Odpowiednia Osoba. 13 aktorek, które mogłyby zagrać Doktora

Trzynasty Doktor jako kobieta? Oto moje typy.

Dyskusja o tym, czy kobieta mogłaby zagrać Doktora, toczy się w fandomie nie od dziś. Często pada w niej argument, że owszem, ale tylko wtedy, gdy pojawi się „odpowiednia aktorka” – tak jakby chodziło o mityczną istotę, której twórcy wprawdzie szukają, ale nie potrafią znaleźć, w związku z czym już trzynaście razy z rezygnacją wybierali mężczyznę. Zresztą kto wie – może naprawdę mają takie trudności? Mając na uwadze taką możliwość, postanowiłem przyjść im z pomocą: poniżej znajdziecie listę trzynastu aktorek, które mogłyby zagrać Doktora.

13. Siobhan Finneran

siobhan_finneran

Najbardziej znana z roli O’Brien w Downton Abbey, świetnie się sprawdziła jako wyrachowana, chłodno kalkulująca postać, która wtapia się w tło i której łatwo nie docenić. To trochę nietypowe dla Doktora, który zazwyczaj wyróżnia się głośną osobowością, ale mogłoby być ciekawą odmianą i pozwolić na eksplorację wątków związanych z pozycją kobiet w różnych epokach historycznych.

12. Vinette Robinson

vinette_robinson

W Sherlocku grała jedyną rozsądną bohaterkę pośród gromady oczarowanej potencjalnym superzłoczyńcą. Niestety ponieważ moralność całego serialu zakrzywia się wokół tytułowego bohatera, Sally Donovan musiała po cichu znosić nie tylko jego docinki, ale też nienawiść fanów. W roli Doktora Robinson mogłaby sobie wreszcie poużywać – zwłaszcza gdyby w roli Mistrza obsadzić Cummerbunda.

11. Sophie Okonedo

**STRICTLY EMBARGOED FOR PUBLICATION UNTIL 5TH DECEMBER 2007** Picture shows: Nancy (SOPHIE OKONEDO). TX: BBC One TBC. WARNING: Use of this copyright image is subject to the terms of use of BBC Pictures' BBC Digital Picture Service. In particular, this image may only be published in print for editorial use during the publicity period (the weeks immediately leading up to and including the transmission week of the relevant programme or event and three review weeks following) for the purpose of publicising the programme, person or service pictured and provided the BBC and the copyright holder in the caption are credited. Any use of this image on the internet and other online communication services will require a separate prior agreement with BBC Pictures. For any other purpose whatsoever, including advertising and commercial prior written approval from the copyright holder will be required.

Pierwsza (i nie ostatnia) aktorka na liście, która już występowała w Doctorze Who. Ale co z tego – bo to pierwszy raz? Gdyby fani koniecznie domagali się wyjaśnienia, na upartego twórcy mogliby kontynuować wątek tajemnicy, skąd Doktor bierze swoje twarze czy coś w tym stylu. Postać grana przez Okonedo – Liz X – to właściwie przymiarka do Doktora: energiczna, twarda, ale też obdarzona mnóstwem ciepła. Zróbmy więc ten jeden dodatkowy krok i uczyńmy ją Doktorem.

10. Anna Maxwell Martin

anna_maxwell-martin

W roli inteligentnej, przenikliwej bohaterki o ciętym języku (Elizabeth Bennet w Death Comes to Pemberley) wypadła fantastycznie, a w Doctorze Who, choć pojawiła się tylko na chwilkę, pokazała, że może też być badassem. Ma charakterystyczną, dość nietypową urodę, która dobrze pasuje do Doktora.

9. T’Nia Miller

tnia_miller

Grała już Władcę Czasu (zregenerowanego Generała w Z piekła rodem („Hell Bent”)), ale tylko przez chwilkę. Zanim pojawi się znowu na dłużej i utrwali w naszych głowach jako Generał, zamieńmy ją w Doktora. Obejrzyjcie szósty odcinek Banana Russella T Daviesa – zobaczycie po pierwsze uroczą lesbijską komedię romantyczną (co nigdy nie jest złym pomysłem), a oprócz tego dowiecie się, jakim spokojem epatuje T’Nia Miller, jak łagodnie potrafi zapanować nad sytuacją. Doskonale się nadaje do oblężonych baz i trudnych negocjacji z Zygonami.

8. Letitia Wright

letitia_wright

Kolejna aktorka z Cucumber/Banana, która dostała małą rólkę w ostatnim sezonie Doctora Who. Myślę, że ma w sobie niesamowitą lekkość i promienność, które byłyby doskonałe dla Doktora – żadnych fochów, żadnego przesiadywania na chmurce, tylko dobra zabawa.

