Redakcyjne wrażenia – „Kobieta, która spadła na Ziemię”

Z ogromną przyjemnością zapraszamy was do przeczytania redakcyjnych wrażeń z oglądania pierwszego odcinka 11 serii – The Woman Who Fell to Earth, czyli Kobieta, która spadła na Ziemię – i podzielenia się swoimi opiniami w komentarzach pod wpisem lub w grupie Pod Kopułą Gallifrey.pl (do której warto należeć z wielu powodów!).

UWAGA, MNÓSTWO SPOILERÓW! NIE CZYTAJCIE, JEŚLI NIE WIDZIELIŚCIE ODCINKA I CHCECIE DAĆ MU SIĘ ZASKOCZYĆ.

Seweryn Dąbrowski: Nie skłamię, jeśli powiem, że przed całą ekipą Doctor Who (z Chrisem Chibnallem na czele) stało gigantyczne wyzwanie. Z jednej strony, jeszcze dobrze nie zdążyliśmy pożegnać Dwunastego oraz Stevena Moffata, a z drugiej zewsząd dochodziły do nas mniej lub bardziej potwierdzone informacje o masie innowacji w samym serialu i każdy oczekiwał czegoś innego. Dodatkowo, wspomniany showrunner wraz z producentem wykonawczym – Mattem Strevensem – postanowili utrudnić sobie pracę i na nowego odtwórcę roli Doktora wybrać kobietę! Nikogo zatem nie zdziwi, że zarówno ja, jak i inni fani na całym świecie z niecierpliwością czekaliśmy na nadchodzącą serię. Z pełnią obaw, ale i ekscytacji, w ubiegłą niedzielę zasiadłem, więc do telewizora i… bawiłem się świetnie. The Woman Who Fell to Earth był najlepszym odcinkiem pilotażowym od czasu wznowienia naszego ukochanego serialu w 2005 roku. W epizodzie tym wszystko znajdowało się na swoim miejscu – począwszy od świetnego klimatu (osadzenie większości akcji w przeciągu jednej nocy i momentami troszkę mroczniejszy klimat), poprzez kapitalne aktorstwo, aż do muzyki skomponowanej przez Seguna Akinolę (z całym szacunkiem oraz podziwem dla Murraya Golda, jednak już w ostatnim sezonie czułem lekkie zmęczenie jego utworami).

Od strony scenariuszowej Kobieta, która spadła na Ziemię, pełnometrażowy debiut Trzynastej Doktor, była bardzo dobra. Nie zrozumcie mnie źle. Całość może nie powaliła mnie na kolana, lecz był to naprawdę dobry kawałek rzemiosła. Stosunkowo niespieszna fabuła, umiejętnie napisani bohaterowie (ze swoją historią i sympatycznymi charakterami) czy pozostawienie pola do popisu dla Jodie Whittaker to tylko niektóre z jego zalet. No właśnie, Jodie Whittaker – czy aktorka chociaż trochę stanęła na wysokości zadania? Odpowiedź brzmi: TAK! Pokazała na ekranie prawdziwą gamę emocji, a jej Doktor wypadła fantastycznie. Inkarnacja ta najbardziej czerpie z Dziesiątego oraz Jedenastego wcielenia (z drobnymi elementami poważniejszych cech, charakterystycznych dla Doktorów Christophera Ecclestona i Petera Capaldiego), jednocześnie dodając od siebie coś nowego. Być może rola w niektórych momentach była zbyt przerysowana, ale to tylko moje subiektywne odczucie. Co do innych elementów, to wszystko można zaliczyć na przysłowiowy plus. Zdjęcia, mrugnięcia okiem do widzów (śrubokręt soniczny wykonany z łyżek!) oraz konflikt z potworem tygodnia, będący punktem wyjścia do tego, aby tytułowa bohaterka mogła  pokazać to, co w tej postaci najważniejsze, sprawiały mojemu fanowskiemu serduszku prawdziwą rozkosz. Podsumowując, ogromnie czekam na następne odcinki, gdyż nabrałem tylko apetytu na więcej. Odświeżenie formatu i zmiana kilku(nastu) elementów wyszła na dobre, a wręcz kinowa estetyka z pewnością przyciągnie do fandomu nowe osoby. Gratulacje!

Ewelinkja: Jodie… jest po prostu wspaniała. Jest genialną aktorką i prawdziwą Doktor. Mogłabym mówić o moim zachwycie bez końca, ale na razie zadowolę się krótkim „wow”. Sam odcinek był bardzo dobry. Świetny pilot. Fabuła niezbyt skomplikowana, odpowiednia dla pierwszego odcinka. Wizualnie oglądało się to niesamowicie. Bardzo mile odejście od Moffatowskiego biegania w kółko, zanim cokolwiek się stanie. Mam poczucie, że w tym odcinku na wszystko był czas. Był czas na strach, na budowanie relacji i na humor. Dodatkowo dostaliśmy pokaz fantastycznej współpracy między towarzyszami. Muzyka też zrobiła na mnie dobre wrażenie. No i drobne smaczki, które powodują uśmiech… Soniczny śrubokręt z łyżek! I „tylko idioci noszą noże”. Jestem zachwycona, zauroczona, zaintrygowana. Chcę więcej.

