Po wybrnięciu z zawirowań czasoprzestrzennych – jest relacja. Ostrzegamy – bardzo długa, całkiem szczegółowa… i dość osobista.

Preludium by hybryd01

Konwenty, szczególnie te małe i organizowane na południu Polski, to nie wydarzenia komercyjne, a spotkania z ludźmi. Ten zapamiętaliśmy szczególnie dzięki nim, więc również relacja z tegorocznej, organizowanej w Bielsku-Białej edycji Polconu, będzie taka. Osobista i bardzo subiektywna.

Zapraszam do lektury. ;)

Niespecjalnie ubolewałam nad tym, że ominie mnie fizyka… To był mój pierwszy konwent – i od razu z rozmachem. Daleko od domu, całkiem sama, z przesiadką na dworcu, matko jedyna, krzyk, strach i przerażenie! Żartuję. To była raczej ekscytacja. Zdecydowanie ekscytacja.

W Katowicach czekała na mnie niespodzianka – Lierre, która była w Bielsku-Białej już dzień wcześniej (znaczy, od czwartku), przyjechała po mnie na dworzec. Nie ukrywam, bardzo miła niespodzianka. W połowie drogi spotkałyśmy się z hybrydem01 – spotkanie redakcyjne powoli się zaczynało.

Nie zaznałam przyjemności czekania w kolejce na akredytację, bo a) kolejek nie było, b) prasa kolejkę miała osobną. Co prawda nabiegaliśmy się trochę, bo budynek główny i szkoła noclegowa były od siebie dość oddalone, ale to bardziej z niewiedzy – by wejść na teren sleeproomów, należało mieć przy identyfikatorze niewielką karteczkę. Dla mnie nowość, ale bardzo zmyślny system… Po odnalezieniu pokoju Whovian (co nie było trudne) i względnym ogarnięciu się, podpisaniu identyfikatorów i dokarmieniu – pognaliśmy na pierwsze prelekcje.

polcon-22-09-2014-7 polcon-22-09-2014-8

Hybryd dopowiada: Oczywiście pierwszym przystankiem każdego entuzjasty Doktora (poza sleeproomem) musiało być wystąpienie Olgi „Blownie” Doszyń pt. „Doctor Who EU: bardzo dziwny wszechświat”. Trochę się dygałem, gdyż moje wystąpienie dotykało podobnych zagadnień. Różnica była jednak znaczna. O ile ja skupiłem się tylko na trzech odnogach franczyzy (książki, komiks, audio), tak Olga brała po trochu zewsząd. Uderzała w ciekawostki, a ja przebijałem się prawie bezspoilerowo przez poszczególne linie wydawnicze ułożone chronologicznie. I tak byśmy też podsumowali ten akapit: wystąpienie Olgi było przeznaczone przede wszystkim dla tych, którzy raczej nie chcą spędzić z DW całego życia, ale z chęcią dowiedzą się, na bazie różnych ciekawostek, w jak bardzo pokręconej marce siedzimy. Jeżeli jednak ktoś chciał się bardziej zagłębić w pozatelewizyjne przygody Doktora, wówczas trzeba było zawitać w Prelekcyjnej I następnego dnia.

polcon-22-09-2014-21 polcon-22-09-2014-19

Po prelekcji Olgi postawiliśmy na integrację. Przed wejściem do budynku, w którym odbywały się prelekcje, spotkała się całkiem spora grupa Doktorów, River i innych istot z Whoniversum. Konsekwencji paradoksu nie zauważyliśmy – ale to może dlatego, że konwenty ograniczone są bańką czasoprzestrzenną… możliwe. Całkiem możliwe. A może po prostu byliśmy zbyt zaaferowani własnym towarzystwem? Też możliwe.

polcon-22-09-2014-18 polcon-22-09-2014-17

Przepięknym widokiem było spotkanie dwóch Wielkich fandomu (moich osobistych guru EU, cóż, nie będę ukrywać)… Po prostu ze sobą rozmawiali. PO PROSTU. Jak normalni, żywi ludzie, którzy nigdy wcześniej się nie spotkali. Niesamowite. Przepraszam. Przełomowy moment. Dla mnie. [I dla wszechświata na pewno też – dopowiada Lierre.]

polcon-22-09-2014-14Zdjęć przy jedzeniu nie będzie, zdjęcia przy jedzeniu są bardzo… dziwne. ;) Za to – bardzo ucieszył mnie widok Rady Gallifrey, nareszcie, nareszcie w komplecie! Na zdjęciu – wbrew pozorom – trzyosobowa Rada.

