Podsumowanie epok: Najlepszy nowy element serialu wprowadzony w erze Dwunastego

W ramach pożegnania z epoką Petera Capaldiego i Stevena Moffata w grupie Pod Kopułą Gallifrey.pl przeprowadziliśmy obszerny plebiscyt podsumowujący wkład tych dwóch osób w Whoniversum. Z waszych odpowiedzi powstały listy, a z list powstają artykuły. Oto trzeci z nich – najlepsze nowe elementy serialu, które pojawiły się w nim za czasów Dwunastego Doktora. Listę najlepszych nowości stworzyli członkowie grupy, a ich opisy przygotowali członkowie naszej redakcji. Miłej lektury!

Zachęcamy też do lektury poprzednich części – Dwunastu momentów Dwunastego Doktora i Powracających bohaterów ery Moffata.

Najlepszy nowy element serialu wprowadzony w erze Dwunastego Doktora to…

1. Żeńska regeneracja Mistrza

Clever Boy: Bez dwóch zdań Missy rządzi. To jedna z rzeczy, za które kocham Moffata. Mistrzyni jest szalona i od razu podbiła moje serce. To moje ulubione wcielenie Mistrza. Michelle Gomez stworzyła niesamowitą kreację i jej postać kradła ekran za każdym razem, gdy się na nim pojawiła.

Lierre: To jest niekwestionowana zwyciężczyni w każdej możliwej kategorii – trzeba przyznać, że Moffat tu trafił w sam środek tarczy. Nie da się chyba nie lubić Missy, a ta sympatia zawsze będzie podszyta niepokojem, bo to postać całkowicie nieprzewidywalna i jakoś tak w tym realistyczna… Brrrr. No i na meta poziomie pokazała nam, że zmiana płci to naprawdę żadna zmiana, że nie ma się czego bać i że nawet najbardziej konserwatywni fani w końcu to kupią. Podejrzewam, że ekipie produkcyjnej takie zapewnienie dobrze zrobiło. Dzięki, Missy!

2. Dwa wcielenia Mistrza naraz

Taiteilija: To pomysł, który zdecydowanie zasługuje na oklaski, wdzięcznym echem rozchodzące się po galaktyce (nawet w próżni, a to jest ponoć całkowicie niemożliwe). Mistrz i Mistrzyni w jednym odcinku to idea o tyle zajmująca, że postaci te, choć teoretycznie są jedną i tą samą osobą, w istocie bardzo się między sobą różnią (jak to między dwoma wcieleniami Władców Czasu zwykle bywa…), co tłumaczy napięcia, gierki, złośliwości między nimi. Pomysł, jak już wspomniałam, był to zatem wspaniały, jednak czy do jego realizacji można było czegoś dosypać; nieco gallifreyańskiego szafranu i mondasjańskiego curry? Hm? Owszem! Więcej czasu ekranowego, byśmy mogli cieszyć się tym niezwykle rzadkim widokiem dwóch regeneracji Mistrza na raz dłużej, bo nie ma pewności, kiedy ponownie dany nam będzie do oglądania taki genialny spektakl! Cóż jeszcze? Może mniej czerni (Mistrz) i bieli (Missy) charakterologicznej, a więcej słodkiej niepewności? Tak czy inaczej, trudno będzie mi wyrzucić z pamięci ich krótki taniec, Mistrza stawiającego pierwsze kroki w dziedzinie makijażu oczu, najbardziej niestosowną aluzję w historii serialu (nie licząc wszystkiego, co kiedykolwiek powiedział kapitan Jack) oraz końca historii Mistrza i Missy, który odzwierciedla w słodko-gorzki sposób całą słodką gorycz tego, kim ta postać jest, była i, miejmy nadzieję, zawsze będzie.

3. Epizod z niepełnosprawnością Doktora

Blownie: Szerzej się być może rozpisałam, kiedy komentowaliśmy odcinek na świeżo (chociaż szczerze mówiąc, nie pamiętam), ale nawet jeśli się powtarzam: tak. Tak. Kiedy spekulowaliśmy, marzyliśmy i marudziliśmy na tematy dookoła nieznanej jeszcze wówczas trzynastej inkarnacji Doktora oraz możliwości czy potrzebie, by reprezentowała ona jakąś grupę słabiej zazwyczaj reprezentowaną w mediach, wspomniałam o niepełnosprawności, argumentując, że kosmiczna technologia bez problemu umożliwiłaby takiemu Doktorowi funkcjonowanie, a jednocześnie niepełnosprawność postawiłaby go przed nowym wyzwaniem, co byłoby interesujące z punktu widzenia rozwoju postaci. No i proszę, doczekałam się! Szkoda, że podobnie jak większość pozostałych wątków w następnych trzech odcinkach, i ten nie został poprowadzony czy zakończony szczególnie zachwycająco, ale zaczęło się solidnie, i za to plusik.

