Dalej dyskutujemy o nowym showrunnerze. Czy możemy wywnioskować coś na temat Chibnalla z odcinków, które już napisał dla Doktora Who Torchwood?

Lierre: Chrisa Chibnalla jako autora scenariuszy do Doktora Who znamy tylko z kilku odcinków – które na dodatek rzadko są uznawane za wybitne. Przypomnijmy: to 42 z trzeciej serii, Głodna ziemia i Zimna krew („The Hungry Earth”/„Cold Blood”) z piątej, miniodcinki Pond Life, Dinozaury na statku kosmicznym („Dinosaurs on a Spaceship”), Potęga trójki („The Power of Three”) oraz P.S. – posłowie do Aniołów na Manhattanie („The Angels Take Manhattan”). Co sądzicie o tych odcinkach? Jakiego Doktora pisze Chibnall?

42-przewodnik-11-04-2016Mytherios: Tutaj mam największe obawy wobec Chibnalla, bo napisał najgorszy odcinek New Who, czyli 42. Nudny, nieciekawy, bez polotu, typowy środkowosezonowy zapychacz. Co do podwójnego odcinka z Sylurianami – był on poprawny, lecz nie zachwycił mnie niczym szczególnym, ale też nie odrzucił. Mam cichą nadzieję, że jego odcinki będą na tym samym poziomie, co absolutnie fantastyczna i zabawna Potęga trójki. Jest to w moim przekonaniu najlepszy odcinek pierwszej części 7 serii. Jestem bardzo ciekaw tego, co pokaże, ale też mam ogromne obawy, Chris ma na swoim koncie jedną wpadkę. Moffatowi się to nie zdarzyło; mimo że nie podoba mi się, co zrobił z serialem jako showrunner, mam ogromny sentyment do jego gościnnych odcinków. Mam nadzieję, że w przypadku Chrisa będzie na odwrót.

Clever Boy: Niestety odcinki pisane przez Chibnalla dla Doctora Who oceniam jako średniaki. 42 to odcinek, który widziałem dwa razy i więcej go nie obejrzę. W pamięci zapadł mi jako coś nieprzyjemnego i nie chcę do niego powracać. Podobały mi się Głodna ziemia Zimna krew, ale bez szaleństwa. Ciekawa historia, fajnie napisane postacie. Bardzo polubiłem Sylurian i chciałbym, żeby ponownie pojawili się w serialu, sama (chociaż cudowna!) Vastra mi nie wystarcza. Pond Life były zabawne, ale krótkie. Następnie Chris obdarował nas przekochanym odcinkiem Dinozaury na statku kosmicznym. Uwielbiam! Na samo wspomnienie uśmiecha mi się mordka. I chwilę później popełnił coś takiego jak Potęga trójki. To zdecydowanie powinien być odcinek dwuczęściowy. Może Chibnall będzie chciał zrobić jego kontynuację w swojej serii? Jestem na tak. Wróg, który był, ale go nie było. Zabawne było to „nudzenie się” Doktora. Fajnie, że ktoś w końcu pokazał nam, co się dzieje, gdy Amy i Rory podróżują z Doktorem oraz wtedy kiedy zostają w domu. Tego zdecydowanie u Moffata brakowało i nadal brakuje. Na największy plus tego odcinka zaliczam postać Kate Stewart, od samego początku ją polubiłem. Ale cała inwazja była słaba i nieudana, więc podsumowując, te poboczne rzeczy dziejące się podczas odcinka uważam za jego plus, reszta – już niekoniecznie. I ostatnie czym uraczył nas Chris to cudowne P.S.. Serce po rozstaniu z towarzyszami pęka jeszcze mocniej.

Dominek: Chyba jestem jedynym, który wielbi odcinek 42 miłością szczerą i niezmienną. ;) Pewnie, to nic istotnego, tylko zapychacz, ale za to bardzo fajny i według najlepszego klasycznego schematu pt. „Doktor przybywa do zamkniętej lokacji, w której dzieje się coś jeszcze niewyjaśnionego”.

