Czwarty i piąty odcinek Class już za nami. Redakcja dzieli się wrażeniami z oglądania Co-Owner of a Lonely Heart oraz Brave-ish Heart.

Ginny: W czwartym odcinku podobała mi się przede wszystkim struktura dzieląca go na dwa kosmiczne wątki. I tak jak powrót Cieni uważam za dość nijaki i do tego z

tak sprawdził się dobrze jako sprawa tak bardzo zaprzątająca naszych bohaterów, że zupełnie nie zauważają cichej kwiatowej inwazji z kosmosu. A ta zapowiadała się na bardzo ciekawy wątek (bardzo w duchu Doctora Who), na którego rozwiązanie w drugim odcinku czekałam z niecierpliwością. I właściwie się nie zawiodłam. Danie nam kilku możliwych rozwiązań, z których każde prawie do końca mogło przynieść oczekiwany skutek sprawiło, że wreszcie nie mam poczucia, że całą historię zamknięto zbyt szybko. Do tego o ile fandom skupia się na działaniu Matteusza, tak jak zachwycam się ponownie kreacją pani Quill. <3 Tylko dla niej samej będę wracać do piątego odcinka, bo cała ta emocjonalna gama uczuć, jaką prezentuje, jest genialnie poprowadzona i zagrana.

Na plus muszę policzyć też nową panią dyrektor. Po trailerach odcinka obawiałam się, że będzie to bardzo niefajna postać, zostałam więc pozytywnie zaskoczona. Kobieta jest bardzo konkretna, ma świetną dynamikę z panią Quill, a jej zachowanie przywodzi mi na myśl Władców Czasu ze słuchowisk Big Finish. class-2016-11-13-1Oglądając części odcinka czwartego z nią żałowałam, że Class musi skupiać się na grupce uczniów i – między innymi – ich miłosnych przygodach. W odcinku piątym to poczucie zmalało, bo też na pierwszy plan wysunął się ponownie wątek Charliego i pani Quill, a wątek April i króla Cieni, jakkolwiek nadal nie genialny, nie irytował jakoś bardzo i nawet w miarę sensownie połączył się z wątkiem krwiożerczych kwiatków.

Jeśli chodzi o wątek szkolny, spodobało mi się to, że wreszcie mamy pokazane także inne lekcje i że poza April, Ramem, Charliem, Tanyą i Matteuszem odzywa się także ktoś inny spośród uczniów. Tego mi w poprzednich odcinkach bardzo brakowało, bo to po prostu było strasznie nienaturalne, żeby cała klasa składała się z naszych bohaterów i statystów. Ta jedna uczennica to nadal bardzo mało, ale przynajmniej coś. Skoro jednak jesteśmy już przy postaciach, których mi brak, to scenarzyści nagle, zdaje się, że przypomnieli sobie, że Ram ma też mamę, tylko nie stać ich było na zatrudnienie aktorki do tej roli. Przy premierze serialu chwaliliśmy wszyscy scenarzystów, że wreszcie mamy młodych bohaterów z istniejącymi rodzinami, ale w tym momencie coraz mocniej narasta we mnie poczucie, że te rodziny są napisane na pół gwizdka i dopisywane na bieżąco. Ogólnie też patrząc po scenach z rodzicami Rama i April to jakoś ta część Class wychodzi tak dość nieciekawie, zajmując tylko miejsce bardziej poruszającym wątkom.

Zdaje się też że Patrick Ness zapomniał, że ostatnio Charlie twierdził, że nie miał bliskiej relacji z rodzicami i tu każe mu wymienić ich jako drugich, gdy mówi, czyje dusze są ukryte w Szafce. Poza tym drobiazgiem jednak podoba mi się dyskusja Matteusza z nim o tym, co to oznacza,

I tak jak podejrzewałam, ten wątek rozwinął się bardzo interesująco i z dużą dawką dramatu po stronie Quill. A w kolejnych odcinkach może czekać nas nawet więcej tego dramatu.

Z drobiazgów spodobało mi się, że tak jak poprzednio poznaliśmy prawdziwe imię panny Quill, tak tutaj poznajemy jej imię ziemskie (brzmiące całkiem podobnie). Fajniej też wyszła w odcinku czwartym charakteryzacja Cieni. Mniej tu kiepskiego CGI, a więcej pomysłowej protetyki. Niestety odcinek piąty wraca do CGI.