Mandalkor: Odpowiadając na pytanie Doktor: TAK, bycie kobietą do ciebie pasuje! Po ogłoszeniu odtwórczyni głównej roli miałem, jak pewnie wiele osób, obawy, czy to wypali, gdy Doktor zmieni płeć. Starałem się podchodzić do decyzji pozytywnie, bo przecież jeszcze nigdy nigdy nie doświadczyliśmy zawodu, ale jednak mogło się stać tak, że pisarze skupią się zbytnio na ukobiecaniu Doktora, na wystawieniu tego faktu na pierwszy plan. Nic bardziej mylnego! Choć przedsmak tego dostałem w odcinku świątecznym, to po obejrzeniu odcinka wiem już na pewno, że absolutnie nie było i nie ma czego się obawiać. Jodie jest wspaniała w swojej nowej roli, bardzo kosmiczna, wygadana, naukowa, słowem: doktorowa. Widać to przez cały odcinek w jej gestach, mimice, słowach. Zwłaszcza podczas przemowy, jaką wygłasza, gdy przypomina sobie, kim jest, no cudo! Towarzysze również bardzo szybko przypadli mi do gustu, już czekam na więcej interakcji między całą czwórką! Sam odcinek był bardzo, hmm… przyziemny. Był przede wszystkim o postaciach, skupiał się bardzo na przedstawieniu nowego wcielenia Doktor i jej towarzyszy, a trochę mniej na samym zagrożeniu. Potwór tygodnia, choć wizualnie nie był porywający, to sam wątek przywódcy, który chce iść na skróty, ułatwiać sobie wszystko i oszukiwać, aby dojść do celu, był bardzo dobrze poprowadzony. Historia z morałem, to lubię! Czy coś więcej? Scyzoryk soniczny zrobiony własnoręcznie w garażu m.in. z łyżek (pojedynek z Robinem Hoodem?), głęboki wdech („Deep Breath”) przed teleportacją, puste kieszenie, rodzina zawsze w naszych sercach, „dawno nie kupowałam damskich ubrań”, no i boski motyw muzyczny z nutką z klasyków. I smutek z powodu braku TARDIS. Coś nowego, coś świeżego, coś wspaniałego!

Blownie: Ogólnie rzecz biorąc, dołączam się do chóru – kawał dobrej roboty; na pewno nie jeden z najlepszych odcinków wszech czasów, ale jedno z lepszych otwarć sezonów, i godzinka zleciała bez momentu nudy. Rany, ta energia! Kocham, kocham Trzynastą od pierwszego wejrzenia za momenty emocji, za ten akcent, za „Oi!!!”, za tę szaloną werwę – choć nieco mnie ona przeraża. Mam nadzieję, że scenarzyści nie stwierdzą, że przy tak dużej grupie towarzyszy Doktor może częściej kogoś nie dopilnować. Już odejście Grace było moim zdaniem kompletnie niepotrzebne, ale cóż, trudno…

Co do fabuły, nie mam wiele do powiedzenia, klasyczna historia z inwazją na Ziemię; ale o rany, postaci. Mnóstwo postaci, i każda z nich będąca kimś, nie tylko trybikiem w tej całej maszynie. Każda, nie tylko towarzysze – w których, nawiasem mówiąc, też widzę potencjał: Yaz, najbardziej „typowa” towarzyszka, co nie oznacza, że nudna; Ryan Sinclair (dobre imię, powiedziała Doktor, i wmawiam sobie, że puszczono tu oczko do czytelników komiksów), nareszcie reprezentacja osób niepełnosprawnych, brawo; Graham, trochę taki nowy głos rozsądku a’la Rory („dlaczego wszyscy biegną za wielkim złym kosmitą?”). Ale też poboczne postaci, którym dodano drobnych smaczków, bez których fabuła by się obeszła, ale to, że były, dodało jej tyle kolorytu: pijany przechodzień wydłubujący warzywa z kebaba, strażnik rozmawiający przez telefon z rodziną, UFO-spotter z tragiczną motywacją… Bardzo mi się to podobało, ten nacisk na tworzenie postaci, które nie są tylko bezbarwnym tłem.

Na koniec plusik dla Doktor za śrubokręt domowej roboty, porada, żeby obcięła włosy, bo strasznie jej lecą na twarz i wspomnienie momentu, w którym naprawdę poczułam, że to wciąż Doktor – czyli wtedy, kiedy wszczepienie wrogowi pięciu bomb, które go powoli rozpuszczą, jest w porządku, ale zrzucenie go z dźwigu już nie. Typowy doktorowy moralny relatywizm, check. Jeszcze tylko nowe ubranie i Trzynastka została w pełni uznana.

