Redakcyjne wrażenia – „Gdybyśmy czasu mieli więcej” (część 2)

Jeśli jeszcze nie widzieliście Gdybyśmy czasu mieli więcej („World Enough And Time”), to w żadnym wypadku nie czytajcie tych wrażeń. Roi się od SPOILERÓW!

Tym razem wrażenia ukazały się w dwóch częściach – mieliśmy bardzo dużo emocji! Oto część druga, pierwszą znajdziecie tutaj.

DorkaEm: Bardzo dobry odcinek ze świetnie przemyślanym scenariuszem. Zgodnie z zasadą, że dobry film zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie zaczyna stopniowo wzrastać, ogromne emocje towarzyszą nam od samego początku i ani na chwilę nie ustępują. I nie jest to bynajmniej tanie granie na uczuciach widzów. Bill była świetną towarzyszką i fakt, że skończyła w taki sposób, jest przerażający. Nie chciałabym jednak, żeby magicznie przywrócono ją do „normalnego” życia. Podoba mi się takie emocjonalne domknięcie jej wątku i nie chciałabym, żeby zostało ono zburzone. Choć niewykluczone, że zobaczymy Doktora desperacko próbującego tego dokonać. Moffat mocno czerpie w całym odcinku zarówno z Classic Who, jak i wątków charakterystycznych dla kina grozy i udaje mu się to zgrabnie połączyć w spójną całość, równocześnie odświeżając nieco ograne już motywy. Szczególnie przypadły mi do gustu te wszystkie smaczki związane z klasycznymi seriami (wenusjańskie aikido, młodość Doktora i Mistrza). Świetnie przedstawiono przy tym relacje, jakie łączą tych dwoje Władców Czasu. No i to, jak Doktor w każdym stara się odnaleźć iskierkę dobra. Brawa dla Michelle Gomez i Petera Capaldiego, bo świetnie to zagrali. W ogóle mam wrażenie, że druga część finału może mocno skupiać się na walce ciemnej (John Simm) i jasnej (Michelle Gomez) strony Mistrza. Doskonale wyszło również odświeżenie Cybermenów. Choć uzupełnienie ich genezy bawi się z klasycznym wątkiem szalonego naukowca i jego dzieła, to równocześnie czyni ich jeszcze bardziej przerażającymi. W ogóle cały wątek szpitala, dość mocno osadzony w klasycznych wątkach kina grozy, spełnia swoje zadanie i potrafi solidnie człowieka przestraszyć. A jeśli już jesteśmy przy smaczkach, to należałoby również wspomnieć o przełamującym dość mroczny klimat odcinka burzeniu czwartej ściany, przy którym miło się uśmiechnęłam. Cieszę się, że Moffat wciąż potrafi wykrzesać z siebie tak dobrze trzymający w napięciu odcinek i mam nadzieję, że druga część finału będzie równie dobra.

Artur: Steven Moffat coś ma z przerabianiem czarnoskórych bohaterów na Cybermenów, no nie? Raz to przypadek, dwa razy – zaczyna wyglądać na motyw.

A tak bardziej na poważnie: ten odcinek został dla mnie całkowicie zdominowany przez wątek Bill. Odhaczmy więc na początek: regeneracja spoko, statek spoko, Mistrz spoko (wiesz, że masz do czynienia ze wstrząsającym odcinkiem, jeżeli powrót Johna Simma nie jest najważniejszą rzeczą!). Przejdźmy do rzeczy ważnych. Steven Moffat (a także Rachel Talalay i reszta ekipy produkcyjnej, nie obdarzajmy laurami tylko scenarzysty) świetnie kreuje upiorny, zapuszczony szpital z archaicznym wyposażeniem, sadystyczną pielęgniarką i chirurgiem, który spokojnie odnalazłby się w Ludzkiej stonodze (jest nawet nieco podobny z wyglądu do Josefa Heitera z tego filmu). Ale ten koszmar ma jeszcze swoją drugą warstwę.