the-hungry-earth-25-04-2016Ginny: Muszę przyznać, że odcinków Chibnalla faktycznie jakoś nie wielbię. Poza ukochanymi przeze mnie Dinozaurami na statku kosmicznym i całkiem fajną Potęgą trójki (szkoda, że ten „potwór odcinka” już nie wrócił, bo moim zdaniem miał fajny potencjał, a też pasuje mi bardzo do whoviańskiego uniwersum słuchowiskowego), no i Pond Life (ale to tylko miniodcinki!). Istnieją też nudne 42 (jakże zmarnowany potencjał się kryje w tym nawiązaniu!) i Głodna ziemia/Zimna krew. Choć może… powinnam je sobie powtórzyć, może zmienię zdanie, tak jak dopiero co diametralnie zmieniłam zdanie o innym podwójnym odcinku – Zbuntowanym ciele Prawie ludziach. Niemniej jeśli chodzi o Doctora Who, dla mnie Chris Chibnall jest scenarzystą niewidzialnym, takim, o którego odcinkach się zapomina, o którego istnieniu jako scenarzysty Doctora Who się zapomina, którego nie przypisuje się automatycznie do konkretnych odcinków. Z drugiej strony jednak powstaje pytanie, czy odcinki Russella T Daviesa były bardzo dobre? Jak tu wypadłoby porównanie poziomu? A przecież Davies przywrócił Doktora do życia i nadał mu bardzo piękny kierunek, który pokochałam od samego początku… A więc i dla Chibnalla pozostaje całkiem sporo nadziei.

Artur: Północ („Midnight”) i Boom w mieście („Boom Town”) nie były dobre? Partnerzy w zbrodni („Partners in Crime”)? Korek („Gridlock”)? (dla mnie jeszcze Miłość i potwory („Love & Monsters”), ale niech będzie, że to rzecz nie dla każdego). Nie wspominając już o tym, że sporo odcinków mocno przepisywał, więc jeśli je chwalimy, to część zasług powinna iść na jego konto (Nieprawdopodobna planeta i Szatańska pułapka („The Impossible Planet”/„The Satan Pit”) są chyba najbardziej znanym przykładem). No i warto mieć na względzie (nie jako usprawiedliwienie, ale ważny kontekst), że przez większość swoich rządów Davies ogarniał (albo próbował) trzy seriale jednocześnie – i każdy z nich ukazywał się co rok. Kiedy Moffat próbował robić dwa, zaowocowało to serią szóstą, a schedule serialu już nigdy nie był taki sam.

Ginny: Mnie nie tyle chodzi o to, że to nie były dobre odcinki, co o to, że jakoś tak całościowo sprawiają gorsze wrażenie niż odcinki Moffata. Choć to oczywiście bardzo subiektywny odbiór. Ale też Davies napisał Trzecią wojnę światową („World War Three”), no i Miłość i potwory („Love & Monsters”) to akurat odcinek przez większość widzów świadomie zapominany i pomijany milczeniem jako gniot. U Moffata tak powszechnie nielubianych odcinków raczej nie mamy.

chris chibnallArtur: Ok, wróćmy do Chibnalla. Podoba mi się to, że jego odcinki są bardzo różne: 42 to akcyjniak z fajnym zabiegiem formalnym, w Głodnej ziemi i Zimnej krwi mamy trochę rozkmin o moralności, Dinozaury na statku kosmicznym to czysty, nastawiony na dobrą zabawę romp (który dobrze wróży premierom sezonów, zwykle przyjmującym taką właśnie formę), a Potęga trójki to fajniutki slice of life, który mocno kojarzył mi się z erą Daviesa. Może się do nich nie wraca, ale z drugiej strony nie myślę o nich tak źle, jak na przykład o Ciszy przed potopem („Before the Flood”). Przypuszczam, że odcinki, które Chibnall napisze jako showrunner, bardziej zapadną nam w pamięć, bo będą to przede wszystkim premiery i finały. Pomiędzy będzie jeszcze mnóstwo innych twórców, którzy wpłyną na to, jak myślimy o całym serialu – i jeśli będzie to taki kaliber, jak w ostatnich seriach Moffata, to myślę, że nie będzie wcale źle.

Lierre: Nawiązując jeszcze do wypowiedzi Ginny – dobre pytanie, czy jeśli teraz nowym showrunnerem miałby zostać Davies, to cieszylibyśmy się? Bo ja chyba nieszczególnie…