Prosto z pizzerii przy rynku pobiegłyśmy z Lierre na zaprzyjaźnioną prelekcję o Sherlocku Holmesie. Było ciekawie, śmiesznie i interesująco – ale może nie będę się nad tym rozwodzić, bo to jednak nie ta tematyka. Zaraz po niej ulotniłyśmy się, aby przećwiczyć naszą własną prelekcję Lierre [naszą – przyp. Lierre] – wcześniej nie miałyśmy ku temu okazji… Właściwie niewiele z tego wyszło, ale liczą się chęci, prawda?

Z samej prelekcji zdjęć nie mamy – i chwała. Byłyśmy bardzo pozytywnie zaskoczone, bo mimo kontrowersyjnego tematu i zdecydowanie subiektywnego podejścia nie dostałyśmy żadnym zgniłym owocem ani jajkiem, publiczność była grzeczna i wykazała się duuuużym zrozumieniem. [A to dziwne? Prelka była rzeczowa i ciekawa. Czułem się prawie jak na wykładzie akademickim. :P – przyp. hybryd01] Ponadto frekwencja bardzo dopisała – w sali prawie nie było miejsca (cóż, nie była też może największa, ale…), a po kilkunastu minutach od rozpoczęcia naliczyłam obecnych prawie 60 osób. Niespodzianka dla tych, którzy nie mogli się pojawić na Polconie – obok znajdziecie nagranie z prelekcji. Tylko głos, niestety, natomiast umyka Wam w zasadzie tylko (aż?) prześmieszna prezentacja stworzona przez Lierre.

Dla uspokojenia i rozładowania napięcia wybrałyśmy się na nocny spacer po Bielsku-Białej…

Hybryd: Poszły sobie i ominęła je kolejna atrakcja. Na super-tajnym-mini-whoviańskim-konwencie rozmawialiśmy trochę ogólnie o popkulturze, niektórzy uczyli się tańczyć, inni szukali napisów, a wszyscy mogli zagłębić się w najsłynniejszy pojedynek Drugiego Doktora z Cybermenami. Próbowaliśmy także rozwikłać tajemnicę klątwy niejakiego Fenrica, ale musieliśmy przerwać w połowie drogi, bo niektórzy zaczęli już prawić komplementy mięciutkim schodom Auli… <chrap>

…Tak. Część osób zbojkotowała event „ze względu na Moffata” – cóż z tego, że kręcił się on wokół klasycznych odcinków. :D Wyszło całkiem zabawnie, konwencik myślał, że jesteśmy w sleeproomie, sleeproom myślał, że jesteśmy na konwenciku… Wróciłyśmy przed ich powrotem – Classic Who musiało ich wybitnie znudzić, bo wszyscy zapadli w sen jak za dotknięciem Capaldiego. Hmm. Ja na widok śpiącego Hybryda też odpłynęłam… [EJ! – Hybryd]

Nastała sobota, piękna pogoda pozwoliła mi łaskawie spać do 7 rano. Byłam świadkiem przepięknej sceny rodzajowej – siedzę, dokarmiam Lierre ciastkami na śniadanie [mrrrr – dopowiada Lierre], cisza w budynku, jakby wszyscy imprezowali do 4 nad ranem (nie imprezowali – bardzo przestrzegano ciszy nocnej. I w sumie chwała gżdaczom – były przecież osoby, które faktycznie chciały spać), godzina 9, dzwoni w sleeproomie budzik. Budzi się jedna osoba, dwie, trzy. O. Jednak reszta sleeproomu też nie śpi (ups). W jednym momencie okazuje się również, że nie śpi cały budynek, w ciągu 5 minut na korytarzu zaczyna się ruch, rozmowy, śmiech z innych sal, nowy piękny dzień alternatywnej rzeczywistości. Dla mnie to było coś absolutnie fascynującego (znów)…