Wyraźnym motywem przewijającym się przez tę serię była reakcja na wszystko, co wydarzyło się na świecie podczas rocznej nieobecności serialu na ekranach. Rok 2016 pod wieloma względami zdawał się kumulacją i kulminacją wielu niepokojących zjawisk. Niejako w odpowiedzi mieliśmy więc w sezonie dziesiątym uznawanie podmiotowości innych form życia, otwartą krytykę kapitalizmu i imperializmu oraz walenie rasistów po pyskach. Gdybyśmy czasu mieli więcej kontynuuje ten trend: oto młoda – i, tak, powiem to, czarna i nieheteronormatywna – kobieta zostaje wbrew swojej woli poddana inwazyjnej procedurze medycznej. Nie będę wyrokował, czy Moffat w pełni świadomie odnosi się tutaj do konkretnych, dających się zaobserwować w świecie rzeczywistym tendencji – być może nie, skoro nie jest to zasugerowane nawet w podtekście. Ale zaletą fantastyki jest to, że oferuje nam wszechstronne metafory, które można dopasowywać do wielu różnych rzeczy. Kiedy więc myślałem po obejrzeniu odcinka o tym, co w nim zaszło, to myślałem również o tym, w jaki sposób rozmaite grupy (czasami z państwem na czele) próbują ingerować w kobiece ciała. Myślałem o tym, w jaki sposób próbuje się „leczyć” osoby o odmiennych tożsamościach płciowych i seksualnych – chociaż na nic nie chorują. I to jest dla mnie równie przerażające jak pokrętło głośności ustawione na „0”.

Najbardziej palącym pytaniem jest dla mnie teraz: „Co się stanie z Bill?”. Przyznam, że ze smutkiem czytam komentarze, gdzie widzowie domagają się poniesienia przez Bill konsekwencji. Po części znów ze względu na kontekst rzeczywistości – czy nie zdarza nam się słyszeć podobnych komentarzy kierowanych do kobiet? A po części także dlatego, że nie uważam, żeby złe zakończenia były wartością samą w sobie. Zakończenie ma służyć opowieści, kluczowe jest to, jak na nią wpływa, jak ją kształtuje. Co, koniec końców, dana historia przekazuje? Historia towarzyszek zawsze była dla mnie historią o wzrastaniu, o przekraczaniu siebie – zwłaszcza że dotyczy ona głównie młodych kobiet. Taki empowering. Teraz, kiedy mamy do czynienia z drugą towarzyszką czarnoskórą i pierwszą otwarcie homoseksualną, myślę, że jest to tym ważniejsze. Nie godzę się więc na takie zakończenie historii Bill. Ale pamiętam, że mamy w tym sezonie jeszcze jeden odcinek – i że po przedostatnim odcinku serii dziewiątej Clara wciąż była martwa.

PS. Ostatnie „smutne zakończenie” z „ponoszeniem konsekwencji”, gdzie dokonano ingerencji w bohaterkę wbrew jej woli, to historia Donny w czwartym sezonie. Naprawdę to było takie fajne i chcemy powtórki?

Blownie: Whoa. WHOA. ASDFGHJKL. I tak dalej.

Po zapowiedziach i materiałach promocyjnych byłam dość sceptycznie nastawiona do tego (oraz następnego) odcinka i zaczynałam go z taką trochę rezygnacją, że pewnie będzie kiepski, ale chociaż się pośmieję. Śmiałam się jeszcze na otwierającej scenie (*record scratch* *freeze frame* „Z pewnością zastanawiacie się, jak znalazłem się w tej sytuacji. Cóż…”), kiwnęłam głową z satysfakcją na widok okna sufitowego z widokiem na czarną dziurę (zupełnie jak w moim ulubionym odcinku drugiej serii!), Missy udająca Doktora i Doktor ją obserwujący byli świetni (przy okazji, cieszę się, że w odwiecznej dyskusji „The Doctor” czy „Doctor Who” Moffat stanął po tej samej stronie barykady, co ja), ale już za chwilę złapałam się na tym, że siedzę na brzegu krzesła, wstrzymując oddech. Kiedy ten pistolet wystrzelił, krzyczałam. Nie. Nie. Nie zrobiliście tego. Nie! Wszyscy zawsze mówili, że Moffat tak nam łamie serca, ale szczerze – chyba po raz pierwszy za jego kadencji coś mnie ruszyło. Pogratuluj sobie, Stefciu – na koniec ci się udało.

I jeszcze jedno podziękowanie, za nareszcie wypowiedzenie się wprost na temat poglądu Władców Czasu na kwestię płci. Najzatwardzialszych konserwatystów w fandomie i tak nic nie przekona, ale przynajmniej ja mam kolejny argument w ręku, że moja interpretacja jest słuszna i już się nie opiera tylko na poszlakach oraz Expanded Universe. No, ale do rzeczy.