K.: Jak kocham Russella, tak uważam, że ten serial potrzebuje zmian. Tutaj na tę zmianę czekaliśmy już trochę za długo (przyszła z dziewiątą serią, ale wciąż nie jest tak wyraźna jak przy zmianie scenarzysty) i powrót do czegoś, co już znamy, nie wyszedłby serialowi na dobre. A przy całym szacunku do warsztatu Daviesa, nie wierzę, że rozwinął się dostatecznie przez te kilka lat, żeby dać nam coś całkiem nowego. Chibnall jest scenarzystą mało wyeksploatowanym, napisał tylko cztery odcinki, więc powinien mieć swój pomysł na ten serial i szczerze na to liczę. A owe odcinki osobiście bardzo lubię, łącznie z wyzywanym od średniaków 42, moim zdaniem świetnie trzymającym w napięciu i odpowiednio dramatycznym (plus rozmowa Marthy z matką przez telefon, dowód na to, że po erze Moffata wreszcie dostaniemy rodziny towarzyszy, a nie jakieś nie wiadomo co). Zresztą w ogóle z jednej strony Chris napisał odcinki bardzo różnorodne w tematyce i przestrzeni w jakiej są osadzone, z drugiej strony na pewno łączy je poważne podejście do bohaterów dalszoplanowych i pogłębianie relacji między towarzyszami a Doktorem, zawdzięczamy mu w końcu też ojca Rory’ego, poruszający wątek codziennego życia Pondów, kiedy Doktora przez chwilę nie ma w pobliżu, czy też pokazanie w odcinku z Sylurianami strasznie niejednoznacznych postaci drugoplanowych. I to jest coś, co najbardziej mnie zawsze pociągało w jego historiach i na co liczę po przejęciu przez niego władzy.

Programme Name: Doctor Who - TX: 22/09/2012 - Episode: The Power of Three (No. 4) - Embargoed for publication until: 18/09/2012 - Picture Shows: behind-the-scenes shot Rory Williams (ARTHUR DARVILL), The Doctor (MATT SMITH), Amy Pond (KAREN GILLAN) - (C) BBC - Photographer: Adrian RogersGinny: Małe sprostowanie. Mnie chodziło nie o powrót Russella, a o sytuację, gdyby (hipotetycznie) to nie on zaczął nowe serie i teraz przychodził jako nowy twórca, którego jednak tych parę odcinków byśmy znali. To też jest interesujące, bo czy ktoś z nas oglądał w ogóle inne seriale Daviesa po Doctorze Who? Albo też te sprzed niego? Nie licząc Torchwood, należącego do tego samego uniwersum? Moffata znamy raczej wszyscy co najmniej z Sherlocka, Chibnall to Broadchurch. A Davies? Nawet jak jakieś tytuły kojarzymy, to chyba nic nie jest aż tak powszechnie znane.

 

Lierre: Nie no, Queer as Folk jest bardzo znane, w niektórych kręgach nawet kultowe. A po Doktorze Who niestety trochę go nie było widać, ale chyba już wraca do pisania – jestem bardzo ciekawa, co fajnego jeszcze popełni, choć jego styl był dla mnie zawsze trochę prosty, by nie rzec – prostacki… Ale jest interesującym twórcą i na pewno warto śledzić jego poczynania.

Ginny: Ok, ale jednak to są tylko niektóre kręgi. Geekowsko o Queer as Folk ja np. słyszałam ostatnio dość dawno temu, a i wtedy od mało kogo i w ogóle nie kojarzę nawet, o czym jest ten serial. To zdecydowanie nie popularność Sherlocka czy Broadchurch.

Artur: Prostota niekoniecznie oznacza prostackość – Davies bardzo wprost mówi o tym, co go interesuje (czy to wada?), ale nadrabia wywoływanymi emocjami (historie Moffata, choć doceniam często w czasie analizy, bardzo słabo angażują mnie emocjonalnie), humorem, realizmem społecznym, który dla mnie jest w Doctorze Who OGROMNIE wartościowy. Moffat napisał wiele odcinków, do których chętnie wracam, ale nie zaspokaja wszystkich moich potrzeb.

Lierre: To już maksymalnie subiektywne – ja się przy Daviesie czuję, jakby próbował mi wpychać w głowę emocje, których nie czuję i źle mi się przez to zawsze odbierało co bardziej dramatyczne jego zagrania. Ale trudno się o to spierać.

russell-t-davies-15-06-2016-coverArtur: No i nie mylmy naszego geekowego akwarium, choć rzeczywiście rozrosło się ono w ostatnich latach niemożebnie, z całym oceanem. Davies jest bardzo znany po pierwsze wśród widzów LGBT+, po drugie docenia go również, mam wrażenie, publiczność bardziej mainstreamowa. Jeśli mówimy o jego ostatnich dokonaniach (bezpośrednio po Doctorze Who nie zrobił zbyt wiele ze względu na poważną chorobę swojego partnera, ale wydaje się, że wraca do telewizji na dłużej), to nie można nie wspomnieć o trójcy Cucumber/Banana/Tofu, która zbierała wyśmienite recenzje. Szósty odcinek Cucumber to najlepsza rzecz, jaką wyemitowano w telewizji w 2015 roku (a był to rok, kiedy wyszła Jessica Jones i Sense8, więc wiecie – nie mówię tego wcale lekko), a Banana to dla mnie mocny powiew świeżości, jeśli chodzi o historie o repre
zentantach społeczności nieheteronormatywnych.