K.: Bardzo dobry początek sezonu i świetne otwarcie nowej Doktor. Ogromnie podobała mi się ciemna, miejska estetyka odcinka, kinowe ujęcia, bardzo sprawny montaż. Uwielbiam nowych towarzyszy i dynamikę między nimi, choć już zapowiedź rodziny na TARDIS sugerowała coś, co trafi w moje gusta. Zarówno Yaz, jak i Ryan zapowiadają się na osoby, z którymi łatwo się będzie utożsamiać, a i Graham wzbudził we mnie sporo sympatii, zwłaszcza w scenach, w których wychodzi jego kruchość. Wreszcie całkiem świeży był dla mnie pomysł na potwora odcinka, prosty i wręcz trochę okrutny w swojej prostocie. I humor – bardzo do mnie trafił, obecny i swojski, ale nie przesadny i slapstickowy.

Jedyne, co trochę mnie uwiera, to śmierć Grace, która była strasznie przewidywalna i sztampowa i moim zdaniem całkowicie niepotrzebna. Jeśli nawet musiała koniecznie być dla bohaterów impulsem, to wolałabym chyba, żeby wydarzyła się przed rozpoczęciem fabuły odcinka. No i raził mnie sentymentalizm tego, co potem – o ile jeszcze klamra z youtubem Ryana była bardzo fajna, o tyle scena pogrzebu i rozmowy przy niej były zbyt przeciągnięte, zwłaszcza w sytuacji, gdy widz wiedział, że Grace trzeba będzie wypisać i jest bardziej zainteresowany tym, gdzie jest TARDIS.

No i na koniec – kocham Doktor Jodie Whittaker. To, jak jest pisana, jej dynamikę z resztą i dialogi, jej absolutnie mistrzowską mimikę, sposób, w jaki się porusza i mówi. Widziałam porównywanie jej do Dziesiątego, ale dla mnie to jest zdecydowanie starsza Doktor, która rozliczyła się z dużą częścią swojego bagażu. Bardzo znaczącą jest dla mnie scena, w której Doktor obserwuje pod koniec zmagania Ryana – jest w tym jakaś gotowość zatrzymania się, przeewaluowania i docenienia pewnych rzeczy i choć za chwilę Doktor znowu chce biec w kosmos, to ta chwila refleksji świadczy jak dla mnie o dojrzałości tej inkarnacji. Ale zachwyca mnie przede wszystkim jej energia, która zdaje się wręcz płynąć z ekranu i wpływać na wszystkich na ekranie. Jak zwykle casting okazał się jednak bezbłędny. Trzynastka kupiła mnie też natychmiast – tak, że kiedy usłyszałam z ust Jodie „I’m the Doctor” miałam prawdziwe dreszcze. Naprawdę nie mogę się doczekać na resztę sezonu.

Glock: Miałem obawy i spore nadzieje. Uspokoję – jest dobrze, chociaż nie idealnie. Zacznę od tego, że jestem zakochany w Jodie. Jej wersja Doktora jest cudowna i kradła każdą scenę. Jej mimika, jej zachowania, jej słowa, jej emocje – to wszystko zagrało. Podoba mi się, że chociaż widać to podobieństwo do Tennanta i Smitha, to jednak jest to nadal nowa Doktor. Kupiła mnie od pierwszej sceny. Ustawiłbym sobie status na Facebooku „Zakochany w Trzynastej Doktor”, ale ktoś mógłby być zazdrosny. :/

Drugą z obaw byli towarzysze i tutaj mam pewien problem. Żadna z postaci mnie nie porwała. Clara potrzebowała do tego kilku scen, podobnie jak Amy. Do Bill i Donny przekonałem się z czasem, ostatecznie je pokochałem i liczę, że tu będzie podobnie. Póki co nie czuję żadnych emocji do tych postaci. Śmierć Grace ani trochę mną nie wstrząsnęła, nie zrobiło mi się przykro ani nie współczułem tym postaciom. Są w mojej opinii bardzo nijacy.

Sam wątek według mnie jest dobry. Nie jest to porywająca historia czy antagonista, którego będę wspominać po latach, ale było okej. Solidny wątek na początek przygody z Doctor Who oraz na wprowadzenie nowej Doktor. W rankingu New Who u mnie tylko za Jedenastą godziną („The Eleventh Hour”).

Muzyko, proszę, popraw się. Niby mi pasuje, niby jest inaczej, ale po Jedenastej godzinie odpalałem youtube i szukałem motywu „I am the Doctor”, by go przesłuchać. Tutaj nic takiego nie było. Odcinek podobał mi się jednak wizualnie. Akcja odbywająca się w nocy była czymś ciekawym, nadającym mroku, jaki lubię w tym serialu. Jest też inne tempo prowadzenia odcinka, ale chyba o to chodziło, że ma być inaczej. Wolałem Moffatowy styl, ale nie narzekam – zobaczymy, jak to wypali na dłuższą metę.

