Redakcyjne wrażenia – „Kerblam!”

Tradycyjnie spisaliśmy pierwsze wrażenia po oglądaniu nowego odcinka – tym razem za nami jest Kerblam!


Ewa: Kerblam! to bardzo dobry odcinek. Dynamiczny, świetnie nakręcony, bez zbędnych scen, z genialnymi postaciami drugoplanowymi, skrzący dobrymi dialogami, a na dodatek (w końcu!) nawiązujący do poprzednich serii. Słowem dostaliśmy historię, w której mogli się odnaleźć nawet ci, dla których ta seria zbyt różni się od poprzednich. I pewnie mniej więcej tyle miałabym do napisania na jego temat (no, może wspomniałabym jeszcze o jak zwykle znakomitej muzyce), gdyby nie szokujący zwrot akcji – a nawet dwa – które sprawiły, że będzie to jeden z tych odcinków, o których trudno mi będzie zapomnieć, a jeszcze trudniej do niego wrócić. Pierwszy to śmierć Kiry. Niby nic niezwykłego w tym serialu, wszak producenci Doctor Who od dawien dawna mordują nawet te najsympatyczniejsze postacie. Ta scena jednak jest tak okropna, że, niczym Tańcząc w ciemnościach (ktoś jeszcze pamięta? ktoś ryczał przez pół filmu?), zakrawa na celową manipulację emocjami widzów. Drugi to powód, dla którego zginęła – oto system, przeciw któremu walczy główny antagonista (nie przebierając zresztą w środkach) w ramach samoobrony zabija na jego oczach jedyną osobę, na której mu zależy.

Jeszcze przed obejrzeniem pierwszego odcinka miałam przeczucie, że czeka nas wyjątkowo mroczna seria. Potwierdził je pierwszy odcinek, swoje dołożył czwarty, przyklepał szósty, a absolutnie dobił siódmy. W Kerblam! mamy ponurą przyszłość, w której praca przy pakowaniu przesyłek (ta sama, której tak nienawidzi Ryan) w gigantycznym międzygalaktycznym magazynie jest marzeniem – bo większość ludzi po prostu pracy nie ma. Ich udział w rynku to ciężko wywalczone 10%, na pozostałych stanowiskach zastąpiły ich roboty, a choć magazynem teoretycznie zarządzają ludzie, to całość koordynuje sztuczna inteligencja, traktująca człowieka jako element organiczny, mało użyteczny, a w niektórych częściach fabryki wręcz niepożądany. Przeciwko temu stanowi rzeczy buntuje się główny antagonista, planując zakrojony na szeroką skalę akt terroru, w efekcie którego zginą setki ludzkich klientów Kerblam!. Na skutek jego działań zostaje zabitych kilka osób, ginie on sam, a szefostwo magazynu, które koniec końców okazuje się stać po stronie ludzi, nie maszyn, postanawia walczyć o zmianę proporcji pracowników magazynu. Dostali wszak do rąk niezły argument: system, zabijając Kirę, pokazał, że nie można mu ufać. Problem w tym, że system nauczył się zabijania od człowieka.

O czym więc to było? Dla mnie przede wszystkim o tym, że technologia nigdy nie jest ani zła, ani dobra, jest taka, jaką ją uczynimy, i zrobi to, czego ją nauczymy. I o tym, że nigdy nie będziemy dość mądrzy, by wykorzystywać zdobycze współczesności wyłącznie w dobrym celu. Oraz o tym, że zabijanie zawsze jest złe, niezależnie od tego, jak szlachetnym celom ma służyć. Trudno mi sobie wyobrazić inne przesłanie niesione przez śmierć dziewczyny, o którą nikt nigdy nie dbał, a swój pierwszy prezent w życiu dostała od jednej z menadżerek gigamagazynu, praca w którym była spełnieniem jej marzeń. Jeju, ależ to było ponure!

Blownie: Niby kolejny w tym sezonie taki ot, banalny odcinek, ale kompletnie mnie skołował. Po prostu nie wiem, co tam scenarzystom po głowie chodziło; po zwiastunie z poprzedniego tygodnia i po pierwszych pięciu minutach Kerblam! myślałam, że mam wszystko rozpracowane, a jednak… nie rozumiem. Niby lżejszy ton niż ostatnio, historyjka kolorowa, pełna biegania i zabójczych robotów, oparta na starym Doktorowym chwycie straszenia codziennym obiektem – najazd kamery na paczkę w ostatnim kadrze nieodparcie przypomina przebitki kamiennych posągów kończące Blink; teraz, dla odmiany, dzieci będą się bały folii bąbelkowej… oj, okrutne.