4. Pokazanie dzieciństwa Doktora

Margit: Krótki fragment dłuższej historii, który pozostawia pewien niedosyt. No cóż, może tak jest lepiej, lubię, kiedy zostawia mi się pole do własnych przemyśleń i interpretacji. Mistrzowskie zagranie ze strony scenarzystów. Cały odcinek Posłuchaj („Listen”) trzymał w napięciu do samego końca, budując stopniowo klimat grozy i tajemnicy. Rozwiązanie zagadki zwyczajnie powaliło mnie na kolana. Doktor, który boi się ciemności, czy raczej tego, co się w niej kryje? Oczywiście, że będzie próbował udowodnić, że jego strachy z dzieciństwa nie są wyimaginowane. Za to kochamy naszego szalonego Władcę Czasu. Krótka scena, która wydarzyła się dawno temu, na odległej planecie Gallifrey, pokazała nam Doktora, zanim jeszcze był Doktorem. Nie wstąpił jeszcze nawet do Akademii. Póki co jawi się jako strachliwy chłopiec, który ukrywa się w jakiejś szopie, żeby koledzy nie widzieli jak płacze. Gdzie podział się ten łowca przygód, ciągnący za sobą taki kawał historii, często dokonujący trudnych wyborów i narażający się dla innych? Na razie leży, trzęsąc się ze strachu pod kocykiem. Boi się dokładnie tego samego, co większość dzieci w jego wieku, potrzebuje kogoś, kto go uspokoi i zaprzeczy istnieniu potworów spod łóżka. Tylko że nikt mu tej pewności nie daje. Mało tego, ktoś podszeptuje mi do ucha, że strach jest dobry, że jest jego bronią. Wykorzystał to potem w rozmowie z innym małym chłopcem z Ziemi? A może to Doktor pierwszy na to wpadł? Którykolwiek punkt tej historii uznam za jej początek, to i tak wyjdzie z tego jedno wielkie timey-wimey. Każdy gdzieś zaczynał swoją przygodę życia, świetnie, że mogliśmy jako widzowie podejrzeć Batman Begins Wariata z Niebieską Budką.

5. Otwarcie queerowa towarzyszka

Ginny: Każda taka postać to krok w dobrą stronę. Krok do pokazania, że osoby queer istnieją wszędzie i że mają prawo do bycia queer otwarcie. A kiedy już przyzna się im to prawo, to Bill pokazuje też, że wolno nam mieć pracę, chcieć się uczyć, poznawać świat, kochać i – przede wszystkim – żyć wbrew wszystkim, którzy chcieliby nas uśmiercić. Taka towarzyszka to nadzieja dla naszej społeczności.

6. Soniczne okulary

Scot: Przez wielu nielubiane, niepasujące do Doktora. Czyli genialne! Moffat zrobił tu wbrew pozorom ważny krok naprzód, pokazał, że Doktor, pomimo bycia tym samym wiecznie uciekającym Władcą Czasu, ma zmienne gusta i czasem ma ochotę (tak jak widzowie) na coś nowego. Bo choć wielokrotnie się mówi, że Doctor Who to serial o zmianie, tak tradycje w niebieskiej budce są równie silne. I trochę szkoda, że się z tego wycofano, przywracając śrubokręt. Może Chris Chibnall będzie odważniejszy. A może dopiero Dwudziesty/a Trzeci/a Doktor naprawi układ kamuflujący TARDIS.

7. Odcinek, którego akcja rozgrywa się na Gallifrey

Pegaz: Mam słabość do Władców Czasu. Kojarzą mi się jako grupa z… wzniosłością. Chętnie powiększam swoją wiedzę na ich temat (wciąż jest raczej nieduża, ale sza!) i generalnie lubię, gdy jest ich więcej na ekranie! „Wycieczka” na Gallifrey pozwoliła mi na spędzenie czasu w ich świecie, w świecie, który kształtował przecież najważniejszą postać Doctor Who! W nadmiarze Gallifrey byłaby może średnio strawna, ale już jako „przyprawa”…

8. Regeneracja ze zmianą płci i koloru skóry

Mandalkor: Dziewiąty Doktor powiedział tuż przed odejściem, że mógłby mieć dwie głowy albo nie mieć żadnej. Potem Jedenasty opowiadał o znajomym Władcy Czasu, Korsarzu, który zmienił płeć. Wiadomo także, że mieszkaniec planety Gallifrey nie musi wcale wyglądać jak człowiek! Za czasów Petera Capaldiego na stanowisku Doktora w końcu nie jest tylko mówione, że Władcy Czasu mogą się regenerować w kogokolwiek, tylko faktycznie taka zmiana zachodzi. I to od razu z dwiema skrajnościami! Jest to bardzo istotne, gdyż dopełnia to obrazu Gallifreyan i pokazuje, jak bardzo się od nas różnią, jak bardzo obcy są. Z drugiej strony, jako że Władcy Czasu są zaawansowaną technologicznie i kulturowo rasą, to od razu prezentowany jest nam wzorzec kierunku, w jakim powinna podążać ludzkość. W kierunku zatarcia się wszelkich granic kulturowych, rasowych, płciowych itd. Aż nie będzie już równych i równiejszych.

