Redakcyjne wrażenia – „Demony Pendżabu”

Tradycyjnie dzielimy się naszymi wrażeniami z pierwszego oglądania 6 odcinka 11 serii – oto Demony Pendżabu („Demons of the Punjab”).


Lierre: Ja tym razem krótko, bo w gorączce. Jakkolwiek może być ona po części wywołana tym, że bardzo mi ciepło na sercu od tego odcinka. Oto doczekaliśmy się – po raz drugi w tej serii! – historii opowiedzianej przez przedstawiciela mniejszości, dotykając kwestii bliskich tej mniejszości. Scenarzysta, Vinay Patel, sięgnął po bardzo trudny temat. Podział Indii pochłonął miliony ofiar (i dalej pochłania kolejne) i na zawsze odmienił tę część świata. Wiele osób wchodzących w skład indyjskiej diaspory na całym świecie właśnie w tych czasach opuściło Indie albo są potomkami imigrantów. Można śmiało założyć, że w historii każdej rodziny pochodzącej z tego obszaru jest jakaś tragedia z tym związana. Opowiedzenie historii osadzonej w tym punkcie historii było bardzo ryzykowne, ale jak widać, Chibnall jest świetny w dobieraniu swoich współpracowników. Mam ogromną nadzieję, że Patel zostanie na stałe, bo to dla serialu niezła zdobycz.

Demony Pendżabu to przepiękny odcinek z minimalistyczną historią. Rozumiem, dlaczego zdecydowano się tak ściśle trzymać biografii i domku na odludziu, brakowało mi jednak trochę pokazania większej skali – jakiejś kolumny z wozami, jakichś zamieszek, ale to z perspektywy odcinka dopiero przyszłość. Ogromnie poruszająca była dla mnie ta chmura twarzy na samym końcu, swoisty pomnik nieznanego migranta, który tę skalę sugeruje, nie wiem jednak, czy nie zbyt subtelnie.

Podobał mi się wątek demonów – nie przewiduję nauczenia się ich nazwy, więc zostańmy na razie przy demonach – które były takim klasycznym doktorowym plot twistem. Zauważyliście, ile w tej serii Doktor się uczy o wszechświecie? Wręcz jakby w czasie regeneracji coś się zmieniło, pojawiły się imperia, nieznane stworzenia, jakieś kosmiczne katastrofy, asasyni zmieniają się w mówców umarłych… Dlaczego ona o tym nie wie? Wszechświat jest nieskończony, ale jednak Doktor we wcześniejszych inkarnacjach najczęściej ogarniała, co się dzieje, przynajmniej na poziomie nazw i etykietek. Tutaj nagle wszystko jest nowe i nieprzewidywalne. Nawet mi się to podoba, ale zżera mnie ciekawość, czy coś się za tym kryje.

Piękna była wymowa tego odcinka o chwytaniu chwili, nadziei i miłości. Granie z tematem zabijania dziadka i kolejny raz: konieczność nieingerowania w wydarzenia, raczej stanie na straży, by wydarzyło się to, co się wydarzyć musi, nawet jeśli to rozdzierająco smutne.

Cieszę się, że dostaliśmy kolejny tak dobry odcinek.

Ewa: Ależ to był znakomity odcinek! Od pomysłu, przez fabułę, po bohaterów, zdjęcia i muzykę – właściwie niemal wszystko jest w nim dobre. A przecież wybierając tak trudny temat, bardzo łatwo go spłycić, popaść w schematyzm czy patos. Szczęśliwie dostaliśmy pełnokrwistą, uważną, zrobioną z szacunkiem do historii opowieść.