Za to naprawienie kalectwa mamy April… um. Nie. Czy naprawdę nie możemy dostać niepełnosprawnej postaci, której niepełnosprawność nie zostanie uleczona, a po prostu jest czymś, z czym ta postać musi żyć? class-2016-11-13-2Może powiecie, że przecież nie ma nic złego w uleczeniu takiej postaci, ale nie wprowadza się reprezentacji po to, by zaraz się z niej wycofać. I jasne, pewnie każdy niepełnosprawny marzy o tym, żeby odzyskać pełnię sprawności. Ale ogromnej części się to nie uda i dobrze napisana reprezentacja oddaje ten fakt.

Ogólnie jednak mimo sporych wątpliwości do wątku króla Cieni i April czwarty odcinek podoba mi się bardziej niż poprzedni, a odcinek piąty podoba mi się po prostu bardzo. I choć wskoczenie Rama w tę szczelinę było głupie (ale co w całym tym wątku takie nie było?**), to, jak napisałam, tym razem rozwiązanie akcji nie zawiodło. I tylko czy ten cały motyw to nie powinien być materiał na finał sezonu, a nie na jego środek? Ale nie zamierzam narzekać, bo wygląda na to, że w finale dużą rolę odegra relacja Charliego i pani Quill, a ta pozostaje póki co najbardziej interesującą częścią całego Class. O wiele ciekawszą niż historia serca April czy żarłocznych kwiatków z kosmosu. Za to za tydzień zapowiadają się Cisze. Będzie zabawnie, choć dlaczego bez Quill. :(

* Popatrzcie choćby na to, czego chcą i co robią Gelthowie z Niespokojnych nieboszczyków („The Unquiet Dead”) w pierwszej serii New Who.

** Właściwie ten wątek ma nawet interesujący potencjał, ale odnoszę wrażenie, że jest to potencjał nieustannie marnowany.

Clever Boy: To były dobre odcinki. Bardzo podobało mi się to, że były podzielone na dwa wątki. W czwartym odcinku pierwszy z nich, czyli cała sprawa z Królem Cieni, jest gorsza, nie zainteresowała mnie prawie wcale. Uważam, że można było umieścić mniej scen dziejących się w królestwie Cieni (nie podobały mi się), a skupić się na życiu bohaterów, bo twórcom wychodzi to świetnie. Drugi wątek był o wiele lepszy, powolna i cicha inwazja płatków kwiatów. Coś, co otacza nas co roku na wiosnę, może stać się czymś morderczym. Fajnie też, że Matteusz jako pierwszy z całej paczki zauważa to niebezpieczeństwo.

Doskonale rozumiem motywacje postaci i to, w jaki sposób się zachowują. Tanya podważa moralność Charliego, który nie jest już takim cudownym chłopcem. Nie jest idealny i to mi się podoba. Sam zraziłem się trochę do jego postaci, bo również nie podoba mi się jego zachowanie. Nie dziwię się Matteuszowi, który ma swoje wątpliwości. Został wyrzucony z domu, przygarnął go chłopak, któremu zapewne bardzo ufa i jest jego jedynym oparciem. Nagle okazuje się, że ten ma tak ogromny sekret. To wszystko może mieć bolesne skutki. April traci kontrolę nad sobą przez swój gniew, jest to fajne posunięcie. W całym odcinku najgorsza jest scena seksu. Coś, co mogłoby być pokazane w sposób niezwykle zmysłowy, zostało totalnie schrzanione. class-2016-11-13-3Widać, że April i Ram są przygnębieni i znajdują w sobie pocieszenie, uciekają do seksu, żeby zapomnieć o problemach, lecz nie jest to w żaden sposób poruszone, bo wszystko odbywa się w, jak dla mnie, śmieszny sposób.

Polubiłem mamę April, podobała mi się ta scena, gdzie próbowała przeprowadzić z nimi rozmowę. Widać, że bardzo kocha swoją córkę i zrobi dla niej wszystko. Super, że Ram ma mamę. Podoba mi się to, że rodziny są różne, jednakże brakowało mi tej jednej pełnej. Dziwne, że nagle z tym wyskoczyli, ale może mama Rama nie mieszka razem z nimi?

Zaciekawiła mnie postać dyrektorki. Nie znamy jej intencji, ale zakładam, że nie jest człowiekiem (no chyba, że jest bardzo wtajemniczonym człowiekiem) i nadal nie wiemy, czym jest Zarząd. Wygląda na to, że również w pewnym stopniu chce chronić planetę. Spodobało mi się to takie dbanie o „drobiazgi” jak akta Charliego, które dało się dokładnie przeczytać. I fajnie, że cała paczka nie ma zajęć razem, dzięki temu będziemy mogli zobaczyć, jak na siebie reagują i jakie relacje tworzą w różnych zestawieniach. Bardzo dobrze, że inne osoby w klasie również mogły zabrać głos.

