Redakcyjne wrażenia – „Łowcy czarownic”

Tradycyjnie zapraszamy do lektury redakcyjnych wrażeń z nowego odcinka. Oto Łowcy czarownic („The Witchfinders”), ósmy odcinek 11 serii.


Lierre: Miałam absolutnie zerowe oczekiwania względem tego odcinka i zdołał mnie zadziwić dziwną narracją, lekką groteskowością i taką… samoświadomością. Bardzo dobry scenariusz, świetna reżyseria (Joy Wilkinson, Sallie Aprahamian – nauczmy się tych nowych nazwisk) i niepokojąca atmosfera zapomnianej wioski w prawdziwych wiekach ciemnych europejskich dziejów. To kawałek historii nieco egzotyczny dla nas, mieszkańców kraju, który szczycił się mianem państwa bez stosów. Choć polowania na czarownice potocznie kojarzą się ze średniowieczem, zdecydowana większość z nich miała miejsce znacznie później. Niepokojąco blisko współczesności. I pozostają bardzo aktualne, bo ten sam wzorzec myślenia – szukanie kozłów ofiarnych, dzielenie ludzi na swoich i innych – widzimy na co dzień, wystarczy włączyć sobie dowolny serwis informacyjny. Logika „jeśli jest niewinna, utonie, a jeśli jest winna, to wypłynie i ją powiesimy” również nie jest szczególnie obca, choć absolutnie przerażająca. Król Jakub stwierdza w pewnym momencie niemal z entuzjazmem „spławmy ją, tylko wtedy będziemy mieć pewność”. Jak dyskutować z ludźmi przekonanymi o własnej nieomylności, których myśli biegną ścieżkami, na które nie chcemy wkraczać?

Za kształt odcinka odpowiadały dwie kobiety. To chyba drugi (po klasycznym odcinku Enlightenment) raz w historii serialu. I widać efekt, zwłaszcza w scenariuszu; nie jestem pewna, czy jakikolwiek facet, jak dobrych intencji by nie miał, zdecydowałby się na to, by skupić się na tych małych, codziennych, niesamowicie wrednych aspektach bycia kobietą, które przecież tak łatwo zbagatelizować (gdy nie jest się kobietą). Doktor ląduje w przeszłości już po raz trzeci, ale po raz pierwszy tak naprawdę jakkolwiek się to na niej odbija i całe szczęście, że wreszcie nam to pokazano – to jest, obawiam się, rzeczywistość bardzo bliska mniej więcej połowie widzów. W tej epoce historycznej mizoginistyczny sposób myślenia jest bardziej jaskrawy, ale większa widoczność nie oznacza, że dziś nie występują bardzo podobne zjawiska (choćby zakładanie, że kobieta będzie niżej w hierarchii jakiejś instytucji niż mężczyzna stojący obok niej).

Gdy teraz o tym myślę, trochę się krzywię – 11 seria mogłaby pokazywać tego więcej, to jest po prostu realistyczne: że Doktor, nagle w ciele kobiety, wywołuje inne reakcje w ludziach, nie zawsze jest w stanie brawurowo przejąć kontrolę nad sytuacją. Identyczne zachowania w przypadku mężczyzny są interpretowane jako pozytywne i przywódcze, a w przypadku kobiety nie. To nie genderowa propaganda, to są mierzalne, opisane zjawiska. Było więc kwestią czasu, by Doktor, z wyglądu młoda kobieta, starła się z osobami, które będą ją traktować jak młodą kobietę – czyli jak coś między zwierzątkiem a sprzętem domowym. Jej frustracja, zdziwienie, ironiczne komentarze, ale też nieprzejmowanie się i robienie tego, co ma do zrobienia, to chyba najlepsza reakcja.

Sama fabuła była bardzo klasyczna, co nie jest ani wadą, ani zaletą. Podobał mi się pomysł z więzieniem we wzgórzu i de facto karą za ścięcie drzewa z czystego kaprysu – to takie celtyckie. W antagonistce ciągle widziałam perfidną pokojówkę z Downton Abbey, co mnie może odrobinę wybijało… Za to Willa podobała mi się ogromnie. Takie postacie są najlepsze – już na wstępie bardzo konkretne, a pod wpływem przygody z Doktor odkrywające w sobie siłę i determinację, by robić to samo, co do tej pory, tylko lepiej i z większą odwagą. Świetnie napisana bohaterka.