Jestem oczywiście w żałobie po jednej z moich ukochanych towarzyszek, ale nie jestem zła. Zabrzmi to być może okrutnie, ale w pewnym sensie cieszę się, że stało się tak, jak się stało – gdyby zginęła tam na górze na początku, byłoby to takie trochę szybkie i bez sensu i w sumie niosło ze sobą mniejszy ładunek emocjonalny. Rozumiecie. Poza tym, wszystko było tam tak świetnie zrobione… Klimat medycznego horroru, motyw różnie płynącego czasu, wszystko. I ci proto-Cybermeni! Zupełnie, kropka w kropkę, tak jak to sobie wymarzyłam. Tyle przecież jęczałam, że chcę genezę Cybermenów i dostałam (nawet padły te dokładnie słowa)! I było perfekcyjnie! No, czy udział Mistrza w tym wszystkim mi się podoba, powiem wam za tydzień, ale cała reszta – zrujnowane miasto, konwersja jako ostatnia nadzieja, pozbywanie się uczuć z konieczności, trochę propagandy, mieszane intencje – to było to. Stary kanon pięknie rozwinięty. I gram właśnie radośnie na nosie każdemu, kto narzekał, że mondasjańscy Cybermeni będą nudni i wcale nie straszni, bo ciarki mi po plecach przechodziły przez pół odcinka i zakładam, że nie tylko mnie. Ogólnie rzecz biorąc, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona i – plot twist – czekam niecierpliwie na drugą część, oby utrzymała poziom.

Lierre: Kolejny odcinek niekończącej się historii pt. „Lierre nie ma oczekiwań i w sumie jej zwisa, a potem zbiera psychikę z podłogi”. Cybermeni meh, Simma w sumie nie lubiłam, a mimo miłości dozgonnej i wiernej do Moffata nie miałam stuprocentowego zaufania, że nie przedobrzy. W końcu Davies też w swojej ostatniej serii był całkiem spoko, a jak dowalił końcówkę, to do dziś się nie pozbierałam. Brrr. Bo ja rozumiem pokusę, by wszystko podomykać i pozostawić po sobie wrażenie… no ale jednak wolałam płakać ze smutku, a nie wściekłości. I dalej wolę.

Ale to jeszcze nie końcówka, więc nie chwalmy przedwcześnie. To dopiero pierwsza część dwu- (a może trzy?) -częściowej historii, która ma stanowić ukoronowanie epoki. To, czy wprowadzenie będzie dobre, było szczególnie istotne, bo ostatnio oglądalność trochę spadała, czeka nas przełom i ludzie w BBC pewnie spaliby spokojniej, gdyby końcówka 10 serii spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem widzów. No i się udało, bo od samego początku odcinek trzyma w napięciu i zachwyca.

Przyznam, że zapomniałam, że za kamerą stała Rachel Talalay – mając to w pamięci, włączyłabym odcinek z większą ciekawością. Ale nie pozostawiało to wątpliwości, widać jej rękę, widać jej poczucie estetyki, które niesamowicie mi odpowiada.

Wprowadzenie było bardzo startrekowe – powolny przejazd wzdłuż statku, wjazd na mostek, zabawy z orientacją w przestrzeni. Później też sporo typowych dla niej elementów (warto byłoby to kiedyś zanalizować) – gra światłem, estetyka każdego kadru, dopracowanie najmniejszych szczegółów. Bardzo ważna jest dla mnie estetyka, bo uwielbiam, kiedy Doctor Who pokazuje, jak pięknie potrafimy współcześnie robić telewizję. Ale strona wizualna to tylko wisienka na torcie, którym jest scenariusz i gra aktorów. Michelle Gomez jak zwykle obłędna, Pearl Mackie zachwycająca, Capaldi z Lucasem raczej w tle – no i Simm. Nie przepadam za jego fanfikowym Mistrzem i nie cieszyła mnie szczególnie wieść, że ma wrócić, choć intrygowała mnie wizja fabuły zawierającej dwie inkarnacje naszego szwarccharakteru. Bawiło mnie bardzo podczas oglądania, jak bardzo jego postać nie pasuje do New Who Post 2010 – on każdym ruchem i każdą sceną krzyczy „Davies era, Davies era” tym swoim przerysowaniem. Zauważyliście, że on zupełnie inaczej gra? To zupełnie inny styl niż Gomez – również wcielająca się w tę postać, również sięgająca po przerysowaną grę. Czułam przez cały czas mocny dysonans, choć bardzo podobała mi się postać Żylety i jego relacja z Bill. Cudowne w tej bohaterce jest to, z jaką łatwością nawiązuje kontakt. Postać Simma wygląda jak typ spod ciemnej gwiazdy, żul i ogólnie postać niegodna zaufania. Ona ani przez moment go nie osądza – rewelacyjne. Nabiera do niego sympatii (trudno się dziwić, tyle czasu spędzili razem, inaczej nie daliby rady…) i tylko żal było, że to się może skończyć tylko w jeden sposób.