Ice Bucket Challenge organizatorów swoją drogą – uczestnicy mieli własny! Kolejka pod prysznic, mimo długości, była bardzo miła („uważaj, dziewczyny tam wchodzą i już nie wracają”), posłużyła nawiązaniu kilku nowych znajomości („przecież znam cię z tumblra!”) i wcale nie była stratą czasu. Plus zimnej wody – idealnie budzi. A po kilku minutach już nie jest taka zimna. Co ciekawsze, woda z kranu miała normalną temperaturę…

Obudzona, najedzona i zadowolona z siebie wzięłam pod pachę Hybryda i poszliśmy na maraton prelekcyjny. Tutaj trzeba zauważyć – czas na przechodzenie między prelekcjami był dosyć ograniczony. Mimo że jedna z prelekcji skończyła się kilka minut przed czasem, na kolejnej byliśmy już skazani na siedzenie na podłodze. Można by oczywiście zwalać na organizację – z drugiej strony, kto by pomyślał, że niepozorna prelekcja „O zabijaniu” Marcina Przybyłka przyciągnie tylu zainteresowanych? ;)

polcon-22-09-2014-10Po trzech godzinach trochę zmiękłam, mimo kolejnych prelekcji, na które chciałam iść, wygrał rozsądek – postanowiliśmy się zrelaksować w gamesroomie. Wyposażenie sali było imponujące – główną atrakcją był zestaw do gry w Donkey Konga (nietrudno było trafić do właściwej sali), ponadto kilka komputerów z Batman: Arkham Asylum, kilka innych gier, od strategii po Street Fightera, a na dokładkę kilkanaście starych konsol… Byłam zachwycona i uważam, że absolutnie każdy powinien kiedyś spędzić w takiej sali chociaż chwilę – bo stare gry, mimo grafiki (telewizory kineskopowe, a  jakże!), są bardzo często grami multiplayer… A to idealna okazja, żeby się trochę zintegrować z przyjaciółmi.

Mgnienie oka i minęło kilka godzin (przypadek…?). Po dosyć chaotycznych poszukiwaniach znaleźliśmy się z resztą Redakcji – i zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba się dożywić. Przy kawie na rynku znalazła nas reszta Whovian. Czas znów przyspieszył, spędzany na rozmowach o dosłownie wszystkim – od samej imprezy, przez Doktora, Expanded Universe (Hybryd hipnotyzuje…), ciastka, jakość kawy, parzenie herbaty, „całe Bielsko-Biała nosi identyfikatory”, na chyba sensie egzystencji dopiero kończąc. Nad naszym parasolem naszymi głowami w międzyczasie zebrały się chmury – pogoda postanowiła zrobić nastrój do prelekcji Hybryda nam niespodziankę. Razem z Lierre i Hybrydem uciekliśmy do sleeproomu – wielka prelekcja już za kilka godzin, należało przecież „poćwiczyć”. :) Z późniejszych rozmów dowiedzieliśmy się, że część osób utknęła właśnie na rynku, część w budynku prelekcyjnym (np. Mal w cosplayu River Song – nie przyszła do nas tylko ze względu na misternie układane włosy), nikt chyba jednak nie narzekał na brak towarzystwa…

Do godziny zero deszcz trochę odpuścił. Pod salą zebrał się spory tłumek – przy prelekcji o Moffacie 20 ludzi może nie wydawało się wielką liczbą, ale z drugiej strony – temat był dosyć specyficzny i nie spodziewaliśmy się nawet takiej frekwencji. Pewnym problemem było też to, że w tzw. międzyczasie odbywała się gala rozdania Nagród im. J. Zajdla – w trakcie prelekcji kilka osób do nas dołączyło.

