Philip Martin: Mała perełka w koronie Whoniversum

Długo się zastanawiałem, jak rozpocząć ten felieton. Naprawdę długo. Jak wiadomo, wszystko co najlepsze zostało już wymyślone, tak więc w końcu postanowiłem posłużyć się cytatem. I to nie z byle kogo, a samego Dantego Alighieri. Tak więc „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”. Nadzieję na co? Na to, że tekst będzie o kimś, kogo lubicie. Jestem najprawdopodobniej jedyną osobą, która nie gardzi whoviańską twórczością Philipa Martina.

Pamiętam jak dziś uczucie opadu szczęki, które wywołał u mnie seans Vengeance on Varos z Szóstym Doktorem, pierwszej z dwóch serialowych przygód pióra Martina. Doktor i jego towarzyszka Peri trafiają w niej na antyutopijną planetę Varos, jakich wiele już nasz bohater widział. Co więc jest w tych odcinkach takiego niezwykłego? Nigdy bowiem wcześniej (czy także nigdy później to sprawa bardziej dyskusyjna) nie zdarzyła się w serialu przygoda będąca aż tak ostrą satyrą. To zresztą w przyszłych historiach będzie niejako znakiem rozpoznawczym tego autora, ale o tym za chwilę. Historia opowiedziana w Vengeance… bardzo mocno, za przeproszeniem, jedzie po najciemniejszych stronach typowej dla kapitalizmu relacji władza-biznes: handlu bronią, wywoływaniu konfliktów w celu zwiększenia zapotrzebowania na rzeczoną itp. Dostaje się też i szarym obywatelom, którzy chcą jedynie chleba i igrzysk za wszelką cenę. Satyra, jakkolwiek ponura by nie była, zazwyczaj ma w mniejszym czy większym stopniu otoczkę humorystyczną, nawet jeśli jest to humor bardzo czarny. Nie jednak tutaj. Tutaj bowiem bańka satyry unosi się w kałuży horroru. Oczywiście Doctor Who to serial familijny, więc bez przesady, tym niemniej po emisji Vengeance… pojawiły się głosy, że trochę przesadzono. W historii tej pojawiło się bowiem kilka brutalnych zgonów czy motyw eksperymentów na jeńcach. Tak naprawdę nie stanowiło to nowości, takie rzeczy już były, ale troszkę łagodniejsze. To także w tej historii zadebiutował Sil – kosmita pochodzący z nieco glizdowatej rasy Mentorów. Z wyglądu może nie powala – ot, nieduży potworek o człekokształtnej górnej połowie ciała i odwłoku zamiast nóg – jednak jego charakter sprawia, że jest postacią zapadającą w pamięć. To chyba najbardziej zły, amoralny i zdeprawowany osobnik w całym Whoniversum. Pojawia się we wszystkich Martinowych przygodach Szóstego Doktora i nietrudno zgadnąć dlaczego: po prostu jest aż tak dobry.

Kolejne spotkanie z twórczością Martina to Mindwarp, drugi segment sagi The Trial of the Time Lord. Doktor staje przed trybunałem Władców Czasu i tajemniczym oskarżycielem Valeyardem, który to korzystając z superkomputera Gallifrey, prezentuje rzekome dowody winy naszego bohatera. W tej konkretnej przygodzie mamy nieco mniej fantastyki socjologicznej niż w Vengeance…, za to więcej horroru. Nie wiem, czy nie ciut nawet za dużo. Pokazuje to już początek z przerażoną Peri (która ma prawo się bać, zważywszy na to, że planeta, na której się znalazła, Thoros Beta, to ojczyzna Sila, a przy poprzednim spotkaniu ów omal nie zamienił jej w jakiegoś wielkiego ptaka…), a potem jest nawet mocniej. Doktor bowiem robi coś… złego. Naprawdę złego. Czemu? Może na skutek działania maszyny, przy użyciu której jest w pewnym momencie przesłuchiwany? A może rekordowo mocne i długie dolegliwości poregeneracyjne tego wcielenia osiągnęły apogeum i Władca Czasu zwyczajnie postradał zmysły? Albo uknuł intrygę, która wymknęła mu się spod kontroli? Czy też może wreszcie mamy do czynienia z jednym wielkim oszustwem związanym z tym, że wydarzenia na Thoros Beta oglądamy jako wyświetlane naszemu bohaterowi retrospekcje wydarzeń, których nie pamięta? Każda odpowiedź jest równie dobra, co pozostałe, a jednoznacznej odpowiedzi nie dostajemy. Osobiście uważam to za bardzo interesujący pomysł, a wy?