Serio tyle osób dało się nabrać? Ja go rozpoznałam momentalnie. W końcu wiedzieliśmy, że ma być, a Mistrz zawsze uwielbiał przebieranki. I pseudonimy. Dlaczego Żyleta (Razor)? Próbowałam się nawet bawić w przestawianie liter, ale chyba nie tym razem…

Ogromną radość sprawiły mi zabawy z konwencją. Najbardziej bezpośrednie było burzenie czwartej ściany, głównie przez Missy – mówi do Bill, ale zwraca się do widzów, a Doktor tylko wznosi oczy ku sufitowi, cóż mu pozostało. Mniej bezpośrednim ukłonem w kierunku samego serialu było, moim zdaniem, to, jak miejscami był klasycznie edukacyjny. Kiedy ostatnio mieliśmy taką prostą lekcję podstaw fizyki? To spokojnie mogłaby być baza odcinka z epoki Pierwszego Doktora. Do której zresztą mieliśmy mnóstwo aluzji – gdy Bill obserwuje najwyższy pokład na ekranie małego telewizora, wygląda to, jakby oglądała odcinek z początków klasycznej epoki. Plus ta samotna regeneracja w śniegu, mondasjańscy Cybermeni, dłuższe włosy Doktora… Ot, małe rzeczy dające w sumie sporo radości. Ciekawe, jak to zostanie pociągnięte dalej, zważywszy jeszcze na różne ploteczki i spoilery…

No spójrzcie, jakoś strasznie mi się kojarzy:

Sceny na górnym pokładzie były bardzo mocne, choć przecież w ramach serialu absolutnie sztampowe. Missy z jej cudownymi tekstami, Doktor, który przechodzi od chrupania chipsów do pełnej gotowości bojowej. To był chyba pierwszy raz, kiedy jego zapewnienie, że zaraz wszystkich uratuje i będą go wspominać z fascynacją, zabrzmiał fałszywie i nieprzekonująco. Nikt mu nie wierzył, a najmniej Bill. Widać tu moment schyłkowy, kiedy wszystko zaczyna iść nie tak, kiedy lada moment znajdziemy się w punkcie, kiedy nic już się nie będzie dało zrobić – to Dziesiąty po powrocie z Marsa, to Jedenasty odsyłający Clarę. Tracą energię, tracą bystrość, tracą nadzieję i pewność siebie – gdzieś zniknął ten błysk, który wszystkich tych bohaterów pchał do przodu. A to wszystko właściwie dla zabawy; bo Doktorowi zamarzyło się zmienić coś, co zmienić się nigdy nie może, bo dał się ponieść nostalgii, wspomnieniom o szkolnych czasach, wierze w dobro ukryte w każdym stworzeniu, głupiej nadziei, że zawsze postawi na swoim. Tym razem się nie uda i będzie tego bardzo żałować. Właściwie to już zaczął, choć ciągle ma złudzenia. Dwunasty zginie przez własną naiwność – taki stary, a taki głupi. Jaki to punkt wyjścia dla następnej inkarnacji?

A na dole czas płynie. (Góra, dół. Upstairs, downstairs). Ile czasu mija? Na samym początku mamy dzień 365 034, czyli okrągło licząc – tysiąc lat od punktu zerowego. Potem Bill śpi dwa dni, a następny rzut na kalendarz pokazuje nam dzień 365 433 – czyli nieco ponad rok później. Na górze mija kwadrans. Bill zostaje Iron Manem i niczym mała Melody ukrywa się w creepy placówce, w której dzieją się rzeczy dziwne. Co jest w kroplówkach? Co krzyczą inni pacjenci? Kto wpadł na ten pomysł – czy to Mistrz steruje tym wszystkim, czy ten tajemniczy lekarz? (Kogo on przypomina?). Jaka jest w tym rola Mistrza? Czego się boją?

