Czy Engines of War George’a Manna to rzeczywiście whomanistyczne arcydzieło?

Mam na koncie kilka książek z Whoniversum, z których żadna na razie nie doczekała się recenzji, choć zawsze czytałam z zamiarem napisania artykułu – a to dlatego, że były tak przeciętne, że niewiele byłam w stanie o nich powiedzieć. Ale też do wszystkich podchodziłam neutralnie, nie oczekując cudów. Powieści ze świata Doctora Who mają nam dostarczyć prostego przedłużenia serialowej przyjemności, dać nam możliwość poobcowania sobie z bohaterami i prześledzenia ich pomniejszych przygód, a nie zalać nas jakąś ekstatyczną estetyczną przyjemnością, czyż nie.

Ale Engines of War! Powieść o Doktorze Wojny! To dopiero była ekscytacja! Jeśli miałabyś przeczytać tylko jedną książkę, to właśnie tę! Ta jest naprawdę dobra!

Aha. Nie.

time-war-will-brooks-deviantart-26-06-2016
Doctor Who – The Time War by willbrooks (DeviantArt)

Głównym morałem z powieści George’a Manna jest: nie miej oczekiwań. Bo gdy tylko pojawią się jakieś oczekiwania, powieść pokaże ci, gdzie twoje miejsce, naiwny czytelniku. Masz w zasięgu ręki cały dorobek światowej literatury, a sięgasz akurat po to? A masz! Sama się prosiłaś!

Ale zacznijmy od początku. Engines of War to jedyna jak na razie powieść o Doktorze Wojny, którego znamy z kilkudziesięciu sekund miniodcinka Noc Doktora („Night of the Doctor”), rocznicowego Dnia Doktora („The Day of the Doctor”) oraz dwóch serii słuchowisk: Only the Monstrous Infernal Devices. Akcja książki rozgrywa się tuż przed odcinkiem rocznicowym, mamy więc ostatnią fazę Wojny Czasu i Doktora Wojny, który już naprawdę serdecznie ma wszystkiego dość. Jest zmęczony, przygnieciony ciężarem wszystkiego, co zrobił, dramatyczny, poważny i szlachetny w swoim cierpieniu, taki, jakiego widzimy w Dniu Doktora; o wiele bardziej zaawansowanym w swoim byciu Doktorem Wojny niż w miniodcinku i słuchowiskach.

No tylko że nie.

Podczas lektur wcześniejszych książek wypracowałam sobie test, który chyba kiedyś przerobię na konkurs i poprowadzę na jakimś konwencie. Wyglądałby mniej więcej tak: na rzutniku wyświetlam fragment powieści, jakąś scenę, w której Doktor robi coś bardzo doktorowego, na przykład irytuje się na TARDIS albo przechytrza Daleków. Zadaniem uczestnika byłoby zgadnięcie, który Doktor jest bohaterem tej powieści. No bo wiecie, jak się ogląda, to nie ma wątpliwości, z jakiej epoki to odcinek, bo kolejne bardzo różnią się stylem, a i każda inkarnacja ma tyle swoich specyficznych cech i manieryzmów, że czasami trudno pojąć, że to ten sam bohater. W książce odpada warstwa wizualna, więc to oczywiste, że trzeba to nadrobić na przykład mocniejszym pisaniem bohatera czy dokładniejszymi opisami, tak, żeby czytelnik mógł sobie wyświetlić odcinek we własnej głowie.

No tylko że nie.

Bohaterem Engines of War nie jest Doktor Wojny, tylko jakiś losowo zgarnięty z Gallifrey młokos z mnóstwem pretensji do świata, porywczy, awanturujący się, złośliwy facet, który ryzykuje odkrycie przez Daleków, by nie zabrudzić sobie butów (true story*). Jeśli w Whoniversum byłby jakiś kanon, to zwyzywałabym bohatera od niekanonicznych, ale to byłoby równoznaczne z pakowaniem się w niezłe bagno, muszę więc zostać przy: zupełnie nie pasuje do moich wyobrażeń tego, jaki jest Doktor Wojny, budowanych podczas konsumpcji dzieł takich jak odcinki z jego udziałem czy słuchowiska. Całkowicie zmarnowana została okazja, by bohatera naprawdę solidnie przedstawić, bo w czymś takim jak kreowanie bohatera literatura ma zawsze większe pole do popisu niż serial czy słuchowisko, umówmy się.

war-doctor-burton-michaelthepure-deviantart-26-06-2016
War Doctor Burton by The-Spooky-Man (DeviantArt)

