Oto wrażenia redakcji z seansu szóstego odcinka dziewiątej serii, Kobieta, która przeżyła („The Woman Who Lived”). Uwaga na spoilery!

Castigator: I oto wpisuję się jako pierwszy. Kolejny raz muszę zacząć od zachwytów nad Maisie William, bo to zdecydowanie ona ukradła cały odcinek. Już w pierwszej części historii mnie zaintrygowała, zagrała swoją postać świetnie, dojrzale, jednak to, co zobaczyliśmy wczoraj, było totalnym przebiciem moich marzeń i oczekiwań. Zagrała dojrzałą, doświadczoną przez życie, już nieco znudzoną kobietę w młodym, niestarzejącym się ciele. Z ogromem cierpienia, wątpliwości, ale i pożądania przygód. Pokazała to, co wcześniej widzieliśmy szczególnie u Matta Smitha i Davida Tennanta, ale również u innych aktorów wcielających się w Doktora – niezwykłą umiejętność zagrania postaci bardzo starej, doświadczonej, choć wciąż w młodym (nastoletnim jeszcze!) ciele. To pokazuje najwyższy kunszt aktorski tej dziewczyny. A właśnie teraz przyszła mi demoniczna myśl, że wskutek Moffatowego timey-wimey mogłaby zostać następnym wcieleniem Władcy Czasu za kilka lat. I co równie przerażające, nie mam nic przeciwko, a nawet wyobrażam sobie to. Tylko czy byłaby lepszym Mistrzem, czy jednak Doktorem…

womanwholived-2015-10-25-2Ten odcinek pokazał także, że nie można ufać temu, co widzimy w trailerach. Przed rozpoczęciem serii pokazano nam scenę, w której Doktor z zaskoczeniem poznaje kogoś w postaci granej przez Maisie Williams, co ruszyło falę spekulacji o powrocie Mistrza w nowej postaci, River czy nie wiadomo kogo jeszcze. I jak się okazało, znowu zostaliśmy nabrani. Szkoda, że wciąż dajemy się nabierać. A ostatecznie – to dobrze, że to była Ashildr, a nie River czy Mistrz. Choć obiema tymi postaciami mogłaby być.

Wątek historyczny tej historii mnie urzekł. Jak w pierwszej części mieliśmy wikingów pokazanych w zupełnie inny niż powszechnie przyjęty (i cudowny!) sposób, tak tym razem mieliśmy raczej dość typowy, ale za to dobrze odwzorowany wycinek epoki, który jednak nie był dominantą całego odcinka, co wyszło bardzo zgrabnie. Widzimy więc powszechny w tamtym czasie proceder napaści rabunkowych, ale również absolutnie genialny strój Maisie Williams, przez który można było zapomnieć o jej wieku. Lecz dla mnie kwintesencją są końcowe sceny. Pokazują one, czym dla ludzi średniowiecza (czyli epoki przez internetem) były publiczne egzekucje. Nieważne kto, nieważne nawet do końca dlaczego, ważne, żeby zginął. Niech się gawiedź cieszy. I bardzo, bardzo dobrze, że takie sceny też się tu znajdują, bo jest to pewne nawiązanie do początkowej misji edukacyjnej serialu.

Odcinek bez Clary. Jedni się cieszą, inni lamentują. Osobiście nie żywię do Clary żadnych szczególnych uczuć – ani nie jestem jej wielkim fanem, ani nie żądam jej natychmiastowego odejścia. A sam odcinek bez niej oglądało mi się dobrze. womanwholived-2015-10-25-11I w sumie nie wyobrażam sobie jej pojawienia się tutaj. To był czas dla Maisie, czas na jej ekspozycję, jej problemy, jej kompleksowe przedstawienie. Clara by to zasłaniała, zajmowała ten czas. I bardzo dobrze, że zdecydowano się na taki manewr, że jej nie ma. W tym jednym odcinku główną bohaterką, główną towarzyszką była Ashildr i dobrze, że tak się stało. Co prawda zastanawia mnie fakt, czy wynikało to właśnie z takiej kalkulacji, żeby dać jej czas, czy po prostu sprawdzano reakcję publiczności na odcinek bez Clary. Bez względu na to, jaka jest prawda, dobrze się stało. Co więcej, mam szczerą nadzieję, że Maisie albo dostanie własny spin-off, albo może będzie kimś w stylu River – postacią pojawiającą się w różnych momentach życia Doktora, ale tym razem nie darzącą go wielką miłością, ale właśnie próbującą bronić świata przed nim, zgodnie ze swoim końcowym przyrzeczeniem.

