Pierwsze wrażenie jest najważniejsze

Czasami wystarczy, że zobaczymy kogoś na ekranie przez dziesięć sekund i beznadziejnie się zakochujemy. Czasami, oczywiście, nie; czasami miłość potrzebuje czasu, by dojrzeć – połowy odcinka, paru odcinków, sezonu. Chciałabym się przyjrzeć jednak tym przypadkom, kiedy postać została wprowadzona w taki sposób, by momentalnie skraść serca widzów. A przynajmniej moje, bo wiadomo, serce nie sługa i każdy ma inne upodobania. Mam nadzieję, że podzielicie się w komentarzach swoimi typami, tymczasem: oto dziesięć moich.

  1. Mistrz

Kolejność tej wyliczanki jest losowa, nie znaczy to jednak, że na pierwszym miejscu mógłby się znaleźć ktokolwiek inny. Mam tu na myśli pierwszego, chciałoby się rzec nawet: oryginalnego Mistrza, w którego… no cóż, po mistrzowsku wcielał się Roger Delgado w seriach Trzeciego Doktora w latach 70. Jeśli oglądaliście kiedykolwiek Classic Who i doszliście do tego momentu, pewnie pamiętacie, jakim powiewem świeżości (i współczesności) jest epoka Trzeciego – wreszcie kolor, wreszcie trochę żywsza akcja, wreszcie serial, który naprawdę dobrze się ogląda. A w drugiej serii pojawia się on – ostateczny złoczyńca ze złośliwym błyskiem w oku, ogromnie przerośniętym ego, bródką i pewną oślizgłością nie do podrobienia. Gdy widzimy go po raz pierwszy, pojawia się na Ziemi i próbuje zniszczyć ludzkość za pomocą hipnozy i plastiku; manipulacji, plastikowych mebli i sztucznych kwiatów. Jak tu się nie zakochać?

  1. Missy

Michelle Gomez

Wiele lat później w zupełnie innej epoce i innym serialowym świecie bohaterowie epizodyczni zaczęli po śmierci – która dla bohatera epizodycznego w tym serialu nie jest niczym zaskakującym – trafiać do zaświatów – które w tym serialu były zdecydowanie bardzo zaskakujące. Witała je tam tajemnicza, wyjątkowo złowieszcza postać przypominająca trochę Mary Poppins z horroru. Było pięknie i strasznie i fandom, doskonale to pamiętam, eksplodował teoriami, któż to właściwie jest, bo jak to zazwyczaj bywa, byliśmy przekonani, że to jakaś stara znajoma. Niektórzy zgadli, że to Mistrz, choć teorii było wiele, a ja początkowo byłam trochę rozczarowana, gdy po całej serii okazało się, że istotnie, Missy to Mistrzyni, byłam jednak już tak oczarowana tą postacią, że było mi, tak naprawdę, wszystko jedno, kim jest, byleby było jej na ekranie jak najwięcej (później, oczywiście, bardzo doceniłam fakt, że Mistrz zregenerował się w kobiecej formie). Missy otwiera też całą serię postaci wprowadzanych bardzo dziwnie, bo wielokrotnie i w zapętleniu. Będzie ich w tym wyliczeniu kilka, bo to sposób przedstawiania nowych bohaterów, który zawsze do mnie trafia.

  1. River Song

No właśnie, oto koronny przykład wprowadzania ważnej postaci tak, że widz zapomina, jak sam się nazywa. Odcinki Moffata o kosmicznej Bibliotece już same w sobie są ostrą jazdą, zarówno pod względem akcji, jak i emocji, które wywołują w biednych odbiorcach. Do tego mamy jeszcze intrygującą bohaterkę, która zdaje się wiedzieć więcej niż Doktor (co nieczęste), zna go, podczas gdy on widzi ją po raz pierwszy i bez wahania oddaje życie za swoją przyszłość, która dla niego dopiero nadejdzie. Pamiętam, jak oglądałam te odcinki z absolutnym zadziwieniem, dając się pochłonąć tej atmosferze wyczekiwania pięknej przyszłości, o której River mówi z takim rozmarzeniem. Każde kolejne pojawienie się River jest takim nowym mocnym wejściem – zawsze ktoś w tej relacji jest do przodu, a ktoś do tyłu, zawsze więc jest element zaskoczenia i badanie gruntu, synchronizowanie biografii i nutka niepewności.

  1. Dziesiąty Doktor

Pierwszy odcinek każdej inkarnacji Doktora jest ogromnie ważny – serial musi szybko udowodnić widzom, że to dalej ich ulubiony bohater, że dalej mogą go lubić. Nie pamiętam odcinka wprowadzającego Doktora, któremu by to nie wyszło, ale wielkie wejście Dziesiątego Doktora jest wyjątkowe. Głównie dlatego, że przez większość odcinka właściwie jest nieobecny, a sytuacja wymaga jego udziału i jest dość dramatycznie… A następnie widzimy wielkie wejście, w piżamie i z rozwianym włosem, z błyskiem w oku, zabawną nieuprzejmością i monologiem, który wszystkim zapiera dech w piersiach (głównie dlatego, że nikt nie wie, jak na niego zareagować). Udało się temu odcinkowi brawurowo wybrnąć z niemałego problemu, jakim było przekonanie widzów, że nowa odsłona Doctor Who właśnie nie upadła, ale śmiało kroczy przed siebie i warto za nią podążyć.