Kolejna produkcja, którą chciałbym tu omówić, udowadnia, niestety, że nie ma róży bez kolców. Na metaforycznym diamenciku twórczości Martina znajduje się pewna skaza, a nosi ona nazwę Mission to Magnus. Jest to przygoda w zamierzeniach telewizyjna, ale ze względu na problemy, jakie serial miał w tamtych czasach, nie doczekała się ona nakręcenia. Za to po latach jej scenariusz stał się książką oraz słuchowiskiem. Założenia są bardzo obiecujące: pełne absurdu starcie galaktycznej mizoginii i mizoandrii, a w tle osiłek, który jeszcze w czasach Akademii prześladował Doktora oraz – ponownie – znakomity Sil. Niestety wszystko, co ciekawe, zostaje przesłonięte w pewnym momencie nadejściem na tytułową planetę Magnus Lodowych Wojowników i ich nudnawym planem. Jest jeszcze wprawdzie znakomita, komiczna puenta z wojną płci, ale to ciut za mało. Paradoksalnie mam wrażenie, że tym, czego tu zabrakło, jest element, który wcześniej występował w lekkim nadmiarze – czyli horror.

Na chwilę obecną Martin napisał jeszcze dwie przygody Doktora, tym razem już ekskluzywnie dla Big Finish. Są to The Creed of Kromon z Ósmym Doktorem oraz Antidote to Oblivion raz jeszcze z Szóstym. W The Creed… popisał się ponownie umiejętnością tworzenia niepokojących, troszkę obrzydliwych ras (jednocześnie będących elementem satyry) – między innymi tytułowych Kromonów, przypominających termity istot ludzkiej wielkości, których cały gatunek funkcjonuje jak korporacja. Tutaj wspomniana obrzydliwość tyczy się już nawet nie tak bardzo aparycji czy sposobu bycia, a nazwijmy to – różnorakich metod przejmowania kontroli nad przedstawicielami innych ras. Bez spoilerów, ale… brrrrrr! W tejże przygodzie zadebiutował też towarzysz o imieniu C’Rizz, humanoidalny gad o zdolnościach kameleona, całkiem fajna w swej oryginalności postać. Cała przygoda może nie jest jakimś majstersztykiem – o nim opowiem za chwilę – ale polecam ją szczególnie fanom Ósmego Doktora, który musi w niej dać z siebie wszystko, żeby ocalić towarzyszy.

I wreszcie crème de la crème, czyli Antidote to Oblivion. Nie tylko najlepsze dzieło Martina, ale i jedno z najlepszych doktorowych słuchowisk w ogóle. O ile Vengeance on Varos i Mindwarp były po prostu dobre, tak w Antidote to Oblivion każdy ich pozytywny aspekt podniesiono niemalże do maksymalnego poziomu1. Fabularnie to nadal to, co Philip Martin potrafi tworzyć najlepiej, czyli gorzka satyra na relację władza-biznes (w tym przypadku zadłużone, futurystyczne państwo, które planuje dla finansowych korzyści wytruć sporą część swoich obywateli) w horrorowej otoczce, tym razem jednak z większą dawką humoru. W ogóle wszystkiego w tej przygodzie jest więcej niż w poprzednich, całkiem przecież udanych. Stawka, o którą toczy się konflikt, jest wyższa; czarne charaktery są nawet podlejsze; poznajemy także kolejny, wyjątkowo, ale to wyjątkowo niepokojący gatunek istot2. To właśnie one są źródłem wspomnianej horrorowej strony tej przygody, części nieco stonowanej, dojrzalszej i mniej, hm, bezpośredniej. A jednocześnie wcale nie słabszej, niż to drzewiej bywało, o nie, wprost przeciwnie! Jeśli natomiast chodzi o wspomniany już humor, strzałem w dziesiątkę było wybranie do roli towarzyszki Doktora postaci niejakiej Flip, towarzyszki o wyjątkowo ciętym języku – jej słowne konfrontacje z Silem (który, nawiasem mówiąc, dopuszcza się z każdą kolejną historią coraz większych zbrodni – strach pomyśleć, co będzie, jeśli jeszcze się kiedyś pojawi) dobrze równoważą bądź co bądź ponury klimat.

Okładka słuchowiska, scenariusz: Philip Martin

No i to już w zasadzie wszystko. Philip Martin nie jest zapewne najlepszym ze wszystkich twórców Whoniversum, ba, ja sam bardziej od niego cenię chociażby Johna Dorneya czy Stevena Moffata. Tym niemniej jego opowieści mają coś w sobie. Ich oryginalny styl i niepowtarzalny, ciężki klimat sprawiają, że naprawdę warto dać jego doktorowej twórczości szansę.


1 W tym miejscu porównuję ze sobą akurat te trzy, gdyż mają one drobne elementy ciągłości.
2 Mniej więcej istot – to skomplikowane ;)
Daj na ciastko!


Nauczyciel języka angielskiego, mól książkowy i oczywiście whovianin.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who