DSC140044aO godzinie 20 – zaczęło się… Naprawdę, naprawdę, nikt z Redakcji nie spodziewał się takiego zainteresowania. Co tu dużo mówić – prelekcja była ogromnym sukcesem. Mimo obaw Hybryda dotyczących absolutnie wszystkiego – od 30 stron notatek, pobieżności tematu, gorączki, hermetyczności prelekcji, powagi – wszystko było idealnie (no, prawie). Widownia śmiała się, kiedy powinna (dziękujemy ;D), notatki nie były potrzebne, a temat wbrew wszystkiemu przedstawiony niesamowicie przystępnie. Cameo – na każdą z części (literatura, komiksy, audio, planowane spotkanie z Radą G.pl) przeznaczone było pół godziny – o czym prowadzącego informował budzik. Pierwsze pół godziny minęło – „Hybryd, wspaniała literatura, przejdź do komiksów”. Nikt się nie przejmuje, wszyscy słuchają z autentycznym zaciekawieniem na twarzach. Godzina – „wspaniałe komiksy, Hybryd, to teraz trochę o audio”. Ci, którzy wiedzieli, w czym rzecz (to znaczy ja i Lierre, cóż), byli już nieźle rozbawieni. Trzeci dzwonek – uwaga – „kończ waść tę literaturę, zaczynamy spotkanie z Radą”… :D Taaaak, Hybryd odrobinę się rozgadał. Po kolejnych 10 minutach przeszliśmy wreszcie do komiksów, w międzyczasie cała sala została obdarowana ciastkami…

 polcon-22-09-2014-3

Kilka minut przed czasem, tradycyjnie, jeden z gżdaczy przypomniał delikatnie, że powinniśmy sobie powoli iść kończyć. Ale co z tego! Prelekcja trwa w najlepsze! Wszyscy się świetnie bawią, Hybryd trochę (bardzo) przyspiesza tempo mówienia, publiczność natomiast wydawała się być rozbawiona cała sytuacją… Pod morderczym wzrokiem odźwiernych, to znaczy, gżdaczy, chcących nareszcie zamknąć budynek, 15 minut po wyznaczonym czasie, nie mówiąc słowa o słuchowiskach, za to po zakończeniu części komiksowej – wyrwaliśmy się z uroku głosu Hybryda i radośnie zaczęliśmy planować, co dalej… Mimo najszczerszych chęci – nie mamy zapisu prelekcji. Może to i dobrze? Hybryd natomiast zapowiedział, że jeśli na jakimś konwencie dostaniemy blok o DW, a on sam jakieś 3 godziny na poprowadzenie prelekcji – na pewno ją powtórzy. ;) Trzymam za słowo…

polcon-22-09-2014-6polcon-22-09-2014-2

O ile mi wiadomo – Whovianie obecni na prelekcji we wspaniałym gronie integrowali się w okolicach bielskiego rynku. Piszę „o ile mi wiadomo”, bo zawiadomieni anonimowym (?) telefonem udaliśmy się całą obecną na miejscu Redakcją w krótką podróż… Co zobaczyliśmy, to nasze – Stambuł i Tokio ’39 zmieniły się do/od obecnych czasów niesamowicie. Zobaczyliśmy te dwa miejsca w odstępie stu lat… Z kim, dlaczego, właściwie po co – nie zdradzimy. :) Niesamowita przygoda, kilkanaście dni w cenie trzech godzin.

Kiedy wróciliśmy, wszyscy już spali. No, prawie – ale tu wkroczyli do akcji gżdacze pilnujący porządku. Na nas też przyszła pora… Po krótkich oględzinach w międzyczasie okazało się, że nasza całkiem liczna grupa mieściła się w, delikatnie mówiąc, najmniejszym ze sleeproomów.  Z drugiej strony jakoś nikomu nie spieszyło się do przenoszenia gdziekolwiek, przynajmniej było ciepło…