Ale żarty na bok, bo przecież mamy też morał… tylko jaki? Po tej wcale nie subtelnej parodii Amazona spodziewałam się kolejnej krytyki kapitalizmu, przewidywalnej, ale wpasowującej się w resztę sezonu – a tu zaserwowano mi zwrot akcji, który wszystko zepsuł. Zły szef okazał się dobry, a wzbudzający sympatię pracownik tak naprawdę jest niebezpiecznym terrorystą. Nikt nie wydaje się zastanawiać, czy nie miał jednak choć trochę racji; wprawdzie szefowa działu kadr zapewnia, że zatrudnią więcej ludzi, ale wydaje się to podyktowane bardziej strachem i prawdopodobnie nie rozwiąże problemu występującego, jak zrozumiałam, na znacznie szerszą skalę.

Nie twierdzę, że w każdej historii władza musi być zła, a lud biedny, uciśniony i niewinny, ale w serialu, który od zawsze, konsekwentnie stawał po tej drugiej stronie, sprzeciwiającej się systemowi; mało tego, w odcinku, który znaczną część czasu poświęcił na podpuszczaniu nas, że system jest zły, pokazując niezbyt różową sytuację pracowników Kerblama, ten końcowy twist pozostawił pewien niesmak. Rozumiem, że zrobiono to dla podtrzymania tajemnicy, ale wyszło trochę nieładnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę silne nawiązania do prawdziwego świata. Jaki, według scenarzysty, wniosek mieliśmy z tego wszystkiego wyciągnąć? Padło kilka klasycznych moralizatorskich monologów, ale jaki właściwie był ten morał? Pojedynczy ludzie robią złe rzeczy, ale system jest OK? Ale czy system, który popycha ludzi do ostateczności, wciąż jest w porządku? Tego już nie zaadresowano. Może jednak wystarczyło się trzymać biegania i żartów.

Artur: Doktor Who bierze się za firmę, której pracownicy muszą sikać do butelek, żeby wyrabiać normy, a obsceniczne bogactwo właściciela pozwoliłoby rozwiązać co najmniej kilka spośród najbardziej palących problemów ludzkości (polecam grę, w której podejmujemy próbę wydania wszystkich pieniędzy Jeffa Bezosa) – i serwuje historyjkę, w której nieustanne monitorowanie, poganianie, a nawet mordowanie pracowników jest w porządku, bo menadżerowie naprawdę dbają o ludzi (wcale nie o wydajność), a poza tym trzeba przecież było dać nauczkę temu, który walczy o prawa robotników. W końcu jest on niebezpiecznym ekstremistą (który, jeśli się dobrze zastanowić, wywalczył pracownikom Kerblam poprawę warunków, niszcząc mienie firmy – polecam esej o tym, jak często negatywni bohaterowie mają moralną słuszność). Gdyby nie on, łaskawy pan kapitalizm nadal wykorzystywałby nadwyżkę siły roboczej, by dokręcać śrubę szczęśliwcom pracującym dla zysku człowieka o fortunie wyższej niż PKB Chorwacji.

Ale przecież to nie system jest problemem.

Największe rozczarowanie w całym nowym Who.

Mandalkor: Mnie z kolei ten odcinek się bardzo spodobał swoją innością. Nie pamiętam odcinka, w którym tak długo jak w tym nie było wiadomo, o co chodzi. Przeważnie problem był przedstawiany najpóźniej mniej więcej w połowie, a następnie był rozwiązywany. Tutaj dowiadujemy się, kto jest sprawcą całego zamieszania (znów zwykły człowiek, a nie roboty, czy kosmici!) właściwie w ostatnich minutach. Na dodatek jest dość sporym zaskoczeniem, na czym to zamieszanie dokładnie polega, bo kto by się spodziewał, że jego sprawcą jest ktoś, kogo zdążyliśmy już polubić, bo został przedstawiony nam jako ktoś dobry, miły, zakochany. Dodatkowo został postawiony naprzeciwko ,,złych’’ kapitalistów wyzyskujących ludzi i nie dbających o ich potrzeby. Myślę, że tym razem (co też jest zdaje się nowością i to dość rewolucyjną) przekaz jest następujący – nikt nie jest tak naprawdę w całości zły ani w całości dobry. Zauważmy na przykład to, że pan Slade nie odpyskował nijak Doktor, gdy zwróciła mu uwagę odnośnie traktowania pracowników. Nie postanowił jej wylać z pracy czy jakkolwiek inaczej ukarać (a nawet jeśli, to nic z tego nie doszło do skutku). Zauważył swój błąd i odszedł. Nie był ,,typowym złolem’’ z Doctor Who, tylko kimś, kto nikomu nie może w tym momencie ufać, bo nie wie, kto ,,psuje’’ mu firmę. Z jednej strony się nie dziwię, że tak postępował, skoro podejrzewał tak naprawdę każdego.