Demony Pendżabu to kameralna, naszpikowana symbolami opowieść o krwawych narodzinach Indii i Pakistanu, w trakcie których w bratobójczych rzeziach mogło zginąć ponad milion osób. Ta tragiczna historia opowiedziana jest poprzez losy Umbreen, babci Yaz, muzułmanki, i Prema, jej pierwszej miłości i męża, hindusa. Podobnie jak w znacznie bliższej i chyba lepiej znanej w naszym kręgu kulturowym historii podziału Jugosławii, wyodrębnienie Pakistanu obudziło demony nacjonalizmu. Przyjaciele z dzieciństwa i sąsiedzi od pokoleń nagle stali się wrogami, miłość, pragnienie pokojowego współistnienia, wspólne wspomnienia i przeżycia przegrały z nienawiścią i zadawnionymi urazami. Kilka godzin po ślubie z Umbreen Prem ginie z rąk ludzi sprowadzonych przez jego brata, który nie akceptuje jego muzułmańskiej żony i jej rodziny. Śmierć Prema – i setek tysięcy jego współobywateli – dokumentuje dwójka kosmitów, dawnych asasynów, którzy po utracie własnej planety i zagładzie niemal całego gatunku zajęli się towarzyszeniu tym, którzy umierają samotnie i ocalaniu ich od zapomnienia. Bezmiar dramatów, w których uczestniczą, pokazuje chwila, w której dodają holograficzny wizerunek Prema do mnogości pozostałych.

To jest historia rodziny Yaz, tak więc w końcu dostajemy najwięcej jej – oraz Doktor. I obu to wychodzi na dobre. Mimo powagi opowiedzianej w odcinku historii, w końcu mamy trochę zabawy z nową płcią Doktor oraz niezłą nutę szaleństwa przy rozwikływaniu tożsamości i motywów kosmitów. Świetna jest chemia między nią a Yaz, której przebłyski widać też już w poprzednich odcinkach. Gdybym pisywała fanfiki, to shipowałabym tę dwójkę jak szalona. :) Bardzo dobre jest też pęknięcie odcinka na pół. Pierwsza część to klasyczne bieganie i rozwiązywanie zagadki. Druga, wyznaczona momentem odkrycia motywów kosmitów, jest dużo spokojniejsza i poważniejsza. Końcówka poraża, również dzięki temu kontrastowi – choć się jej przecież spodziewamy. Jedyny słabszy moment to spinająca odcinek współczesna klamra.

W moim osobistym rankingu odcinków Doctor Who Demony Pendżabu wpadają do pierwszej dziesiątki, gdzieś obok Heaven Sent. To jest dokładnie taka historia, jakie chcę oglądać i polecać innym. Piękna, prawdziwa, grająca na emocjach i budząca chęć dowiedzenia się więcej.

Seweryn Dąbrowski: Wreszcie się doczekałem! Dostaliśmy pozycję, która była nie tylko ogromnym powiewem świeżości, ale i w zasadzie nie posiadała większych wad. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że Demony Pendżabu to najlepszy z dotychczasowych epizodów z serii jedenastej, a tym samym najlepsza (na dzień dzisiejszy) przygoda Trzynastej Doktor.

Moim zdaniem duża w tym zasługa scenarzysty – Vinay Patel wykonał fantastyczną robotę i z przyjemnością pochłaniałem kolejne minuty jego dzieła. W tym momencie z otwartymi rękami przyjmuję jednak wszystko to, czego autorem nie jest Chris Chibnall. Wciąż utrzymuje stanowisko z poprzedniego tygodnia i uważam, że po prostu była nam potrzebna drobna przerwa w postaci odcinków od innych osób. Cokolwiek na temat prac miłościwie nam panującego showrunnera bym nie sądził, to już od Arachnokapitalizmu w Wielkiej Brytanii („Arachnids in the UK”) dało się odczuć drobne zmęczenie materiału i przysłowiową zadyszkę. Dlatego nerwowo trzymałem  kciuki, aby następne propozycje były zwyczajnie lepsze i… jeśli będą one trzymać poziom Demonów Pendżabu, to raczej nie mam powodów do obaw. No dobrze, posłałem w stronę omawianej pozycji masę ciepłych słów, ale właściwie za co? Co w niej grało? W sumie to wszystko.