Nadal bolą sztuczne oczy mieszkańców królestwa Cieni, ale bardzo podobały mi się ich twarze, a w szczególności szczęki. Kiedy któryś z nich przemawiał, cały czas zwracałem na nie uwagę. Efekty nie były takie sztuczne, a charakteryzacja naprawdę była super.

Tak jak Ginny liczyłem, że wątek z sercem April pojawi się dopiero ponownie w finale. Nie udało się tego zakończyć, no i zapewne w finale doczekamy się rozwiązania.

Piąty odcinek zleciał mi o wiele szybciej, świetnie, że ciągle coś się działo. Sceny w królestwie Cieni były o wiele ciekawsze, bardzo ładnie wyglądała sceneria (ujęcia były kręcone w prawdziwych jaskiniach). Mimo całej akcji z dyrektorką, nie straciłem do niej sympatii, nadal mnie intryguje i jestem nastawiony do niej pozytywnie. Ogromne plusy za Matteusza (Ness, proszę – nie zabijaj go!) i kolejny minus dla postaci Charliego. Wiem, że stara się postąpić rozważnie, honorowo itd., ale w całym tym konflikcie jestem sercem z panią Quill. Aktorka świetnie zagrała w swoich scenach, zrobiło mi się jej postaci naprawdę żal (nawet jeśli rzeczywiście jest podstępną hieną).

Nadal podoba mi się to, że w całą akcję wplątani są rodzice. Dobrze, że możemy podejrzeć, jak sami sobie radzą z tym, z czym do czynienia mają ich dzieci. Myślałem tylko, że ojciec April zostanie zabity (cały czas liczyłem, że tak zakończy się ta cała przemowa w mrocznym świecie – class-2016-11-13-5czemu nikt nie skorzystał z okazji do ataku?). Bardzo fajnie, że Ram i April wyjaśnili sobie także sytuację między sobą. Ta scena była fajna, podoba mi się to realne spojrzenie na relacje i znajomości. Z drugiej strony mamy Charliego i Matteusza, którzy również deklarują sobie miłość. Tylko w taką historię jestem bardziej w stanie uwierzyć. Widać to zarówno po grze aktorskiej, jak i scenach, jakie mieliśmy z nimi od samego początku. Tu naprawdę jest chemia i są razem słodcy.

Wątek kwiatków był ciekawym pomysłem. W ciekawy sposób pokazali brutalność i niebezpieczeństwo. Szkoda, że problem został rozwiązany w taki sposób, choć przynajmniej April skorzystała ze swojej pozycji.

Następny odcinek zapowiada się ciekawie. Prawdopodobnie będzie mniej efektów specjalnych (co wychodzi temu serialowi na dobre) i więcej rozmowy. Cały czas zastanawiam się czy meteor nie należy do Ciszy („CONFESS”). Co prawda Ness powiedział, że nie zobaczymy znanych potworów, ale przecież Cisza nie musi się wcale pojawić, wystarczy obiekt należący do nich. :)

Lierre: Ale to były dziwne odcinki! Przyznaję, że zupełnie się nie spodziewałam, że serial sięgnie tak daleko i bohaterowie rzeczywiście opuszczą Ziemię. Byłam przekonana, że to zagrożenie będzie dopadać ich na szkolnych korytarzach, a nie że oni skoczą sobie obalać kosmiczne rządy na obcych planetach. Nieźle!

Fabularnie nie było może aż tak rewelacyjnie, ale całkiem w porządku. W pierwszym odcinku było intrygująco – bo mieliśmy dwa zagrożenia i tylko czekałam, aż się okaże, że są powiązane. Ale nie – jednym zwalczono drugie. Fajne rozwiązanie, niesztampowe, wielki plus. I pozostało nam sporo niewiadomych, np. kim jest tajemnicza Dorothea w czerwieni, bo w każdej scenie, w której się pojawia, miałam inną teorię… Jak naprawdę ma na imię Charlie? Co zrobiła Quill? Jak naprawdę wyglądają (bo w aktach było napisane, że przyjął ludzką formę)? Jak zareaguje na to Matteusz? :D Wiem, że w pierwszym odcinku coś nam pokazano, jednak obstawiam, że podobnie jak cała sekwencja z Rhodią – to były wyobrażenia April, a nie prawdziwy obraz miejsc i osób.