Ogólnie zatem, gdyby twórca Queer as Folk, The Second Coming, Casanovy czy właśnie C/B/T miał teraz prowadzić Doctora Who, zwariowałbym z ekscytacji.

Kyrie: Abstrahując na razie od Daviesa, dotarło do mnie podczas ostatniej wypowiedzi Lierre, co sądzę o dotychczasowym dorobku Chibnalla w Doktorze Who.

Dajmy taki na przykład odcinek jak Potęga trójki, który należy do grupy moich najulubieńszych odcinków – czy może należałby, gdyby nie był tak rozczarowująco zakończony. Cudownie ogląda się tatę Rory’ego, który jest sympatyczny i interesujący (najlepszy rodzic we Whoniversum, poza Pondami oczywiście), intryga także jest przednia. Napięcie cały czas rośnie, a Jedenasty, który nudzi się, siedząc przez miesiąc w jednym miejscu na Ziemi, przechodzi samego siebie. Jest po prostu idealnie, dopóki nie następuje finał historii. Beznadziejnie nieciekawy i pozbawiony smaku, zapachu czy czegokolwiek. Uświadomiłam sobie, że tę jedną “perełkę” z pozostałymi odcinkami jego autorstwa łączy jeden mianownik – wspomniana prostackość rozwiązań. Historie mają intrygujące momenty, elementy, z których wydaje się, że można zbudować coś naprawdę fajnego, ale ostatecznie każdy z nich okazuje się płaski jak deska. Eksploatują wszystkie znane schematy rozwiązań i kończą się jak Potęga trójki – sztampowo.

Russell-T-Davies-11-01-2015-coverLierre: Oj, ale ja miałam na myśli Daviesa! To jego odcinki zawsze mnie rozczarowywały, bo o ile Moffata mogę oglądać w kółko i mi się nie nudzą, to te Daviesa za kolejnym razem już niczym nie zaskakują, nie wyczytuje się z nich nic nowego. Ale może masz trochę racji, bo Chibnall też skomplikowaniem nie poraża. Ale czy ktokolwiek będzie nas w stanie porazić? Po Moffacie? Każdy przy nim jest prostacki.

Kyrie: (Gorączkowo przytakuje).

Lierre: Pocieszam się myślą, że może Doktor Who nie potrzebuje komplikowania i ktoś z mniej pokręconym umysłem też będzie w stanie pociągnąć ten serial w zadowalającym kierunku – o ile, oczywiście, skomplikowanie zastąpi czymś równie satysfakcjonującym. Rozbudowane postacie mogłyby chyba właśnie spełnić taką funkcję. Mam jednak nadzieję, że to nie wszystko, co Chibnall wniesie. Bo jednak fabuły też są istotne, a dotychczasowe nie porażały – 42 zupełnie nie pamiętam, odcinek o Sylurianach był w porządku, ale niezbyt odkrywczy, Dinozaury na statku kosmicznym to zbiór dobrych pomysłów, które ktoś zapomniał sensownie skleić… Tylko Potęgę trójki szczerze lubię, ale ta końcówka! Oceniając po samych dotychczasowych odcinkach, prognozy nie są zbyt wesołe. Ale za to jego odcinki Torchwood były naprawdę dobre. Co o nich sądzicie? Przypominam, że były to słynne Countrycide i Kiss Kiss, Bang Bang, niezły Day One, raczej mniej wybitne Adrift i End of Days, i naprawdę świetne, mocno skupione na bohaterach Fragments i Exit Wounds.

Clever Boy: Mnie w sumie podobały się bardziej niż to, co stworzył dla Doctora Who. Zwłaszcza Countrycide jest niezwykle zaskakujące i mocne. Jest to chyba jeden z moich ulubionych odcinków spin-offu. Jeśli ktoś nie widział, niech obejrzy.  