Na koniec kilka drobnych pochwał. Poniżej pewnie znajdzie się trochę pisków na Jacka Harknessa, więc ja tylko wspomnę – fajnie, że go przypomniano. Tym bardziej, że sytuacja była do tego wręcz idealna. A jest jedną z takich postaci, które moim zdaniem powinny wrócić. Mam nadzieję, że to mały zwiastun jego powrotu. Po drugie muzyka. Tajemnicza, nastrojowa, którą się zauważa, ale nie przeszkadza w odbiorze. Co prawda irytująco przypominała mi jeden z motywów z serii Gwiezdne wojny i momentami czekałem na rycerzy z mieczami świetlnymi, ale dało się przeżyć. I ostatecznie wychodzi, że tylko chwalę ten odcinek, ale coś w tym jest. Druga część historii była spokojna, raczej przegadana, działo się w sumie niewiele, obcych też było niewiele, jednak okazuje się, że w ten sposób da się zbudować świetny odcinek Doktora Who. I oby więcej takich.

Ocena całej historii: 9,5/10

Ginny: To był po prostu solidny odcinek, który przyjemnie było oglądać. Bez wielkich fajerwerków fabularnych, ale wyraźnie nastawiony na pewną głębszą refleksję. Chyba najbardziej z dotychczasowych odcinków, choć muszę przyznać, że w moim odczuciu póki co cała womanwholived-2015-10-25-5ta seria mocno skupia się na tej wewnętrznej stronie przygód – co mnie się bardzo podoba. Główną fabułą jest właściwie nie zdobycie Oka Hadesa, ale spotkanie Doktora i Ashildr. Czy raczej lady Ja. To bardziej swoisty ciąg dalszy Dziewczyny, która zginęła („The Girl Who Died”), pokazanie, co było dalej po tym, jak Doktor odszedł – bardziej pozwolenie mu na powrót, jakiego zwykle się nie doczekamy, a jeśli już, to po wielu odcinkach, jeśli nie seriach, niż osobna opowieść, osobna przygoda. Z jednej strony trochę szkoda, że tak mocno obcięto wątek Pana Lwa, zwłaszcza scena z otwarciem portalu do innego świata była w moim odczuciu zdecydowanie za krótka, za szybko przeskoczono tu od „zabijmy skazańca” do „och, nie, co ja zrobiłam, wszyscy zginiemy”, „Doktorze, przejmuję się!” i „wiem jak ich pokonać”. Z drugiej jednak taka, a nie inna jego konstrukcja całkiem mi odpowiada, ponieważ pozwala skupić się na tych bardziej filozoficznych kwestiach.