Drażniło mnie parę rzeczy, więc zacznę tym razem od minusów. Po pierwsze, ojciec April jest koszmarny, ja nie wiem, skąd oni wzięli tego aktora, ale za każdym razem, jak się odzywał, miałam ochotę mu przyłożyć. Zupełnie mi nie pasuje i nie potrafię zaakceptować tej postaci, jakże przecież ważnej. Po drugie, cała ich rodzinna drama i rozwiązywanie jej w czasie pojedynku z Królem Cieni – to było słabe i nierealistyczne; ja wiem, że popkultura lubi takie zagrania, ale nie wierzę, że rzeczywiście w tak ekstremalnej sytuacji ludzie by się zatrzymali i zaczęli rozmawiać na inny temat. Po trzecie, trochę za dużo było w tych odcinkach odgrzewania elementów znanym nam doskonale z Doktora Who. Motyw ostatniego przedstawiciela rasy mamy w postaci Charliego od samego początku i z tym problemu nie mam – stanowi w sumie dość fajne odbicie Doktora, nawiązuje, ale nie bardzo natrętnie. Ale tu nam się nagle rozwija wątek Szafki, w której siedzą dusze, które mogą albo wymordować, albo… wrócić. Moment też miał formę szafki, też mógł wymordować, ale też (przez niedziałanie) mógł przywrócić całą rasę do życia. Nawet w apogeum rozkminy Charliego otwiera się w podobny sposób… class-2016-11-13-6To już nie jest nawiązanie, to jest kopia i zamiast współczuć Charliemu, który stanął przed takim ciężkim wyborem, czułam irytację, że już to widziałam i Matt Smith odegrał to lepiej. Po czwarte: zgadzam się z Ginny*, też nie podobało mi się uzdrowienie mamy April, nie na tym polega reprezentacja, byłaby równie dobrą bohaterką, gdyby nie została magicznie naprawiona.

Na plus natomiast: głównie w pierwszym odcinku były rzeczy, które naprawdę mnie zachwyciły. Po pierwsze, lekcja o umyśle żołnierza. Oglądałam ją trzy razy, bo nie dość, że bardzo zgrabnie pokazano tam, co dzieje się z April (w którym momencie się zorientowaliście?), to jeszcze – rany, czemu w naszych szkołach tak nie uczą? Nie: co autor miał na myśli, tylko: co byś czuł, gdybyś był w takiej sytuacji? Podobno jesteśmy jednym z najmniej empatycznych narodów. Mogłabym prowadzić takie lekcje. Po drugie: Tanya i jej dziwne pytania. Wreszcie widać, że dziewczyna jest młodsza od reszty drużyny i rzeczy, które dla nich są już częścią codziennego życia – seks – dla niej są ciągle powodem do chichotu i właśnie tak powinno być. Mam nadzieję, że nie pokażą nam, jak młoda gwałtownie dojrzewa i też dostaje kogoś do pary – to byłoby niepotrzebne, ma czas, niech chichocze na zdrowie. Po trzecie: jakkolwiek nie jestem przekonana do związku April z Ramem, który to dopiero opłakiwał swoją wielką miłość, to jednak jest on bezpretensjonalny, taki zwyczajny, napisany z dużą wrażliwością i scena ich pierwszego razu TO TAKA WZOROWA EDUKACJA SEKSUALNA!** Powinni ten serial pokazywać w szkołach. Consent jest, naturalność jest, niepewność jest, zabezpieczenie jest, 10/10, panie Ness, brawo. Po czwarte: tajemnicza Dorothea, bardzo w stylu Missy, ale wzroku od niej nie można oderwać i jestem strasznie ciekawa, co z niej wyjdzie. Po jakiej stronie stoi? Kim jest Zarząd?! Po piąte: kwiaty są trochę jak tribble ze Star Treka, tylko bardziej krwiożercze, od momentu załapania tego skojarzenia nie mogę przestać się śmiać. Po szóste: Ram opowiadający o swojej religii. Strasznie mnie cieszy, że jest sikhem, a nie na przykład muzułmaninem – czy ludzie w ogóle wiedzą, co to jest sikhizm? A to taka strasznie sympatyczna religia, o której warto coś wiedzieć – tutaj nie było tego dużo, ale to, co było, było intrygujące i mam nadzieję, że widzowie postanowią doczytać. Po siódme: Quill, wzorowa dwuznaczna postać, którą wszyscy kochają, ale nikt nie ufa i nikt jeszcze nie rozgryzł. Nie typowy złoczyńca, ale chaotic neutral. Po ósme: wreszcie pojawiła się wątpliwość co do zachowania Charliego względem Quill. Obce zwyczaje obcymi zwyczajami, ale to jest niewolnictwo, w dodatku niezwykle okrutne, i byłam autentycznie dumna z Tanyi (i scenarzysty), że to właśnie ona ma z tym największy problem i nie ma skrupułów z powiedzeniem Charliemu, że on to sobie może być księciem, ale to jej nie powstrzyma przed głośnym wyrażaniem opinii, że postępuje niemoralnie. A Matteusz wiernie jej wtóruje, wtrącając te tajemnicze kwestie o złych rządach. O co chodzi? Stereotyp Europy Wschodniej rządzonej przez małych tyranków? Komuś się pomyliło, w której dekadzie zburzono mur berliński? Ktoś nie lubi Platformy Obywatelskiej? :D Bo później to raczej nie emigrowali, nie byłby tak dobrze zasymilowany. Miliony pytań po prostu!