K.: Przyłączam się do postulatu, jeśli boicie się o Chibnalla, obejrzyjcie Countrycide. Jasne, że w Torchwood znajdziemy też gorsze odcinki Chrisa, ale ten jeden udowadnia, że to świetny scenarzysta, który nie boi się trudnych tematów i emocji, a przy tym cudownie potrafi rozpisywać historię na nietuzinkowe postaci.

countrycideLierre: Dla mnie akurat Countrycide to jeden z najbardziej traumatycznych odcinków czegokolwiek ever, więc nie wiem, czy to taka znowu zachęta… Ale zgadzam się, że jest dobrze napisane i intrygujące – w nieco złagodzonej do potrzeb Doktora Who wersji coś takiego mogłoby mieć rację bytu. Ale spod pióra/klawiatury Chibnalla wyszło też parę innych świetnych odcinków Torchwood – jeżdżące po psychice, retrospektywne, mocno zarysowujące genezę i tło bohaterów, dające nadzieję, że rzeczywiście mógłby nie powielić największego chyba grzechu Moffata – tego, że ignoruje potrzebę osadzania bohaterów w kontekście społecznym. On po prostu tego nie potrzebuje, ale… bohaterom się przydaje.

Ginny: Ach tak, pamiętałam, że Chibnall to też trochę Torchwood i liczyłam, że tu do niego dotrzemy. Countrycide to faktycznie bardzo mocny odcinek, mogący straumatyzować, ale też parę takich odcinków w Doktorze Who… Ja bym się ucieszyła, dzieci oglądające serial już chyba mniej. Chyba żeby je – jak postuluje Lierre – trochę złagodzić. Ale wyobraźcie sobie połączone umysły Chibnalla i Gaimana. Z tego mogłoby wyjść coś przepięknego. Niemniej to dalej dowodzi tylko tyle, że Chibnall jest autorem nierównym i na ileś świetnych odcinków przypada mu też trochę odcinków słabych.

Poza Countrycide mamy też (jak już zauważyła Lierre) w Torchwood całkiem sporo jego dobrych odcinków (poza nudną Cyberwoman ja nie potrafię przypomnieć sobie żadnego naprawdę słabego), ale czy to nie pokazuje nam jeszcze czegoś innego? Dokładniej: tego, że Chibnall potrafi pisać świetne odcinki dla dorosłych, ale gorzej mu idzie, gdy ma ograniczać wyobraźnię do tych skierowanych do młodszego widza, jakby tu pewne powściągniecie wizji powściągało jego pokłady kreatywności.

Z pewnością jednak, jak już zauważyłyście z K., Lierre, Chibnall umie pisać relacje rodzinne i to na pewno powinna być mocna strona jego serii Doctora Who.

adriftArtur: Adrift to jeden z moich ulubionych odcinków Torchwood i świetny przykład tego, co działa u Chibnalla – emocje i skupienie na bohaterach, dokładnie tak, jak lubię – oraz jego twórczych zainteresowań: podobnie jak w pełni autorskie Broadchurch, tak i ten odcinek kręci się wokół traumy i straty. Jeśli Doctor Who zyskałby nieco ciężaru, to myślę, że wyszłoby mu to na dobre.

Lierre: Podsumowując, odcinki Chibnalla napisane dla samego Doktora Who to średniaki, które niespecjalnie zapadły nam w pamięć, ale w Torchwood znajdujemy już perełki, które wyszły spod jego klawiatury, dające nam nadzieję, że Doktor Who pod jego rządami skręci w nieco inną stronę – może być poważniej, z pogłębionym tłem społecznym i historii, i bohaterów, z kameralniejszymi, ale solidniej skonstruowanymi fabułami. Dla mnie brzmi to całkiem dobrze.

Ciąg dalszy nastąpi…


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.
  • Casanova, Queer As Folk, Cucumber. Second Coming czeka, bo jakoś mi z Ecclestonem nie po drodze. Popularne nie znaczy lepsze – specjalny odcinek Sherlocka bardzo odstawał od jakości trzech wcześniejszych sezonów – więc to, że komuś się nie chce poszperać w produkcjach/”mainstream” nie docenia nie świadczy o upadku scenarzysty ;)

  • Wojciech Kowalski

    Jeju, jak macie takie dłuższe artykuły i rozkminy o tak wielu myślach to nawet nie wiem co napisać, bo na ogół z wieloma pobieżnie zarzuconymi opiniami się nie zgadzam. Ograniczę się jednak tylko do dwóch rzeczy.

    Po co skupianie się znowu na rodzinach towarzyszy? Może nie jest to jakiś dobry argument, ale w klasykach tego nie było i nie było z tym źle. To nie tak, że nie da się stworzyć głębokich postaci towarzyszy bez pokazywania ich relacji z rodzicami… Chociaż może jestem przewrażliwiony na tym punkcie, bo dla mnie to każda kolejna matka za RTD była coraz większym uosobieniem zła, co sprawiało, że po matce Donny nawet Jackie Tyler wydawała mi się cudowną matką. Matka Donny… brr… zgroza. Chyba, że faktycznie pisany jak ojciec Rory’ego, to całkiem spoko, ale nie wiem czy to jest naprawdę bardzo potrzebne.

