy coś; byłby to trochę naciągany zwrot akcji, ale bardziej bezsensowne rzeczy się widziało. A tu jednak nie, i dobrze; w sumie rozwiązanie całej zagadki i kierunek, który obrała druga połowa odcinka, mi się podobały. Zdecydowanie podobał mi się świadomy wszechświat przybierający postać gadającej żaby siedzącej na krześle z IKEI – to było coś tak fantastycznie absurdalnego, rodem z Douglasa Adamsa, bardzo mi w tym sezonie brakowało rzeczy niedorzecznych. Za to jak mam na coś ponarzekać, to obecność i rola Grace w tym odcinku. Rozumiem, że chcieli stworzyć towarzyszom pokusę pozostania w tym innym świecie i tym samym wywołać napięcie, ale właśnie – wciąż mnie boli, że postać z takim potencjałem potraktowano tak przedmiotowo, wprowadzając ją tylko po to, żeby ją natychmiast zabić, a jej śmierć wykorzystywać jako tani, wielokrotnego użytku bodziec do popychania Grahama lub Ryana do podejmowania różnego rodzaju wyborów. Nieładnie.

I jeszcze jednej rzeczy się przyczepię, chociaż mniej istotnej: według słów Doktor, wylądowali na północy Norwegii, w zimie. Jak zabrakło budżetu na sztuczny śnieg, to trzeba było powiedzieć, że jest wiosna!

Mandalkor: Jak bardzo porwał mnie ten odcinek! Nie przesadzę chyba, jeśli powiem, że był to najlepszy odcinek 11 serii. Wszystko w nim było wspaniałe. Mieliśmy odpowiednio straszny klimat grozy oraz odpowiednio długo trzymano nas w napięciu i nie zdradzano, o co chodzi. W ogóle emocji było bardzo dużo (skrajnych na dodatek!), okazji do utraty któregoś z bohaterów multum (choć mieliśmy zaspoilerowane, że w odcinku specjalnym wszyscy wystąpią), a i potwór tygodnia znów okazał się nie być tak do końca potworem (chyba że weźmiemy pod uwagę mięsne ćmy albo inną postać, ale o tym dalej). Pomysł na samoświadomy byt będący całym, osobnym wszechświatem, skazanym na samotność, bo jest niekompatybilny z naszym wszechświatem, będący na dodatek jedną z bajek Władców Czasu (siedem babć?! Ale jak to?!), to coś, co uważam za genialny pomysł. W ogóle nazwa solitrakt jest świetnie dobrana, bo przecież po angielsku solitude oznacza samotność!

Bardzo ucieszyło mnie wystąpienie niewidomej postaci w tym odcinku i to, że potrafiła sobie ona świetnie poradzić sama (mimo że nadal potrzebowała ojca, ale to bardziej ze względu na wiek, a nie niepełnosprawność). To, jak team TARDIS się nią zaopiekował, było cudowne, a ten napis na ścianie wzruszył mnie niezmiernie. Dlatego też z kolei Erik mnie bardzo wkurzył. Rozumiem, że za miłością swojego życia się tęskni i ciężko sobie z jej utratą poradzić, ale hej! Priorytety! Córka powinna być w tej sytuacji ważniejsza! W związku z tym nie wiem, czy aby czasem on nie był ,,potworem odcinka’’, ale może to już nadinterpretacja.

Doktor była tu cudowne doktorowa. Opiekuńcza, odpowiednio dziwna (ziemię zjadasz, serio?), groźna (no bo ej, nieźle sobie poradziła z Ribbonsem). Kocham ją tu za tą scenę, w której postanowiła (jak to zresztą często bywa w przypadku tej postaci) poświęcić się dla innych i pomóc wszystkim, zostając z solitraktem jako BFF. Znaczy, aż do momentu, jak niekompatybilność weszła im w drogę. Smutne to było, że mimo starań (dość skutecznych, co by nie mówić), nie może się udać koegzystencja kogokolwiek z naszego świata z solitraktem. Nawet Doktor nie jest w stanie tu nic zdziałać…