Począwszy od bardzo ciekawej fabuły – niby nic, czego nie widzielibyśmy wcześniej. Ot, towarzyszka naszej ukochanej Władczyni Czasu chce skorzystać z możliwości podróżowania w czasie i odwiedzić członka swojej rodziny w czasach młodości. Brzmi znajomo (Dzień ojca (“Father’s Day”))? Niby tak, ale osadzenie całej akcji na granicy Indii i Pakistanu w takich, a nie innych dniach całkowicie zmieniło wydźwięk tego wątku. Skupienie się wyłącznie na obszarze kilkunastu metrów z jedną chatką i garstką osób ją zamieszkującą pozwoliło pokazać, jak wydarzenia tego pokroju wpływają na przeciętnych obywateli. Czasami wcale nie musimy pokazywać wielkich postaci historycznych, aby poczuć ciężar danego zdarzenia – wystarczą zwykli ludzie, z którymi chciał trochę się zżyjemy! Urzekła mnie również sama konwencją odkrywania tajemnicy i wiążącego się z tym przechodzenia z atmosfery sielanki w coraz to bardziej poważniejsze tony (zakwestionowanie autorytetów i wychodzące na światło dzienne kłamstwa). Poprzez moją ukochaną zabawę konwencją, gdzie to nie przybysze z innych planet są tytułowymi demonami, a zwykli ludzie. Tylko o ile we wspomnianym odcinku czwartym twórcy chcieli przedstawić nam w to sposób łopatologiczny, o tyle tutaj wyszło to o niebo lepiej. Bez przesadnej pompatyczności, w sposób kameralny, nienachalny i… intymny (do twojej śmierci może doprowadzić bliska ci osoba, na przykład brat). Swoją drogą sam wygląd i zamysł na rasę demonów był bardzo fajny. A kończąc na tym ponurym i niejednoznacznym finale. Zostałem nim w pełni urzeczony i życzyłbym sobie więcej takich scen.

Osobną kwestią jest między innymi strona wizualna. Jak zwykle, ta była pierwszorzędna i praktycznie wszystkie kadry mógłbym z czystym sumieniem powiesić na ścianie. Szczególnie przypadła mi do gustu złoto-pomarańczowa stylistyka (Heaven Sent!) – reżyserowi oraz operatorowi kamery należą się gromkie brawa. Na plus należy zaliczyć także kilka mniejszych rzeczy: element edukacyjny dotyczący wyżej wymienionego okresu czasowego był czymś oryginalnym. Szczególnie dla Europejczyków i Amerykanów nie są one zbyt dobrze znane, więc jeżeli epizod ten miał zachęcić chociaż jedną osobę do poczytania sobie na ten temat troszkę więcej, to spełnił swoje zadanie w 100%. Bardzo miłym widokiem jest również obraz dotrzymywania obietnicy złożonej przez wspomnianego Chrisa Chibnalla. Motyw rodziny miał być wątkiem głównym tego sezonu, więc próba ugryzienia go z wielu różnych stron zasługuje na pochwałę.

Ostatnim (znaczącym) elementem, który złożył się na sukces całości, byli niewątpliwie bohaterowie. Jodie Whittaker była cudowna i przeszła samą siebie. Jej Doktor jest bardziej odpowiedzialna, a jednocześnie (stosunkowo) wyważona i akceptująca bieg wydarzeń. Nawet nie wiecie, jak byłem zachwycony, kiedy Doktor w ogóle nie protestowała i praktycznie od razu przystała na prośbę, do której jej poprzednie wcielenia nie podchodziły ze zbytnim optymizmem. Ba, kiedy wszystko zaczęło się psuć, to ta do końca wspierała swoją przyjaciółkę i nie zrobiła jej żadnych wyrzutów. Wiedziała bowiem, że dla Yaz było to bardzo szczególne i niejednoznaczne zajście. Kocham takie podejście, a ta inkarnacja już całkowicie ma moja dozgonną aprobatę. Co do reszty, to było poprawnie. Każdy, kto czytał moje przemyślenia z ostatnich tygodni, wie, że Graham jest moim ulubionym towarzyszem od czasu wznowienia Doctor Who po 2005 roku. Tutaj również był bardzo jasnym punktem i naprawdę się wzruszyłem podczas jego rozmowy z Yasmin. Ryan może nie odgrywał wielkiej roli, ale podświadomie zawsze czułem jakiś cel jego obecności na ekranie. Ciepło będę wspominać też plejadę przodków protagonistki granej przez Mandip Gill – każdemu z nich w jakiś sposób kibicowałem, a nawet Manish uzyskał moją sympatię i w pełni rozumiałem jego działania.