    No i znowu, że Moffat to zero emocji, tylko analityczne łamigłówki? No proszę… chusteczek potrzebowałem na pewno częściej na odcinkach Moffata niż kogokolwiek innego (pierwsze rzucają mi się do głowy „Beast Below” i „Time of the Doctor”). No, ale widzę, że to opinia tylko jednej opinii z redakcji, a inni się nie zgadzali tak więc jesteście rozgrzeszeni :D

    • Kati

      Ogólnie na tym polega dyskusja, że każdy ma własne zdanie, więc za rozgrzeszenie podziękujemy. :P A tak serio, nie chodzi jedynie o rodziców, choć widać, że RTD ma do trudnych matek wyjątkową słabość. Chodzi w ogóle o pewne spójne przedstawienie nam bohaterów tak, żeby byli bardziej ludzcy, nie oderwanie całkiem od rzeczywistości. Lubię Amy i Clarę, ale nigdy nie umiałam się tak bardzo zaangażować emocjonalnie w ich przygody, bo zawsze wiedziałam, że wszystko będzie dobrze: Rory przeżyje (w końcu taka jego rola), rodzice Amy magicznie wrócą, kasując jej sierocą traumę, Pondowie wychowają Melody, a Clara o śmierci mamy zapomni po trzech odcinkach i będzie mogła radośnie latać po wszechświecie. I ja nie mówię, że u Moffa kompletnie nie ma wzruszających odcinków (bo jest sporo super motywów) albo że w ogóle konwencja, którą sobie przyjął jest niefajna, bo nie jest. Ale mnie osobiście o wiele bardziej od uratowania kosmicznego wieloryba porusza pokazanie trudnych relacji rodzinnych, czy tego, co towarzysze zostawiają za sobą, decydując się na podróże z Doktorem. W sensie kocham w tym serialu ratowanie świata, ale jeszcze bardziej kocham historię człowieka, który zaprzyjaźnia się z ekscentrycznym kosmitą i fajnie jak mogę się z tym człowiekiem jakoś utożsamić. A że w klasykach było inaczej: w erze Moffa też było inaczej, Chibnall na pewno wprowadzi zmiany i ja mam nadzieję, że część zmian pójdzie w tym kierunku.
      K.

      • Wojciech Kowalski

        Oczywiście z tym rozgrzeszeniem to żartowałem ;) Faktycznie trochę głupio by było jakby wszyscy się zawsze z sobą zgadzali, ale niektóre opinie dla mnie brzmią tak absurdalnie, że nawet nie wiem czy ktoś specjalnie na siłę sobie nie wyszukuje powodów do krytyki i to tak poważnie – jak właśnie z brakiem emocji u Moffa.
        No tylko właśnie to osadzenie towarzyszek w rodzinach odciągało od uwagi od relacji z Doktorem, zostawiając głównie relacje jak z Twilight, gdzie większość relacji można podsumować zauroczeniem do Doktora – już lepiej wyszło z Donną przy zerwaniu z tym motywem, ale ich znajomość nigdy nie weszła na głębsze wody niż kumpelską relację.

        Z kolei u późniejszych towarzyszy to właśnie sama relacja Doktor-towarzysze były relacjami a’la rodzinnymi (choć w pewnych przypadkach w sumie dosłownie) co strasznie pokochałem w tych relacjach i nie mogę uwierzyć, że ktoś chce to oddać za piekielne matki…

        Tak jak to widzę, to Amy dla Doktora już zawsze pozostała tą małą dziewczynką, którą spotkał na początku, „pierwszą twarzą, która ta twarz ujrzała”, rodzajem młodszej siostry, którą Doktor od razu pokochał. Doktor dla Amy stał się kimś w rodzaju starszego, genialnego brata, ale za to bardzo niezręcznego społecznie, którym trzeba się czasem zająć gdy ten myśli, że zajmuje się tobą. Zresztą, mam tak miękkie serce wobec relacji starszy brat – młodsza siostra, że może dlatego tak to pokochałem.

