Przerażające i śmieszne, kolczaste i kamienne, budzące strach i nastawiające melancholijnie – nieomal w każdym odcinku spotykamy w Doctor Who nowego „potwora tygodnia”. W jesienno-haloweenowej atmosferze postanowiliśmy zastanowić się, jakie są nasze ukochane potwory z serialu i dlaczego zapadły nam w pamięć. Być może uda się z nich ułożyć halloweenwą listę odcinków do powtórki?

K.: Niewidzialny potwór z Północy („Midnight”)

Może stwór niezbyt spektakularny, ale do dzisiaj uważam, że Północ to najstraszniejszy odcinek Doctor Who. Potwór, którego nie widać, ale może się wszędzie dostać i do przejęcia nad kimś kontroli potrzebuje tylko kilku słów – do dzisiaj czuję ciarki na plecach, gdy o tym pomyślę. I naprawdę nie dziwię się, że owo powtarzanie budzi w bohaterach mieszankę strachu i złości wystarczającą, aby chcieli zamordować niewinnego człowieka. Żaden inny stwór w tym serialu nie sprawił, że w napięciu wstrzymywałam oddech przez pół odcinka.

Artur: Slitheen, Kosmici z Londynu/Trzecia wojna światowaAtomowe miasto („Aliens of London”/„World War Three”, „Boom Town”)

Lubię Slitheenów, bo to typ potwora, który nie mógłby zaistnieć w erze Moffata, skupionego na tym, żeby rzeczy były cool – potwór kampowy, groteskowy. Potwór, który wywołuje reakcję spod znaku „co to, do cholery, ma być???” o wiele silniejszą niż Cisze czy Anioły. Jest coś niesamowicie niepokojącego w tym, jak Slitheenowie puszczają wiatry i chichoczą, żeby zaraz potem nagle spoważnieć i popatrywać złowrogo maleńkimi oczkami swoich ludzkich wcieleń. Albo w tym, jak rozpinają sobie czoła. A pod zdartą z ludzi skórą kryje się najtrafniejsza reprezentacja polityków, jaką kiedykolwiek widziałem: przypominający przerośnięte noworodki mordercy gotowi zniszczyć planetę, żeby tylko nabić sobie kiesę.

Ginny: Kosmiczny wieloryb, Bestia na dole („The Beast Below”)

Mogłabym oczywiście iść na łatwiznę i napisać, że Dalekowie, ale wyjdźmy poza tę intuicyjną odpowiedź. Uwielbiam sam koncept dobrego (w tym sensie angielskiego słówka „kind”) wieloryba przemierzającego pustkę kosmiczną. Zupełnie nielogicznego (czym on oddycha? czym się żywi?) i całkowicie baśniowo-magicznego. To jest właśnie mój typ fantastyki naukowej. Nie ten techniczny, a zanurzony bardzo świadomie w metaforze i w oniryzmie. I pokazujący, że potworów wcale nie ma. Ewentualnie, jeśli już jakieś są, to jesteśmy nimi my. Kosmiczny wieloryb to z jednej strony ładna paralela dla Doktora Matta Smitha – za co dostaje dodatkowe punkty – a z drugiej pozwala bardzo jasno ukazać ludzkie bezmyślne okrucieństwo w zestawieniu z tym, co obce. Tak w Bestii na dole, jak i w jednym z odcinków Torchwood, gdzie innego kosmicznego wieloryba jakaś ludzka firma przerabia żywcem na mięso. Skłania do refleksji ta bestia.

Ewelinkja: Meglos z odcinka Meglos

Ostatni z Zolfa-Thuran. Wielki, zły, zmiennokształtny kaktus. Za takie potwory kocham klasyki. Pamiętam, kiedy pierwszy raz oglądałam ten odcinek i pobiegłam do męża, żeby z ogromnym podnieceniem, jak mała dziewczynka zapiszczeć: „Misiu! To wielki zmiennokształtny kaktus, który udaje Doktora!”. Sam Meglos jest typowym przykładem kosmity w klasykach. Zrobiony z tanich materiałów, sztuczny i niczym się nie wyróżniający na pierwszy rzut oka. Jednak jego zmiennokształtność nadała odcinkowi tej magii, której doświadczymy tylko w klasykach. Kiedy Meglos przybiera postać Doktora i Tom Baker gra dwie wersje – dobrą i złą, nie mogę oderwać oczu od ekranu. Poza tym ten moment, kiedy coś idzie nie tak i Czwartemu Doktorowi wyrastają kolce… piękne.