Podobnie z resztą pani Maddox. Nie wiedziała, czy i komu może ufać, bo tak jak Doktor, jej towarzysze i my nie wiedzieliśmy absolutnie nic poza tym, że coś jest nie tak. Każdy miał jakąś swoją motywację i każdy postępował słusznie według siebie. Gorzej, że każdy popełniał jednak drastyczne błędy nie bardzo je z resztą widząc. Są w końcu tylko ludźmi. Ta seria bardzo skupia się na ludziach, więc i ten odcinek to robi. Tyle że w zupełnie inny sposób. Pokazuje, jak błędne mogą być nasze decyzje i punkty widzenia. Przecież pani Maddox chciała dobrze, zatrudniając te 10%. Może nie mogła załatwić u szefostwa więcej? Może nie sądziła, że jest potrzebne więcej? Charlie z kolei chciał zademonstrować, dokąd może prowadzić zbytnie poleganie na technologii. Fakt, uczynił to w bardzo zły sposób, ale ile razy w historii ludzkości tacy ludzie wystąpili? Ile razy potrzebne jest wielkie BUM, aby do ludzi coś w końcu dotarło, bo słów nie rozumieją? Można nie popierać ich decyzji i działań, ale można zauważyć pewne racje. To według mnie jest morał – błędy, błędy i jeszcze raz błędy!

Jedynie sposobu napisania Slade’a nie bardzo jeszcze rozumiem. Niby dość stereotypowy kapitalista, bo dba o interes i wizerunek firmy, ale o pracowników już niekoniecznie. Z drugiej strony okazuje się niewinny całego głównego zamieszania i jest jakby trochę wybielony? Może miał dostać nauczkę słowną od Doktor i czynną od Charliego, aby zmienić swoje postępowanie? Doktor zawsze wierzy, że można się zmienić i zacząć czynić dobro. Może w ogóle chciano nas tym odcinkiem zmusić do głębszej analizy, hmmm…

Tak już bardziej na luzie – bardzo dobrze oglądało mi się ten odcinek również ze względu na interakcje bohaterów. Wszelkie interakcje. To, jak Graham dostaje mopa czy rozmowa Yaz z Danem, albo cała rozmowa w pakowalni z Kirą i jej podejściem do życia, no cudo. Mamy przypomnienie o niepełnosprawności Ryana (bo ostatnio coś o niej cicho było), mamy przypomnienie o spotkaniu Doktor z Agathą Christie i zakup fezu (strasznie długo paczka do niej szła, czyż nie?) i nadal używa psychicznego papieru i nie bardzo umie w konspirację. Mamy najlepszych detektywów we wszechświecie, wątek miłosny, dużo humoru, złowieszcze roboty (dużo ich ostatnio, co nie?), no i wzruszająca końcówka z prośbą Yaz i medalionem. Znów dostaliśmy coś nowego i innego. Z czasem myślę, że będzie to łatwiej  docenić. Poza tym nie ma to jak straszyć nas folią bąbelkową. Dzięki wielkie! Kerblam it!

Seweryn Dąbrowski: Ależ ten odcinek mi się podobał! Chyba nie do końca potrafię jednak powiedzieć czemu… Postaram się więc zebrać wszelkie przemyślenia dotyczące poszczególnych elementów Kerblam! w punktach, aby chociaż trochę oddać moje emocje po jego obejrzeniu.

Strona wizualna i techniczna: zdecydowanie jedne z najjaśniejszych punktów zeszłotygodniowego dzieła. Chociaż zostaliśmy już do tego przyzwyczajeni, to mam wrażenie, że w tym przypadku było to szczególnie widoczne – brawa należą się nie tylko reżyserowi i operatorowi kamery, ale i osobom odpowiedzialnym za np. rekwizyty, scenografię oraz efekty CGI. Bardzo miło patrzeć, jak Doctor Who wyewoluował pod tym względem po roku 2005. Zaczynając od serii z Dziewiątym i Dziesiątym Doktorem, gdzie cięcia budżetowe występowały na każdym kroku. Przechodząc przez coraz to lepiej wyglądające przygody z ery Doktora Matta Smitha i Petera Capaldiego, a kończąc na sezonie obecnym – kiedy to praktycznie każdy kadr mógłbym z czystym sumieniem zawiesić na ścianie.