Więc jest to opowieść o konsekwencjach, o dziewczynie, której serce zardzewiało, jak mówi Doktor, która jest samotna tak jak on. Ten eskapizm Ja, potrzeba ucieczki od ludzi, od Ziemi, od siebie samej – bo czym innym jest przybranie takiego, a nie innego imienia, imienia, które jest nie imieniem, a tylko najprostszym opisem odzierającym z wszystkiego, czym Ja mogłaby być – jej eskapizm stanowi naprawdę silną oś odcinka. To imię zarazem więzi ją i wyzwala. Pozwala być kimkolwiek tylko Ja zechce, pozwala przyjąć każdą maskę. Ponieważ Ja to pustka, która kryje się pod maską – Ja jest nikim, nie ma uczuć, nie ma* cech charakteru, nie ma nikogo bliskiego i w ten sposób, sprawiając, że będąc Ja, nie może być nikim, jest więzieniem. By się wyzwolić, Ja przyjmuje kolejne imiona, przydomki – Zmorycerza, jak wszystkie inne, które przyjęła i odrzuciła i te, które jeszcze przyjmie i odrzuci, gdy przestaną być przydatne. Lecz to kolejne nie w pełni działające maski. Maski, które także ją więżą. Pod maską Zmorycerza jest niepokonanym zbójcą, za którego głowę wyznaczono wysoką nagrodę. Pod maską rycerza z bitwy pod Azincourt była jednym z wielu rycerzy. Pod maską Ja staje się nikim. Ponieważ, tak jak mówi Doktor, Ja także jest maską. Maską, która nie pasuje idealnie, ponieważ Ashildr nie potrafi zupełnie przestać przejmować się losem innych. Zarazem ta maska pasuje na tyle dobrze, że Ja musi przypominać sobie, kim była wcześniej, musi spisywać dzienniki, by nie zapomnieć całkowicie. Ja jest i myślę, że pozostanie na zawsze częścią hybrydy, womanwholived-2015-10-25-9w jaką Doktor przemienił Ashildr, ponieważ ta maska narosła wokół niej samoistnie. I zawsze będzie próbowała pochłonąć tę część, która jest Ashildr – ale nadanie jej przez Doktora nowego celu zapewne mocno spowolni ten proces. Niemniej to także interesujący kontrast z Doktorem, który ma swoje maski. On jednak ma też system immunologiczny zapobiegający narośnięciu wokół niego tej jednej maski, która odbiera wszelkie uczucia. Poza jętkami, poza pamięcią (choć przecież też nie idealną) odpowiednią dla Władcy Czasu, ma swoje regeneracje, które sprawiają, że co jakiś czas odradza się jako ktoś zupełnie inny, podczas gdy Ja-Ashildr wciąż pozostaje sobą samą.

Może myślicie, że to właściwie nieistotne, ale zwróćcie uwagę, jak raz po raz powraca w tym odcinku wątek imion,  przydomków i masek. Jak ważne jest imię-przydomek Doktora, w tym odcinku faktycznie** leczącego Ja. Jak Zmorycerz i Sam Prędki przerzucają się coraz to nowymi złośliwymi przezwiskami. Jak Doktor raz po raz nazywa Ja Ashildar i jak Ja protestuje, jak na początku nawet nie pamięta tego imienia. Jak głęboko Ja zakorzeniła się w tej kobiecie. Zresztą ciekawie kontrastuje z tą odartą z wszystkiego Ja Sam Prędki Swift, którego przydomek, jak słusznie wytyka Doktor, nie jest zbyt pomysłowy. Jest bardzo prosty i właściwie stanowi powtórzenie jego nazwiska (Swift znaczy tyle co szybki) – dostajemy tu więc pewną charakterystykę już na samym początku i w jej świetle zastanawia mnie, jak ze swoją nieśmiertelnością poradzi sobie właśnie Sam. Tak, jego też interesująco byłoby jeszcze zobaczyć. Niemniej to symptomatyczne, że spośród tej trójki najprzyziemniejszy i najprostszy (mogący się łączyć jedynie z prostymi podtekstami) przydomek ma właśnie ten najmocniej ceniący sobie życie, najbardziej ludzki Sam Swift.

To zresztą bardzo baśniowe posunięcie z tymi znaczącymi imionami i pasujące do reszty odcinka i ładnie wpisującego go w inne serie ery New Who. Poczynając od naszego kociego antagonisty, który został przesunięty w tło i właściwie niewielką miał rolę do odegrania***, poprzez szeroką wiedzę Ja o Doktorze, przypominającą nam o baśniowej erze Jedenastego Doktora i o tym, że Doktor przybywa i odchodzi, a po nim pozostają opowieści. Aż po refleksję o ludziach, którzy są jak jętki, i ich ulotnym życiu, które pozwala nieśmiertelnym – Doktorowi, Ashildr, Jackowi – pamiętać o tym, jak intensywne potrafi być życie, jak wielką ma wartość, jak mocno można się go czepiać pomimo wszystkich przeciwności. Tu muszę zwrócić szczególna uwagę na to spojrzenie Doktora na Clarę, kiedy ta mówi, że nigdzie się nie wybiera. Ale Doktor wie, że jest tylko jętką i wie, podobnie jak wiedziała Ja, wie o wiele lepiej niż Ja, ile tych jętek w jego życiu już było. I my oglądając także wiemy i każdemu z nas przypominają się imiona i twarze. womanwholived-2015-10-25-12Te z New Who, te z klasyków, ze słuchowisk, komiksów, powieści. Wszyscy jesteśmy jętkami, a Doktor, Ashildr, Jack to elfy, które może wyglądają tak jak my, ale nie są tacy jak my. Choć bardzo chcieliby być.