Piękny jest ten odcinek, choć taki prosty, taki klasyczny – powinien się nazywać, zgodnie ze wzorem, Genesis of the Cybermen. Ale to się dziś nie sprzeda. Nie narzekam, bynajmniej – uwielbiam to, jak ten odcinek owija się wokół wiersza sprzed wieków, jak to subtelne powiązanie dodaje mu głębi (to samo robiła baśń o ptaszku w Darze niebios). Bo też temat mamy tak absolutnie klasyczny – walka z czasem. Czarna dziura czy nie, czas nie ma litości i nigdy nie miał, i kultura zawsze to zauważała. A tu nawet Władca Czasu nie wygra z prawami fizyki. Może udałoby się Władczyni?

Żal mi Bill. Nie chcę, by skończyła jako matka Cybermenów ani ich ciocia. Wierzę, że następny odcinek nas zaskoczy. Nie wierzę, że Moffat na sam koniec nauczy się zabijać. (Zwłaszcza że byłoby to jednak powtórzenie finału ósmej serii. Co Mistrz takiego widzi w Cybermenach?).

Chaos, chaos. Dobra historia i – mam nadzieję – początek godnego zakończenia najlepszej epoki tego serialu.

Dziwi mnie pewność Ginny i innych, wyrażana wyżej, że Bill nie wróci, że to było pożegnanie, że wreszcie pojawią się konsekwencje. Dziwią mnie życzenia, by Bill skończyła właśnie w taki sposób. Podpisuję się wszystkimi kończynami pod słowami Artura – nie tego chcę od popkultury i uważam, że fantastyka jako gatunek na samym starcie powinna się do czegoś zobowiązywać. Skoro komentujemy rzeczywistość – a 10 seria mocno to robiła – to komentujmy do końca i nie wyrzucajmy tego wszystkiego do kosza dla taniego dramatyzmu. Bill lives! A jeśli jednak nie – będę rozczarowana, bo to nie w stylu Moffata, uważam, że stać go na więcej. W tym miejscu myślę, że powinniśmy się zastanowić, jakiego morału oczekujemy od tego serialu. Nie wiem, jak wy – ale ja go traktuję inaczej niż resztę popkultury, którą konsumuję. Mam wyższe oczekiwania, także na poziomie ponadfabularnym, na poziomie wymowy. Nie chcę tej wymowy, która wiązałaby się z uśmierceniem bohaterki, bo nakazuje tak dramatyzm i fabularna równowaga.Jest tyle ważniejszych kwestii. (Swoją drogą, przypominam w tym miejscu naszą wieloczęściową dyskusję o uśmiercaniu towarzyszy: część pierwsza, druga, trzecia).

Pozwolę sobie jeszcze podrzucić fragmenty tego wiersza, bo strasznie mnie zachwyca, jak odcinek z nim koresponduje.

 

Gdybyśmy czasu mieli dość na świecie,
Twa skromność zbrodnią by nie była przecie.
Usiedlibyśmy, myśląc w kolejności,
Jak mamy spędzać długi dzień miłości.

(…)

Odmawiałabyś mi wedle zachcenia
Wciąż, aż do czasu Żydów nawrócenia.
Miłość ma, większa niż królów krainy,
Rosłaby wolno wszakże — jak rośliny.

Wtedy by trzeba było stu lat zgoła,
By oczy chwalić twe i piękność czoła;
Dla każdej piersi lat dwustu, nie więcej;
Dla reszty chyba trzydziestu tysięcy.

Wiek więc by przypadł każdej części ciała:
W ostatnim serce byś mi pokazała.
Wszystko to godne twych, Pani, przymiotów.
Do gorszych nie byłbym zdolny zalotów.

Lecz za mną słyszę wciąż: skrzydłami chyży
Gna rydwan czasu — coraz, coraz bliżej.
Przed nami zasię, aż wzrok w dali ginie,
Leżą ogromne Wieczności pustynie.

(…)

I wszystką siłę, słodycz, śmiech i bóle
Toczmy, aż jedną utoczym z nich kulę.
Zrywajmy rozkosz, aż się z nią przepchamy
W trudzie przez życia złe, żelazne bramy.