Lekko konsternował mnie król Jakub pisany i zagrany w bardzo groteskowy sposób. Nie wiem, czy rzeczywiście taki był – wiem, że był dziwny i miał obsesje, ale to w sumie tyle – czy to aktor nadał tej postaci taką dziwaczność. Fajnie skręcało to klimat całej historii w taką niecodzienną stronę, dodawało koloru i było jednym wielkim mrugnięciem okiem do widza. No bo czemu nie, to nie serial historyczny, więc czemu by się nie pobawić trochę wizerunkiem dawnego monarchy. Przecież to mu nie zaszkodzi.

Ostateczny efekt wyszedł intrygujący i chętnie obejrzę ten odcinek jeszcze raz, żeby powyhaczać smaczki, bo dialogi aż się od nich iskrzyły. To było naprawdę świetne. I tym razem ja to napiszę: każdy kadr mam ochotę wydrukować, oprawić i powiesić sobie na ścianie. No, może oprócz tych błotnych macek…

K.atarzyna: Bardzo dobrze się bawiłam przy tym odcinku. Chyba po raz pierwszy w tej serii miałam poczucie, że oglądam bardzo przemyślaną całość, do której nie mam żadnych natychmiastowych zastrzeżeń. Intryga miała swój satysfakcjonujący twist, potwory były groteskowe, ale i odrobinę straszne, a tym, co naprawdę miało przerażać, była łatwość, z jaką w świetle prawa topiono kolejne kobiety.

Na początku trochę wybił mnie z oglądania przerysowany król Jakub, ale po chwili ucieszyło mnie, że scenarzystka zdecydowała się uderzyć w bardziej komediowe tony. To takie fajne, wrócić do konwencji luźniejszych odcinków historycznych i strącania postaci historycznych z piedestału. A jednocześnie nie odebrało to odcinkowi powagi tam, gdzie miał być poważny – gdzie dziewczyna chowa swoją babcię i tam, gdzie Doktor uciszana jest z powodu bycia kobietą.

Podobało mi się też, że w tym odcinku Graham, Yaz i Ryan już w pełni angażowali się w całą historię, to bardzo samodzielna grupa towarzyszy i podoba mi się, że każde z nich znalazło sobie rolę i wykorzystało swoje doświadczenie, aby pomóc osobom dookoła. Strasznie rozbawił mnie też Ryan skonfrontowany z tragiczną historią dzieciństwa króla. W ogóle sławna osoba historyczna okazująca wyraźne zainteresowanie towarzyszce Doktor to taki fajny motyw, który był obecny w poprzednich erach i cieszę się, że pojawił się znowu, zwłaszcza że Ryan wybrnął z tej sytuacji z dużym wdziękiem.

Ogólnie ten odcinek przypominał mi trochę Kod Szekspira („The Shakespeare Code”), ale jednocześnie miał dużo super rzeczy, których w tamtym starym odcinku nie znajdziemy i dlatego Łowcy czarownic („The Witchfinders”) spokojnie ma szansę zostać moim ulubionym z tej serii.

Seweryn Dąbrowski: Już na wstępie muszę zaznaczyć, że nie miałem do Łowców czarownic (“The Witchfinders”) dużych oczekiwań. Jasne – materiały promocyjne dawały mi nadzieję na coś ciekawego, ale pozostawałem w stosunku do tej pozycji raczej obojętny. Tym większa była zatem moja radość, kiedy okazało się, że twór autorstwa Joy Wilkinson był… naprawdę dobry!

Jednak po kolei. Kupił mnie już sam punkt wyjścia do opowiedzenia historii. Osadzenie akcji w XVII-wiecznej angielskiej wsi z dala od cywilizacji było świetnym pomysłem. Od razu zostajemy wrzuceni w sam środek wydarzeń i wspólnie z Doktor odkrywamy kolejne elementy układanki. Co krok pojawiają się nowe pytania, a atmosfera coraz bardziej gęstnieje. W niektórych momentach miałem wręcz wrażenie, że oglądam kameralny horror pokroju filmu Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii (co zawsze przyjmuję z otwartymi ramionami). Ba, mogę nawet stwierdzić, że za pośrednictwem tego epizodu spełniło się moje marzenie o powstaniu czegoś, co przynajmniej w drobnym stopniu nawiązywałoby do mojej ukochanej Morderczej wioski („The Countrycide”)!