Kto więc chciał podróżować z Doktorem? Ja czy Ashildr? Kto chciał znów coś poczuć, znów czymś się zachwycić, wyrwać ze swojego uwięzienia? To, że Doktor nie chce z nią podróżować, zostało nam wyjaśnione i jest to wyjaśnienie dobre, być może bolesne, ale Ashildr… czy kimkolwiek jest ta osoba, która pozostała po Ja, przyjmuje je ze zrozumieniem, gdy w końcu Doktor porządnie jej tłumaczy, że oboje nie potrzebują siebie, nie potrzebują innego samotnika, że są w swoim podobieństwie zbyt różni. Niemniej Doktor podróżował z innymi Władcami Czasu – choćby tylko z samą Romaną. Więc też nie całkiem, nie tylko o tę długowieczność chodzi. Pamiętacie jednak, jak zareagował na ożywionego przez Rose Jacka? I jak zareagowała TARDIS pod koniec trzeciej serii, gdy Jack do niej przybiegł. Przeskoczyła literalnie na sam koniec świata, więc i z nieśmiertelnej Ashildr nie byłaby raczej zadowolona, nawet jeśli potem jednak Doktorowi zdarzyło się podróżować z kapitanem Harknessem. Ale tak, najbardziej chodzi chyba o to odmienne doświadczenie zanurzonego w kołowym czasie Władcy Czasu i zanurzonej w czasie linearnym nieśmiertelnej Ashildr.

Fajny jest też wątek z Ashildr porządkującą bałagan, jaki pozostawia po sobie Doktor. W trakcie seansu mnie automatycznie skojarzyło się to z Torchwood. Wiadomo, nie te czasy jeszcze przez jakieś dwieście lat, niemniej dla mnie to będzie zawsze preTorchwood: Ashildr. xD Potem przez chwilę nawet miałam ideę, że to Ashildr stanie się Torchwood 2, ale po sprawdzeniu na Tardis Data Core okazało się, że jednak fakty nie pasują do mojej teorii. Niemniej myślę, że szkoda byłoby nie wykorzystać konceptu z Ashildr pracującą w pewnym momencie dla Instytutu. Tym bardziej, że samo wspomnienie o Jacku było naprawdę dobrze wprowadzone, robiąc mi ogromną nadzieję na spotkanie tej dwójki kiedyś w przyszłości. A to mogłoby bardzo łatwo doprowadzić do sytuacji, w której oboje dochodzą do wniosku, że właściwie zajmują się tym samym. No, prawie tym samym. Ostatecznie tak jak Ashildr chce chronić świat przed Doktorem (jak było z oryginalnym Torchwood), tak Jack w Torchwood 3 chronił świat dla Doktora.