class-2016-11-13-7Trudno uwierzyć, że za nami dopiero kilka odcinków. Mam wrażenie, że znam bohaterów od lat i choć nie mogę powiedzieć, że któregokolwiek z nich tak szczerze lubię, to… chyba właśnie tak jest lepiej – nie są do lubienia czy nielubienia, są po prostu prawdziwi i kupuję ich wszystkich bez zastrzeżeń.

Nawet czołówka przestała mnie irytować. Całkiem wpada w ucho ta piosenka.

* Ale nie zgadzam się w kwestii rodziców Charliego. Wiemy, że był księciem, że dla rodziców był raczej inwestycją niż ukochanym dzieckiem i możemy podejrzewać, że rhodiańska kultura była z rodzaju tych chłodniejszych. Wiemy, że rodziców nie kochał na tyle, by tęsknota przyciągnęła to pnączocoś. Ale nie widzę sprzeczności w posiadaniu rodziców, którzy są chłodni i do których nie żywi się bardzo entuzjastycznych uczuć i równoczesnym szacunku do nich, przywiązaniu, żalu, że już ich nie ma – bo abstrahując od wszystkiego, uosabiają cały jego utracony świat. „Nie rozpaczam z żalu za moją matką, bo nie byliśmy blisko, ale została zamordowana i to zburzyło cały mój świat, zwłaszcza że byłem przygotowywany całe życie na to, by kontynuować jej działalność”. Czy coś takiego.

** No dobra, przyznam się, że jak to pisałam, to nawet nie przeszło mi przez myśl, że to przecież były dwie sceny – całkowicie to wyparłam. Interesujące, ale… nie. Nie. Jak już mieliby pokazywać w szkołach, to tylko tę jedną. Cienie sobie darujmy.

K.: Ja trochę się czwartego odcinka obawiałam, bo oglądałam go dzień przed premierą piątego i reszta redakcji już mnie zdążyła nastraszyć, jakie to dziwne dialogi i złe seksy się tam pojawiają, ale może i dobrze, bo byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona. Nadal nie kupuję pairingu Rama z April i ten wątek miał swoje lepsze i gorsze momenty – miejscami tak wyraźnie chcąc się odciąć od romansowych kliszy, a miejscami trochę popadając w patos. Ale jeśli chodzi o samą rzeczoną scenę, to chyba zgodzę się jednak z Lierre, było w tym dużo wyczucia i pamiętania, że pisze się o ludziach bardzo młodych, także tak, plus dla scenarzysty. Cały wątek z królestwem Cieni mnie natomiast bardzo męczył, nie podoba mi się ich dizajn, nie podoba mi się ten świat niby cieni, a tak naprawdę czarnych skał i pomarańczowych płomieni (wiecie, tak mrocznie), ten patetyczny sposób mówienia, który przeciąga sceny z nimi w nieskończoność, trochę pisana na kolanie kultura (jedynie ten pomysł z wizją, że jest się błędem wszechświata trochę się broni). Uważam, że można by to wymyślić dużo bardziej kreatywnie i trochę martwi mnie, że jeszcze raz będziemy do tego wątku wracać. Mordercze kwiatki – to było coś fajnego i świeżego, taki wróg, którego nie można przegadać, szantażować czy przekupić, bezlitosny i krwiożerczy – tak, to było cool. I owszem, ten motyw, że rozwiązań może być kilka, że zawsze jest jakieś trzecie wyjście – mój chyba ulubiony wątek w Doktorze Who, więc zakończenie tym razem było dla mnie satysfakcjonujące.