Na tym wspaniałym szlachetnym kamieniu znalazły się jednak dwie – podkreślam: wyłącznie subiektywne! – małe rysy. Pierwszą  z nich była sama zainteresowana, czyli Yaz. W wielu momentach praktycznie w ogóle nie czułem jej relacji z babcią i ciężaru emocjonalnego, który (chyba) chciano osiągnąć. Nie zrozumcie mnie źle, wyszło to OK. Nie mniej, nie więcej niż OK i rozpłynęło gdzieś pomiędzy bieganiem za kosmitami a dążeniem do rozwiązania zagadki. Druga to zaś klamra łącząca początek i koniec epizodu. Czy nie lepiej byłoby za punkt wyjścia przyjąć śmierć Umbreen, która zostawiła swojej wnuczce pamiątkę w postaci zegarka? Mam wrażenie, że zadziałałoby to o wiele lepiej.

Podsumowując, czy warto obejrzeć Demony Pendżabu? Po trzykroć TAK! To epizod bardzo świeży, wzruszający i zostawiający po sobie masę przemyśleń. Powinien spodobać się wszystkim – niezależnie od płci czy wieku. Miło było po raz kolejny odhaczyć również małe smaczki (Doktor mówiąca, że może udzielać ślubu i rzucająca, iż dopiero od niedawna jest kobietą!). Och, prawie bym zapomniał o muzyce. Była fantastyczna i czuć, że Segun Akinola miał niesamowitą zabawę podczas jej komponowania.

Ewelinkja: Przepiękny wizualnie, ze wspaniałą muzyką, smutny, ale też przerażający. Pokazuje to, co często pokazuje nam Doktor – że nawet jeśli ktoś wygląda jak demon, to nie znaczy, że jest zły, a często to człowiek jest największym potworem.

Bardzo fajny, wyważony odcinek historyczny, pokazujący nam kawałek mało dla nas znanej historii. Z drugiej strony dostajemy klasyczny motyw towarzysza pragnącego poznać przeszłość swojej rodziny. Po raz kolejny bohaterowie muszą stać z boku, nie mogą podejmować działania, by historia potoczyła się tak jak należy.

Ten odcinek bardzo mnie poruszył, bo głównym złym było coś, co mnie najbardziej przeraża – niezrozumienie drugiego człowieka i ślepa nienawiść. Miał także wiele szalonych i zabawnych momentów. Doktor opowiadająca o tym, że była mężczyzną była po prostu cudowna, a udzielanie przez nią ślubu było wzruszające. Ryan i Graham trochę zniknęli, ale w sumie jest to zrozumiałe, bo tutaj Yaz miała być na pierwszym planie. Historia trzymała w napięciu, choć zakończenie znaliśmy już dużo wcześniej. To chyba kwestia tego, że łatwo się było zaangażować emocjonalnie w piękną opowieść o miłości. No i niestety na koniec ból się potęguje, bo jednak nienawiść zwycięża miłość i mamy sporo do myślenia…

Dodam tylko jeszcze, że teraz bardzo wyraźnie się czuje motyw przewodni, z wielką katastrofą w tle… Oj, oszukuje nas pan Chibnall, oszukuje!

