Redakcyjne wrażenia – „Arachnokapitalizm w Wielkiej Brytanii”

Zapraszamy do lektury wrażeń z czwartego odcinka 11 serii – Arachnokapitalizmu w Wielkiej Brytanii („Arachnids in the UK”). Czy udało nam się obejrzeć odcinek o pająkach bez trwożliwego rozglądania się wokół?


Seweryn Dąbrowski: O ile poprzedni odcinek nie wywarł na mnie większego wrażenia, o tyle po obejrzeniu Arachnokapitalizmu mogę rzec, że była to raczej chwilowa zadyszka. Arachnids in the UK bardzo mi się spodobał i z ulgą odnotowałem spory progres. Zazwyczaj z moimi (pseudo)recenzjami staram się eksperymentować i podchodzić do każdej z nich troszkę inaczej. Długo się więc zastanawiałem, jak ubrać w słowa moje przemyślenia z tego tygodnia i doszedłem do wniosku, że najlepiej sprawdzi się mała wyliczanka. Będzie to raczej krótka lista rzeczy, które wywarły na mnie wrażenie, ale wspomnę też o garstce elementów słabszych.

Co mi się zatem podobało?

W szczególności bohaterowie – zarówno stała ekipa, jak i postacie drugoplanowe. Yaz oraz Ryan zostali napisani bardzo dobrze, a Graham był klasą samą w sobie. Już podczas emisji pierwszej przygody Trzynastej Doktor zdałem sobie sprawę, jak bardzo brakowało mi takiego towarzysza. Człowieka starszego, bardziej doświadczonego, który potrafi trafnie spojrzeć na absurdy świata przedstawionego w sposób, w jaki uczynilibyśmy to sami. Znakomicie wypadły również sceny z wyimaginowaną Grace. Można było je łatwo zepsuć i wywołać niepotrzebny cringe, jednak zostały wprowadzone na tyle nienachalnie i subtelnie, że autentycznie się wzruszyłem. Duża w tym zasługa samego Bradleya Walsha, kradnącego większość momentów, w których się pojawia, ale Chrisowi Chibnallowi należą się gromkie brawa za tak oryginalny pomysł (czyt. wprowadzenie towarzysza w żałobie). Jodie Whittaker znów była bezbłędna i pokazała prawdziwy wachlarz emocji – od smutku i zrezygnowania, poprzez strach oraz zaciekawienie, a na gniewie kończąc. Swoją drogą, uwielbiam finałową scenę w TARDIS, gdzie na twarzy naszej ukochanej Władczyni Czasu dostrzec można skrajne uczucia. Z jednej strony jest to Doktor bardziej dojrzała, próbująca dbać o swoich najbliższych przyjaciół (fakt zapytania się nowych kompanów, czy ci na pewno chcą z nią podróżować i wspomnienia o wiążących się z tym postanowieniem zagrożeniach). Z drugiej zaś ma świadomość, że to wszystko najprawdopodobniej nie skończy się dla nich dobrze (heroiczna śmierć? uwięzienie w innym wymiarze? wymazanie wspomnień o wspólnych podróżach?). Jeśli już przy omawianej scenie jesteśmy, to z otwartymi rękami przyjąłem elementy eskapizmu, których brak odczuwałem już od serii piątej.

W pewnym sensie w epicentrum wydarzeń tego odcinka znajdowała się rodzina Yasmin. Wypadła ona bardzo prawdziwie – wierzyłem w każdą chwilę, kiedy na ekranie pojawiali się tato, siostra i mama Yaz. Siłą rzeczy to właśnie Najia miała tutaj najwięcej czasu ekranowego i… dobrze, ponieważ to naprawdę sympatyczna postać. Jej zachowanie i integracja z resztą wyszły znakomicie. Zdecydowanie czekam na kolejny występ w niedalekiej przyszłości.