Dodatkowo był to odcinek praktycznie bez Clary, co mnie się podobało nie tylko dlatego, że – jak pisałam tydzień temu – nie lubię panny Oswald, ale też dlatego, że tym mocniej wpisuje tę serię w pewien koncept wiążący się z erą RTD. Otóż za czasów Daviesa przez pokład TARDIS przewijało się sporo osób. Najwięcej bodaj w pierwszej i drugiej serii, gdzie oprócz obecnej w każdym odcinku Rose mieliśmy Jacka, Adama, Mickeya, nawet Jackie. W jednym z odcinków ważną rolę odegrała Sarah Jane Smith, ale i później TARDIS nie była zamknięta dla nikogo, kto nie jest aktualnym towarzyszem. Dostaliśmy więc odcinek z Donną i Marthą czy piękny finał czwartej serii. Wreszcie w serii trzeciej mieliśmy odcinek z Sally womanwholived-2015-10-25-3Sparrow. Tymczasem w dotychczasowych seriach Moffata pokład TARDIS stał się swoistą sferą sacrum – gdzie wstęp mieli tylko Doktor, Amy, Rory i Clara. Co, w ósmej serii, bez Pondów i w połączeniu z dość oschłym Dwunastym, stało się dla mnie jednak zbyt ciężke. W tej ósmej serii odrobinę przełamała to postać Courtney, niemniej miałam tu jednak spore poczucie niedosytu. Seria dziewiąta wyraźnie jednak tę tendencję przełamuje, najpierw rozdzielając Doktora i Clarę w pierwszych dwóch odcinkach, potem w odcinku czwartym Doktor podróżuje z Bennetem i O’Donnell, teraz dostaliśmy odcinek, w którym Clara pojawia się tylko na samym końcu już poza właściwą opowieścią, wiemy też, że w odcinku jedenastym (?) zobaczymy tylko i wyłącznie Doktora, co łącznie tworzy takie poczucie większej otwartości naszego Władcy Czasu na innych, jakie ja osobiście bardzo lubię. I co po serii „Clary Who” odpowiada mi tym mocniej, im mocniej buduje we mnie poczucie ciągłości pomiędzy seriami Moffata i Russella T Daviesa.

Kończąc, muszę dodać, że mimo wszystko Maisie grała jednak chyba trochę słabiej niż w poprzednim odcinku (gdzie zagrała naprawdę wyśmienicie), niemniej wciąż całkiem podobał mi się jej występ. Tak, zdecydowanie była bardzo dobra, tylko chyba tutaj miała do zagrania mniej ciekawą? sympatyczną? postać, w związku z czym ostatecznie wolę ją w Dziewczynie, która zginęła. Doktor pobrzdękujący na gitarze: o tak. Soniczne okulary jako opaska… mogą być. Kuriozometr zdecydowanie trafia do mojego cyklu o artefaktach, który kiedyś w końcu pociągnę dalej.

Ach, i jeszcze, skoro jesteśmy po połowie serii, to mogę chyba już spokojnie dodać, że fajne jest to, że jakkolwiek ja tu wam wyszukuję pewne rzeczy, które mogą w moim odczuciu powrócić w finale, i jakkolwiek takie drobne powiązania tu i tam się pojawiają (np. fale pływowe), to nie mam takiego poczucia wielkiego, przytłaczającego metawątku ukrytego za tym wszystkim, co się dzieje, tak jak to było z serią ósmą i z Missy, czy np. z serią szóstą i Ciszą. Wiem, że on gdzieś tam jest – bo tak działa Doctor Who – niemniej przyjemnie się ogląda te odcinki bez poczucia, że ojej, ojej, tu nam bardzo wyraźnie Moffat coś moffaci specjalnie pod finał. Ach, i Castigatorze, no prosimy, jakie piski. Umiemy jednak przeżywać takie cudowne nawiązania z godnością.

* Metaforycznie ujmując.
** Dla określonej wartości słowa faktyczne.
*** Choć tu podobnie jak z Królem Rybakiem mam dziwne wrażenie, że jeszcze go zobaczymy w tej serii (jakkolwiek niby został zabity przez swoich pobratymców, ale kto wie, jak to było z nim naprawdę). Że powrócą w finale, razem z powrotną falą, która zatopi Doktora.

Moja ocena: 8,9/10

womanwholived-2015-10-25-10Lierre: Odcinek znowu mi się bardzo podobał, fajna nowa tendencja. ;) Kameralny, bardzo ciemny, ale nie ponury, przesiąknięty poczuciem rezygnacji, skupiony mocno na jednym temacie. Lwokształtnego potwora mogłoby nie być, nie odgrywał praktycznie żadnej roli, była tylko Ashildr – czy raczej lady Ja. Jak wiele trzeba wycierpieć, żeby zrezygnować nawet z imienia? To nie pierwsza postać, którą Doktor w jakiś sposób skazał na wieczność. Był Jack Harkness, u którego widać było podobny dramatyzm, był Rory, który siedział dwa tysiące lat przy Pandorice. Jack miał jednak jakiś cel – i teleporter Agentów Czasu – a Rory poczucie misji i perspektywę, że jego czekanie kiedyś się skończy. Ashildr, aż do końca odcinka, nie ma nic takiego, a nawet misja, którą przyjmuje na końcu, wydaje się trochę na siłę. Miałam wrażenie, że to kolejna maska, próba wmówienia sobie, że jej siedzenie na Ziemi i obserwowanie mijających stuleci ma jakiś sens.