  1. Pierwszy Doktor

Każdy pierwszy odcinek Doktora jest wyjątkowy, ale jest jeden z nich wyjątkowy podwójnie – An Unearthly Child, w którym po raz pierwszy spotykamy naszego bohatera. A cóż to jest za wydarzenie! Nawet jeśli nie kusi was zupełnie klasyczna era serialu, ten jeden odcinek to pozycja obowiązkowa. Jest mrocznie i tajemniczo, Doktor jest nieprzyjazny i groźny, jest właściwie w tym odcinku antagonistą – tym, który więzi i przetrzymuje, tym, który w wielce podejrzany sposób związany jest z nastoletnią uczennicą Coal Hill, tym, z którym nie sposób się porozumieć, bo nie jest porozumieniem zupełnie zainteresowany. Nigdy później Doktor nie był aż tak obcy – warto to zobaczyć.

  1. Bill Potts

Pierwsze spotkanie z tą przesympatyczną towarzyszką jest zupełnie inne w tonie. Mamy tu dziewczynę, która nie dostała się na studia lub nie było jej stać na ich podjęcie, ale jest bardzo inteligentna i ma pęd do wiedzy, który przywiódł ją na wykłady pewnego ekscentrycznego profesora. Pierwsza scena z jej udziałem, gdy po prostu wchodzi do gabinetu, rozgląda się, siada i czeka na Doktora jest mistrzowska – minimalistyczna, ale bardzo wiele mówiąca i o tym, jaką będzie bohaterką, i o tonie całej serii, która przedstawi jej losy.

  1. Madame Vastra

Pamiętacie, kiedy po raz pierwszy spotkaliśmy wiktoriańską Syluriankę i jej bystrą małżonkę? Był to odcinek Dobry człowiek idzie na wojnę („The Good Man Goes to War”) i poznajemy w nim Vastrę znów, jak kilka innych postaci, niejako od środka, jako postać, którą z Doktorem łączą jakieś dawne przygody i interesy, o których niewiele wiemy. Wiemy natomiast, że on ją uważa za przyjaciółkę i bardzo zaufaną sojuszniczkę, co błyskawicznie przedstawia nam ją w naprawdę dobrym świetle. Ja jednak nigdy nie zapomnę, że w swojej pierwszej scenie opowiada o tym, że pożarła Kubę Rozpruwacza. To jeden z tych momentów, których nie sposób odzobaczyć.

  1. Vislor Turlough

To jeden z najciekawszych towarzyszy Doktora – pierwszy, który przyłączył się do niego nie po to, by oglądać cuda wszechświata, ale by Doktora unicestwić. Jest jedną z najbardziej niejednoznacznych, dziwacznych postaci, jakie podróżowały z Doktorem – i właśnie to jest w nim takie ujmujące. Gdy go poznajemy, udaje, że jest uczniem w szkole, choć jest na to wyraźnie za stary, pomaga Doktorowi rozwikłać paradoks i w ramach uznania zasług zostaje zaproszony na pokład TARDIS… a dokładnie o to mu chodziło. Podstęp, niejasność motywacji, to niezły początek kariery towarzysza. Więcej o tej postaci napisał kiedyś Dominek, odsyłam was więc do tego świetnego tekstu: KLIK.

  1. Clara Oswin Oswald

To kolejne z piętrowych, skomplikowanych wprowadzeń bohaterki. Jeśli byliście już wtedy w fandomie, na pewno pamiętacie ten dość żałobny nastrój towarzyszący zapowiedziom siódmej serii – mieliśmy się pożegnać z Pondami i było to dla wielu widzów ogromnie przejmujące. Wiedzieliśmy już, że po nich pojawi się nowa towarzyszka, Clara, ale zapowiedziana była na drugą połowę serii – pierwsza połowa miała należeć do Amy i Rory’ego. Tymczasem w pierwszym odcinku, Planecie obłąkanych Daleków („Asylum of the Daleks”) nagle pojawiła się dziewczyna uwięziona w rozbitej kapsule statku… którą grała aktorka, którą już zdążyliśmy poznać z zapowiedzi. Powstrzymawszy opad szczęk, obejrzeliśmy odcinek, nie rozumiejąc, co się właśnie odgrywa przed naszymi oczami, tylko po to, by na końcu dowiedzieć się, że dziewczyna jest Dalekiem. No ciekawa nowa towarzyszka, nie? Spekulacjom nie było końca. I dzięki temu trochę łatwiej było się pożegnać z Pondami. To było ze strony twórców bardzo sprytne rozwiązanie.

  1. Dalek

Nie, nie mam tu znów na myśli Clary, ale Daleka z odcinka Dalek, czyli pierwsze spotkanie z morderczymi pieprzniczkami w nowej erze serialu. Daleków od lat 60. było w serialu mnóstwo i jak to zazwyczaj bywa, za każdym pojawieniem się tracili trochę grozy, którą tak brawurowo skradli serca widzów w swoim pierwszym odcinku, zaraz na samym początku. New Who, by wprowadzenie Daleków w ogóle miało sens – a jak to tak, bez Daleków? Nie dałoby się – musiało ich wymyślić na nowo czy też w pewnym sensie zresetować. Pokazanie reakcji Dziewiątego, tak odważnego i za nic mającego sobie, generalnie, cokolwiek, który widzi Daleka i krew mu odpływa z twarzy, który wpada niemal w panikę, który rzuca tylko okiem i wie już, że przegrał – to było bardzo mocne i skutecznie pokazało widzom, że może i Daleczki są śliczne i puchate, ale jednak jest się czego bać. Później, oczywiście, cały efekt został zniszczony, ale widzowie zdążyli już pokochać Daleków na nowo, więc nie stanowiło to raczej problemu.

To jak, które wielkie wejście dopisalibyście do tej listy?

Daj na ciastko!


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who