Niewątpliwie do tego efektu przyczyniły się dwie rzeczy. Po pierwsze, zdjęcia. Reżyserce oraz operatorowi kamery należą się gromkie brawa! Mówię to zawsze, powiem raz jeszcze – praktycznie każdy kadr mógłbym z czystym sumieniem powiesić na ścianie. Po drugie, muzyka. To właśnie kompozycje Seguna Akinoli w wielu miejscach nadawały scenom odpowiedniego wydźwięku, a liczne wariacje na temat folklorowych utworów były strzałem w dziesiątkę. Na pochwałę zasługują również osoby odpowiadające za scenografię. Pod tym względem wszystko wyszło fantastycznie i jestem pełen podziwu. Odnoszę jednak wrażenie, że ten odcinek w niektórych momentach został troszkę źle zmontowany. Niby nic wielkiego, ale raz na jakiś czas wybijało mnie to z oglądania. Czyżby nie nakręcono jakichś scen, a następnie próbowano to ukrywać chaotycznym montażem?

No dobrze, strasznie odbiegłem w stronę realizacyjną, a wypadałoby napisać coś o fabule. Była trochę skomplikowana i posiadała przysłowiowe drugie dno. Mógłbym nawet zaryzykować stwierdzenie, że była zbyt złożona. Cały odcinek możemy podzielić na dwie części: pierwsze 25-35 minut oraz kilkanaście scen finałowych. O ile wstęp oraz rozwinięcie starały się stopniowo budować napięcie i bawić z widzem (co rusz myląc tropy), o tyle samo zakończenie wywołało u mnie mały zawód. Nie zrozumcie mnie źle. Nie było ono absolutnie okropnie, jednak po czterdziestu minutach nieśpiesznych, wręcz sennych scen, szybkie rozwiązanie całości było zwyczajnie nie na miejscu. W kontekście wydarzeń z finału nawet chwalone powszechnie walory utraciły swoje znaczenie. No bo racja, mnie również bardzo podobały się takie rzeczy, jak przedstawienie (nie tak odległych) realiów ówczesnej Europy czy zabawa konwencją, gdzie to największym potworem zawsze jest człowiek. Absolutnie popieram też wykorzystanie nowej płci naszej ukochanej Władczyni Czasu – liczyłem na to już od momentu ogłoszenia, że w rolę posiadacza TARDIS wcieli się kobieta, a Doktor wprost mówiąca: „Gdybym nadal była facetem, mogłabym zająć się swoją robotą, zamiast tracić czas na obronę swoich działań!” całkowicie mnie urzekła. Wszystko zaczyna się jednak psuć w momencie pojawienia się głównego przeciwnika. I po raz kolejny: sam pomysł błotnistych zombie jest fenomenalny, ale chwilę potem przygoda Trzynastej Doktor zaczyna niebezpiecznie skręcać w typową dla tego serialu akcję. Tym samym mimochodem zapominamy o morałach, które mieliśmy wynieść.

Kończąc, muszę wspomnieć jeszcze o jednym, najjaśniejszym, elemencie. Bohaterach. Na medal spisała się nie tylko nasza stała ekipa, ale i postacie epizodyczne z przegenialnym królem Jakubem na czele. Alan Cumming kradł praktycznie każdą scenę, w której się pojawiał i widać, że miał na planie wielką radochę. Chociaż na początku przedstawiciel rodu Stuartów wywoływał u mnie mały dyskomfort, to jego balansowanie na granicy groteski z poważniejszymi tonami wprowadzało potrzebny na dłuższą metę element komediowy oraz… samoświadomość dzieła? Plus, miło patrzeć na drogę, jaką przeszedł ten bohater na przestrzeni odcinka. Ciekawie wypadła również Willa, choć miałem wrażenie, że ginęła gdzieś w tłumie.

Podsumowując, Łowcy czarownic („The Witchfinders”) był naprawdę dobrym kawałkiem rzemiosła. W wielu momentach potrafił zaskoczyć i wywołać podskórne napięcie, a niektóre sceny (próba utopienia Doktor) zostaną ze mną na dłuższy czas. To taki ładny przykład tego, co w Doctor Who najważniejsze i na pewno będę do tej propozycji wracać. Polecam ten odcinek każdemu, ponieważ mimo drobnych wad, to jego oglądanie było dla mnie czystą przyjemnością!