Na odmienną pochwałę zasługuje sama fabuła, która była prosta. I to chyba w tej prostocie tkwi jej największa siła. Ot, kameralna opowieść związana typowo z naszą planetą. Bez żadnych wymyślnych kosmitów, bez planów zniszczenia całego (wszech)świata, bez zapierających dech w piersiach obcych planet. Nawet element pająków (co za genialny i wdzięczny pomysł!) był jedynie pretekstem do wyniesienia jednego z typowych morałów, do których Doctor Who zdążył nas już przyzwyczaić. Dodatkowe punkty za osadzenie większości akcji w hotelu oddalonym od innych zabudowań. Kręte korytarze oraz masa pokoi pogłębiały tylko efekt klaustrofobii i zaszczucia. Z Arachnids in the UK zapamiętam też ogrom ciekawych scen, które zostaną ze mną na dłużej: znalezienie pająka w mieszkaniu sąsiadki Yaz, wizyta w laboratorium dr Jade McIntyre, powodujące podskórne napięcie zajście w łazience, pierwsze spotkanie Jacka Robertsona z Doktor na korytarzu, odnalezienie gniazda pająków. Sam epizod podobał mi się również pod względem konstrukcji i wykonania. Sceny płynnie po sobie następowały oraz z siebie wynikały, a strona wizualna jak zawsze trzymała wysoki poziom.

W ramach zakończenia, obowiązkowo, należy wspomnieć o mrugnięciach okiem rzucanych przez twórców (Wir czasu! Papier psychiczny! Edith Wharton! Ed Sheeran!). Nawet nie wiecie, jak bardzo podobają mi się te smaczki skierowane do starszych fanów.

Z czym miałem problemy?

W zasadzie z małą liczbą rzeczy. Głównie ze wspomnianym na początku przeciwnikiem. Doceniam fakt pewnej zabawy konwencją, gdzie to nie pająki, a ludzie są tymi największymi potworami. Jednak zły (koniecznie amerykański) kapitalista? W roku 2018? Serio? Jasne, Chris Chibnall próbował zrobić, co tylko się da, aby zawrzeć w swoim dziele morał, ale w efekcie wyszła z tego toporna łopatologia, a nie pełnoprawna opowieść z przesłaniem. Jeżeli kogoś z was interesuje ww. tematyka, to z całego fanowskiego serca polecam odcinek Tlen („Oxygen”) z udziałem Dwunastego Doktora. Jamie Mathieson o niebo lepiej podszedł do problemu kapitalizmu. Jednak kiedy Chris Noth nie próbuje grać przerysowanego biznesmena, jego postać naprawdę staje się ciekawa i zwyczajnie szkoda, że tak utalentowany aktor nie mógł się bardziej wykazać.

Mógłbym się również przyczepić do pewnego zabiegu fabularnego. Mianowicie do rozwiązania wszystkiego w jedną minutę. Momentalnie przypomniałem sobie niektóre odcinki autorstwa Stevena Moffata, w których akcja nie zdążyła się jeszcze dobrze rozkręcić, a te już się kończyły. W ogóle wydarzenie mające miejsce w finale wypadły bardzo słabo. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto chociaż trochę się nie spodziewał, jaki los spotka pajęczycę. I czy Doktor nie zapomniała przypadkiem o mniejszych pająkach uwięzionych w bunkrze?

Podsumowując, czy warto zatem obejrzeć Arachnokapitalizm w Wielkiej Brytanii? Zdecydowanie! Jest to pozycja bardzo świeża, która pomimo małych zgrzytów, dostarcza całą masę fantastycznych rzeczy. Z bliżej nieokreślonego powodu polecam go w szczególności starszym fanom. Jednak nowi widzowie również znajdą w nim coś dla siebie. Niech największą rekomendacją będzie stwierdzenie, że na chwilę obecną uważam odcinek czwarty za najlepszy z dotychczasowych i na pewno będę do niego wracać!