SCENA Z BUDOWĄ ŚRUBOKRĘTA CUDOWNA!

Ewa: Pierwsze wrażenie: to zupełnie inny serial niż z ery Stevena Moffata czy Russella T Daviesa. Przepiękne zdjęcia, klimatyczna muzyka, niespieszne tempo, skupienie na bohaterach, nawet tych, z którymi za chwilę przyjdzie się nam pożegnać. Słowem wszystkie znane chociażby z Broadchurch cechy charakterystyczne twórczości Chrisa Chibnalla. Właściwie dopiero z chwilą pojawienia się na ekranie Jodie Whittaker poczułam, że oglądam Doctor Who. Ona jest Doktor od pierwszej sceny i pierwszego wypowiedzianego zdania. Ma tę doktorową nieziemskość połączoną z poczuciem bliskości, niemal dziecięcy entuzjazm, autorytet budowany wiedzą i charyzmą, porządną nutę szaleństwa, plany rodzące się w trakcie działania, automatyczne chronienie słabszych i nadzieję, że nawet największy zły może się zmienić. Ma też umiejętność zarażania innych chęcią podejmowania niebezpiecznych wyzwań, co niestety przypieczętuje los Grace.

Mimo że pierwszy odcinek z miejsca stał się źródłem zabawnych cytatów i memów (mimika Jodie!!!), jak choćby „empty pockets” czy „dawno nie kupowałam kobiecych ubrań”, w moim odczuciu dostaliśmy najmroczniejszą z New Who odsłonę opowieści. I to bynajmniej nie z powodu liczby zabitych, ta była jak na ten serial dość przeciętna, a raczej muzyki, klimatu i przede wszystkim umiejętności Chibnalla do budowania postaci, nawet tych, na które będziemy patrzeć przez zaledwie kilkadziesiąt sekund. Nie da się do nich nie przyzwyczaić i nie da się nie odczuć ich śmierci. I to chyba dobrze, bo żadna śmierć nie powinna być nieistotna. Wszak Doktor w każdym ze swoich wcieleń po wielokroć przekonywał nas, że każdy jest ważny.

Historia z pierwszego odcinka dobra (ale nie przebija mojego ulubionego z doktorowych debiutów – Jedenastej godziny), potwór odpowiednio straszny, towarzysze na plus, choć póki co tak naprawdę polubiłam tylko Ryana, zmiana showrunnera na plus, mimo że nadzieje, że po przygnębiającej końcówce dziesiątej serii czeka nas coś jaśniejszego, możemy głęboko zakopać, Jodie Whittaker dokładnie tak cudowna, jak się spodziewałam. I, co zabawne, mam wrażenie, że nie tylko dla mnie właśnie ta nowa Doktor, której tak wiele osób się obawiało, jest najłatwiejszą do przyjęcia zmianą w serialu.

Will Unknown: Gdy oglądałem The Woman Who Fell to Earth, od razu rzuciły mi się w oczy zmiany. Począwszy od jakości obrazu, który zmienił się na nieco bardziej kinowy, przez sposób prowadzenia odcinka, po samych bohaterów.

Może to dopiero początek, ale już widać w nowej Doktor dużo z Dziesiątego. Jednak wprowadza też dużo nowości, Doktor umie w budowanie rzeczy… Tak myślę 😁. Scena z budowaniem własnego śrubokrętu sonicznego była cudowna. Jodie Whittaker przedstawia nam swoją wersję Doktor (czy wy też już myślicie o Doktor tylko w wersji żeńskiej? Ja na przykład już nie odmieniam tego słowa i przyjmuję je jako żeńskie imię), jest zabawna i bardzo ekspresyjna. Dodatkowo mimika twarzy nadaje jeszcze więcej energii i tak już bardzo żywej Doktor.

Być może to kwestia przyzwyczajenia, ale brakowało mi doktorowego „I hate endings”, odcinek jest brutalniejszy niż te, które do tej pory mam serwowano. Z rzeczy, które mniej mi się podobały, jest jeszcze sceneria, która szybko wskazuje nam, co stanie się w danej chwili i tak na przykład skręcając autem w lewo, tło z zielonej, słonecznej łąki zmienia się niespodziewanie na brązowy, ciemny zaułek.

Pojawiają się postaci drugoplanowe, a może nawet trzecioplanowe, które wywołują uśmiech na twarzy. Taka jest na przykład postać rzucająca jedzeniem w groźnego kosmitę i wyśmiewająca go.

The Woman Who Fell to Earth to odcinek stabilny, powolny i szału nie robi, ale jestem pewny, że w trakcie kolejnych odcinków akcja się rozwinie i będzie gnała niczym galopujące TARDIS.