Dominek: Płaczące Anioły, Mrugnięcie („Blink”)

Mój ulubiony potwór to ten, który niszczy serca swoich ofiar i przekształca zwyczajne rzeczy, jak cienie, posągi itp. w koszmary – ten potwór nazywa się Steven Moffat. Aczkolwiek wypada chyba wspomnieć o numerze dwa na mojej liście monstrów. Płaczące Anioły. Ogromnie podoba mi się ich koncept – w zasadzie nic o nich nie wiemy, a każdy byle pomnik może być jednym z nich. Fajnie też, że z czasem dodano im nowe możliwości i rozbudowano, hm, fizjologię – kiedy są „najedzone”, nie przenoszą w przeszłość, po prostu brutalnie mordują.

Taiteilija: Potwór, którego nie było, Posłuchaj („Listen”)

Przez ułamek czasoprzestrzeni miałam silną pokusę napisać: Płaczące Anioły i tym samym wyrazić bezgraniczne przerażenie na myśl o tych nibyposągach, milczących łowcach, śledzących nasz każdy ruch i snujących się za naszymi plecami. Skóra mi cierpnie na samą myśl o ich marmurowych uśmiechach bezlitosnych zabójców. To jednak przypomniało mi o pewnym całkiem niekonwencjonalnym potworze. O nieistniejącym potworze z odcinka Posłuchaj, czyli kumulacji wszystkich naszych dziecięcych lęków, związanych ze skrzypiącą podłogą, pustą szafą czy mroczną przestrzenią pod łóżkiem oraz odwiecznym pytaniem: a co, jeśli nigdy nie jesteśmy naprawdę sami? Przejmuje mnie lękiem myśl o nocnych hałasach, przybierających nagle cielesną formę nie-wiadomo-czego o niejasnych intencjach. Brrr! Wydaje mi się ponadto, że odcinek wcale nie obalił hipotezy odwiecznej nie-samotności… Jeżeli bowiem żadnego potwora nigdy nie było, kto skrywał się pod kocem w pokoju Ruperta? Myślę sobie, że to nie była tylko jakaś dziura fabularna i… naprawdę mnie to przeraża.

Lady of Covenant: Vashta Nerada, Cisza w bibliotece/Las zmarłych („Silence in the Library”/„Forest of the Dead”)

Czego człowiek najbardziej się boi? Mroku. Mówi się, że to właśnie te istoty są sprawcami tego lęku. Jeśli tak, to jest się czego bać. Zagrożenie jest niewidoczne. Może przyjść niemal w każdym momencie. Nigdy nie wiesz, czy jesteś bezpieczny. Czujesz, że coś podąża za tobą, wślizguje się w ciemne zakamarki pokoju. Ledwo się obejrzysz, a twój cień przestaje być twój. I wtedy wiedz jedno. Gdy ujrzysz więcej niż jeden swój cień na ścianie, to możesz zacząć się modlić, bo twój czas dobiega końca. To naprawdę przerażająca perspektywa. Vashta Nerada nie tylko wykorzystuje lęk przed ciemnością, ale również strach przed byciem pożartym żywcem. Myślę, że nie ma niczego bardziej przerażającego niż inteligentne, chodzące skafandry kosmiczne, które mają ochotę udusić cię gołymi rękami.

Lierre: Cisza, Niemożliwy astronauta/Lądowanie na księżycu („The Impossible Astronaut”/„The Day of the Moon”)

Chciałam napisać o Hathach. Pamiętacie Hathów? Z odcinka Córka Doktora („The Doctor’s Daughter”)? Pewnie nie, bo to potwory dość mało wyraziste, ale jak zobaczyłam ich po raz pierwszy, od razu uznałam, że humanoidalne ryby bulgoczące fiolką płynu przy twarzy będą moimi ulubionymi potworami z tego pełnego osobliwości serialu. Zwłaszcza że są takie miłe! Po prostu musiałam o tym wspomnieć.

Moim wyborem jest jednak Cisza. To nie tak, że ja Ciszę… lubię i niestety zepsuł mi ich finał ich wątku. Totalnie się ten pomysł przestał kleić. Ale Cisza z szóstej serii, tajemnicze stworzenia, które manipulują ludźmi, dokonały inwazji i nikt nawet o tym nie wie, które nie zapisują się nam w pamięci – ogromnie mi się podoba ten pomysł, bo uważam, że Doctor Who najlepiej straszy wtedy, kiedy używa samych widzów przeciwko nim, a zwłaszcza ich zmysłów i percepcji. Nie da się udowodnić, że Cisza nie istnieje – i świadomość tego jest o wiele bardziej przerażająca niż cokolwiek, co pokazano nam na ekranie, jakiekolwiek spiski z ich udziałem, jakiekolwiek wytłumaczenie ich roli.