Ginny: Przed odcinkiem myślałam, że mój główny zarzut do niego będzie dotyczył tego, że ludzie mają arachnofobię, więc dlaczego daje im się historię o gigantycznych pająkach? Po odcinku mój najważniejszy zarzut dotyczy kwestii będącej zupełnie poza historią w nim opowiedzianą. Otóż, panie Chibnall, nie takiej reprezentacji społeczności LGBTQIAP+ po panu oczekujemy. Kill your gays to strasznie szkodliwy trop, a na cztery odcinki i dwie postaci z tej społeczności mamy jedną, której żona umarła i drugą, która umiera na naszych oczach. To jest bardzo niepokojący wzorzec, który sprawia, że nagle jestem strasznie rozczarowana tą serią i jakoś mniej czekam na kolejne odcinki. Ponieważ mam poczucie, że główny scenarzysta po prostu nie rozumie, jak dobrze pisać członków mojej społeczności, by nas tym pisaniem nie krzywdzić.

I mogłabym tu napisać kolejną długą recenzję odcinka, tego, co mi się podobało, a co nie, ale nie wiem, czy chcę to robić. Nie chcę, żeby się wam zdawało, że to, o czym dopiero co napisałam, irytuje i boli mniej niż faktycznie – skoro jest w tym odcinku tyle innych dobrych rzeczy. I choć to nie jest tak, że nie wrócę – przynajmniej w najbliższych dniach – do tego odcinka i że nie obejrzę kolejnych w tej serii, ale to, o czym napisałam, nie przestanie irytować, nie będzie boleć mniej. Dlatego dziś jednak zostawię moje pozostałe uwagi dla siebie.

Mandalkor: Uwielbiam być przez ten serial zaskakiwany, tak więc jestem tym odcinkiem zachwycony! Spodziewałem się, że od tego dnia zacznę się bać pająków albo chociaż wyrobię sobie nawyk omijania ich szerokim łukiem (jak to ma miejsce z posągami aniołów), a tu proszę! Potworem tygodnia wcale nie były pająki! Co lepsze, kosmici też nie! Potworem był biznesmen, który nie dość, że szanuje pieniądz bardziej niż człowieka, to jeszcze ma nie po kolei w głowie. Który normalny człowiek rozwiązuje wszystkie swoje problemy bronią? Mam nadzieję, że żaden, ale jeśli, sądząc po aspiracjach głównego złola tego odcinka, Amerykanie, to już wiem, w jakim państwie nie chcę nigdy mieszkać.

Wracając jednak, do odcinka. Wachlarz emocji był pełen: śmiech, strach, wzruszenie, złość, smutek. I to na zmianę! Z takich rzeczy, które mi się najbardziej podobały, to zdecydowanie nowy wir czasowy!!! I jeszcze te alternatywne wszechświaty/linie czasowe (bo chyba tak mamy rozumieć te wszystkie tunele, które widzieliśmy?). Potem mamy wspaniałe sceny, gdy Doktor prowadzi TARDIS, gdy jest załamana wizją samotnych podróży oraz raduje się z zaproszenia na herbatę do Yaz. Potem wyobrażenia Doktor o kupnie mieszkania i fioletowej kanapie, a także dziwne zachowanie, bo wciąż dochodzi do siebie. Cudowne. A tak w ogóle to czy Doktor nie używa już kieszeni? Może faktycznie nadal są puste? Po co innego byłaby potrzebna ,,nerka’’? Następnie są sceny typu: rozmowa Doktor z pająkami i wzruszenie nad ich losem, jej wściekłość na gościa ze spluwą i jego podejście do rozwiązywania problemów, będąc przy okazji znudzona jego osiągnięciami (nie mając oczywiście pojęcia kim jest, może np. Edem Sheeranem? A nie, nie był rudy). W ogóle odnoszę wrażenie, że odcinek skupia się wokół tego, jak bardzo Doktor nie cierpi wszystkiego, co dotyczy ucieleśnienia kapitalizmu, czyli Robertsona i tego, jak bardzo szkoda jej tych wszystkich biednych pająków, które przecież nie ze swojej winy znalazły się w dość trudnym położeniu i nie bardzo wiedziały, co robić, kierując się co najwyżej zwierzęcym instynktem.