9. Dysk konfesyjny

Lierre: Bardzo dziwny to artefakt i niedopowiedziany, pojawił się trochę nie wiadomo skąd i nie jestem do niego szczególnie przekonana. Ciekawe jest jednak jego podwójne zastosowanie. Pierwotna funkcja brzmi jeszcze sensownie – jeśli twój umysł ma zostać wgrany do systemu, to lepiej, żeby nie grasowały po nim żadne strachy. Taka forma mentalnego oczyszczenia, uspokojenia i zracjonalizowania – jestem w stanie to na jakimś poziomie zrozumieć. Ale zamknąć kogoś w środku? Coś tak koszmarnego mogli wymyślić tylko Władcy Czasu. Straszna tortura, bardzo podobna do dementorów z Harry’ego Pottera. Ale chyba gorsza. Mieliśmy też dzięki dyskowi kilka pięknych scen – tę z początku ósmej serii, kiedy okazało się, że to Missy, a nie Clara, jest najbliższą osobą dla Doktora, a później, oczywiście, niesamowity Dar niebios („Heaven Sent”), zdaniem wielu fanów szczytowe osiągnięcie serialu. Niezbyt więc może przekonujący pomysł, ale ciekawy nowy artefakt prowadzący do niezłych rozwiązań fabularnych.

10. Odcinek z samym Doktorem

DorkaEm: Takie kameralne odcinki nie tylko tworzą klimat pozwalający na psychologiczne pogłębienie postaci, która staje sama ze sobą i własnymi słabościami, to przede wszystkim bardzo trudne zadanie dla aktora, który musi pociągnąć całą historię na swoich barkach. Trzeba przyznać, że Capaldi poradził z nim sobie naprawdę znakomicie, pokazując doskonały warsztat aktorski oraz charyzmę.

11. Geneza Davrosa

Morf: Wielką szkodą byłoby nie przyjrzeć się uważniej takiej postaci jak Davros. Znany od wielu lat, do głębi przesiąknięty złem i nienawiścią, a w dodatku już pojawiający się w nowszych seriach – tym razem jednak jego postać została ujęta w zupełnie inny sposób. Steven Moffat przyjrzał się głębiej jego naturze i zadał parę istotnych pytań: czy ten czarny charakter jest w stanie uczynić cokolwiek dobrego? Działać wbrew swojej naturze? A w szczególności… co tak naprawdę łączy osobiście Doktora z Davrosem, pomijając ich spotkanie w odcinku z klasycznych sezonów Genesis of the Daleks? Scenarzysta bawił się uczuciami widzów na różnych etapach tej historii, zaczynając od rzekomo zbliżającej się śmierci Davrosa, aż po wczesne lata życia tej postaci, w których również miał styczność z Doktorem. Taki wątek był idealnym początkiem nowej serii, który wcisnął mnie głęboko w fotel.

12. Nieśmiertelna Ashildr

Archie: Ashildr jest przede wszystkim świetnie skonstruowaną postacią. Ciekawą, na swój sposób magnetyzującą i pokazującą, jak ogromna zmiana może zajść w człowieku, jeśli ten zbyt długo pozostaje przy życiu. Jej nieśmiertelność to wątek interesujący oraz wyjątkowo bolesny, coś, z czym ludzie zmagać się nie powinni, bo nie są gatunkiem do tego przystosowanym. I ten problem zapada się w Ashildr jakoś głębiej niż w Doktora, który owszem, żyje długo, ale jednak na nieco innych warunkach. A Ja zmienia się, ewoluuje i wciąż szuka drogi (tożsamości) dla siebie. Trochę kręci się dookoła, trochę zapomina, ale czasami bywa szczęśliwa. W końcu udaje jej się wyjść na prostą we własnym stylu, a w tym konkretnym przypadku to nie lada sukces, który z pewnością wymagał wieku wewnętrznych poświęceń.

13. Księżyc jest jajem

Artur: To element wywołujący prawdopodobnie największy tzw. „opad szczeny” – obfitujący w symboliczne znaczenia (księżyc jako wyobrażenie aspiracji ludzkości, ale też wyobraźni, jajko jako reprezentacja nowego życia, odrodzenia) moment, w którym wszystkie dotychczasowe reguły lądują w koszu i może się wydarzyć dosłownie wszystko. No i po wykluciu księżycowego smoka już raczej nie można twierdzić, że Doctor Who to serial science fiction.

Który z tych elementów najbardziej wam się podobał? A może dopisalibyście coś do tej listy? Zapraszamy do komentowania!

Daj na ciastko!