polcon-22-09-2014-1

Nastała niedziela, konwentu dla mnie dzień trzeci. Teatrzyk rano był równie wspaniały, co dnia poprzedniego. Po śniadaniu udaliśmy się na ostatnie prelekcje (i spotkania autorskie, i po autografy!). Pojawił się drobny zgrzyt w organizacji – do godziny 12:30 musieliśmy opuścić teren noclegowni. Był to pewien problem ze względu na bagaże… och, szatnia ponoć działała – ale życzliwi ludzie odradzili nam korzystanie z niej. Tłumy, brak przejścia, te sprawy. Cóż. Po 12 więc wróciliśmy i spakowaliśmy się grzecznie, z częścią grupy przy okazji się żegnając. Z walizkami rozeszliśmy się w różne strony – na zakupy na podróż, ostatnie prelekcje, czy, jak w moim przypadku – skorzystać z atrakcji, których nie miałam okazji odwiedzić. W tym przypadku – skorzystanie z Oculus Rifta… :D Odzywają się we mnie geny gamera i krzyczą na samo wspomnienie. Polecam wszystkim, którzy mogą korzystać – wrażenia niesamowite, po trzech minutach wyszłam z pomieszczenia roztrzęsiona i trzymająca kurczowo rączkę walizki, jak wcześniej krzesełko… GE-NIAL-NE! Żałuję, że nie skorzystałam trochę wcześniej, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała okazję… Ponadto rozejrzeliśmy się trochę po ostatkach stoisk – wcześniej zwyczajnie nie było na to czasu. Całość była rozstawiona na świeżym powietrzu, pod namiotami.

Tradycyjnie już – kawa na rynku we wspólnym gronie. Zdążyliśmy się przez te kilka dni całkiem zaprzyjaźnić. Wspólne zainteresowania zdecydowanie łączą – ale nie mówię tu chyba niczego odkrywczego. Ciężko mi wyrazić słowami to, co się właściwie działo – mój wewnętrzny antropolog był zafascynowany relacjami błyskawicznie budującymi się pomiędzy ludźmi, którzy właściwie ledwo się znają. Niewielu z nas rozmawiało ze sobą bardzo często, czy wręcz znało się i spotykało regularnie – a jednak wszyscy bardzo się do siebie przywiązali… Zresztą – o czym ja właściwie piszę. To trzeba PRZEŻYĆ. Na własnej skórze. Nawet jeśli nie byliście wcześniej na jakimkolwiek konwencie – warto. Warto zapomnieć się na te kilka dni, poznać nowych ludzi, poznać ich na nowo, bo w rzeczywistości… Tego przecież nikt wam nie zabierze, a wspomnienia są naprawdę budujące.

Wiele więcej się nie działo – wspólne przesiadywanie na dworcu, czekając na pociągi i autobusy, było idealnym podsumowaniem tego weekendu. Ostatnie rozmowy, wspólny śmiech, pamiątkowe zdjęcia (z pięknym dworcowym sufitem…), sterta bagażu gdzieś pod ścianą, grupowe przytulenia, niespodzianki na tablicy odjazdów (naprawdę – w mojej linijce zacięło się 180-minutowe opóźnienie…), chowanie identyfikatorów. Nie sposób ubrać tych wszystkich emocji naraz w słowa. Odjechałam jako jedna z pierwszych – może to i lepiej, ponoć ominęły mnie te najbardziej łzawe pożegnania…

Czekała mnie jeszcze trzygodzinna podróż – okraszona stałym kontaktem z pozostawioną na dworcu grupą i, jakże by inaczej!, powrotem do pracy. Gallifrey nigdy nie śpi…

Reszta jest milczeniem.

DSC140074

Dziękujemy wszystkim – organizatorom, prelegentom, wystawcom, gżdaczom i znajomym – tym przelotnym i tym na zawsze. See ya next time – somewhere, somewhen in time & space. ;)


Ruda Burza. Redakcyjny Smok i specjalista od kontaktów z Zewnętrzem. Każdy jej głupi pomysł kończył się wielkim projektem (mniej lub bardziej udanym). Właściwie to nie oglądała zbyt wielu odcinków DW, ale wpadła w fandom i doktorowe trivia po uszy... i została na dobre.