Rademede: To ja tak krótko, bo większość już została napisana i pewnie nie wniosę nic nowego. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego odcinka. Jak dla mnie spokojnie można go nazwać najlepszym z tego sezonu, przynajmniej na ten moment. Świetnie utrzymany klimat szpitala, Doktor, Missy, Mistrz. I w ogóle wszystko! Ponarzekam sobie tylko na pokazanie kawałka regeneracji Dwunastego w pierwszych minutach. Nie podoba mi się to przeciąganie jej na kolejne odcinki, tworzenie przedwcześnie napięcia, skoro Capaldi ma odejść dopiero w odcinku świątecznym. Do tego tyle jej na zwiastunach, raz pojawiła się nawet w odcinku, że zaczyna być męcząca. Chyba że Moffat coś knuje niedobrego i zobaczymy przemianę Doktora wcześniej, niż byśmy chcieli.

Szkoda mi Bill. Nie chciałabym, żeby jej historia skończyła się w ten sposób. Takie są konsekwencje podróżowania z Doktorem? Naprawdę? Przepraszam, ale dla mnie to brzmi jak zrzucenie winy na Bill, że została przemieniona w Cybermena. Czy rzeczywiście którykolwiek towarzysz wiedział, co go czeka? Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy za drzwiami TARDIS, nie można się na to przygotować. Owszem, pewnie każdy z towarzyszy miał z tyłu głowy myśl, że może zginąć, ale to jeszcze nie znaczy, że się na to pisał. A tu jeszcze Bill od początku mówiła, że ta wyprawa to zły pomysł. Moim zdaniem pisanie o tym, co się jej przydarzyło, jako o konsekwencjach podróży z Doktorem, jest nie tylko nie na miejscu, ale nawet i krzywdzące dla tej postaci. Mam nadzieję, że jednak jakimś sposobem Moffat to odkręci. Będę bardzo zawiedziona, jeśli nie.

Sam Doktor zapewne jest zdruzgotany, że nie mógł w żaden sposób ocalić Bill. Do tego tak bardzo chciał, żeby Missy się zmieniła, tak bardzo wierzył, że jest w niej dobro. A tu nie tylko niemalże stracił Bill, ale na swój sposób traci też Missy. To musiał być cios dla Doktora. Jestem niezmiernie ciekawa, co się wydarzy w następnym odcinku. I trochę się go boję. Nie tylko dlatego, że może być słaby. Obawiam się, że Moffat pod koniec swojej kariery zaserwuje nam ogrom emocji, przez które wyleję ze dwa wiadra łez.

Malcolm: Moja fascynacja Rachel Talalay osiągnęła wyższy poziom, kiedy już myślałam, że nie mogę uwielbiać jej bardziej. Kocham wiecznie głodnego Dwunastego. Kocham jego wypowiedź na temat płci, jego długie włosy, jego niesamowitą, skomplikowaną relację z Mistrzem (mam nadzieję, że ostatni odcinek jeszcze bardziej rozwinie ten temat, ale zostawcie mu dobrą Missy, proszę!). Kocham skarpety Cybermenów, kocham ten odcinek. Klimat jest niesamowity, ciężko mnie przestraszyć, ale ci pacjenci będą mi się jeszcze śnić po nocach. Nie wiem, co myśleć o śmierci Bill, bo wydaje mi się, że to jeszcze nie koniec, pewnie Moffat czymś nas zaskoczy. Cała scena była piękna, ale dość specyficzna, wszystko działo się tak szybko, mimo że była przeplatana kontrastowymi, zabawnymi scenami na dachu. Spojrzenie Doktora, ból i zaskoczenie, jakby nie wierzył, że to w ogóle mogło się stać. Okej, a żeby skończyć już to powtarzanie – co to był za soundtrack! Może to nadal nie Dar niebios, ale było dobrze, bardzo dobrze. Nigdy nie będę zawiedziona kolejna wariacją tematu Gallifrey, a motywy niczym z klasycznego horroru też były całkiem zadowalające. Do tego muzyka przy prezentacji statku i pod sam koniec, rozpływam się. A tak poza tym, naprawdę tak ciężko było zauważyć Simma? Uśmiech go zdradził. Nie jestem jakoś szczególnie fanką Mistrza czy Johna, ale szukając go w tym odcinku, poznałam go po uśmiechu :D.

Zapraszamy do dzielenia się wrażeniami w komentarzach i Pod kopułą!

Daj na ciastko!