Przede wszystkim widziałam w Kobiecie, która przeżyła zapowiedzi losu Clary – ciekawe, czy znowu nas wodzą za nos, czy próbują oswoić z myślą o odejściu towarzyszki. Ashildr nie chce mieć więcej dzieci; nie chce się z nikim związać ani do nikogo przywiązać, bo każdy człowiek przeminie w mgnieniu oka, a ona znowu zostanie sama. Brzmi znajomo? Ashildr wprost mówi: Clara umrze przy tobie, Doktorze. I chyba wszyscy też tego się spodziewamy – że Clara po prostu umrze. W jakiś zwyczajny sposób. W wyniku choroby albo wypadku. Doktor nie ma amuleciku, którym będzie mógł ją wskrzesić. A może właśnie będzie miał, tylko go nie użyje? Widzi, jak to bardzo niszczy psychikę, czy skazałby Clarę, samolubnie, na taki los? Ten wątek nieśmiertelności pojawił się w tej serii w jakimś celu. Clara już powiedziała, że nigdzie się nie wybiera – bardziej jasnej zapowiedzi, że jednak się będzie musiała gdzieś wybrać, chyba nie ma.

Ashildr ma amulecik dający człowiekowi nieśmiertelność, ale nie chce z niego skorzystać – nikt nie jest godny, nikogo też nie chce skazywać na taki los. Taka osoba musiałaby być jej bardzo bliska, a komuś bliskiemu nie robi się czegoś takiego. Problem. Sam Swift jest tu w miarę sensownym rozwiązaniem, choć chyba wolałabym, żeby womanwholived-2015-10-25-6Ashildr zachowała ten malutki mechanizm (nie umiem nazwać tej rzeczy, wybaczcie) i wędrowała z nim zawsze, choćby z tą ułudą, że kiedyś znajdzie się odpowiednia osoba i odpowiedni moment. Teraz pozostaje jej tylko wypatrywanie Jacka, ale jeszcze trochę sobie będzie musiała poczekać. ;) Zresztą to zupełnie nie jej styl.

Spodobał mi się motyw pamięci. Tego, że lady Ja nie pamięta wszystkich swoich przygód – osiemset lat przeżytych linearnie, dzień za dniem… (Ciekawe, czy Doktor wszystko pamięta). Trudno to sobie wyobrazić, dlatego dostaliśmy bibliotekę pełną jej dzienników. Gdy Doktor je przeglądał, pomyślałam, że Ashildr byłaby świetną bohaterką książkowego spin-offu. Serii powieści, w których przemierza brytyjską historię. Te książki już są, ktoś tylko powinien je wydać. ;) Czytałabym.

Obok całego tego solidnie zbudowanego dramatyzmu były elementy humorystyczne, które były tak rozbrajająco słabe, że aż przeurocze. Sam Swift przypominał bardzo Robina Hooda… i Richarda Mace’a, bohatera historii The Visitation, która zresztą wspomniana jest w tym odcinku – to tam właśnie mamy opowieść o Terileptilach i podpaleniu Londynu. Na stronie są do niej polskie napisy, zachęcam, bo jest całkiem fajna.