        Doktor i Rory to w pewnym momencie stali się takimi „best buddies” – rodzaj męskiej przyjaźni, jaka może się rozwinąć między, np. teściem i zięciem ;)

        Aby jednak nie brzmiało to tak słodko (co oczywiście nie było takie proste i u Pondów) to relacja z Clarą była głęboka, trudna, ale przy tym prawdziwa. Trudne relacje rodzinne naprawdę nie są potrzebne do „urealnienia” postaci kiedy już masz na tacy podaną bardzo trudną relację między Clarą i Doktorem. W ogóle ta relacja to rzadki przykład prawdziwej miłości nieromantycznej, nierodzinnej między mężczyzną, a kobietą w telewizji. Jak często coś takiego widzimy?

        Jeśli miałbym wychwycić z tego co powyżej napisałaś to na co naprawdę narzekasz u Moffata to powiedziałbym, że to scenariusze typu „Everybody lives”, ale to też nie do końca przecież tak było i że u poprzednich scenarzystów wobec głównych było lepiej, bo z tego co kojarzę to ostatnim towarzyszem, który zginął przed Clarą był Adric ;)
        Przecież też było wiadomo, że Rose, Martha i Donna przeżyją, że Rose wróci z alternatywnego świata, Martha szybko wyleczy się z zauroczenia, a Mickey stanie się badassem. Tylko Donna odrobinę się wyłamuje, bo chociaż przeżyła to zapomniała. Czy to nagle sprawia, że te postacie nie są „prawdziwe”, bo jakoś specjalnie i o nich jakoś specjalnie nie trzeba się było bać?

        Dla porządku jednak powiem, że co do zasady nie mam nic wobec relacji rodzinnych w Doctorze Who, ale wolałbym, żeby się nie skupiać na nich tak jak za RTD i żeby nie wyglądały tak źle. No i też relacje a’la rodzinne między Doktorem i towarzyszami dla mnie by były cool.

        • Kati

          Ok, rozumiem twoje stanowisko, po prostu mamy inną wrażliwość. W sensie, nie zakładaj proszę, że ktoś chce na siłę coś krytykować, nie bez powodu napisałam „mnie osobiście”, tak samo, jak Artur napisał „bardzo słabo mnie angażują emocjonalnie”, bo wyrażamy swoje zdanie, a nie prawdę objawioną i nic w tym absurdalnego. Natomiast tylko dopowiadając, nie przeszkadza mi, że wszyscy przeżywają, absolutnie nie mam nic przeciwko, bardziej brakuje mi pewnego ciężaru emocjonalnego związanego z tym, że ktoś oprócz Doktora przeżywałby ew. śmierć towarzyszki – przykładowo weźmy taką Rose – wątek jej miłości do Doktora jest dla mnie przejmujący, ponieważ w momencie, kiedy wybiera pozostanie z nim, musi równocześnie pogodzić się z tym, że pozostawia swoją rodzinę i być może jest w tym trochę silnego zauroczenia, ale jednak podejmuje tę decyzję świadomie i w pewnym sensie z okrucieństwem wobec Jackie. Po czym ta decyzja zostaje jej odebrana i wcale nie jest aż tak oczywiste, że jeszcze wróci i generalnie pamiętam, że ten wątek wzruszył mnie, gdy oglądałam drugą serię pierwszy raz. Czy przez relację Rose z matką ginęła jej relacja z Doktorem? Moim zdaniem ich przyjaźń była równie mocna, co przyjaźń Doktora z Clarą (a w ogóle o Donnie nie wspomnę, bo dla mnie jego relacja z Donną była o wiele głębsza, niż kumpelska), po prostu objawiała się w trochę inny sposób i ogólnie chciałam powiedzieć, że relację Dwunastego z Clarą uwielbiam. Więc to też nie jest tak, że uznaję absolutną wyższość RTD nad Moffatem, ale wiem, co mnie poruszało bardziej, a co mniej i mogę mieć nadzieję, że następny scenarzysta wprowadzi czegoś więcej, bo ma do tego predyspozycje.

    • (łapka w górę za niechęć do rodziny towarzyszy – z tymi emocjami u Moffa to owszem, są, ale też mam często trudności, zeby się w nie wczuć)

  • Blownie

    O rany, dlaczego (prawie) wszyscy tak bardzo nienawidzą 42? Jasne, nie był to najlepszy odcinek, ale żeby od razu najgorszy? Że gorszy od np. (żeby podać przykłady tylko z nowej serii) World War Three? The Lodger? The Curse of the Black Spot? Serio?