Ale żeby to zrobić, książka potrzebuje być literaturą, a ja waham się, używając tego słowa w tym kontekście. Bo dla mnie literatura łączy się z literackością, a czytanie tej książki miało się do literackości tak jak granie w grę ma się do oglądania kiepskiego gameplayu na YouTube. Słyszę już te głosy oburzenia, że czego ja chcę, nie znam się, a się wypowiadam i w ogóle kij mi w oko. Wybaczcie mi, drodzy czytelnicy, ale czasami naprawdę można od książki dostać wścieklizny. Nie, nie szukam w doktorowych książkach walorów literackich – aż tak naiwna to ja nie jestem**, choć ogromnie żałuję, bo opisują one świat o ogromnym potencjale i w zdecydowanej większości przypadków, jak sądzę, nawet nie próbują z tego potencjału skorzystać i nic, naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, by były przy okazji po prostu dobrymi książkami… Ja już nawet nie mam problemu z samą fabułą, która była taka sobie (wtórna jak nieszczęście), ale dałoby się ją obronić i gdyby ktoś to nakręcił, to wyszedłby może całkiem sympatyczny odcinek. Ale absolutnie prosty, by nie powiedzieć: prostacki styl, jakim posługuje się George Mann, doprowadzał mnie do pasji. Bo czytelnik chciałby może, załóżmy tak optymistycznie, przeczytać czasami jakiś opis czegoś, co nie jest tak w stu procentach związane z akcją rozgrywającą się w tym dokładnie momencie. Tak żeby lepiej sobie coś wyobrazić czy zanurzyć się mocniej w świat przedstawiony. Bo skoro już mamy książkę o Doktorze Wojny (!), Wojnie Czasu (!!), której akcja częściowo dzieje się na Gallifrey (!!!), to… no aż się prosi, żeby pokazać coś fajnego, coś ciekawego, coś więcej. Tymczasem mocne 80% tego, co Mann pokazuje nam na Gallifrey, widzieliśmy już w klasycznym odcinku The Five Doctors i, oczywiście, odcinku na 50 rocznicę, no bo jak można by było przepuścić okazję, by pokazać czytelnikowi coś, co dopiero widział! I zabrać się za kontynuowanie wątku z jednego z najbardziej znanych klasycznych odcinków! I postraszyć bohaterów mind probe! Serio, jakbym trafiła na takiego fanfika, to rzuciłabym nim o wirtualną ścianę po dwóch rozdziałach, zarzucając autorowi zupełny brak kreatywności, ale jednak fajnie czasami coś sobie odhaczyć na Goodreads, więc brnęłam dalej. For science.

cinder-war-doctor-deviantart-paulhanley-26-06-2016
Cinder- the War Doctor’s companion by PaulHanley (DeviantArt)

Podczas lektury miałam również wątpliwość, która poniekąd sprzeczna jest z tym, co dopiero napisałam, a poniekąd stanowi kontynuację tej myśli. Absolutnie nie przypuszczam, by ktokolwiek sięgał po książki z Whoniversum, nie znając serialu, ale załóżmy, że ktoś taki by się znalazł. Co się stanie? Będzie to bardzo smutny i zagubiony czytelnik, przekonany, że czyta fantastykę klasy C lub dalej (doprawdy), taką, wiecie, jak… są takie tanie powieścidła pełne Wiecznych Wojowników*** i imion bohaterów, nazw ras, nazw geograficznych, które wyglądają jak z generatora losowych ciągów znaków? Nie mówię od razu, że w powieści tak mocno zanurzonej w istniejące fikcyjne uniwersum potrzebny jest mi do szczęścia dokładny opis Daleka i wyjaśnienie, że to takie krwiożercze metalowe puszki z obsesją na punkcie jednego długiego słowa. Ale… kiedy piszesz, że zbliża się Dalek, ale wygląda on inaczej niż inni Dalekowie, bo mu coś innego wystaje z korpusu, to następuje taki awkward moment, kiedy myślisz sobie: okej, ale dlaczego nie opisałeś go dokładniej, tylko zaznaczyłeś, czym różni się od mentalnego obrazu utrwalonego w głowie czytelnika? A jeśli czytelnik tego nie wie? A jeśli czytelnik zapomniał? I dlaczego w ogóle polegasz na ulotnym podejrzeniu, że ja mam coś w głowie, zamiast po prostu opisać to, co chcesz opisać?

Fajnie by było, jakby ta literatura była choć trochę dobrą literaturą. Taką, która nakreśla pierwszy, drugi, trzeci plan i tło; taką, która korzysta z możliwości pokazania kilku rzeczy dziejących się równocześnie; taką, w której jest miejsce na pokazanie nie tylko tego, co bohater robi mówi, ale też tego, co on myśli czuje. Jak piszesz książkę, drogi autorze, to nie wyobrażaj sobie, że piszesz scenariusz odcinka – choć może byś się w tym sprawdził, nie mówię, że nie – albo spisujesz narrację do gameplayu, który rozgrywa się w twojej głowie. To nie jest literatura, to jest coś, co tylko ją udaje, a czytelnik, który sięga z nadzieją na konsumpcję literatury, odkłada twoją książkę z poczuciem intelektualnej niestrawności.

Chyba nie do końca o to chodziło, przecież wszyscy jesteśmy fanami tego wariata w budce.