7. Gemma Chan

Zwykle przypadają jej role potulnych paprotek – patrz Sherlock, patrz Dates. A wystarczy obejrzeć ten fragment z Secret Diary of a Call Girl (dość NSFW, czujcie się ostrzeżeni), żeby zobaczyć iście doktorową pewność siebie.

6. Anna Chancellor

anna_chancellor

Jest doskonała w graniu postaci, które dobrze się bawią, nie zważając na konwenanse (Duma i uprzedzenie, Muskając aksamit), a przy tym obdarzone są silną osobowością (wspominałem już, jak istotna jest ta cecha dla Doktora).

5. Hayley Atwell

hayley_atwell

Hayley Atwell to aktorka charyzmatyczna i zabawna, ma również doświadczenie w byciu protagonistką serialu science fiction. Peggy Carter to bohaterka dość poważna, komizm najczęściej wynika z absurdalnych sytuacji, w których się znajduje, ale sama Atwell ma też komiczną stronę. Poza tym jest zainteresowana.

4. Tilda Swinton

tilda_swinton

Co mogę jeszcze napisać poza tym, że to Tilda Swinton? Może to, że powinna zadowolić zarówno zwolenników, jak i przeciwników Doktora-kobiety.

3. Sheridan Smith

sheridan_smith

Tutaj na pewno wesprą mnie fani słuchowisk (grupa, która zawsze głośno daje o sobie w fandomie znać), bo grana przez Smith Lucie Miller cieszy się w ich kręgach dużą sympatią – i słusznie; jest zadziorna i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Sama Smith natomiast jest bardzo dobrą, wszechstronną aktorką, która zazwyczaj gra role subtelniejsze – myślę, że potrafiłaby grać Doktora w różnych tonacjach, co jest dużą zaletą. No i już dawno nie było Doktora brzmiącego, jakby był z północy.

2. Natalie Dormer

natalie_dormer

Czy nie byłoby ciekawie, gdybyśmy, widząc Doktora, nigdy nie mieli pewności, czy zaraz uratuje świat, czy go podpali? Takie uczucia wywołuje Natalie Dormer. Co prawda gra teraz podobno w jakiejś telenoweli, ale jej postać można by uśmiercić, póki powieść nie jest jeszcze napisana i nie wiadomo, co się właściwie ma wydarzyć – i zaprosić Dormer do Doctora Who. Tylko szybko, bo zacznie grać w filmach!

1. Olivia Colman

Olivia Colman arriving at the RTS Programme Awards 2013, Grosvenor House Hotel, London.

No i znowu mam problem, bo co tu napisać poza tym, że Olivia Colman jest doskonała? Zabawna (ileż ma komedii na koncie!), ale rewelacyjna również w rolach dramatycznych (ostatnio uświetniała swoją obecnością np. The Night Manager – być najlepszym elementem serialu z Tomem Hiddlestonem i Hugh Lauriem to naprawdę sztuka). No i zna się z Chrisem Chibnallem, więc kto wie…

W Nowym Who istnieje równowaga między rolą Doktora a towarzyszki: obie postaci są bardzo ważne dla narracji, każda wnosi coś innego. W dodatku to właśnie z towarzyszką najczęściej łatwiej się utożsamiać – Doktor bywa nieludzki i obcy, zwłaszcza pod rządami Stevena Moffata, który lubi takich półboskich geniuszy. Z drugiej strony to Doktor ma w narracji moc, on jest tym, do którego wszyscy inni – również widzowie – próbują dosięgnąć. Towarzyszkom zdarza się osiągnąć taką rangę, ale tylko przelotnie – Rose nie może dysponować mocą Wiru Czasu wiecznie, Donna nie może nosić w sobie wiedzy Władców Czasu – i zwykle kończy się to tragedią[1]. Jakkolwiek sądzę więc, że dobrze jest, gdy Doktora i towarzysza grają przedstawiciele odmiennych płci, myślę też, że warto by było odwrócić te role, przynajmniej na jakiś czas. Jak widzicie, możliwości jest mnóstwo i to niezwykle zróżnicowanych – myślę, że każda z wymienionych powyżej aktorek zagrałaby tę rolę zupełnie po swojemu i dałaby nam zupełnie innego Doktora. Czemu by więc nie dać im szansy?

Dajcie znać w komentarzach, jeśli macie własne typy.