Jak każdy odcinek w tej serii, ten także skupia się na ludziach. Rodzinka Yaz to bardzo przyjemne osoby, fajnie obrazują współczesną rodzinę. W takowej ojciec może siedzieć w domu z dziećmi, a matka pracować. W takiej rodzinie mamy typową młodzież XXI w. ze smartfonem przy stole czy choćby mamę próbującą najpierw ustalić, czy Yaz jest w związku z Doktor, a potem z Ryanem. W sumie nie wiem, czy to ostatnie jest takie XXI-wieczne, ale na pewno mówienie otwarcie o tym (bo to przecież normalne), że kobieta również może być w związku z kobietą, już według mnie tak. W ogóle Doktor strasznie dużo czasu zajęło zapamiętanie imienia mamy Yaz. Zbyt długo mówiła po prostu ,,mama Yaz’’. Choć miłe było, jak ją pochwaliła, jak wspaniałego człowieka stworzyła. W dwóch momentach autentycznie padłem ze śmiechu. Gdy Ryan wpadł na pomysł zwabienia pająków do schronu oraz gdy Doktor stwierdziła, że od teraz nazywa ludzi kolesiami (,,dudes’’). Takie mrugnięcie okiem do Dwunastego. I wreszcie sama końcówka. Najpierw mamy wzruszającą scenę z towarzyszami motywującymi podjęcie decyzji o wznowieniu podróży w TARDIS, nazwanie ich najpierw rodziną, a potem wspaniałym outuniversowym określeniem ,,team TARDIS’’, zwieńczone wspólnym pociągnięciem wajchy!

Żeby nie było, że według mnie był to najlepszy odcinek z serii (bo nie oszukujmy się, nie był), to pod koniec miałem takie wrażenie, że za szybko się skończyło, jakby urwało. ,,Już koniec? Ale jak to? A co z… Aha, no tak, zamknęli w bunkrze. A reszta?’’. Tym bardziej, że takie rozwiązania nie są w stylu Doktor. Powolna śmierć w bunkrze? Serio? Poza tym nie wiem jeszcze, co sądzić o powolnym tempie prowadzenia fabuły. Jak już się do końca sezonu przyzwyczaję, to będę wiedział, czy to zmiana na plus, czy minus. Na pewno to coś nowego i innego. No i czyżbyśmy dowiedzieli się, dlaczego Grace miała być powracającą postacią? Czy dalej ma zamiar ,,nawiedzać’’ Grahama? Może i wątek bardzo mnie wzruszył, ale czuję się trochę zawiedziony takim wyjaśnieniem jej powracania.

K.atarzyna: Bawiłam się chyba najlepiej od początku serii. W pierwszym odcinku zachwyciła mnie Doktor, w drugim pomysły, w trzecim ładunek emocjonalny, ale czwarty nie próbował być niczym zachwycającym i może dlatego był taki dobry. Rodzina Yaz była do bólu realistyczna, podobnie jak cała intryga (choć znowu pośrednio zagrożeniem jest inżynieria genetyczna i nieuwaga naukowców, ugh). Strasznie rozbawiło mnie, że odcinek sugeruje nam prawie cały czas, że za panem bogaczem stoi coś więcej, że to jakaś grubsza kosmiczna intryga, tylko po to, żeby okazało się, że największe przewinienie pana bogacza to gonienie za zyskiem za wszelką cenę. W ogóle podobało mi się, że potworem odcinka był bogaty człowieczek z Ameryki, taki niby na początku groźny i wpływowy, ale widzimy zaraz, że bez ochroniarza i telefonu zostaje z niego karykatura, człowiek rzucający populistycznymi hasłami tak, jakby w nie wierzył. Brakowało mi w tym wątku tylko jednej sceny, takiej, w której Doktor niszczy mu perspektywy na prezydenturę, tak jak Dziesiąty w sześciu słowach ukrócił karierę Harriet Jones. Ta bezsilność Doktor wobec tego białego faceta z siecią hoteli i pistoletem w ręku jest zresztą najbardziej realistyczna w całym odcinku – ale nie realizmu od tego serialu potrzebuję, a tutaj morał był co najmniej ponury.