Blownie: No, nareszcie się doczekałam… Nie ukrywam, że poprzednie dwa odcinki mnie trochę nudziły, a pierwsze trzy, chociaż solidne, nie rzuciły na kolana, i z niecierpliwością czekałam na taki naprawdę dobry, który wywoła we mnie silniejsze emocje; pocieszałam się myślą, że w większości dotychczasowych sezonów jedne z najlepszych (a przynajmniej moich osobiście ulubionych) odcinków znalazły się w środku lub drugiej połowie serii, więc jeszcze nie wszystko stracone. Co do Demonów Pendżabu miałam dobre przeczucie już po zeszłotygodniowym zwiastunie i nie zawiodłam się: doczekałam się historii mocnej, pięknej, i poruszającej (podwójnie, fabułą i muzyką). W gruncie rzeczy była to też bardzo prosta historia, ale dzięki temu wyważona – jednocześnie podniosła i przyziemna w dobrych proporcjach; kolejna lekcja historii, ale mniej szkolna niż Rosa i z morałem równie jasnym, ale nie tak nachalnym i karykaturalnym jak zły kapitalista od pająków.

Znów potworem okazał się człowiek, co jest chyba ulubionym tematem Chrisa Chibnalla, jeśli przypomnieć sobie jego stare odcinki – zarówno w 42, Głodnej Ziemi, jak i Potędze trójki chodziło pod koniec o to, że kosmici uznali ludzi za agresywne szkodniki, które trzeba wytępić i nie sposób im było nie przyznać choć odrobiny racji. Tutaj jednak scenarzysta (nawiasem mówiąc, z ogromną przyjemnością zobaczyłam w czołówce hinduskie nazwisko) przedstawił ten motyw w bardziej wielowymiarowy sposób: z jednej strony mieliśmy konflikt na tle polityczno-religijnym, bezduszną decyzję kogoś na górze obracającą sąsiadów i braci przeciwko sobie i zamieniającą zwyczajnych ludzi w potwory; z drugiej strony potwory, które wcale nimi nie były – a raczej tytułowymi demonami były kiedyś, ale stały się kimś innym, za jednym zamachem udzielając zarówno bohaterom odcinka, jak i widzom cennej lekcji na temat zarówno potencjału do zmiany na lepsze, jak i błędu osądzania innych po pozorach.

Na koniec muszę jeszcze tylko wspomnieć, jak bardzo podoba mi się, że po raz kolejny wspominano przygody przeżyte pomiędzy odcinkami – nie tylko sprawia to, że drużyna wydaje się bardziej naturalnie zgrana, ale daje też duże pole do popisu dla przyszłych twórców EU, na których, jak zawsze, bardzo liczę.


Ginny: Dziś dla odmiany postaram się krótko, choć pewnie byłabym w stanie napisać bardzo długą opinię. Chcę jednak przede wszystkim powiedzieć, że ten odcinek poruszył mnie bardzo mocno. O historii podziału Indii praktycznie nie wiedziałam – może obiło mi się to gdzieś piąte przez dziesiąte o uszy, ale właściwie nie znałam tej historii. I myślę, że większość z was też nie. Cieszę się więc, że było nam dane zobaczyć odcinek właśnie o takiej mniej znanej części historii ludzkości. A pokazanie go poprzez oczy zwykłych ludzi z piękną w swej prostocie metaforą było bardzo dobrym wyborem. Cieszy mnie też bardzo rozwiązanie wątku kosmitów odcinka – kiedyś bezlitosnych asasynów, dziś świadków śmierci, niosących pamięć o istotach i miejscach w przyszłość.

Dodatkowo jak ja kocham Trzynastą Doktor w tym odcinku, tego nie wyrażą żadne słowa. Jest po prostu wspaniała.

Odcinek ma też może drobne wady. Np. nie jestem pewna czy Graham – biały i cishetero mężczyzna – powinien tak wiele wyjaśniać niebiałym postaciom. Występuje tu oczywiście w roli „mędrca”, czyli starszej, doświadczonej osoby, niemniej to trochę razi. Ogólnie jednak te drobiazgi nikną w zestawieniu z tym, jak dobrze napisany i emocjonalnie satysfakcjonujący jest ten odcinek.

Mandalkor: Ktoś pamięta, że w zeszłym tygodniu bardziej się cieszyłem na trailer następnego odcinka niż samym odcinkiem? Cóż, miałem po prostu dobre przeczucie co do niego. Cieszę się, że miałem rację, a jeszcze bardziej z zaskoczenia, jakie mnie czekało. Zaskoczenia, bo nie spodziewałem się, że będzie on AŻ tak wspaniały. AŻ tak, bo nie umiem powiedzieć o nim nic złego! No dobra, co najwyżej takie drobniutkie, ale zacznijmy od superlatywów.