Strona koncepcyjno-scenariuszowa: dzieło Pete’a McTighe’a broni się, przede wszystkim, samym pomysłem na fabułę (o niej napiszę więcej w dalszej części wrażeń) oraz punktem wyjścia do jej opowiedzenia. Nasz ukochany serial daje twórcom praktycznie nieskończone źródło do tworzenia ciekawych i nietuzinkowych historii, a kosmiczna firma dostarczająca paczki była czymś naprawdę nowatorskim. W końcu podczas odhaczania kolejnych podróży po całym czasie i przestrzeni, walk z różnymi stworami czy ratowania całego wszechświata często zapominamy o zwykłych ludziach (kosmitach?), którzy wiodą zwyczajne życie i nigdy nie spotkali posiadaczki TARDIS. Plus zawsze aprobuję przedstawianie zwykłych rzeczy w przysłowiowym – galaktycznym – wydaniu. Mieliśmy już korki uliczne na innych planetach, kosmiczne szpitale i futurystyczne biblioteki, więc dlaczego w tak bogatym uniwersum nie mogłaby istnieć firma taka jak właśnie Kerblam?

Strona fabularna: tutaj miło się zaskoczyłem, gdyż w zasadzie to nie posiadała ona żadnych (większych) wad. Nie zrozumcie mnie źle – akcja nie była jakoś specjalnie wybitna i powalająca na kolana, ale raczej nigdy nie miała taką być. Ot, wbrew pozorom, kameralna opowieść o próbie rozwiązania zagadki, życiu pracowników instytucji oraz postępie technologii. Niby nic, czego nie widzielibyśmy wcześniej, jednak zostało nam to podane w taki sposób, że praktycznie od razu zostajemy zaciekawieni. Duża w tym zasługa samej zagadki, która również była czymś odmiennym od tego, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Zazwyczaj od około połowy odcinka zdajemy sobie ze wszystkiego sprawę, a w tym przypadku praktycznie wszystko, aż do finału, stoi po znakiem zapytania. Pytania takie jak: „Co się dzieje?”, „O co (naprawdę) chodzi?” czy  „Kto za tym stoi?” towarzyszyły mi przez niemal 50 minut. Ba, próba odpowiedzi na ostatnie z nich była niesamowitą sprawą i praktycznie od razu na myśl przyszedł mi film 10 Cloverfield Lane. Podobnie jak tam, tak i tu co chwila pojawiała się masa dowodów świadczących o winie lub niewinności danych osób.

Jednak kiedy już dochodzimy do rozwiązania tajemnicy, to niestety nie jest ona zbyt… satysfakcjonująca? O ile zabawę konwencją zawsze przyjmuję z otwartymi rękami, o tyle tutaj właściwie nie wiem, co miało być jej przesłaniem. Chyba odpowiedź w postaci: „Pracownicy (czyt. ludzie) zawsze są najważniejsi, a ciągły postęp technologiczny nie jest zbyt dobry! Reasumując – kapitalizm jest zły!”. Ale nawet jeśli tak, to w samym odcinku nie jest to w żaden sposób uzasadnione. Mam wręcz wrażenie, że ostatnie kilka minut może być w pewien sposób szkodliwe. Pozwolę sobie jednak na nierozwijanie tej myśli, ponieważ redakcyjne koleżanki i koledzy wypowiedzieli się na ten temat w sposób wyczerpujący, więc powtarzanie tego samego mija się z celem.

Słów kilka o innych, niewymienionych powyżej, rzeczach: na początku wypadałoby wspomnieć o bohaterach, którzy byli… świetni! Na medal spisała się nie tylko nasza stała ekipą, ale i wszystkie postacie drugoplanowe. Z każdym potrafiliśmy się w jakiś sposób utożsamić oraz go zrozumieć. Swoją drogą, to bardzo się cieszę, że (wreszcie) obecność protagonistów na ekranie była uzasadniona. Od początku do końca czułem, iż nikt nie był wrzucony do odcinka na siłę, aby potem zgubić się wśród innych. Jak zawsze należy też wspomnieć o masie mrugnięć okiem (fez – prawdopodobnie zamówiony jeszcze przez Jedenastego Doktora! Robofobia! Papier psychiczny! Agatha Christie i dialog o osach!). Na wyróżnienie zasługuje też muzyka (idealnie wkomponowująca się całość i dodająca produkcji kolejnych walorów). I chyba tylko (nie uwzględniając zakończenia) śmierci: Dana, Kiry oraz Charliego niezbyt przypadły mi do gustu. Pierwszy odszedł zdecydowanie za wcześnie, a zabójstwo drugiej było zbyt… leniwie napisane? Można było to rozegrać troszeczkę lepiej. O zgonie postaci granej przez Leo Flanagana nie będę się rozpisywał, ale wystarczy powiedzieć, że była ona zupełnie niepotrzebna.