Ale nie ma tego złego, bo w zamian dostajemy pełnoprawnych towarzyszy, którzy do TARDIS wkraczają z pewną świadomością tego, co ich czeka i decydują się na to po chwili zastanowienia. To chyba najzdrowszy układ między Doktor a jej kompanami, jaki kiedykolwiek się w serialu pojawił i nie mogę się doczekać na dalsze rozwijanie relacji między nimi. W tym odcinku po raz pierwszy poczułam, że są już dobrymi przyjaciółmi, być może prawie rodziną. I strasznie rozbawiła mnie mama Yaz wyraźnie mająca nadzieję, że córka wreszcie znalazła sobie drugą połówkę, a reakcje Doktor, Yaz i Ryana były bezcenne.

I jeszcze osobny akapit dla Jodie. Uwielbiam Trzynastą Doktor, jej entuzjazm, jej współczucie, jej społeczną niezaradność, słowotoki próbujące być small talkiem, jej reakcje na rzeczy, które są ekscytujące lub wkurzające. Podoba mi się też, że ta Doktor wydaje się bardzo stopniowo oswajać z nową osobowością, że z odcinka na odcinek jest coraz bardziej z sobą pogodzona, ale też wciąż kwestionuje lub komentuje na głos to, jaka naprawdę jest. Bardzo nie mogę się doczekać, żeby poznać Trzynastą z kolejnego odcinka!

Ewelinkja: Możliwe, że ja po prostu za mało od tego serialu wymagam, ale znów mi się podobało. Ta seria podoba mi się od początku i czuję wielki entuzjazm na myśl o każdym kolejnym odcinku.

Głównym złym odcinka był kapitalizm w postaci „pana od hoteli” i to mi się podobało, bo to zawsze jest tak bardzo doktorowe. Podobało mi się, jak Doktor zupełnie nie jest zainteresowana listą osiągnięć bogatego i wpływowego faceta… Mimika Jodie… Och, ja ją tak niesamowicie kocham!

Początek odcinka, niby pożegnanie… Widać było, że żadne z nich tak naprawdę nie chce się rozstawać, ale doktorowe reakcje, jej zasmucona mina… (tak, znowu rozpływam się nad mimiką Jodie, ale inaczej nie potrafię) i niesamowita radość na wieść o zaproszeniu na herbatę. Obejrzyjcie tę scenę, obejrzyjcie wizytę w domu Yaz i spróbujcie powiedzieć, że to nie jest sto procent doktora w doktorze.

Wszyscy jakoś strasznie się skupiają na akcji odcinków i próbują dokładnie przeanalizować, jakby Doctor Who kiedykolwiek był wyposażony w jakiś wielki logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy z ogromną liczbą sensownych zdarzeń (nie żeby co drugi sezon nie wyskakiwano z „nie liczy się, haha, inaczej było”). Oczywiście, oczekuję ciekawych scenariuszy i jako takiego trzymania się kupy, ale serio, ludzie! Tu mamy tyle dobra! Taką wspaniałą grę aktorską, świetnych towarzyszy i fajną, rozwijającą się relację między nimi, cudowne doktorowe zachowania… Mnie się ten sezon po prostu podoba.

Co jeszcze mnie urzekło? Doktor mówiąca do pająków – to było takie kochane, że prawie miałam ochotę takiego pajączka pogłaskać, bo taki biedny… No prawie. ;)

Graham jak zawsze wspaniały, jego współpraca z Ryanem i jego cierpienie przy wspominaniu zmarłej żony… jest doskonały i takiego kogoś właśnie nam było trzeba w Team TARDIS.