Lierre: Jestem zachwycona. Nie wiem, na ile samym odcinkiem, co całą otoczką i ogólną sytuacją, że znowu mamy nowe odcinki, że jest na co czekać z ekscytacją, że odległe marzenie „och, jakby tak kiedyś Doktora zagrała kobieta…” stało się faktem, i to faktem docenianym przez widzów i ciepło przyjętym, o czym świadczą recenzje w mediach i wyniki oglądalności. Mam takie miłe poczucie, że jesteśmy świadkiem zmiany na lepsze. Niedużej, ale może kiedyś okaże się bardzo ważna? Myślę, że tak będzie.

Z powodu okrutnego niedoboru informacji przed premierą nie miałam zbyt wielu oczekiwań i dałam się zaskoczyć. Zaskoczył mnie sposób opowiadania historii – nieśpieszny, ale konkretny; jej kameralność i mrok przypominające Torchwood w jego najlepszych momentach. Zaskoczyła mnie liczba ofiar, takich bezsensownych śmierci, tym tragiczniejszych, że każdą z postaci zdążamy poznać – spodziewaliśmy się po Chibnallu mistrzowskiego pisania bohaterów i dostajemy to nawet w przypadku osób, które pojawiają się na ekranie na 20 sekund. Podoba mi się, że nowi towarzysze, również fajnie, mocno zarysowani, nie są grupką losowych postaci, ale mają już wcześniejsze powiązania, co może być źródłem szybszego i ciekawszego rozwoju ich relacji. Jest odrobina grozy, jest tandetny potwór (ktoś Pod Kopułą nazwał go wróżką-zębuszką i nie mogę tego odzobaczyć. Wyjaśniałoby to, skąd miał tyle zębów…). Są piękne estetycznie sceny, jak ta, w której Trzynasta konstruuje swój nowy śrubokręt, i to w dodatku z łyżek! (Ciekawe, czy to celowe nawiązanie do spoon theory. Pewnie nie, ale skojarzenie miałam silne). Jestem też w grupie, która zachwyciła się muzyką. Murray Gold już straszliwie mnie zmęczył i z otwartymi ramionami witam zmianę, dostaliśmy muzykę dyskretną, bardzo w tle, ale też bardzo niepokojącą i intrygującą. Są też w odcinku elementy o ujmującej mnie wymowie, jak ta krótka przemowa o akceptowaniu zmian i słowa, że rzeczy nowe bywają straszne. Nie wiem, na ile skierowane były do widzów, a na ile miały działać tylko w związku z regeneracją – ale bardzo pasują do obu. Szeroko się uśmiecham także na myśl o Timie Shawie, który próbuje oszukać tradycyjny rytuał swojego ludu. Jakież to typowe, prawda? Doktor na samym początku musi się użerać z facetem, który myśli, że wszystko mu wolno i jest ponad zasadami. Nie ma tak dobrze, kolego.

Jeśli chodzi o poregeneracyjne pomieszanie, podobał mi się brak przesady w żadną stronę. Doktor od razu rusza do akcji, ale nie jest w pełni sobą – nie czuje się dobrze, nie zna jeszcze siebie, ale szybko nad tym zapanowuje, bo świat jej potrzebuje. Obawiałam się trochę utraty pamięci (nienawidzę tego motywu!), ale szczęśliwie nie było tego za dużo.

No i Jodie Whittaker. Przyznam, że mnie zaskoczyła – spodziewałam się, że będzie bardziej stonowana, że twórcy mimo wszystko wpadną w pułapkę pisania postaci kobiecej nieco bardziej sztywno. Nie jest tak jednak – ma błysk szaleństwa w oczach, dziki entuzjazm, ogromną energię i wyrazistą mimikę, którą przypomina mi Dziesiątego. Jest przy tym nieco poważniejsza, jakby dojrzalsza – wygląda na tę inkarnację Doktor, która będzie rozumieć świat na nieco głębszym poziomie. Widać echo Dwunastego. Widać echa wielu innych. Trzynasta nie kopiuje jednak żadnego z poprzedników, od samego początku ma swój własny styl. Bardzo dobre wejście!

Właściwie jedyne, co mi się nie podobało, to śmierć Grace. Ciemnoskóra kobieta w lodówce, serio? Ale macie jeszcze szansę, serialowa ekipo – z jakiegoś powodu tę aktorkę promowano jako część stałej obsady, a w tym serialu wszystko jest możliwe. Oddajcie Ryanowi babcię!