W skrócie, jeśli ktoś właśnie przescrollował cały tekst z nadzieją na TL;DREngines of War to rozczarowująca książka. George Mann to przeciętny pisarz. Doktor Wojny w tej książce to podróba. Jeśli chcecie Doktora Wojny, to lećcie słuchać słuchowisk, są super. Jeśli chcecie czytać powieści z Doktora Who, wyłączcie wszelkie oczekiwania, dla własnego dobra.


PS. Plus tylko za mimochodem zarysowany wątek LGBT. Szkoda, że tylko zarysowany.
PS2. Ani słowem nie wspomniałam o towarzyszce, co w sumie najlepiej ją podsumowuje. Ziew.
PS3. Tak, mam w planach Shada.


*

engines4

** Miałam robić screeny fragmentów, które mi się szczególnie podobały – po przeczytaniu całości okazało się, że zrobiłam tylko jeden. Oto on:

engines3

*** Nic osobistego, panie Moorcock. Pańska książka z Whoniversum jest następna na mojej liście, autorze guilty pleasures mojej wczesnej nastoletniości.


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.
  • Hmm… Może to faktycznie w jakiejś mierze kwestia oczekiwań. Ja nie miałam właściwie żadnych większych, tyle tylko, że nie będzie takiej codziennej intrygi z potworem tygodnia, no i do tego typu książek podchodzę jednak z dużym dystansem. I nie do końca wczuwam się w Twoją recenzję.
    Mam fatalną pamięć, więc bardzo trudno jest mi bronić się konkretami (słuchałam z rok temu), ale na przykład pamiętam, że wciągnęła mnie ta książka dużo bardziej od przeciętnego słuchowiska, w samej akcji są momenty i schematy nieznośnie powtarzalne, ale jednak ogólna koncepcja właśnie wydawała mi się sprytne – pokazać epizod z czasów Wojny Czasu, nie koniec, nie początek, coś, co dla Doktora miało szczególne znaczenie.
    Pamiętam też, że postać Doktora wywarła na mnie spore i dobre wrażenie – był i wyrazisty, i wyróżniający się zdecydowanie z tłumu, i zarazem taki, jakiego się spodziewałam dostać po odcinku jubileuszowym. Bardzo mi się taki kwaśny podobał, na pewno nie nazwałabym go niekanonicznym – mam wrażenie, że często próbowano osiągnąć taki efekt w telewizji, ale wypadało to sztucznie, do Doktora Wojny wreszcie pasuje. Świetnie zlał mi się z tym, co widziałam w telewizji, pięknie dopełnił ten obraz.
    A towarzyszka to akurat wyjątkowo mocno wryła mi się w pamięć, nie tylko z powodu tego, jaka jest jej historia.
    Najtrudniej jest przypomnieć mi sobie, co sądziłam o jakości literackiej – inna sprawa, że słuchałam, a to jednak trochę zmienia odbiór, pewnych rzeczy się nie dostrzega tak wyraźnie, zwłaszcza jak narrator dobry, inne z kolei rażą mocniej. Słuchało mi się naprawdę znakomicie, płynnie, trzymało mnie w napięciu, sceny dość żywo stawały przed oczami.
    No więc może nie tyle chciałam podjąć tu gorącą polemikę, bo brak mi amunicji po takim czasie od lektury, ale napisać ludziom, którzy mogliby być całkowicie zniechęceni, że dla mnie to akurat było bardzo przyjemne doświadczenie czytelniczo-doktorowe. Na pewno nie nastawiałabym się na cud literatury, ale Lierre jedzie moim zdaniem za ostro.

    • Hm.
      Może to kwestia medium. Mam wobec książek o wiele większe oczekiwania niż wobec słuchowisk (czy nawet seriali), więc niewykluczone, że gdybym tej historii słuchała, to nie jechałabym ostro (no wiem, że za ostro, wiem, ale czasami człowiek musi grrrr ;) ). Na pewno nie rzucałby mi się w oczy aż tak styl, który tak mnie tu zirytował. Sama historia nie jest przecież taka zła, choć tylko w którymś momencie miałam serdecznie dość takiego fanfikowego wrzucania znanych elementów z innych przygód – miałam ochotę mocno trzasnąć Manna po głowie „wiem, że oglądałeś The Five Doctors, JA TEŻ”. :D Still, męczyłam się, nie podobało mi się, ostatnie akapity czytałam z ulgą – trudno mi po czymś takim nie jeździć tbh.

  • Blownie

    No cóż, chodziłam wokół tej książki od roku, brałam ją do ręki za każdym razem jak ją widziałam w jakiejś księgarni, ale zawsze myślałam, hm, nie znam autora, szkoda mi kasy, może kiedyś przeczytam ebooka ewentualnie… jak widać, instynkt nie kłamał xD

    „Jeśli chcecie czytać powieści z Doktora Who, wyłączcie wszelkie oczekiwania, dla własnego dobra.” – zgadzam się. Albo się będziecie mogli mentalnie poklepać po plecach za rozsądne podejście, albo się mile zaskoczycie. Win-win situation ;)