Rodzina Yaz była cudowna, sceneria odcinka była wspaniała – nie ma to jak historia z dreszczykiem w opuszczonym, czy po prostu jeszcze pustym hotelu. I wiecie co jeszcze było cudowne? Podejście Doktor do żywych istot. Wielu bez zastanowienia wybiłoby pająki, a tu mamy lekcję o tym, że one też są żywymi stworzeniami i nie musimy ich zabijać, jeśli nie ma takiej potrzeby.

Lierre: Nie będę zapewne osamotniona w tej emocji – jak tylko dowiedziałam się, że jeden z odcinków 11 serii ma zawierać pająki, zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy go nie pominę. Nie mam chorobliwej arachnofobii, ale wszystko mi jedno, pająk na żywo czy na ekranie – ogromnie mnie obrzydzają i oglądanie ich sprawia mi spory dyskomfort. Kocham jednak Trzynastą, więc nie mogłabym tego zrobić – postanowiłam obejrzeć, znając jednak siebie, zostawiłam sobie seans na poranek. Co było bardzo dobrym pomysłem. Do wieczora udało mi się wyleczyć z nerwowego rozglądania się po kątach.

Przyznaję z niejakim bólem, że pomysł na ten odcinek był świetny. Nie ma tu wielkiego złego, który chce pokonać ludzkość inwazją pajęczaków – są tylko zbiegi okoliczności i wpływowi ludzie, którzy powinni więcej myśleć, a mniej wymachiwać bronią i… No, mniej wymachiwać, generalnie, a więcej myśleć o tym, co robią oni, osoby pracujące dla nich i jaki jest szerszy obraz. Z wstępnych opisów wywiodłam podejrzenie, że zły polityk, którego obejrzymy, będzie fikcyjnym odpowiednikiem Donalda Trumpa. Nie był; jest jego potencjalnym następcą, co jest chyba straszniejsze. To nie jest zły człowiek – to bezwzględny człowiek, skuteczny przedsiębiorca, przekonany, że działa na korzyść i swoją, i innych ludzi, że strzeże wysokich standardów. Cóż nam jednak po jego dobrych intencjach, kiedy i tak jest szują.

Cudownie jest obserwować, jak w każdym kolejnym odcinku rozwijają się bohaterowie. Szczeniaczkowatość Trzynastej, kiedy bardzo nie chce się pożegnać z Yaz, Ryanem i Grahamem, to jedna z najbardziej doktorowych scen w historii tego serialu.

Trzynasta jest ekscentryczna, dziwna, ale bardzo się stara dobrze komunikować. Ujmuje mnie jej życzliwość – to też taka kluczowa cecha tej postaci, która u niej wybija się na pierwszy plan. Potrafi jednak być bardzo władcza i zdeterminowana, jest naturalną liderką (oczywiście), a przy tym potrafi słuchać i jest bardzo nakierowana na innych ludzi. I czy to tylko moje wrażenie, czy w nowej epoce towarzysze mają o wiele więcej do zrobienia? Nie ma już „zostań w TARDIS”, „nie ruszaj się stąd”, ale każdy dostaje jakąś trudną misję, których efekty składają się praktycznie po równo na ostateczny sukces. To naprawdę drużyna, a nie przypadkowi towarzysze podróży. Bardzo mi się podoba taka zmiana dynamiki.

Widzimy też wreszcie jak na dłoni ich motywacje. Graham jest załamany, boi się zderzyć z rzeczywistością bez Grace. Wybiera więc podróżowanie. Choć może nie czuje się całkiem na siłach, ale zostanie jest gorsze – a przygody z Doktor zbliżają go do Grace. Być może pewnego dnia odkryje, że dzięki nim stał się do niej podobny. Podczas pogrzebu powiedział, że wolałby umrzeć, by ona została, bo była lepszą osobą niż on. Myślę, że Graham może na tym polu coś odkryć.

Ryan jest niezadowolony ze swojego życia. To nie tak, że czeka go kariera marzeń; kształci się, bo musi coś robić, nie ma życiowego powołania. Rozumiem go. Nic go nie trzyma – ani codzienne zobowiązania, ani rodzina, której fajną część stracił, a z niefajną nie chce mieć do czynienia. Widać już jego przywiązanie do Grahama, a w Grahamie przywiązanie do niego, choć Ryan tego jeszcze nie wie. Oby nie dowiedział się w ten najboleśniejszy ze sposobów.