[1] Inaczej było w przypadku Clary i to, że mogła ona ukraść TARDIS i wspólnie z towarzyszką ruszyć na odkrywanie wszechświata, uważam za jedno z najbardziej chwalebnych dokonań Stevena Moffata. Nawet Clara jednak musiała w tym momencie opuścić serial. Doktor może być tylko jeden.

Daj na ciastko!


New Who guy, nieśmiało zapuszczający się w świat słuchowisk i powieści. Fan Russella T Daviesa, Slitheen i Dziewiątego Doktora. Czyta, ogląda seriale, pisze na Pulpozaur.pl i Wysznupane.blogspot.com.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

52 thoughts on “Odpowiednia Osoba. 13 aktorek, które mogłyby zagrać Doktora

      1. Może, tylko zaznaczam, że była i nikomu krzywda się nie stała, w połowie i przez parę minut ale była :)
        W sumie Clarę też można by nazwać kobietą-doktorem, nawet Tardis ma teraz.
        Mam tylko nadzieję , że jak dadzą kobietę Doktora to nie będzie miała samych męskich towarzyszy bo to byłoby zbyt tendencyjne.

  1. Tak bardzo zgadzam się z przypisem! W życiu bym się nie spodziewała czegoś takiego po Moffacie, wydawało mi się raczej, że umniejsza rolę towarzyszek, a tu wyskoczył z takim rozwiązaniem. Wydaje mi się, że długo musiał o tym myśleć, bo zrobione po RTDowsku odejście Pondów było tak sprzeczne ze wszystkimi zmianami, które od początku piątego sezonu wprowadził Moffat, że musiał to zauważyć.

    Mała uwaga – Vinette Robinson też grała już w Doktorze Who (odcinek „42”). Byłaby to więc kontynuacja tradycji :)

    Olivia Colman, o tak.

      1. Przede wszystkim „Muszkieterów” produkcji BBC. Pani McCoy gra tam Milady De Winter – moim zdaniem najlepszą wersję tej postaci, jaka istniała ;) (A oprócz jej udziału sam serial warto obejrzeć też i dla Capaldiego w roli kardynała Richelieu)

  2. I teraz chcę postawić sprawę jasno. Jestem dziewczyną i nie próbuję szerzyć anty-feminizmu. Ale Doktor zawsze był dla mnie mężczyzną. I nie chodzi o to, że grali go faceci. Cała ta postać, potrzeba gonienia za ryzykiem, chęć imponowania (w dosyć specyficzny sposób), chęć bronienia i jednoczesna potrzeba (głęboko ukryta) przyjaźni… To wszystko wydaje mi się bardzo męskie (w sensie psychologicznym). I teraz weszła by w to jakaś kobieta. I co? Nagle trzeba by przemodelować całą postać. A przecież magia Doktora polega na tym, że mimo kolejnych wcieleń jest w nim coś znajomego. Za każdym razem. Pozostają niektóre przyzwyczajenia, nawyki, zachowania… Powtarzanie cytatów i machanie śrubokrętem nie wystarczy, by być Doktorem. A obawiam się, że właśnie to byśmy otrzymali, gdyby rolę przejęła kobieta. Sorry, ale w mojej opinii Doktor jest facetem.
    Ale, jeśli ktokolwiek miałby zagrać żeńskiego Doktora, byłaby to Tilda.

    1. Ale nawet jeśli zgodzimy się, że te cechy, które wymieniasz są nominalnie – psychicznie – męskie, to nie znaczy, że nie ma biologicznych kobiet, które taki zestaw cech posiadają jednocześnie identyfikując się płciowo właśnie jako kobiety. Ergo, Doktor Kobieta NIE oznacza z definicji, że postać trzeba by przemodelować na psychicznie-nominalnie kobiecą, tracąc jednocześnie esencję jej doktorowości. Tak samo jak esencja Mistrza nie uciekła nigdzie, gdy stał się on Mistrzynią, tak i esencja Doktora po zmianie płci nigdzie sobie nie pójdzie z tego powodu. Ba, widzowie znający klasyki często zauważają nawet, że kreacja Michelle Gomez jest bliżej klasycznego Mistrza niż kreacja Johna Simma.

      Plus, to że dla ciebie Doktor jest facetem nie ma żadnego wpływu na to kim jest Doktor dla scenarzystów, producentów i innych ludzi zaangażowanych w produkcję Doctora Who. Ci, od lat – jeszcze w erze klasycznej, z tego co słyszeliśmy – proponowali w pewnym momencie regenerację Doktora w kobietę i raczej powinniśmy spodziewać się tego, że w końcu ten plan wprowadzą w życie (a osobiście im więcej słyszymy bzdurnych głosów o „faktycznej płci Doktora” tym chcemy, by szybciej ta konkretna zmiana nastąpiła).