Clever Boy: Nie udało mi się obejrzeć odcinka premierowo, a uniknąłem spoilerów. Łał! Kiedyś to samo BBC spoilerowało wszystko na fanpage’u. Odcinek mi się bardzo podobał. Ciekawa praca kamery, dobry montaż, cały mroczny klimat odcinka – to było coś zupełnie innego, a jednocześnie dobrze nam znanego. Trzynasta Doktor mnie zachwyciła, od razu się do niej przekonałem. Pamiętam, że Capaldiego zaakceptowałem dopiero po drugim odcinku (Tennanta zresztą też), tutaj poszło szybko i sprawnie. Podoba mi się mimika Jodie, jest wprost cudowna. Już po klipie z odcinka bardzo mi się podobało, widzę, że Jodie jest tutaj coś jakby między Dziesiątym a Jedenastym wcieleniem w grze aktorskiej. Potwór odcinka był ciekawy – jak dobrze nic nie wiedzieć przed premierą! Skoro żadni starzy wrogowie nie powracają, to będziemy zaskakiwani co tydzień. Nie dało się nie zauważyć, że w odcinku śmierć poniosło wiele osób, trochę przypominało mi to czasy RTD, a czasem nawet Torchwood. Jestem ciekawy, jak to będzie wyglądać w kolejnych odcinkach. Szkoda, że nie było czołówki, choćby takiego szybkiego wlotu z nowym logiem.

No i przechodzimy do postaci. Żadna z nich nie zainteresowała mnie tak jak Grace. I bardzo zabolało mnie to, że się jej pozbyto tak szybko. Co prawda przewidziałem to, gdy nie posłuchała Doktor i zaczęła się wspinać, ale cały czas liczyłem, że nie zginie – w końcu była promowana jako postać powracająca w serialu. Liczę, że jeszcze ją zobaczymy, choćby we wspomnieniach. Bo kurczę, z całej czwórki była dla mnie najlepsza! Inni póki co się nie wykazali jakoś bardziej. Ryan może mieć ciekawy rozwój postaci, Graham też jest fajny, zapewne będzie musiał wykazywać się odwagą. Och, i zapomniałem o tworzeniu śrubokrętu! To była świetna scena. Nie jestem w stanie powiedzieć, który odcinek z nowych serii przedstawiających nowego Doktora był dla mnie najlepszy. Ale chyba bardziej podobała mi się Jedenasta godzina. Nowy klimat od razu do mnie trafił, oby tak dalej!

Ginny: Główne określenie, jakim mogę opisać ten odcinek, to: solidny. Był spokojny, ale na tyle dobrze zbudował napięcie, że nie było momentu, w którym nie czekałam na to, co stanie się później. O poszczególnych elementach opowiem jeszcze za chwilę, natomiast całościowo – nie wiem, czy mogę powiedzieć, że fabuła mnie porwała. Była raczej stosunkowo prosta, jakkolwiek zbudowana właśnie z solidnych elementów. Nie jest to Moffatowskie „szybko, zanim zrozumiemy, że to bez sensu!” i może to dobrze. Jakkolwiek lubię scenopisarstwo Moffata i może nawet czasem w trakcie tej nowej serii będę za nim tęsknić, to nie po to zmienia się głównego scenarzystę, by wszystko było nadal tak samo.

Czułam za to mocną więź z estetyką i atmosferą Torchwood. Tutaj na pewno budowały to poczucie spokojne tempo i fakt, że większość odcinka odbywała się w nocy. Ale też na pewno sporą rolę odegrało to, że ta historia jest mocno zakorzeniona na Ziemi. O ile wcześniej w Doctor Who nawet te ziemskie odcinki są jakoś oderwane od codziennego życia ludzi – choćby i w teorii były z nim mocno powiązane, jak np. dwuodcinkowa historia o Zygonach z serii 9 – o tyle tutaj to ukorzenienie jest bardzo mocne. Dokładnie tak jak w Torchwood. Zobaczymy, czy to poczucie będzie mi więc towarzyszyć także za tydzień, niemniej nie obrażę się, jeśli ze mną zostanie do końca serii.

Przechodząc do poszczególnych elementów, nowa Doktor jest przewspaniała. Jodie Whittaker ma w tej roli mnóstwo wspaniałej energii, jest w niej wiele starego jeszcze, a jednocześnie już czuję, że jest nowa – inna. Oczywiście pojawią się tu skojarzenia z Doktorem Petera Capaldiego jako jej bezpośredniego poprzednika. Widać w niej też tę tennantowską grę mimiką, jest też w niej coś z Pierwszego – a gdyby przyjrzeć się głębiej, może można by i znaleźć elementy innych Doktorów. Ale co zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie: Whittaker tak łączy te elementy, że nie czuję tu wcale, że to nowa Doktor, której te wcielenia wyglądają zza ramienia. A tak miałam i przy Tennancie, i Smicie, kiedy dopiero obu poznawałam. I choć to pewien urok tego serialu, to jednak cieszę się, że w Trzynastej Doktor tego dysonansu nie ma. Ta Doktor nie tyle jest bardziej poprzednimi wcieleniami siebie, co właśnie – tak jak mówi to w odcinku – istnieje pomiędzy tymi, którymi była, a którą będzie wkrótce.

