Odwagi, Krzysiu: czego zabrakło 11 serii?

Plan był taki, że zaraz po emisji finału 11 serii podsumuję w jednej recenzji zarówno sam odcinek, jak i całą serię. Niestety, byłam zbyt zajęta, by obejrzeć Bitwę o Ranskoor Av Kolos („Battle of Ranskooor Av Kolos”) w tamtą niedzielę lub w ciągu kilku następnych dni – a później zwlekałam, aż do teraz.

Zwlekałam z prostego powodu – gdzieś po drodze rozpłynął się i przeciekł mi przez palce cały entuzjazm. Nie było go od początku zbyt dużo, przyznam szczerze, już od jakiegoś czasu nie siedzę aż tak głęboko w fandomie Doctor Who jak niegdyś – mimo to zapowiadane zmiany i nowości mnie zaintrygowały, a pierwszy odcinek spodobał mi się i zachęcił do dalszego oglądania. Niestety, skończyło się tak, że co tydzień mówiłam sobie, że może teraz się jeszcze rozkręci i ani się obejrzałam, a seria się skończyła i każdy kolejny odcinek uplasował się komfortowo w strefie od trzech do czterech na pięć gwiazdek – nie mniej, nie więcej. Podczas gdy poprzednie sezony zazwyczaj zabierały mnie na rollercoaster pędzący od momentów beznadziejnych do genialnych z kilkoma pętelkami pomiędzy, ten okazał się zaskakująco… równy. Z jednej strony, mówię to z pewnym uznaniem dla rzetelności i rzemiosła twórców; z drugiej strony, na tym właśnie, w moich oczach, polegała największa wada 11 serii. Świetnie się bawiłam na początku, całkiem mi się podobało zakończenie, wzruszyłam się parokrotnie przy Rosie i Demonach Pendżabu, zdenerwowałam się na wątpliwy przekaz Kerblam!, ale w ogólnym rozrachunku żaden odcinek nie wzbudził we mnie wyjątkowo gwałtownych emocji, ani negatywnych, ani pozytywnych. Pomimo pewnych zmian – w oczach wielu widzów zmian dość radykalnych – odebrałam 11 serię jako bardzo zachowawczą.

Weźmy na przykład Doktor. Nie chcę udawać, że umiem wejść do głowy scenarzystom i odczytać ich pobudki, ale nie jestem w stanie nie spekulować, czy przyczyną nie jest aby płeć; przez co wcale nie mam na myśli, że obsadzenie kobiety było błędem ani też tego, że nadmierna dbałość o „polityczną poprawność” zdusiła w jakiś sposób kreatywność scenarzystów. Wręcz przeciwnie, jeśli strach przed krytyką był w ogóle czynnikiem mającym jakikolwiek wpływ, stawiałabym bardziej na strach przed seksizmem niż przed feminizmem. Oczywiście sama w sobie decyzja o zmianie płci Doktora świadczy o tym, że twórcy nie przejmowali się utratą co bardziej konserwatywnej widowni; nie zmienia to jednak faktu, że żaden producent nie chce odpędzić od telewizorów zbyt wielu ludzi, a postaci kobiet są po prostu z natury ryzykowne. Nieustannie poddawane ostrzejszej krytyce od męskich odpowiedników: panom superbohaterom wolno obudzić się pewnego dnia z super mocami, ale paniom superbohaterkom zarzuca się, że są nierealistycznymi „Mary Sue”, nawet w przypadkach, gdy bycie niepokonaną i przeznaczoną do wielkich czynów stanowi element gatunku. Niełatwo mają też ze swoimi charakterami: zawsze zbyt nudne albo zbyt trudne, kiedy płaczą, to patrzcie, baba się maże, a jak będzie ratować świat, kiedy będzie miała okres? Kiedy nie okazują emocji, to czemu z niej taka zimna s***, jak tu taką polubić? Wydaje się, że najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest nie dać jej tego charakteru zbyt wiele. W przypadku Trzynastki, nawet napisanie jej w sposób niezbyt odbiegający od „wzorca” ustanowionego przez poprzedników nie uchroniło jej przed skutkami tej klątwy – wiele widziałam komentarzy, w których przejawy dziecięcego entuzjazmu tak bardzo lubiane u Dziesiątego czy Jedenastego były irytującym roztrzepaniem, i w ogóle czemu ona robi takie miny i tak biega w podskokach? No nie wiem, ale Chibnall na pewno tego nie wymyślił… Wielokrotnie natomiast, chyba w niemal każdym odcinku, zdarzyło się Trzynastej zachwiać na progu zrobienia czegoś naprawdę szalonego albo uronienia kilku łez, albo okazania gniewu, i za każdym razem zostało to ucięte. Trochę szkoda.