Jest to kolejny odcinek historyczny (gigantyczny plus), w którym kosmici są bardziej tłem, a to historia i ludzie są na pierwszym miejscu. Poza tym kolejny, w którym ,,potwór’’ wcale nie jest tym złym, tylko człowiek i jego czyny. Wyszło bardzo podobnie do Świadectwa ze Zdarzyło się dwa razy („Twice Upon a Time”), ale ja tam lubię wątki empatycznych kosmitów (innych niż Doktor), więc jakoś bardzo nie przeszkadza mi to. Poza tym, tutaj oni się zmienili pod wpływem utraty planety, a to już coś. Pokazano nam, że jednak można się zmienić, nawet o 180 stopni.

Jest to także odcinek, którego plot twist i końcówka wycisnęły ze mnie łzy wzruszenia (a motyw muzyczny podczas napisów końcowych to już w ogóle). Wszystko tu grało: relacje rodzinne, motywy ludzkich działań, zachowanie w obliczu zaistniałej sytuacji (podziału państwa), orientalna muzyka, naukowość Doktor, jej wypowiedź podczas ślubu, podobnie jak słowa Grahama kierowane do Yaz. Cudowne było również, gdy Doktor odkryła prawdziwe intencje kosmitów – przecież to, że odnaleziono kogoś obok ciała zmarłego, wcale nie znaczy, że był zabójcą! Mam tylko nadzieję, że było tak dobrze nie przez to, że odcinek pisał kto inny niż Chibnall… Tak poza tym, to Doktor jednak pogubiła się w liczeniu punktów, ha! Ktoś kojarzy, że Adric, towarzysz Piątego, też miał złotą gwiazdę za wybitne osiągnięcia?

Dziwi mnie trochę, że Doktor jeszcze się nie nauczyła, że zabieranie towarzyszy do ich prywatnej przeszłości może się źle skończyć, choć tym razem poszło dużo lepiej niż poprzednio (ktoś jeszcze pamięta o Dniu ojca?). Szkoda, że zabrakło lekcji chemii, Doktor mogła wyjaśnić dokładniej, co robi to ustrojstwo. Poza tym: jakim cudem Doktor nie zauważyła, że sadhu (swoją drogą świetna postać, której zabrakło rozwinięcia) zginął od rany postrzałowej?

Archie: Uważam, że – mimo drobnych wad – jest to naprawdę dobry, trzymający w napięciu odcinek, świetnie zrealizowany i poruszający. Bardzo lubię odcinki historyczne za przybliżanie nam wydarzeń, którymi być może sami byśmy się nie zainteresowali i za pokazywanie bardzo różnych perspektyw. Tutaj, mam wrażenie, na tle konfliktu religijno-politycznego jednak najważniejszy był po prostu udział w tej historii, bez zbędnych komentarzy, z należytym szacunkiem. Dlatego tak podobało mi się wykorzystanie demonów, które na dobrą sprawę demonami wcale nie są, podobało mi się uczestnictwo Doktor i Yaz w tym wszystkim (Ryan oraz Graham, oczywiście, również są ważni, ale tym razem to nie ich historia). Yaz jest tutaj bardzo fajną, zdeterminowaną bohaterką i cieszy mnie, że dostaliśmy jej więcej oraz w jakim kierunku to więcej poszło. A Doktor to po prostu Doktor, co bardzo widać w tej przygodzie i tym, jak zależy jej na ochronie każdej osoby.

Mogłabym się trochę przyczepić do drętwego aktorstwa nowych postaci (bo, no, sporo mi nie grało), ale chyba sobie tego oszczędzę. Zbyt dobre wrażenie pozostawił po sobie ten odcinek.


A jak wam się podobały Demony Pendżabu? Dajcie znać w komentarzach lub wpadnijcie do grupy Pod kopułą!

Daj na ciastko!