      1. Wyraziłam swoją opinię. Oczywiście, że nie pójdę i nie natrzaskam scenarzystów, żeby nie ruszali płci Doktora. Mam świadomość faktu, że dyskusja o zmianie płci pojawiła się wiele lat temu. Po prostu ja, personalnie nie jestem entuzjastką tego pomysłu i mam prawo o tym mówić. Co do Michelle Gomez… Właśnie uciekła esencja Mistrza. Nie kupuję jej roli. Nie dlatego, że jest kobietą. Tutaj, tak samo jak z River, coś mi nie pasuje w grze aktorskiej. Ale jest to moja opinia i nie ma powodu się z tego powodu obrażać. Komuś innemu Michelle pasuje, podobnie jak River.

        1. Oczywiście, każdy ma prawdo do własnej opinii i do jej wyrażania. I do udziału w dyskusji, także z ludźmi o odmiennych poglądach. Ale skoro w twoim podejściu do kreacji Gomez nie chodzi o płeć, to dlaczego miałoby to mieć znaczenie w kreacji Doktora, gdy do takiej zmiany już dojdzie. Logicznie patrząc podejście do Doktor kobiety powinnaś analogicznie oprzeć na kwestii scenariuszy, reżyserii, wreszcie samej aktorki. Czyli na tym z czym mamy do czynienia już teraz, przy każdej inkarnacji. Wielu np. nie podoba się Doktor Capaldiego (my osobiście zauważamy niekonsekwencję jego pisania w serii ósmej), inni nie lubią Dziesiątego – twierdząc, że Tennant gra zupełnie poza rolą. Są zwolennicy i przeciwnicy każdej inkarnacji, mający mniej i bardziej sensowne argumenty na poparcie swojego zdania. Ale płeć Doktora nie ma tu żadnego znaczenia i po jej zmianie nadal nie powinna mieć.

  3. A ja tylko chce dodać, że pani nr 13 i 3 są na prawdę świetnymi osobami, aktorkami, które mogłyby dla mnie zagrać Panią Doctor :D

  4. „Czy nie byłoby ciekawie, gdybyśmy, widząc Doktora, nigdy nie mieli pewności, czy zaraz uratuje świat, czy go podpali?” No niezbyt bo gdyby tak było to nie byłby Doktor. Właściwie David Tennant jest ostatnim Doktorem, 11 i 12 całkowicie nie zachowywali się jak Doktor tylko jak stary władca czasu.

        1. Dobra, wszystko fajnie argumentujecie, bo ja też nie jestem tak naprawdę jakimś krytykiem Dziesiątego – co to to nie, zawsze go uwielbiałem – choć faktycznie Piąty (i nie tylko) przy samej regeneracji wypadł lepiej.

          Tylko tak ochoczo bronicie Dziesiątego, ale jedynie moim celem było takie samo bronienie Jedenastego i Dwunastego, bo nikt poza mną tak ochoczo się do tego nie zabrał. Po prostu irytuje mnie to całe „po Tennancie to już nie było prawdziwego Doktora, po RTD nie ma już prawdziwego Doctora Who”, które tu zobaczyłem i widziałem już w paru miejscach.

          1. Ok, rozumiem. Chociaż z mojej perspektywy to najczęściej widzę właśnie jechanie po Dziesiątym i w ogóle erze RTD. Ale może po prostu jest tak, że najczęściej dostrzegamy krytykę tego, co najbardziej lubimy? Nie wiem, to ciekawe w sumie.

            (Jeśli chodzi o mnie, to Jedenastego lubię tak do połowy szóstego sezonu, a Dwunastego od dziewiątego.)

            1. Czekaj, naprawdę dostrzegasz więcej krytyki wobec RTD niż Moffata? To chyba faktycznie inaczej filtrujemy rzeczywistość, bo gdzie bym nie spojrzał, na jakiekolwiek miejsca w necie gdzie „fandom” widać to Moffat jest mieszany z błotem, przez wielu ludzi przedstawiany wręcz jako najgorszy człowiek świata, którego era zrujnowała wszystko i w ogóle to już nie to samo co kiedyś.

              Serio, ilość hejtu skierowana wobec Moffata jest tak ogromna, że nawet nie wiem jak faktycznie możesz postrzegać, że więcej krytyki jest wobec RTD.

              Z mojej perspektywy „jechanie” po Dziesiątym i RTD najczęściej się pojawia jako reakcja właśnie wobec kolejnych tekstów „Tennant wróć” czy „Doktor się skończył na Tennancie, Doctor Who na RTD”.