Z takich pierwszych mocnych przebłysków, które są typowo jej, można uznać moment, gdy przeprasza towarzyszy za to, że spotykają ich złe, kosmiczne rzeczy. Jest w tym niewypowiedziane łopatologicznie, ale oczywiste poczucie odpowiedzialności za to, co spotyka ludzi wokół niej. To Doktor świadoma, że o ile ona się na tę całą szaloną jazdę pisze, o tyle jej nowi przyjaciele nie mogą wiedzieć, co ich czeka. I jak niedobre to, co ich spotka, może być. I może trochę kojarzy mi się to też z Ósmym Doktorem, ale chyba nie w aż tak jednoznaczny sposób, by odbierać tej wrażliwości elementu bycia czymś nowym. Myślę, że tu bardzo ładnie podsumowała to K., mówiąc o tym, że jest to po prostu Doktor, która jest już starsza, dojrzalsza. Jest też Trzynasta odrobinę despotyczna – jak to Doktor i pełna niecierpliwości, ekspresyjna. Widać to oczywiście w tym, że jeśli tylko nie jest nieprzytomna, to nieustannie jest w ruchu, ale też ładnie wybrzmiewa to w jej wypowiedziach, które często zamiast być pełnymi zdaniami, sprowadzają się do hasłowych wyjaśnień. Na pewno zrozumiałych dla tych z nas, którzy już ten serial znają, ale niekoniecznie zawsze jasne dla jej towarzyszy (to bywa zależne od tego, ile kontekstu dla danej informacji posiadają).

Szczególnie spodobało mi się też to, że to Doktor, która nie musi pamiętać, jak ma na imię, by być sobą. Jej imię stanowi tylko dodatkowy argument mający przekonać głównego złego odcinka, żeby przemyślał swoje poczynania, ale nie zmienia niczego w działaniach Doktor. Podoba mi się jednak scena, w której właśnie przypomina sobie, jak ma na imię. Jest w tym pewien triumf i poczucie, że teraz będzie dokładnie tak, jak powinno być. A zarazem to jak niewzruszony jest Zębatek, kiedy je słyszy, zgrabnie podkreśla jego bezwzględność. Niestety, nie może nic zdziałać przeciwko geniuszowi Doktor.

Po Doktor czas na nowych towarzyszy – czy też jej nowych przyjaciół. W tym odcinku mamy ich czwórkę, z czego troje tworzy faktyczną rodzinę, jak można było podejrzewać po wieściach docierających do fanów z różnych stron. Wiedzieliśmy też od początku, że w TARDIS znajdą się tylko Graham, Ryan i Yaz, ale cudnie było w tym odcinku mieć Grace. Ta dynamika większej grupy bardzo ładnie tu grała. Oczywiście jedni dostali więcej czasu, a inni mniej, ale na zbalansowanie tego przyjdzie czas w kolejnych odcinkach.

Sama Grace właściwie w swojej roli jest dość podobna do Doktor (co i reszta zauważa), więc trudno powiedzieć, żeby było dla niej miejsce w TARDIS. Trzeba było więc wymyślić powód, dla którego jednak na jej pokład by nie weszła, przy całym jej entuzjazmie dla pierwszej przygody w tej serii. Niemniej uważam, że można było to zrobić bez uśmiercania. Tym bardziej, że jej podobieństwo do Doktor – wyjątkowo – nie jest czymś negatywnym. Mnie osobiście podoba się sprowadzenie tej powracającej nieraz paraleli między Doktor a kolejnymi czy to antagonistami, czy towarzyszkami, do zwykłej kobiety – o której wiemy, że nie będzie towarzyszką – i skupienie się na tej stronie Władczyni Czasu, którą zwykle się tu pomija. Opiekuńczej, mądrej, ciepłej, goniącej za przygodą. I o ile zgadzam się, że nie potrzeba nam dwóch Doktor na pokładzie jednej TARDIS, o tyle Grace spokojnie mogłaby być powracającą postacią. I jakkolwiek same w sobie podobają mi się sceny po jej śmierci – to wyciszenie odcinka, pokazanie żałoby, na którą sama Doktor daje swoim nowym przyjaciołom miejsce i czas, jest bardzo prawdziwe – to jednak wciąż uważam, że to była zła decyzja.