Reasumując. Kerblam! był wielkim powiewem świeżości i praktycznie wszystko znajdowało się tam na swoim miejscu. Pomimo małych zgrzytów, ja zostałem całkowicie kupiony i z chęcią będę do niego wracał. Polecam go wszystkim fanom, ponieważ w najgorszym wypadku będziecie troszkę rozczarowani samym zakończeniem, ale obejrzyjcie coś ciekawego i… po prostu świetnego!

Ewelinkja: Kerblam! mi się podobał. Poza tą jazdą z paczkami po taśmach, która wyglądała nie najlepiej, był przyjemny wizualnie. Historia była taka… po prostu doktorowa. Ruszamy komuś na pomoc, biegamy, używamy papieru psychicznego. Doktor była cudowna, entuzjastyczna i zakręcona, towarzysze świetnie działali, myśleli, co można zrobić, żeby rozwiązać zagadkę. Widać dalej cudowny eskapizm – to, jak towarzysze bez wahania rzucają się w wir wydarzeń, chcą robić coś niesamowitego, ważnego, innego.

Coś tu jednak na pierwszy rzut oka nie grało i to chyba chodzi o to, że nie podano jasnego przesłania. Czekałam na zwykłą dla tego serialu krytykę kapitalizmu, złego systemu, który nie widzi człowieka, tylko siłę roboczą, a ponad pracownika ceni zysk. Ona oczywiście tutaj jest – nie tak dobitna jak w Tlenie (“Oxygen”) czy Arachnokapitalizmie w Wielkiej Brytanii (“Arachnids in the UK”) , ale pokazanie złego traktowania pracowników, tego poczucia strachu wśród zatrudnionych w firmie ludzi taką krytyką zdecydydowanie jest. Fakt, że pracownicy nie są zamęczani na śmierć nadmiarem pracy, zmuszani do wyrabiania nieludzkich norm, nie muszą nosić pieluch czy nie pracują za pieniądze urągające ludzkiej godności, jak dzieje się to często w naszych czasach, nie oznacza, że mają dobrze. Wcale nie zapałałam sympatią do szefa, kiedy się okazało, że to nie on jest winny. Nic nie usprawiedliwiało sympatycznej kierowniczki HR, która tak naprawdę nie dbała wcale o pracowników. Był tylko na końcu taki moment, że powiedzieli, że się zmienią – jest nadzieja na lepsze warunki dla pracowników, a nadzieja to główny element tego serialu.

Rozwiązanie zagadki było moim zdaniem ciekawe – system bronił się przed sabotażem, ale jest tylko systemem stworzonym przez ludzi, którzy popełniają błędy. A głównym złym był ktoś, kto… nie do końca jest zły? Bo przecież walczy o coś dobrego, ważnego – tylko tutaj mamy pięknie pokazane, że nie zawsze cel uświęca środki. Ja myślę, że ten odcinek miał nam pokazać coś nieco innego: że ludzie błądzą, popełniają błędy i nie tylko ci źli, okropni kapitaliści nie liczą się z innymi. Mamy młodego idealistę, który tak samo nie liczył się z ludźmi. Źródłem zła nie musi być system – źródłem zła są ludzie, dla których inni są tylko drogą do osiągnięcia celu. Tak jak dla szefostwa firmy nie bardzo liczyli się pracownicy (bo bardzo możliwe, że szefowi nie chodziło konkretnie o ludzi, tylko o to, że to skandal i zagrożenie dla firmy i własnej pozycji, jak ludzie umierają), tak dla sympatycznego młodego aktywisty nie liczyło się życie ludzi, którzy mieli być ofiarami jego chorego planu. Tu nikt nie jest dobry, ale życie nie jest czarno białe i nie zawsze to zły system jest największym zagrożeniem.

To był dobry odcinek i mam poczucie, że będę do niego chętnie wracać.

Daj na ciastko!