Artur: Łowcy czarownic („The Witchfinders”) to dokładnie taki odcinek, jakiego potrzebowałem po Kerblam!: porządna doktorowa historia, ale z właściwie ustawionymi priorytetami moralnymi. W dodatku idealnie trafiająca w moje zainteresowania: historia Anglii, czarownice, folklor (tak jak wspomniała Lierre, armia skryta we wzgórzu i kara za ścięcie drzewa to motywy jakby wprost wyjęte z legend). I kampowy król Jakub grany przez cudownego Alana Cumminga – bardzo mi się podobało, jak aktor płynnie przechodził od komedii (przy „moim nubijskim księciu” prawie udusiłem się ze śmiechu) do bardziej poważnych tonów (jak kiedy opowiada Ryanowi o swoim życiu albo rozmawia ze związaną Doktor – w tej scenie błyszczała też dla mnie Jodie Whittaker). To zresztą cecha całego odcinka, w którym przechodzimy od moralitetu na temat mentalności stada, kozłów ofiarnych i kolaboracji z systemem dla zapewnienia sobie bezpieczeństwa do komediowego horroru trochę w stylu na przykład Armii Ciemności. Supersprawa.

Po zeszłotygodniowym odcinku prawie byłem gotów porzucić tę serię. Łowcy czarownic przyciągnęli mnie z powrotem.

Blownie: Jak zwykle robiłam sobie notatki w czasie oglądania, żeby o niczym nie zapomnieć, jak będę spisywać wrażenia, tylko okazało się, że Lierre i Artur napisali już dokładnie wszystko, o czym myślałam, więc nie będę się powtarzać. Dodam tylko, że brzydkie, ociekające błotem zombie, niebezpieczna rasa wojowniczych kosmitów uwięziona pod zielonymi wzgórzami Anglii oraz cudnie kampowy król Jakub (niektóre jego manieryzmy i wspomniana wyżej kwestia o „nubijskim księciu” jak żywo mi przypomniały Szekspira w 3 serii) to było coś tak kwintesencjonalnie doktorowego, że oglądało się odcinek z poczuciem, że jest się w domu; nie powalił mnie na kolana, ale był przyjemny.

A jakby ktoś miał ochotę na jeszcze jedną historię o Doktorze i polowaniach na czarownice, skorzystam z okazji, by polecić książkę The Witch Hunters Steve’a Lyonsa z Pierwszym i oryginalnymi towarzyszami; akcja tej z kolei rozgrywa się, przewidywalnie, w Salem, i też jest całkiem niezła. To tyle z mojej strony.

Ewa: „Gdybym nadal była facetem, mogłabym zająć się swoją robotą, zamiast tracić czas na obronę swoich działań” – mówi w pewnym momencie Doktor. To dla mnie najlepszy tekst Łowców czarownic, odcinka, w którym płeć Doktor w końcu rzeczywiście ma znaczenie, przynoszącego wspaniałą alegorię uciszania kobiet. Ilekroć Doktor próbuje wyjaśnić, co się dzieje, i ocalić mieszkańców przed mającymi nieszczególnie pokojowe zamiary kosmitami, jest nazywana czarownicą. A jedynym sposobem na pokazanie, że nią nie jest, jest poddanie się próbie wody. Jeśli utonie – jest niewinna. Jeśli ocaleje – jest czarownicą i zostanie powieszona. Nawet gdy w końcu zrobi swoją robotę, król Jakub, mimo że jest i świadkiem, i uczestnikiem wydarzeń, nadal pozostaje sceptyczny i nie daje sobie szansy przekonania się, że nie musi się bać czegoś tylko dlatego, że tego nie zna. Mówi się, że przez patriarchat tracimy wszyscy (choć nie wszyscy to samo) i tu bardzo pięknie to widać.

Absurd tego, co się dzieje, dodatkowo podkreśla sytuacja Grahama, który, mimo że chyba nie zdąży wydusić z siebie ani słowa, z miejsca, jako starszy mężczyzna, zostaje uznany za przywódcę łowców czarownic. Co znowuż nieszczególnie odbiega od współczesnych różnic w traktowaniu starszych kobiet (którym niejednokrotnie zarzuca się bycie wiedźmami) i mężczyzn (utożsamianych z mądrością i doświadczeniem).

Mimo poważnej tematyki Łowcy czarownic nie było ciężkim odcinkiem. Ogromna w tym zasługa komediowej interpretacji postaci króla Jakuba w wykonaniu Alana Cumminga i jego mega chemii z Doktor. W rozmowie chwilę przed poddaniem Władczyni Czasu próbie wody oboje wspięli się na wyżyny aktorstwa. Ich oczy w tej scenie to druga, po przywołanym na początku cytacie, najlepsza rzecz w tym odcinku. Na samą myśl o tym mam ciary. 10/10. I więcej piszących kobiet poproszę.