Ale wróćmy do powodu, dla którego oglądam ten serial, czyli bohaterów. Po pierwsze, Ram jest tak absolutnie przekochaną osobą, że aż ciężko w to uwierzyć i bardzo podoba mi się rozwój tej postaci, że przeszedł przez swoją żałobę i traumę i chcę wspierać April. W ogóle wątek Rama i jego taty i ich religii jest moim zdaniem ciekawie prowadzony i rozwijany. Absolutnie uwielbiałam też Tanyę w tych odcinkach, tak wyraźnie młodszą i równocześnie dojrzalszą w pewnych kwestiach, to jest absolutnie świetnie i spójnie napisana bohaterka i coraz bardziej ją z każdym odcinkiem lubię. Trochę ciężko mi ocenić mój stosunek do April, natomiast ta przemiana, którą przechodzi i cały wątek jej relacji z mamą i ojcem jest bardzo dobrym wątkiem obyczajowym, trochę moim zdaniem niesłusznie przykrytym tą otoczką z królestwem Cieni. class-2016-11-13-8Ale powiedzmy, że ta lekcja o wojnie, którą prowadzi April i o byciu lepszym niż nasi wrogowie to jest jednak ważna kwestia i nie ma co na nią narzekać. Przy czym tu jednak ważniejsze mi się wydaje to, co dzieje się między April a jej tatą (tu się nie zgodzę z Lierre, moim zdaniem była to akurat odpowiednia i przemyślana kreacja aktorska) i to oszczędzenie życia jemu (a nie królowi Cieni) powinno być moim zdaniem punktem kulminacyjnym. Ale znowu, to, że do żadnego pojednania ostatecznie nie dochodzi, bardzo mi się podoba. Wątek uzdrowienia mamy April też mnie trochę zirytował, ale nie chcę go oceniać, zanim nie zobaczymy, co się dalej z tym będzie działo. Na koniec zostawiam sobie Charliego, bo jejku, ile miałam satysfakcji, kiedy Quill dała mu w twarz! Strasznie podobały mi się jego konfrontację z Tanyą i Matteuszem, w ogóle widzę, że Matteusz zaliczył w gimnazjum programową wycieczkę do Oświęcimia… Ale tak na poważnie, to jest fascynująca postać, z jednej strony głównie słucha i próbuje zrozumieć, z drugiej strony kilka razy w tym odcinku zachowuje się ze wszystkich postaci najbardziej przytomnie i jest właściwie głosem sumienia dla skonfliktowanego Charliego – ogólnie jestem z niego dumna. Jeśli nie ukradł całkowicie drugiego odcinka, to tylko dlatego, że była w nim jeszcze Quill, której sceny są chyba moimi ulubionymi i absolutnie nie mogę się doczekać na siódmy odcinek, który ma się skupiać na jej postaci. Jedynie jej ewentualna zemsta odrobinę mnie niepokoi. Proszę nikogo mi nie zabijać. Ach, i jeszcze nowa dyrektorka, świetnie wprowadzona i zagrana i naprawdę dobra antagonistka dla Quill, w takim swoim wyraźnym wyrachowaniu i opanowaniu. Ogólnie zgodzę się z Gin, że najciekawszym wątkiem do rozwiązania pozostaje chyba wątek Charliego i Quill. I czekam na kolejny odcinek, bo zapowiadają się same emocjonalne dialogi, mniam.


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.


  • Pingback: „Brave-ish Heart” (Class) - polskie napisy - Gallifrey.pl - wszystko o serialu Doctor Who()

  • NoOne

    Odcinek nie podobał mi się, zarówno pierwszy jak i drugi. Przykład jak zrobić dwie historie, podzielić je obie na dwie części i teraz część jednej historii, połączyć z częścią drugiej historii i analogicznie zrobić z pozostałymi dwoma częściami. A potem dodać wspólny mianownik pod koniec obu z tych odcinków.

    O co mi chodzi?

    Otóż, historie na początku nie mają nic wspólnego, oprócz dzielenia tego samego uniwersum. A gdy już mają coś wspólnego to jest albo:
    -nagłe spotkanie przyjaciół z jednego wątku i przyjaciół z drugiego wątku tej historii
    -albo tak strasznie wygodne zakończenie, że wygoda fabuły wchodzi w inną wygodę fabuły i potem jest tłumaczona jeszcze większą wygodą.