            2. Gdy przyszłam do polskiego fandomu DW półtora roku temu, wywiało mnie z niego czym prędzej, bo słowa się nie dało powiedzieć ani o erze Jedenastego, ani o zaczynającej się wtedy erze Dwunastego. „Nie podoba ci się Moffat, to spadaj”. Entuzjazm wobec Dziesiątego narażał na złośliwe komentarze. Osiadłam w fandomie Tennanta, znalazłam sobie kącik w anglojęzycznym fandomie i tak sobie fanowałam. Dopiero ostatnimi czasy widzę zmiany, ludzi, którzy się nie boją przyznać, że Dziesiąty był fajny, a o Moffacie wyrażać ani ze ślepym uwielbieniem, ani obwiniając go o całe zło świata. Tak to wygląda z mojej perspektywy. Marzy mi się, żebyśmy w końcu przestali ze sobą walczyć i zaczęli mieć szacunek dla innych opinii, bo w życiu nie byłam w bardziej podzielonym fandomie. Doktor na pewno nie byłby zadowolony.

            1. Cóż, nie mam „swojego” Doktora – samo to, że bronie kolektywnie Jedenastego i Dwunastego, którzy są od siebie różni jak tylko Doktor może być różny, mówi za wszystko.

              O ile powyższa kontrargumentacja trochę łagodzi ocenę jego zachowania to wciąż go nie usprawiedliwia i nie sądzę, żebym mówił „nieprawdziwe rzeczy”. Bo cokolwiek by nie mówić jednak – Dziesiąty płakał i żalił się, że przecież musi w tej sytuacji umrzeć i oddać za Wilfreda życie – nawet jeżeli szybko się zreflektował i powiedział, że to honor za niego umrzeć. Z kolei Piąty w ideowo identycznej sytuacji nawet nie podniósł takiej kwestii. W ogóle nic nie sugerowało u niego pojawienie się takich myśli nawet.

              Na ogół nie hierarchizuje sympatii do inkarnacji, bo dla mnie Doktor to po prostu Doktor, ale gdybym miał to zrobić to Dziesiąty byłby na pewno gdzieś na samym szczycie. Problem w tym, że dosłownie scena jego śmierci (rant na Wilfreda) oraz sama regeneracja („nie chcę odchodzić”) bardzo mnie zniesmaczyły. Wiem, że istnieje psychologiczne zjawisko, że szczególnie pamiętamy końcówki i ta końcówka trochę mi psuje samą postać.

              To ja już naprawdę wolę jak Doktor zupełnie z nieznanego powodu padał i umierał (jak Pierwszy) albo nawet to nieszczęsne wejście między pojedynek gangów (Siódmy).

            2. Nie aż takiego nieznanego – „This old body of mine is wearing a bit thin” :)

              PS: Regeneracja Dziesiątego mnie też mocno zniesmaczyła.

      1. Tam nie ma żadnego wahania, on wie, co zrobi. Rant jest na niesprawiedliwość losu, który mu najpierw daje nadzieję na przeżycie, żeby potem ją zabrać. No i powód – jeden „mały” człowiek, co to jest z całym wszechświatem, który przed chwilą ocalił – ale, jak pisze niżej Artur, od razu sobie zdaje sprawę z tego, co mówi: I lived too long. I dodaje: It’s my honour. W tym momencie echa Time Lord Victorious znikają.

  5. Jedyny powód dlaczego teraz nie chcę kobiety Doktora? To ja bym chciała go grać (nawet nie jestem aktorką, ale pomarzyć zawsze można).