Na koniec kilka pytań: dlaczego Ashildr pilnuje Clary? Czy to już ten moment, kiedy Clara wlicza się do kategorii „ci, których Doktor zostawił”? Dlaczego w tym odcinku nie było Clary – dlaczego nie miała okazji, by zobaczyć skutki działania amuletu, te, na które nie wpadła po pierwszym spotkaniu z Ashildr? I skąd Ashildr wie tyle o Doktorze? Z kim się spotkała, czy to kolejna postać, która mimochodem splotła się ze starszymi przygodami Doktora? Robi się tłoczno… ale to by wyjaśniało, dlaczego pamięta Clarę…

O rany, nic już nie wiem. Ale jestem pod wielkim wrażeniem Maisie Williams, która w poprzednim odcinku potrafiła zagrać dziecko, a w tym osiemsetletnią kobietę i w obu tych wersjach jest przekonująca.

Moja ocena: 8,5/10

*

Średnia ocena redakcji: 8,9/10


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.


  • M.

    Też bym chciał, żeby postać Maisie działała na zasadzie River – po jej odejściu brakuje mi takiego znajomego pojawiającego się raz na jakiś czas, Doctor + jeden towarzysz to zdecydowanie za mało jak dla mnie po Pondach i ich córce. Sama postać Ashildr jest dla mnie bardzo ciekawa i też mam wiele pytań dotyczących między innymi tego, skąd tak dobrze zna Doctora i czekam na jakies wielkie zaskoczenie. Super, że w tym sezonie chyba w każdym odcinku pojawiają się wspomnienia starych bohaterów – zmiany i odchodzenie postaci to według mnie część tego serialu, ale ogromnie się cieszę, że tak całkowicie o nich nie zapomniają, kiedyś byli przecież częścią życia Doctora. Ponowne pojawienie się kapitana Jacka przywitałbym z wielką radością. To, że odcinek odbył się (prawie całkiem) bez Clary bardzo dobrze podkreślało to, o czym mówiła Lady Ja na temat ludzkiego życia i przygotowuje Doctora i widzów do odejścia towarzyszki, z którą mamy do czynienia już długi czas.

    Ogólnie ten sezon faktycznie „mocno skupia się na tej wewnętrznej stronie przygód”, co na początku wydawało mi się nudne i zupełnie nie Doctorowe, ale teraz coraz bardziej się do tego przekonuje. Serial lecący ponad 50 lat może sobie pozwolić na pokazanie czegoś innego. A nawet musi.

  • Patryk Rajewski

    Rola Maisie Williams jako Ashildr jest super (zobaczymy ją jeszcze w odcinku 10 –

    Face the Raven).
    Jednak z tego co ja zauważyłem, to ten odcinek bardziej skupia się na tym co Doktor pozostawia po sobie, ten odcinek jest do większych przemyśleń. Doktor przychodzi, odchodzi i nie patrzy wstecz co „narobił”.
    Przykłady –
    9 Doktor – Christopher Eccleston -zabiera Rose w przyszłość i wraca dopiero po roku, mimo że miało minąć tylko 12 godzin.
    10 Doktor – David Tennant – Rose zakochała się w nim całkowicie, zostawił ją w innej czasoprzestrzeni – dopiero w sezonie 4 odcinek 13 (New Who) stara się to naprawić zostawiając swojego ‚Klona’
    11 Doktor – Matt Smith – wystarczy pierwszy odcinek z Karen Gillan, zostawia ją w dzieciństwie i obiecuję że wróci za 5 minut, wraca po 12 latach.
    12 Doktor – Peter Capaldi – Doktor przyjmuję twarz Lobus Caecilius – pyta się sam siebie
    “Why this one? Why did I choose this face? It’s like I’m trying to tell
    myself something. Like I’m trying to make a point. But what is so
    important that I can’t just tell myself what I’m thinking?”- i dopiero w tym odcinku (S09E06 – The Woman Who Lived – New Who) dostajemy odpowiedz “To remind me. To hold me to the mark. I’m the Doctor – and I save people!”.

    Jednak Doktor nie jest taki wspaniały, nie pamięta swoich błędów – przeszedł w końcu regeneracje, więc Maisie/Ashildr przypomina mu:

    Doktor – Oh, Ashildr, daughter of Einarr… what happened to you?
    Ashildr – You did, Doctor. You happened…….
    …. Abandoned by the one man who should know what eternity feels like.Who should understand….

    i tu właśnie rodzą się przemyślenia w tym odcinku, co Doktor pozostawia za sobą?