    O co mi chodzi? Zacznijmy od początku:

    Z całej 7 postaci, która miała do czynienia z kosmitami, albo przynajmniej wiedziała coś o tych rzeczach, tylko Mateusz potrafił połączyć kropki i wykminić, że Shadow Kin, może rozwiązać problem płatków. Nagle April ma władzę nad Shadow Kin, jest ich królem, a to se walnie vape’a na pół dzielni, bo czemu nie.

    I gdyby już to nie było wygodą, w tym samym czasie w mieszkaniu Quill i Charlesa dzieję się szopka w stylu Powtórzmy scenę z Day of the Doctor, ale inaczej- a tam Dorothea zyskuje przytomność gdy akurat ma zwrócić uwagę na kwiatki, zabijane przez chmurę April, ostatni Rhodian i ostatnia Quill akurat sobie szczytują mając w rękach tą kulkę do Quidditcha co się Znicz nazywa i hops, nagle „Ej stójcie, patrzcie, nasz problem is over, I’m done, Stay away from me Quill, You will use it some day, elo, you get over it, sorry not sorry”.

    I gdyby już to nie było wygodne, to sam fakt, że chmura April dotarła na balkon Charlesa w odpowiednim momencie jest jeszcze bardziej bolące. A potem jeszcze wygodniej będzie wytłumaczyć te wszystkie wygodne posunięcia w rozwiązywaniu problemów i zamykaniu historii, tym że Governors to już przekalkulowali, wiedzieli wszystko i wgl.

    Druga część boli mnie jeszcze bardziej, że sceny tam pocięte są na takie hops-hops między planetą Shadow Kinów, a Ziemią, która znów jest podzielona na sceny w szkole i na sceny w domu Quill i Charlesa. I niektóre z tych scen są strasznie, źle pocięte IMO OFC, bo na przykład nie ma szans, by w takim przeskoku jak został zastosowany pod koniec drugiego odcinka, wolno poruszający się vape April AKA Armia Shadow Kin, gdy tylko wylatuje z okna gabinetu dyrektora w szkole, w następnej scenie od razu zostaje zauważona na balkonie Charlesa przez Dorotheę…

    Inna rzecz, jak właściwie działa ta szafka? Raz otwiera się jak tabernakulum, które jest takim TARDIS tylko że dla dusz i ma w sobie cały jakiś teren i o ile nie planetę, raz otwiera tą piramidkę na górze z której wychodzi sobie kulka do Quidditcha na podniesieniu… w finale serii dostaniemy info o sekretnej szufladce w tej szafce, tego mam się spodziewać? Jest sekretny przełącznik prowadzący do Narnii? Chyba, nie, dopóki ktoś nie dostanie Sonicznej Donicy na Kwiaty i nie zmieni polaryzacji, duh.

    Kolejna rzecz- Shadow Kin… jest to potwornie zaprojektowana rasa… koszmar… zamiast by była, zupełnie czarną, mroczną, straszną, koszmarną rasą, ta postanowiła sobie mieć więcej z klimatów pyłu wulkanicznego i tlącego się popiołu niż z cieni. Tak samo ich planeta, jest tam jasno, widać bohaterów, którzy sobie od tak po niej chodzą, niby jest tam coś niczym „lawa”, ogólnie nie podoba mi się sama rasa, a fakt, że jest to tak jakby arcy-nemezis bohaterów, to już kompletnie załamuje mnie, bo serial sam w sobie jest fajny i mi się podoba.

    Inna jeszcze rzecz- co właściwie przedstawiały pierwsze sceny drugiego odcinka na tej mrocznej planecie? April i Ram idą sobie, wędrują sobie, idą sobie, gadają sobie i ilekroć jest przejście do wątków dziejących się na ziemi, April robi dziwne pozy i ogólnie wyrazem przypomina minę człowieka chętnego do defekacji. Już pomijając fakt, że idą sobie tak po prostu i w żaden sposób, ani Ramowi ani April nie chce się pić, ani nie tracą powietrza… ani… a walić to… TARDIS już nie musi być w pobliżu, by tłumaczyć języki obce, by dawać tlen na każdej planecie… nawet nie potrzeba jej do podróży, bo teraz wystarczy miecz, który robi wyrwę w czaso-przestrzeni… wcześniej podróże Doktora od Jedenastej Godziny, aż do Czasu Doktora powodowały szczeliny i pęknięcia, i to było takie mystery, spooky i wgl.- teraz nastolatka, która cudem przeżyła, dzieląc ludzkie serce z żarzącym się kosmitą może sobie przyzwać miecz, zrobić dziab w materii i hops portal gotowy.