  6. Pozwolę się rozpisać, bo właśnie ponownie obejrzałem wszystkie sceny regeneracyjne i wcale problem nie powstaje tylko w porównaniu do Piątego, ale także wszystkich innych.
    Opiszę je po kolei według mojego spojrzenia, pomijając te, które stały się zbyt szybko albo w takich okolicznościach, które nie pozwalały Doktorowi na emocjonalną reakcję:
    Drugi Doktor – jako jedyny z tych co wymienię, wyłącznie negatywnie do tego podszedł jak Dziesiąty, ale w przeciwieństwie do niego miał dobry powód. Nie umierał tylko regeneracja była na nim wymuszana. Do tego bardziej marudził aniżeli rozpaczał jak Dziesiąty.
    Trzeci Doktor – był ledwie przytomny, ale zależało mu jedynie na komforcie Sary-Jane, delikatnie ją głaszcząc i żegnając się z nią.
    Czwarty Doktor – pocieszający uśmiech do Adrica i „to moment na który się przygotowałem”.
    Piąty Doktor – jak mówiłem wyżej, heroiczna śmierć bez chwili zastanowienia, sytuacja najbardziej zbliżona do Dziesiątego, ale reakcja diametralnie różna.
    Ósmy Doktor – oh god, to było mocne, emocjonalne, ale dla Ósmego sama śmierć nie była takim problemem, a akceptacja roli w Wojnie. No i to „… przyjaciele, towarzysze, pozdrawiam was” oraz „Lekarzu, ulecz się sam”.
    War Doctor – on w sumie bardzo się cieszył, że regeneruje.
    Dziewiąty Doktor – to było fantastyczne, naprawdę, jeszcze to, że zależało mu na komforcie Rose.
    Jedenasty Doktor – oglądając to ponownie znowu oczy mi zwilgotniały, a myślałem, że już nie podziała tak na mnie. Dowód na to, że Doktor może regenerować nie skrywając uczuć, w tym smutku, starać się o komfort towarzyszki, a jednocześnie odchodzić z podniesioną głową, z oczekiwaniem na przyszłość, ze smutkiem współgrającym z radosnym wyczekiwaniem co będzie dalej.

    I teraz, naprawdę jak dla mnie regeneracja Dziesiątego się wyłamuje strasznie na minus. Jeśli po tym jak wyłożyłem moje odczucia do każdej (minus te bez emocji) regeneracji nie widać różnicy, to nie wiem co może jeszcze przekonać.

    1. Okej, chyba rozumiem. Według Ciebie każdy Doktor powinien swoją śmierć/regenerację w pełni zaakceptować i patrzeć z nadzieją na przyszłość, a w całym procesie pocieszać towarzyszy, jeśli znajdują się w pobliżu, bo… zasadniczo często tak robi. Każde inne zachowanie uznajesz za „nieDoktorowe”. Nietrudno zauważyć, że regeneracja Dziesiątego się do tego opisu nie stosuje i dlatego Ci przeszkadza. Am I correct? Jejku, jeśli faktycznie to załapałam, to chyba w końcu zrozumiałam masę ludzi… Mogę jeszcze zapytać, jaka była u Ciebie kolejność oglądania Doktorów?

      1. W sumie masz rację. Jeśli rozumiem innych, którzy krytykują tę regenerację to z tego samego powodu co ja.
        Oglądałem najpierw New Who serie 1-7 -> Pierwszego Doktora sezony 1-~6 -> 8 seria -> misz-masz klasyków -> 9 seria -> misz-masz klasyków.
        Przy czym chciałbym dla równowagi zaznaczyć, że nie traktuję tego jednoznacznie negatywnie. Podczas pierwszego oglądania głównie czułem się niekomfortowo, ale jeszcze w pełni nie wiedziałem dlaczego, dopiero później się to krystalizowało. Jednak było to napewno emocjonalne odejście (nawet jeżeli dyskomfort był w tym silną emocją), a także pokazało nam jak Doktor na przestrzeni ledwie paru lat potrafi się mentalnie postarzeć od młodego (ciałem) mężczyzny z entuzjastycznym „Barcelona” do tego rantu na Wilfreda, jeżeli okoliczności się odpowiednie nadarzą. No i smutno mi było na rozstanie z Dziesiątym na rzecz tego hipstera z dziwną twarzą (tak wtedy myślałem o Mattcie Smithcie, choć i tak witałem go otwarcie i z ciekawością). Na pewno też było to epickie i świetnie zagrane. I miło ze strony Oodów, że zaśpiewali mu do snu.

        1. A jednak, było smutno! :)
          Może wytłumaczę wcześniejsze pytanie; potrafię sobie wyobrazić, że ludzie, którzy poznali wcześniej jednego Doktora, nie chcą zaakceptować innego, różniącego się od niego, bo stworzyli sobie inną wizję postaci. Stąd niechęć do Dziesiątego niektórych fanów klasyków albo niektórych fanów, którzy zaczęli od Jedenastego. Ale widzę czasem, że z jakiegoś powodu Dziesiąty u niektórych nie do końca „zażarł”, chociaż serial od RTD zaczęli i polubili. Albo inaczej – twierdzą, że go lubią, ale nie podoba im się jego regeneracja, której przebieg jest tak niesamowicie zgodny z jego charakterem (co znów twierdzi spora grupa, więc są dwa niepojedyncze przypadki), że trudno mi ten dysonans pojąć. Znam osobę, która Dziesiątego cztery lata uwielbiała, ale po Jedenastym się zorientowała, „poczuła”, że to właśnie taki jak Jedenasty „powinien” być Doktor – nieco to przypomina to, co piszesz o „późniejszym skrystalizowaniu”. Dziesiąty to od samego początku bohater tragiczny, archetyp stary jak świat i dlatego, zrobiony dobrze, przemawia dla tej całej rzeczy fanów Dziesiątego. Ale większość Doktorów bohaterami tragicznymi nie jest, a więc pytanie, czy podczas oglądania DW włącza się niektórym, tak trochę wbrew intencjom RTD, inny archetyp, do którego Dziesiąty nie pasuje i dlatego oglądanie wzbudza u nich „dyskomfort”? Czy istnieje w ogóle coś takiego jak archetyp Doktora i przez których Doktorów miałby być reprezentowany?
          Myślę, że to jest ten moment, gdy sobie przypominam, że to tylko serial, a ze mnie żaden psycholog, socjolog ani badacz kultury, i mogę tylko powiedzieć, że fajnie się rozmawiało pod tym artykułem na zupełnie inny temat, ups :)