Towarzysze również błyszczą, choć najwięcej czasu dostał chyba Ryan. To, jak się uczył radzić sobie z dziećmi poprzez relację z Hanną było wspaniałe. Sądzę, że była to dobra lekcja dla każdego przyszłego ojca. W sumie to dla każdego faceta, bo nam czasem idzie z dziećmi nieco gorzej niż kobietom (tak typowo, stereotypowo). Co zresztą było wyraźnie pokazane po reakcji Hanny na niego i na Yaz czy nawet Doktor, które zupełnie inaczej do niej podeszły. Graham miał też wspaniałe sceny z Grace, jak opowiadał jej, jakie cuda widział dzięki Doktor i jak stopniowo się przekonywał, że odzyskał swoją ukochaną. Choć i tak najlepszy był moment, w którym natychmiast zauważył, że to jednak nie ona, bo nie bardzo przejęła się losem Ryana. Nie, wróć! Była to wspaniała scena, ale najlepszy to był moment, na samym końcu, czyli rozmowa dziadka z wnukiem.

Opinię zakończę komentarzem odnośnie jednej sceny, która wydaje mi się dość oryginalna jak na dotychczasowe standardy Doctor Who. Tuż po ucieczce z solitraktu nastąpiła taka spokojna pauza, jakbyśmy dostali, razem z bohaterami, moment na zebranie myśli i ochłonięcie po tym całym emocjonalnym rollercoasterze. Dało to faktycznie taki efekt złapania oddechu, przemyślenia tego, co się właśnie stało. Przemyślenia nad ponowną utratą ukochanych, nad samotnością solitraktu, nad życiem, sensem istnienia… Dobra, może za bardzo odpływam, ale bardzo mi się to spodobało!

Ewelinkja: It Takes You Away to prostu wspaniały odcinek. Było w nim wszystko: wspomnienie o dzieciństwie Doktor (wyobrażacie sobie obiadek z siedmioma babciami?), absurd i odrobina kiczu w postaci świadomego wszechświata jako żaby (ale w sumie dlaczego nie? Żabcia była totalnie urocza), mieliśmy pułapkę, strach, intrygę i niesamowitą Doktor i świetnych towarzyszy.

Zacznę więc od początku. Biedna niewidoma dziewczyna, w środku lasu, otoczona przez potwory. Portal w lustrze i już serduszka biją mocniej. Bardzo dużo i bardzo ładnie o psychologii ludzi. Jak czasem potrafią się człowiekowi pomieszać priorytety. Jak chce się dobrze, ale wychodzi nam coś okropnego. Doktor udało się powstrzymać i Grahama i Yaz przed zdzieleniem Erika w twarz, a ja miałam w tym momencie poczucie, że ze mną nie poszło by jej tak łatwo. Miałam ochotę krzyknąć do faceta: „Ty głupi bucu!”. Jednak jak się o tym pomyśli… to był człowiek, który potrzebował pomocy. On sobie nie radził po śmierci żony. Wyjazd na totalne odludzie w środku norweskiego lasu, porzucenie pracy… Został sam, pewnie bał się, że nie da sobie rady. Trochę go to usprawiedliwia, choć mimo że brzydzę się przemocą, pewnie by dostał ode mnie.

Bajki Władców Czasu są najwspanialsze na świecie. (Trochę mi przypomniało bajkę, którą opowiadałyśmy sobie razem z córką: dwoje bohaterów opowiadało o świecie, który zna. Magiczna gwiazda o powstaniu wszechświata, a rekin o ewolucji i życiu na Ziemi). Chyba przerobię historię piątej babci i będzie nowe opowiadanie na dobranoc.

Poza tym zupełnie przypadkiem trafili w mojego ostatniego hopla, czyli wieloświatową interpretację mechaniki kwantowej, wszechświaty równoległe i tak dalej… Bardzo mi się podoba to przedstawienie, które było użyte w tym odcinku.