    Hm, nikt nie zwrócił uwagi na inny niż średnia jakość wspólny mianownik odcinków Chibnalla w DW, który mnie osobiście rzucił się w oczy bardzo, kiedy oglądałam jego historie: to ludzie są u niego „tymi złymi”. I to może fajnie zagrać z Dwunastym, który generalnie też nie wygłasza o nas tak pochlebnych opinii jak np. Dziesiąty. To lubię i na to czekam.

    I jeszcze, pewnie, nikt chyba nie osiągnie tego stopnia skomplikowania co Moffat, ale pytanie, czy musi? Mnie się osobiście końcówki sezonów Moffata nie podobały przez to, że miałam wrażenie, jakby zamiast robić to, w czym jest dobry – te złożone, misterne, a jednocześnie dość kameralne historie jak jego odcinki za RTD – usiłował przeskoczyć rozbuchaną akcję w stylu poprzednika. I trochę mam dość tego, że mózgi wszystkim fanom wypływają uszami, kiedy próbują odnaleźć sens i logikę w każdym kolejnym pogmatwanym story arc, kwitując to znienawidzonym przeze mnie powiedzonkiem, „never apply logic to Who”. Może jednak zgodzić się na odrobinę uproszczenia? (:

    • Nie lubimy tego odcinka, bo się nam nie podoba. Z różnych powodów, ale z wymienionych przykładów odcinków „gorszych” my np. bardzo lubimy The Lodger. Więc naprawdę nie popadajmy w pomyłkę, „obiektywnej” oceny. To że my mamy argumenty na słabość „42”, nie znaczy, że ty masz go teraz koniecznie znielubić. I vice versa, te odcinki, które wymieniasz jako słabe też mają fanów.

    • Pod bardzo wieloma względami się zgadzam, jak piszę wyżej lubię 42, i też nie przepadam za przemoffaconymi story arkami, i też nie cierpię never appy logic to Who… :)
      Ale Lodger jest w sumie ok ;)

  • Ja się z Arturem tak super i co do joty zgadzam w kwestii RTD i zalet jego, że jest dla mnie aż niesamowite, kiedy co do jakichś odcinków się nie zgadzamy kompletnie (Love & Monsters, Gridlock nie cierpię organicznie itd.). Ale ogólnie, to mam wrażenie, że bardzo, ale to bardzo podobnie czuję Doktora pod wieloma względami – za to jakoś biegunowo przeciwnie do Lierre :) Co do Chibnalla to nie podzielam optymizmu za to, niestety, bo chyba tylko 42 lubię z jego odcinków, a jak przeczytałam tę uwagę K. o tym, że będą znowu rodziny towarzyszy i rozmowa Marthy, to pomyślałam, że się rozpłaczę… Jezus. Tylko nie to.

    • W którym miejscu biegunowo przeciwnie? :D (Buuu, lubię was, nie chcę się z wami biegunowo nie zgadzać!)

  • CooxJonural

    Moim zdaniem zmiana na Chibnalla może wyjść serialowi na dobre. Moffat jest świetnym scenarzystą, ale przy tym za bardzo troluje. O ile Davis jako showrunner był infantylny i miał sporo wad (World war III, Love & monsters), to jednak w przeciwieństwie do Moffata sprawiał że Doktor był przywiązany do jakiejś rzeczywistości. Status qwo w serialu był jakoś naruszany, a ludzie wokół Doktora odczuwali konsekwencje zmian jakie wprowadzał i zostawali z tym. Natomiast u Moffata… Pondowie tracą dziecko i co?? Po jakimś czasie znowu wyruszają z Doktorem weseli jak zawsze, jakby to nie zrobiło na nich wrażenia. Dodatkowo co chwilę dostajemy reset wszechświata, jakby wszystko w danym sezonie miało służyć tylko temu. Z drugiej strony jednak Moffat dodaje tyle fantazji do whoniversum, on ma po prostu jakiś niecodzienny talent do tworzenia genialnych kosmicznych stworów.
    Więc dlaczego Chibnall będzie dobry?? Moim zdaniem on jest taki pomiędzy Moffatem, a Davisem, potrafi przedstawić czysto fantastyczną przygodę w kosmosie (Dinozaury na statku kosmicznym), ale też sprowadzić akcję na bardziej przyziemne tory i dodać jej dramatu (mimo że nie przepadam za „42” to rozmowa Marty z matką naprawdę daje do zrozumienia że wszystko może skończyć się dla niej tragicznie). I w zasadzie tego potrzeba teraz w Whoniverum, bo taki lekki i czysto fantazyjny ton Moffata mi się już znudził, a ciągłe „Timey- Wimey ” i wszystko jest w porządku po prostu straciło swój polot przez wykorzystywanie co pięć minut.