        2. W ogóle utożsamianie regeneracji ze śmiercią nie do końca się sprawdza – np. taka Romana zregenerowała dla kaprysu. Osobiście nie postrzegam tego jako samobójstwa ;)

  7. „to nie znaczy, że Dziesiąty był taki zawsze.” Sedno tkwi właśnie w tym, że był. Przez wszystkie jego sezony widzimy tego przebłyski, aż w końcu wydarzenia na Marsie prowadzą do „złamania”. Tutaj próbuję to jakoś ogarnąć i przytaczam cytaty z poszczególnych odcinków:
    http://alumfelga.livejournal.com/3802.html
    Oczywiście, że nie widzimy tego jego oblicza przez cały czas, ale tkwi to w nim nie tak bardzo głęboko pod powierzchnią, żeby było niewidoczne. Z tym, że póki ma towarzyszy, to jakoś się trzyma.

    Oj, Dziesiąty to często samobójca i męczennik cierpiący za milijony – oprócz Sontarian mamy Bibliotekę, gdzie chce sobie usmażyć mózg; w Smith and Jones pozwala się zabić pani wampir ze słomką; w the Next Doctor stwierdza wprost, że Jackson ma nie iść na akcję, bo ma po co żyć, a nie to co on. W Runaway Bride by zginął, gdyby nie Donna. Jako przeciwwagę podam tu Jedenastego w drugim odcinku z Aniołami, który ma identyczny plan – niech mnie szczelina pożre – ale River udaje się przetransportować Amy i uwaga, nikt nie musiał ginąć. Finał piątego sezonu – Doktor sam sobie załatwia możliwość powrotu przez ukrycie TARDIS „w słowach”; szóstego – finguje swoją śmierć. Ja tu widzę bardzo dużą różnicę w archetypach. Dziesiąty nie ma wyboru i chce, musi się poświęcać, ale w ostatniej chwili ktoś inny się poświęci i on przeżyje, a Jedenasty znajdzie sprytny sposób na wyjście z sytuacji bez umierania.

    Kumam, trzymasz z Wilfem i smutno Ci, że musiał tego słuchać. Ja trzymam z Dziesiątym i daję mu prawo do rantu, którym rozrywa mi serce. Gdy Jedenasty wypycha Jexa za linię (przemoc fizyczna! Ze strony Doktora!), też mam zachwyt, że to takie cudownie niewłaściwe i lubię go bardziej, bo jest psychologicznie ciekawszy. Z generałem mam mieszane myśli, bo wydaje mi się, że za łatwo się z tego wywinął, to znaczy powinien ponieść jakieś konsekwencje, bo to było grube przekroczenie granicy. Ale już tego nie pamięta i wszystko jest niby w porządku.

    1. O widzisz, sama mi pomogłaś i przypomniałaś mi te samobójcze momenty. W sumie to zgadzam się z tym, że w Dziesiątym od samego początku to coś w nim siedziało, wręcz od „Christmas Invasion” gdy powiedział „No second chances” i słynne sześć słów było wiadomo, że coś niewłaściwego w nim siedzi. Tylko, że właśnie mimo tego ta jego samobójczość jakoś mi kontrastuje z tym, że przy regeneracji tak bardzo nie chciał odejść.

      Faktycznie jednak, Jedenasty to inny archetyp w pewnym sensie. To co powiedziałaś przypomniało mi o jednej rzeczy. Gdy pułkownik Manton mówił: „He is not the devil. He is not a god. He is not a goblin or a phantom or a trickster.” to pomyślałem sobie „em… nieprawda, właśnie, że jest tricksterem…”. W pewnym sensie Doktor w każdej inkarnacji jest tricksterem, ale Jedenasty zdaje się być największą manifestacją tej strony Doktora.