Z pozostałej trójki najlepiej poznajemy Ryana. Od niego zresztą ten odcinek się zaczyna, to jego filmik, w którym opowiada o wspaniałej kobiecie, którą miał okazję poznać, otwiera tę przygodę. Dowiadujemy się więc i o jego chorobie, pracy, której nie lubi i ojcu, którego nie ma nawet na pogrzebie własnej matki. Ale póki co to wciąż zalążki tego, kim jego postać jest i kim może się stać. Widać tu, że jest spokojniejszy niż Yaz, która jednak, mimo pragnienia czegoś więcej, jakiejś przygody, też nie jest raczej wielką ekstrawertyczką. Na tym tle Graham wypada trochę marudnie, bardziej nakłaniany do działania niż sam do niego skłonny. Ale też nie potrzebuje tej zachęty bardzo dużo. Interesuje mnie tu, jak będzie rozwijać się jego napięta, ale nie wroga, relacja z Ryanem, który jest wnukiem jego – obecnie zmarłej – żony. O ile bowiem Yaz i Ryan raczej się po prostu dogadują (ale też na dopiero co na nowo poznali i tu wszystko stanie się przed naszymi oczami), a o relacji Yaz i Grahama w ogóle jeszcze trudno cokolwiek powiedzieć, o tyle w przypadku Ryana i Grahama już mamy zarysowaną kilkuletnią relację.

Wracając do głównej osi fabularnej, w całej jej prostocie podoba mi się pomysł na nią i to, jak domysły Doktor, które przecież są prawdopodobne, okazują się całkowicie błędne. Nie ma tu żadnych armii, tylko polowanie na niczego nieświadomych ludzi, których obcy nie ma(ją) za nic godnego uwagi. To okrutnie, przyziemnie paskudne. I bardzo, bardzo ludzkie. Cudne jest z kolei to, jak Doktor wytyka Zębatkowi, że ten oszukuje – i właściwie, choć o tym nie pomyślała, mogłaby donieść po prostu jego ludziom. Może zresztą szkoda, że nie rozprawia się z całym procederem, bo o ile zrozumiałam, to i inni pobratymcy Zębatka pojawiają się na Ziemi, by polować co jakiś czas w ten sposób, celem ustalenia kolejności gryzienia na swojej własnej planecie. Tymczasem rozwiązanie, które otrzymaliśmy, po przemyśleniu, wydaje się być tylko doraźne. A że w tej serii nie ma być łączących całość łuków fabularnych, to i nie ma co oczekiwać, że ten wątek jeszcze wróci i zostanie w ten sposób domknięty.

Natomiast sama motywacja Zębatka, który nie chce podbijać naszego świata, a jedynie zdobyć władzę w swoim, jest bardzo dobrze napisana. Nie ma tu kosmicznej megalomanii. Jest tylko zwykła planetarna megalomania i brak poszanowania dla życia innych – których można traktować jak trofea zdobywane po drodze do władzy, nieistotne nawet na tyle, by je zabić. W tym wątku cieszy mnie jednak, że Carl przeżywa. To taki typowy „pasażer numer trzy”, który wszędzie indziej byłby pierwszym do bezsensownego zabicia, tu zaś okazuje się głównym celem złego odcinka. I przeżywa. Choć nie jest bardzo dobrym człowiekiem ani materiałem na bohatera. Jest po prostu zwyczajny, a w obliczu nieznanego pragnie wrócić do domu i zapomnieć o wszystkim. To ta postać, która może stanowić część tła opowieści, ale nie zostanie postawiona w jej centrum. Chyba że znajdzie się w odcinku Doctor Who z ery Chrisa Chibnalla – a wtedy wyjdzie to bardzo dobrze.

Na koniec odcinka Doktor w końcu zaczyna szukać swojej TARDIS – w genialnie pokręconym miszmaszu technologii, łyżek i mikrofalówek. I przecież nikt z nas przed ekranami nie wierzył, że odleci sama <3 <3 I tak, ten śrubokręt szwajcarski scyzoryk soniczny bez scyzoryka zrobiony z łyżek to jest przejaw prawdziwego geniuszu <3

Nowa seria to także nowy kompozytor – Segun Akinola. W Kobiecie, która spadła na Ziemię słyszymy jego kompozycje po raz pierwszy. W większości stanowią niewidoczną ilustrację dźwiękową, ale kiedy się w nie wsłuchać albo kiedy wychodzą trochę bardziej do przodu, zachwycają swoją obcością i tym, jak odmienny, niesamowity (torchwoodowski) klimat budują.

Chibnall zrezygnował także z kiczu, który nawet u Moffata się pojawiał, choć w mniejszym stopniu niż u Russella T Daviesa. Dizajn tej serii jest wyraźnie bardzo współczesny, a zarazem obcy, na granicy przyjemności obcowania z nim. Tak jak w przypadku transportera Zębatka czy jego zbroi – jest w nich coś jakby wyjętego z obrazów Beksińskiego. Razem zaś tworzy to intrygujący i wciągający świat, do którego po skończonym seansie od razu chciałam wrócić.


Tyle naszych wrażeń. A co wam najbardziej podobało się w Kobiecie, która spadła na Ziemię („The Woman Who Fell to Earth”)? Podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach pod wpisem lub w grupie Pod Kopułą Gallifrey.pl!

Daj na ciastko!