    -„Ej Halo UNIT słyszałeś coś o zabijających płatkach, które zabijają ludzi bo są takie zabijające strasznie”
    -„Halo tutaj Kate Lethbridge-Stewart. Tak słyszałam, ale mamy się nie wtrącać, bo teraz druga banda Sary Jane, tyle że bez jakiegoś konkretnego mentora ma się zajmować syfem z innych światów”
    -„A, ok UNIT, no to gitara siema”

    Ta schematyczność, że każdy kolejny odcinek skupiał się na jednym z bohaterów serialu, była OK, w pierwszym mieliśmy ekspozycję wszystkich bohaterów, w drugim Rama, w trzecim Tanyę, w czwartym April… piąty… piąty w moim odczuciu nie skupiał się na życiu żadnego z bohaterów… on po prostu był zakończeniem odcinka 4, który ciągnął się i ciągnął.

  • Blownie

    @Lierre a więc nie tylko ja cały czas myślałam o kwiatkach jako o krwiożerczych tribblach xD
    w ogóle to owacje na stojąco za te kwiatki, jeden z ciekawszych i oryginalniejszych potworów ostatnimi czasy, szkoda tylko, że wątek potraktowano tak kiepsko…
    generalnie odcinek najpierw wzbudził we mnie nadzieje, bo różne intrygujące wątki się splatają, bo podwójny, więc może nie będzie słabego, pospiesznego zakończenia… a tu co?

    wątku cieni mam już trochę dość, o scenie, w której połączenie z sercem April sprawiło, że król przeleciał swojego generała chciałabym zapomnieć, i rozumiem moralność i człowieczeństwo, ale z racjonalnego punktu widzenia, byłoby straszliwe użyteczne, gdyby dzieciaki miały na zawołanie armię do walki ze wszelkimi najeźdźcami z kosmosu…no dobra, to by zrujnowało fabułę, ale wciąż xD

    Governors wciąż interesujący, kojarzą mi się z mniej pozytywnie niż UNIT przedstawionymi organizacjami broniącymi Ziemi (Torchwood pod Yvonne Hartman? Counter Measures? coś w ten deseń?), ale ten tekścik na końcu że „i tak to wszystko sobie wykalkulowaliśmy” brzmiał jak kiepska wymówka.

    kwiatki, jak już mówiłam, świetne (to jak pożerały ludzi, aach), ale zakończenie… w ogóle znowu, jak w poprzednich odcinkach, przeciągamy dialogi/dramaty romansowo-rodzinne niemiłosiernie (aż, choć początkowo ciekawe, stają się nudne nie do zniesienia), a biedne potwory spychamy na dalszy plan. ok, może to właśnie był zamysł serialu. ale wciąż oczekiwałabym porządnego zakończenia. nie będę się rozpisywać o tym, co w tym zakończeniu było nie tak, bo komentarz poniżej i artykuł powyżej już to zrobili; ja się pod tym podpiszę.

    i jeśli powstanie drugi sezon, to raczej go nie obejrzę.

    • NoOne

      Zgodzę się z tobą za równo pod względem pomysłowego, nowego konceptu wrogiej rasy, jak i pod względem tego, że ze względu na bardziej uczuciowo-dramatyczny klimat serialu to całe sci-fi zostaje wepchnięte niczym filler w tą serię.

      Dodam też, że jeżeli powstałaby druga seria w co wątpię, trochę. To obejrzałbym ją pod warunkiem, że nigdy więcej nie zobaczę Shadow Kin, która jest tragiczną rasą… mieliśmy już takie „mroczno-straszne” rasy jak Galthów czy Pyrovile, ale ta rasa jest nudna.

  • pekoko

    Staram się oglądać, ale jest coraz trudniej.
    Wiem, w czym mam problem – z jednej strony serial dla dorosłych (treść krwista i seksowna bywa), z drugiej strony naiwny jak dla przedszkolaków (poziom My Little Pony).
    Z jednej strony ciekawe pomysły: zabójcze płatki, Pani Quill, android wizytator + nowa dyrektorka, 3 odcinek.
    Z drugiej strony – Królestwo Cieni – w zasadzie wszystko co z tym związane tak infantylne, że odrzuca. A niestety jest to główna oś serii.

    Jest dużo „smaczków” – ciekawych scen, ale jako całość się u mnie na razie nie broni.

    Równolegle wystartował inny serial który śledzę – Westworld – i niestety dzieli je przepaść. Nie chodzi o rozmach (najlepsze fragmenty są tak na prawdę niskobudżetowe), tylko o prowadzenie i fabułę.