Jeśli już mówimy o postaciach – co z towarzyszami? Obiecano nam serię skupioną na ich osobistym rozwoju i niby tak było, ale czy faktycznie w o wiele większym stopniu niż dotychczas? Niekoniecznie. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, wiele uwagi poświęcono Grahamowi, o którym z początku myślałam, że będzie tylko takim drugoplanowym i niesłuchanym głosem rozsądku całej drużyny – i on też z całej trójki najbardziej mi się spodobał, prawdopodobnie właśnie dlatego, że dano mu chyba najwięcej głębi i najwięcej czasu antenowego. Ryan i Yaz byli bardzo sympatyczni, wykazywali wszelkie cechy dobrego towarzysza, ale niewiele ponadto. Łatwo jest winić rozmiar gromadki, że to był zły pomysł, że nie można w takiej sytuacji każdemu poświęcić wystarczająco dużo uwagi, ale przypomnijmy sobie, na przykład, Iana, Barbarę i Susan albo Turlougha, Tegan i Nyssę – charakterystyczne postaci, każda z własną backstory i wnosząca coś innego do grupy. Da się. Mam też mieszane uczucia co do tego, jak potraktowano niepełnosprawność Ryana – z jednej strony jestem bardzo szczęśliwa, że uniknięto zaszufladkowania, że to go nie definiowało ani nie ograniczało; z drugiej strony, po pierwszych dwóch odcinkach chyba nigdy do tego nie wrócono; ja w każdym razie w pewnym momencie zupełnie o tym wątku zapomniałam. Trochę taka sobie to reprezentacja, której nie widać…

(Muszę tutaj jednak z przyjemnością zwrócić uwagę na, z wyjątkiem wciąż boleśnie niedoreprezentowanego w mediach Dalekiego Wschodu, większą niż dotychczas różnorodność etniczną wśród obsady, od głównych bohaterów po postaci epizodyczne. Świat jest duży, wszechświat jeszcze większy, ale nawet Sheffield nie jest zamieszkane tylko i wyłącznie przez białych Brytyjczyków z dziada pradziada i miło, że tę rzeczywistość uwzględniamy.)

Wiem – często czytałam o tym w recenzjach – że dla wielu widzów bolączką był brak rozmachu, spektakularnej fabuły; i po tym, do czego przyzwyczaili nas Davies i Moffat, zwłaszcza w finałach sezonów, trudno ich winić. Dla mnie jednak nie był to problem; śmiem nawet twierdzić, że tak naprawdę dla nikogo nie jest to aż takim problemem, jeśli nad tym zastanowić. Przypomnijmy sobie moją ukochaną Północ („Midnight”) i Dar niebios („Heaven Sent”) albo uwielbianego przez fanów Vincenta i Doktora („Vincent and the Doctor”), Dziewczynę z kominka („The Girl in the Fireplace”), Mrugnięcie („Blink”), Żonę Doktora („The Doctor’s Wife”)… Znaczną część popularnych, najwyżej ocenianych odcinków stanowią historie w gruncie rzeczy bardzo kameralne, zamknięte w swoich czterdziestu pięciu minutach, skupione na osobistych relacjach, nie stawiające na szali losów całego wszechświata. W mojej opinii, zwykle jest to zaletą; zmęczyło mnie już to nieustanne przekrzykiwanie, to parcie, by każdy kolejny finał był bardziej, bardziej, bardziej, absurdalnie większy, jeden wróg, dwóch wrogów, pięćdziesiąt cholernych armii w bitwie o Ziemię, o całą rzeczywistość, o wszystkie rzeczywistości kosmosu, pięć tajemniczych wątków splata się w jeden, gdzieś po drodze zgubiliśmy sens, ale fajerwerki są wyższe i jaśniejsze niż kiedykolwiek, więc może nikt nie zauważy. Już finałowe odcinki ery Dwunastego dały mi od tego trochę oddechu, pomimo utrzymywania pewnego poziomu „epickości” była tam też ta kochana kameralność. Bitwa o Ranskoor Av Kolos poszła jeszcze dalej, co dla samej przekory muszę docenić – dostaliśmy odcinek wyraźnie będący zakończeniem przez to, jak zatoczył koło do początku (zabieg narracyjny, który generalnie lubię); a jednocześnie nie będący niczym większym niż poprzednie. Prawie jak w klasykach, które jednak utrzymały się na antenie przez 26 sezonów, choć z drugiej strony miały chyba znacznie mniej wymagającą widownię. Rozpieszczeni się zrobiliśmy…