Mandalkor: Kolejny bardzo dobry historyczny odcinek! Odcinek z porządną dawką doktorowości (mokry weekend z Houdinim), humoru (nubijski książę, Ezekiel, Tarantino), strachu, trzymania w napięciu, a także współpracy team TARDIS. Choć tym razem bardziej w stylu New Who, gdzie to kosmici (swoją drogą, nowa rzecz, której mamy się bać to błoto, super!) są tymi złymi, to jednak nie do końca. W tym odcinku, do czego, jak sądzę, ta seria zdążyła nas już przyzwyczaić, zły okazał się być również człowiek i jego wewnętrzny potwór. Mam tu na myśli zarówno ślepą wiarę króla Jakuba w niepodważalną słuszność swojego podejścia do czarownic, jak i pani Savage ze swoim morderczym sposobem zagłuszania winy. W sumie ortodoksyjna wiara też bywa wewnętrznym potworkiem człowieka. Zwłaszcza jeśli rozumie się ją niewłaściwie.

Oczywiście nie zapominajmy o kolejnej lekcji historii. Tym razem mamy w sumie aż dwie: dyskryminację kobiet (głównie w relacji Doktor – król Jakub) oraz skazywanie niewinnych kobiet na śmierć za rzekome bycie wiedźmą. W ogóle genialna logika, czyż nie? Nie utopi się, to się ją spali/powiesi! Przecież i tak ludzie masowo giną, co zaszkodzi jeszcze jedna dodatkowa, tym bardziej, że Bóg się ucieszy, bo walczymy z szatanem! Taaa, a podobno chrześcijaństwo jest wiarą, w której głównym aspektem jest miłość do bliźniego… Oczywiście, że jest (co z resztą Doktor przypomina!), tylko że ludzie jak to ludzie – zawsze zinterpretują coś po swojemu i jeszcze twierdzą, że mają absolutną i jedyną słuszną rację. Co by nie robić/mówić, ludzie zawsze znajdują powód, żeby się wzajemnie nienawidzić.

Tak już bardziej pozytywnie, bardzo spodobało mi się także pokazanie, jak Doktor wpływa na ludzi w postaci przemiany Willi – z zastraszonej i nękanej osoby, w taką, która dzielnie staje naprzeciw zagrożenia ze słowami ,,Są tu potężniejsi ludzie niż królowie i królowe. My, razem’’ na ustach. Boskie. Albo przemowa Doktor do króla Jakuba. I jeszcze to prawo Clarke’a na końcu! Fizyka, jeśli jej nie rozumiesz, może wydawać się magią.

Ewelinkja: W tym odcinku było tak wiele wspaniałych rzeczy, że nie wiem, od czego zacząć. Nie można powiedzieć, że był wybitny, ale był bardzo dobry. Nie będę się rozpisywać, bo większość tego, co chciałam na gorąco przekazać, napisali już inni przede mną, a tutaj nie ma sensu się powtarzać.

Przede wszystkim jestem wdzięczna, że wreszcie dostaliśmy zderzenie Doktor z tym, że jest kobietą i w zasadzie oznacza to, że będzie mieć ciężej. Ta wściekłość, że zamiast pomagać, musi sama się bronić, była tak doktorowa… W ogóle cały odcinek był taki, jak lubię… Był tym, za co kocham ten serial. Mieliśmy poważny temat, problem społeczny, dużą dawkę humoru, krwiożerczych kosmitów, których w sumie całkiem łatwo pokonać, ludzi, którzy okazują się potworami, bo czegoś nie rozumieją… No i taka fajna, klasyczna, niezbyt skomplikowana historia. Płynnie przemieszczaliśmy się w tym odcinku między horrorem, komedią, a poważnymi tematami moralnymi.

Oczywiście na kilka słów zasługuje Alan Cumming i jego kampowy król Jakub. Był przerysowany, ale nie za bardzo i tak jak cały odcinek błądził między śmiesznością a powagą… W scenie rozmowy z Doktor byli obydwoje tak wspaniali, że czułam ciary na całym ciele. Doskonała scena.

No i oczywiście nadal kocham Trzynastą Doktor. Wszystko… jej mimikę, jej entuzjazm, jej szczerość i chęć pomocy. Wspaniała, empatyczna kobieta powracająca do doktorowego zachwytu wszechświatem i nieumiejętności stania z boku, gdy widzi krzywdę.


A jak wam się podobali Łowcy czarownic? Podzielcie się opiniami w komentarzach i w grupie Pod kopułą Gallifrey.pl. Nie zapomnijcie też, że wystartowała emisja 11 serii na polskim kanale BBC First!

Daj na ciastko!