Bardzo prywatnie i emocjonalnie mi się dziś pisze, więc nie mogę sobie z pewnych osobistych powodów odpuścić Ribbonsa. Toż to prawdziwy, klasyczny goblin z lasu (czy też jaskini). Kocham ten pomysł obydwoma serduchami! Był bardzo ładnie zrobiony, choć czuję, że mógłby być zielony, ale to już zupełnie nieistotny szczegół, bo liczy się wredny charakter i odpychający styl bycia (jak również niezwykły odór, którego poczuć nie mogliśmy, ale on tam na pewno był).

Doktor była cudowna i moja miłość do niej wciąż rośnie, choć myślałam, że jest to niemożliwe, bym kochała ją jeszcze bardziej. Jej zachwyt, radość, przerażenie… wszystko było tak doskonale doktorowe, że musiałam obejrzeć ponownie, by się jej przyjrzeć dokładnie. W chwili, kiedy przekonywała, że to ona powinna zostać, była tak szczera i ujmująca, że ja bym jej nigdzie już nie puściła ;) Samo spotkanie ze świadomym wszechświatem było piękne. Ona naprawdę chciała go poznać, chciała z nim być, doświadczyć, porozmawiać. To nie było zwykłe przechytrzenie, zostanie, żeby się potem jakoś wymigać. To spotkanie sprawiło jej radość i jednocześnie było przykre.

No i chyba już na koniec… Graham. Ta postać to coś niesamowitego. W tym odcinku wspiął się na wyżyny, ale… Ja wiem, że robienie złych rzeczy towarzyszom to taka jakby tradycja, ale to… To była jedna z najgorszych rzeczy, jakie się komukolwiek przytrafiły. To coś jest tuż przy odebraniu Donnie wspomnień. Jednak Graham poradził sobie z tym wspaniale. Niesamowity facet. No i wreszcie Ryan nazwał go dziadkiem. Już się bałam, że to nastąpi w jakichś okropnych okolicznościach!

Archie: Chyba miałam trochę zbyt duże oczekiwania co do It Takes You Away i zwyczajnie odrobinę się zawiodłam. To nie tak, że nie doceniam opowieści, bo fabularnie i estetycznie – ach, te krajobrazy! – wszystko fajnie grało. Bardzo podobał mi się motyw z lustrem, Hanne to niezwykle ciekawa bohaterka, a Graham i Ryan dostali wzruszający wątek. A jednak tutaj, jak i na przestrzeni całej serii, wydaje się czegoś brakować; im więcej odcinków, tym wyraźniej to dostrzegam. Ta seria stawia przede wszystkim na estetykę – co im super wychodzi – przez co może zbyt pobieżnie prześlizguje się po skomplikowanej psychice Doktor i daje dość mało do roboty Yaz. Być może rzadsze pokazywanie tego, co siedzi w Doktor i prostota nowych historii jest motywowana chęcią przyciągnięcia nowej widowni, ale mimo wszystko brakuje mi tu jakiegoś mocniejszego akcentu, głośniejszego tupnięcia. Nie jest to zarzut kierowany do tego konkretnego odcinka, jednak im bliżej finału, tym wyraźniej odczuwam braki w konstrukcji opowieści. Liczę, że kolejny sezon będzie pod tym względem trochę odważniejszy.

Mimo wszystko ten odcinek to nadal bardzo ładna wizualnie opowieść o samotności i szukaniu swojego miejsca. Jest sporo fajnych momentów w przemówieniach Doktor, niezwykle spodobał mi się zarys relacji Ryana i Hanne, a Graham – chociaż nadal jestem zła na twórców za śmierć Grace – naprawdę chwycił mnie za serce. Podobały mi się też detale (lustrzane odbicia!), a żaba to takie sympatyczne, trochę kampowe nawiązanie do starszych serii.


A jak wam się podobała ta historia? Podzielcie się swoimi wrażeniami w komentarzach lub w grupie Pod kopułą.

Daj na ciastko!