Co ciekawe, przynajmniej w mojej osobistej opinii, przeglądałam ostatnio stare wpisy ze swojego bloga i natrafiłam na własne oraz cudze komentarze odnośnie serii 10 – i doznałam przejmującego odczucia powtórki. Świetne postaci, którym nie zawsze dano szansę w pełni zalśnić. Kilka zapadających w pamięć momentów, a o tym, co było pomiędzy nimi, to chyba zapomniałam zaraz po obejrzeniu i specjalnie mi się nie chce wrócić i sobie tego odświeżyć. A niech to, chyba się starzeję, że tak zaczynam zrzędzić i lamentować za starymi dobrymi czasami, ale trochę mi tęskno do sezonów, którym zdarzało się popełnić odcinki tragicznie brzydkie i monumentalnie głupie, ale za cenę tych upadków mieliśmy też wzloty. Teraz rollercoaster się skończył, kolejka sunie gładko i zaczynam ziewać, mimo że współpasażerowie są mili, a widoki ładne. Tak wspomniałam o tych wrażeniach z poprzedniej serii, bo może to jest jakiś znak czasów; jeszcze przed przejęciem sterów przez ekipę Chibnalla serial zaczął zmieniać się na bardziej kinowy, bardziej nowoczesny w wielu aspektach, od prowadzenia narracji po wygląd scenografii i coraz bardziej zaczął przypominać… każdy inny współczesny serial science fiction dostępny w telewizji lub na Netflixie. Mogłabym, na przykład, dokładnie to samo powiedzieć o nowym Star Treku, Discovery. Może po prostu oglądając stare seriale w dniu dzisiejszym nabieramy nieco skrzywionej perspektywy. A przecież chyba ciężko wymagać, żeby nasza ulubiona seria wyglądała dokładnie tak samo jak w latach 70., 80. czy nawet w roku 2005.

Wspominam o tym właśnie dlatego, że mimo wszystko nie chcę zwalać całej winy na Chibnalla; z każdym kolejnym rokiem serial jest dłuższy i bagaż staje się większy, więcej jest odpowiedzialności i oczekiwań, i uważam, że w zamian należy się też pewna wyrozumiałość. Nie chcę też zostać zaliczona to chóru głosów wieszczących, że to upadek, koniec i katastrofa; gorzej się już prezentowała sytuacja serialu, zarówno pod względem jakości odcinków, jak i zainteresowania widowni. Jedziemy dalej. Czekam jednak, żeby coś mnie z tej równomiernej jazdy mocniej wybiło. Odwagi, Krzysiu.

Daj na ciastko!


Zagorzała fanka klasyków oraz Expanded Universe, serce oddała Trzeciemu, a duszę przez Ósmego zaprzedała Big Finish. Wbrew obiegowej opinii, ma jeszcze życie poza Doktorem. W przyszłości chce zostać Kuzynką w Faction Paradox.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who