Clever Boy: Oodowie, Planeta Oodów („Planet of the Ood”)

Wydaje mi się, że nie mam ulubionego potwora. Zastanawiałem się nad dzieckiem w masce gazowej z odcinków Dziecko bez wnętrza / Doktor tańczy („The Empty Child”/„The Doctor Dances”), ale stwierdziłem, że nie pasuje mi do takiego zestawienia (w końcu był to mały, biedny chłopiec). I wtedy przypomniałem sobie pewną scenę z czwartej serii i miałem gotową odpowiedź – Oodowie! Po pierwsze, potrafią budzić strach swoim wyglądem (a szczególnie, gdy świecą im oczy!). Po drugie, są trochę nieobliczalne, widzieliśmy przecież, jak znienacka potrafiły zaatakować ludzi, dodatkowo bał się ich także Doktor. Po trzecie, ta pamiętna scena z odcinka Planeta Oodów („The Planet of the Ood”), kiedy główny złoczyńca dowiaduje się, że powoli staje się Oodem i następuje przerażająca transformacja. Panu Halpenowi zaczynają wypadać włosy, trzęsie się, ma problemy z mową. Następnie chwyta się za głowę i zrywa z niej płaty skóry. Widzimy jego czaszkę, a następnie wymiotuje tymi mackami, które Oodowie mają na twarzy, by na końcu wypluć mały, obślizgły mózg. Całość została objęta niepokojącą muzyką. Ta scena budzi we mnie niepokój i przyprawia mnie o dreszcze. Nie pamiętam, żeby inna scena w serialu, dotycząca potwora lub kosmity, tak mnie zszokowała i była tak mocna. Dodatkowo zawsze jest mi strasznie szkoda Oodów. Mam nadzieję, że pojawią się ponownie w serialu, bo bardzo mi ich brakuje.

Astroni: Abzorbaloff, Miłość i potwory (Love & Monsters”)

Wiele osób pyta, dlaczego ten Abzorbaloff musiał być właśnie taki. Czy naprawdę nie można było wstawić tu jakiegoś fajnego Daleka czy czegokolwiek mniej żałosnego? Ale to nie żadna sztuka zginąć z ręki pełnego szacunku do nas czarnego charakteru w długim płaszczu, wysłuchawszy uprzednio, jakim to byliśmy godnym przeciwnikiem, najlepiej jeszcze poświęcając swoje życie za towarzyszy ze świadomością, że oni by dla nas zrobili to samo. Taka śmierć byłaby potwierdzeniem naszej wartości, odważyłabym się nawet powiedzieć, że większość z nas (nie tylko fanów Doctor Who) o niej wręcz marzy! Ale nie dla psa kiełbasa – dla nas, ludzi, zostaje parodia śmierci, które nawet nie jest prawdziwym umieraniem, bo musimy nadal patrzeć, jak giną inni. Zjedzenie przez paskudztwo, które nie jest dziełem naszego heroizmu, a niedopatrzenia i które nic nikomu nie daje, czyniąc nas jedynie ciężarem dla innych. Bezsilność, bezcelowość i poniżenie – to jest prawdziwy koszmar, coś, co przeraża naprawdę. Nie wiem, na ile Russell T Davies to przemyślał (znając go, pewnie niewiele), ale mnie Love & Monsters dało lekcję, której nigdy nie zapomnę.

Haru: Krafayis, Vincent i Doktor („Vincent and the Doctor”)

Niewidzialne potwory wydają się o wiele straszniejsze, bo nigdy nie wiemy, skąd nadejdzie zagrożenie. Boimy się ich, jednak co, jeśli potwory też się boją? W jakiś sposób ten potwór, choć mordował ludzi, nie jest tak straszny jak to, co spowodowało, że się nim stał? Ślepy, w nieznanym miejscu i samotny. To właśnie sprawia, że dla mnie ten „potwór” będzie o wiele straszniejszy od Płaczących Aniołów, Oodów i innych stworach, które Doktor miał okazję spotkać na swojej drodze. Nie wiem, jak was, ale mnie samotność przeraża bardziej niż potwór, który mógłby mnie skrzywdzić, zabić czy nawet przenieść w czasie. Bo czy nie ma nic straszniejszego niż umieranie samotnie?

To tyle od nas, a teraz – zapełnijcie komentarze! Jaki potwór tygodnia najbardziej was przeraził/poruszył?