Yaz natomiast… Uwielbiam Yaz. Cała drużyna TARDIS jest wspanialsza niż śmiałam mieć nadzieję, ale z nich wszystkich Yasmin najbardziej mnie ciekawi. Yaz jest introwertyczna i zniecierpliwiona. Yaz wie, czego chce, ale przed nią jeszcze długa droga – do tego, by inni ją cenili, do tego, by mogła wprost dążyć do swoich celów. Nie pozwoli się traktować protekcjonalnie, nie pozwoli się zepchnąć na dalszy plan, ma wiedzę i ma inteligencję i nie zawaha się ich użyć. Cudowne są jej relacje z innymi postaciami – szybko rozwijająca się przyjaźń z Ryanem, wymieniane spojrzenia pełne zrozumienia i sympatii z Grahamem, podziw dla Doktor. A Doktor patrzy na nią jak na równą sobie, mam wrażenie, że trochę inaczej niż na Grahama i Ryana. Yaz spokojnie poradziłaby sobie jako samodzielna towarzyszka – ale właśnie nie towarzyszka. Partnerka. Yaz chce zobaczyć wszechświat, chce przeżyć przygody, wyleczyła się już, zdaje się, z potrzeby powrotu do domu (choć jej rodzina jest super, to łatwo wypatrzyć momenty, które pokazują, dlaczego Yaz ma ich dość), wyrosła już z niego i widzi to dobrze. Mam nadzieję, że czeka ją w przyszłości coś wspaniałego, na Ziemi albo gdzieś daleko poza nią. Do pełni szczęścia w jej charakterystyce brakuje mi jednej lub dwóch scenek o jej religijności. Wiemy, że rodzina jest muzułmańska, ale to naprawdę niewiele nam mówi.

Arachnokapitalizm to odcinek pełen skrajnych emocji – jest sitcomowy wręcz humor w mieszkaniu Yaz, jest ciężka żałoba i głęboki smutek w scenach z Grahamem w mieszkaniu Grace, jest groza pomieszczeń spowitych w pajęczyny i radość z zespołowego działania, kiedy wszyscy, świetnie zgrani, rozkminiają sytuację. Są fajne postacie epizodyczne – mama Yaz, naukowczyni, nawet ten nieszczęsny przedsiębiorca (choć naprawdę mogliśmy sobie darować lesbijkę w lodówc… w kokonie, NIE TAK się pisze dobrą reprezentację, Chibnall to powinien wiedzieć!). Są aż za dobre efekty. Doskonałe, wartko płynące dialogi. Naturalna gra aktorska. Choćbym chciała, nie mam na co narzekać, oprócz pająków, oczywiście. Jednak nawet na pająki musimy spojrzeć inaczej – to nie są potwory spod łóżka, które chcą nam zrobić krzywdę, to żywe istoty, które nie rozumieją, co się z nimi dzieje, które nie mają złej woli, tylko robią to, co leży w ich naturze. Doktor to widzi; Doktor się boi, ale im współczuje. Może nauczę się wreszcie wynosić pająki z mieszkania, a nie zabijać? Może kiedyś mi się uda?

To świetny odcinek, jeśli chcielibyśmy porozmawiać o wartościach humanistycznych w tym serialu. Które są dla mnie absolutnie kluczowe, bez wątpliwości najważniejsze – gdyby nie one, nie angażowałabym się w niego tak mocno. Bardzo doceniam też jego wydźwięk polityczny. I nie mam tu na myśli jeżdżenia po Trumpie, bo zupełnie nie o to chodzi – raczej pokazanie pewnego mechanizmu, wszechobecnego w naszej kapitalistycznej rzeczywistości, gdzie bardziej ceni się skuteczność i zaradność i ostrość poglądów, jakie by nie były, od elementarnej empatii czy perspektywicznego myślenia, co nigdy, przenigdy nam się nie opłaci, ale zapewne odkryjemy to w ostatniej chwili albo za późno. Doctor Who bardzo się trzyma tej najważniejszej funkcji science fiction i nie jestem w stanie wyrazić, jak mnie to cieszy i podtrzymuje na duchu.