    Dać nieśmiertelność Ashildr i niech czeka 800 lat aż Doktor powróci? Pokazać Rose Wszechświat, a zarazem pozostawić pustkę, do wspomnianego odcinka (s04E13 – Journey’s End – New Who)? Donna, która tyle przeżyła, a jednak odebrał jej wspomnienia bo by zginęła gdyby sobie o nich przypomniała. Martha, której rodzina była więziona rok przez Mistrza. Amy i Rory – Amy która była wyśmiewana z ‚urojonego’ przyjaciela i Rory który czekał 2000 lat przy Pandorice. Clara – Niemożliwa Dziewczyna – która straciła swojego narzeczonego. A także Jack – pozostawiony na Ziemi przez ponad sto lat.

    Co Doktor pozostawia za sobą?

  • Fingoth

    Całe ten sezon to wskazówki, że Clara umrze, tak przynajmniej to odczytuję. Na usta ciśnie się pytanie, co z Orsonem Pinkiem, który jest krewnym Clary, a z odcinka „Listen” wynika, że Clara jest jego prapra babcią. Jestem cieakwy, w jaki sposób zostanie to rozwiązane.

  • Kati

    Nie zdążyłam dopisać się do naszych wrażeń, ale chciałaby dodać, że okropnie okropnie podoba mi się Capaldi w tym odcinku (okej, jak w całej serii, ale tu szczególnie). Widać, że choć jego Doktor potrafi być i oschły, i nieprzyjemny, i zabawny, i potrafi być bardzo cool (borze sosnowy, ta gitara), ale najciekawiej wychodzi w takich momentach bardzo kameralnych, w konfrontacji z przyjaciółmi, czy z samym sobą, W momencie, gdy Clara mówi, że nigdzie się nie wybiera, byłam autentycznie wzruszona, właśnie przez reakcję Dwunastego. I też spodziewam się śmierci tej towarzyszki, ale tym bardziej bym się ucieszyła, gdyby wydarzyło się COŚ innego. A moja ocena obu odcinków to 9/10 (pierwszy miał dodatkowym punkt za Dziesiątego i Donnę, tutaj umocniony przez wspomnienie Jacka).

  • Egzorcysta Nasu

    Ale ja mam jedno pytanie co z „sklonowaną” córką Doctora? Pojawiła się jeszcze w jakiś odcinkach czy porusza ten temat skoro też posiadała zdolność regeneracji?

    • Pawello1200

      Jeśli chodzi o to blondi coś z 4 sezonu to po prostu lepiej o niej zapomnieć. Tamten odcinek to jedna z czarnych owiec DW, najgorzej napisany (i jeden z najgorzej zrealizowanych z resztą) odcinek wg mnie. Najprostszą opcją byłoby wyrzucenie tamtych wydarzeń z kanonu, ale no cóż… wydarzyło się i najlepiej puścić to w niepamięć. ;)

    • Patryk Rajewski

      Wystąpiła tylko w odcinku The Doctor’s Daughter (S04E06 – New Who) i w 9 sezonie na pewno nie pojawi się.
      Jest to odcinek z okresu kiedy RTD (Russell T Davies) zajmował się DW, Dodatkowo, ten odcinek, bardziej stworzyli scenarzysta: Stephen Greenhorn, reżyser: Alice Troughton i producent: Phil Collinson i po tym jak RTD odszedł z DW to już nikt nie współpracował z Moffat, więc wątpię by temat i postać Jenny porócił.

    • Szymon Konarski

      Skończyło się na tym, że blondi została żoną Davida Tennata ;)

  • Pawello1200

    Odcinek wg mnie lepszy od poprzedniego, sceny dialogowe to majstersztyk! :) Natomiast rozwiązanie całej intrygi (akcja z portalem i jego zamknięciem) to jakaś kpina, jakby scenarzysta zorientował się, że zostało tylko kilka minut odcinka na poskładanie tego do kupy. Wkurzał mnie także dosyć chaotyczny montaż. Ale da się wybaczyć, bowiem nadrabiają tu przede wszystkim ciekawe i świetnie zagrane postacie. :)