Blownie: W pewien sposób powtarzamy strukturę wprowadzenia Rose: zapoznanie się z Doktorem podczas inwazji kosmitów na Ziemię, niebezpieczna podróż w przyszłość, podróż w przeszłość z lekcją moralności i historii, powrót na Ziemię (znowu atakowaną) i konfrontacja matki towarzyszki z Doktor (chociaż z tego Yaz udało się na razie wywinąć, a  Doktor uniknęła celnego ciosu w twarz). Sprawdzony schemat. O ile jednak Arachnids in the UK posiada w moich oczach znaczącą przewagę nad Aliens of London, a mianowicie brak puszczających bąki potworków, to z dotychczasowych odcinków 11 serii ten podobał mi się najmniej, choć niekoniecznie z tego samego powodu, co opisany przez Ginny – znaczy się, z tego też, bo to też mnie ubodło, plus babka mogła być fajnym dodatkiem do drużyny, znajomość terenu, konflikt z panem prezesem i tak dalej; a tak tę rolę przejęła Najia, do której absolutnie nic nie mam, tylko trochę wprowadzono tamtą postać po nic, i na domiar złego jeszcze bawimy się w bury your gays. Ale oprócz tego najzwyczajniej w świecie mnie znudził. Jasne, jak ktoś idzie ciemnym korytarzem pełnym pająków, to człowiek chcąc nie chcąc wstrzymuje oddech; poza tym jednak ani wolniejsze momenty dialogów, ani sceny akcji szczególnie mnie nie porwały.

Nie-Ed-Sheeran też na mnie wrażenia nie zrobił. Widzę pewien wzorzec w postaciach antagonistów: agresywny facet próbujący dojść do władzy z pomocą oszustwa, znudzony bogacz pozbawiony kręgosłupa moralnego, rasistowski pacan i karykatura amerykańskiego biznesmena. Każdy z nich boleśnie prawdziwy i również odrobinę boleśnie prosty i oczywisty. Wprawdzie kiedy się czyta wiadomości z kraju i świata, to wydaje się, że subtelność już nam nie pomoże, ale z drugiej strony mimo wszystko od fikcji oczekuję, że będzie nieco barwniejsza od rzeczywistości. Ogólnie rzecz biorąc, przez cały odcinek czekałam na coś lepszego, ale się nie doczekałam. (Ostatnie rozczarowanie, takie mniej istotne: już myślałam, że zamiast rapu puszczą pająkom Sex Pistols. Tak żeby nawiązać do nawiązania w tytule. Co za zmarnowana okazja).

Nie było jednak kompletnie tragicznie. Co mi się podobało: po pierwsze, wyjaśnienia pani biolog całkiem spokojnie mieściły się w granicach „przymknę na to oko, w końcu to rozrywka, a nie serial popularnonaukowy”, a nie powodowały jęku rozpaczy, jak duża część „nauki” w Doktorze. Nawet miałam zwrócić uwagę, że nie mogą rosnąć w nieskończoność, bo wydolność organizmu, bla bla bla, a tu faktycznie wzięli to pod uwagę! Po drugie, muzyka (tylko tego Sex Pistols mi szkoda). Po trzecie, to, że towarzysze zdecydowali się dalej podróżować z Doktor, bo na początku sezonu myślałam, że skoro jest ich więcej, to ktoś pójdzie w odstawkę; ale zostali i jak na razie dla mnie to działa.


A jak wam się podobał Arachnokapitalizm w Wielkiej Brytanii? Podzielcie się wrażeniami w komentarzach albo w grupie Pod kopułą.

Daj na ciastko!