      Zabicie Generała może jeszcze się odbić na nim, nie wiadomo. I nie sądzę, żeby nie pamiętał. To nie tak, że Doktor zapomniał o przygodach z Clarą, tylko tak, że w tych wszystkich wspomnieniach jest dziura w miejsce Clary.

      1. Dziesiąty wiedział, że Harriet miała (albo mogła, history in in the flux) być premierem przez trzy kadencje i zmienił historię, bo on wiedział lepiej, kto powinien rządzić, a kto nie. To jest gwałtowna zmiana po Dziewiątym, który nie uważał, że ma prawo, a może nawet obowiązek we wszystko się angażować.

        „Tylko, że właśnie mimo tego ta jego samobójczość jakoś mi kontrastuje z tym, że przy regeneracji tak bardzo nie chciał odejść.” Bo też Dziesiąty nie ma problemu z podjęciem decyzji o poświęceniu – może nawet podejmuje je zbyt szybko – tylko ma problem z akceptacją samej regeneracji, którą postrzega jako utratę tożsamości. I to mu się nasila po wszystkich stratach: Donna go nie pamięta, Rose już nie jest jego, tylko TenTwo, a jemu pozostają tylko własne uczucia, które, jak podejrzewa, straci po regeneracji. Miał też za dużo czasu, żeby myśleć o śmierci, żeby mu to wyszło na dobre – w czwartym sezonie, gdy prawie regeneruje, załatwia to szybko, i jestem pewna, że gdyby miał regenerować w akcji, z towarzyszem przy boku, inaczej by to wyglądało nawet mimo jego stosunku do regeneracji.

        „W pewnym sensie Doktor w każdej inkarnacji jest tricksterem, ale Jedenasty zdaje się być największą manifestacją tej strony Doktora.” Tak, zgadzam się. Jedenasty to jest ten Doktor, który zawsze znajdzie wyjście: odzyska Gallifrey, pokona śmierć po dwunastu regeneracjach, przechytrzy najsprytniejszego wroga, złamie wszystkie prawa czasu i nic się nie stanie… Dlatego odejście Pondów mi nie gra w tym kontekście, bo jest z tym sprzeczne.

        Jeśli serial odniesie się do poczynań Dwunastego w finale dziewiątego sezonu, to zwrócę honor :)

        1. Ale właśnie – mówisz, że Dziesiąty pospiesznie podejmował decyzję o poświęceniu, ale nie było tak z Wilfredem.

          Ogólnie Doktorowi puchło ego, z pewnymi wahaniami, przez całą inkarnację Dziesiątego, a także jeszcze podczas Jedenastego i dlatego dostaliśmy taką popisówę ego jak przemowa przy Pandorice. Jednak z czasem Doktor złagodniał i się opanował, zdając sobie sprawę, że nie na wszystko może sobie pozwolić i nie może być tak widoczny we Wszechświecie i to z kolei symbolizuje dla mnie przemowa w Akhaten.

          Te dwie jego przemowy wyznaczają właśnie swego rodzaju symboliczne kamienie milowe rozwoju tej postaci.

          1. Cofnijmy się do mojej pierwszej wypowiedzi, w której twierdzę, że z Wilfredem on już odwracając się do pukającego Wilfa WIE. Wyrok ma wypisany na twarzy. On już wie, co zrobi, tylko minie chwila zanim sobie uświadomi, że uratowanie Wilfa jest równie dobrym powodem śmierci, co uratowanie całego świata. Ale nie przyszłoby mu do głowy go tam zostawić.

            Uwielbiam przemowę w Akhaten. To jest Jedenasty przyznający się do swoich uczuć, całej swojej przeszłości, wszystkich strat i tęsknot. I, co ciekawe, odcinek, w którym sam Jedenasty nie wystarcza, a dołącza Clara z liściem. Może to i nie ma sensu, ale jest takie piękne.

            Dobrze powiedziane z Pandoriką, popisówa. Wydaje mi się, że Dwunasty też ma takie tendencje, w dwuodcinkowcu z Dalekami miał. Rozumiem, że czasem blef może być skuteczny, ale jednak powinno mu się przypominać, że jest gościem z budką, który dawno by zginął, gdyby nie był głownym bohaterem serialu :)

            1. Niezależnie od tego czy wie od początku, że się poświęci, to nie ma znaczenia. Znaczenie ma to właśnie, że rantuje Wilfa i rozpacza. Właściwie, można powiedzieć, że rozpacza właśnie dlatego, że wie, więc w sumie masz rację.

              Jedenasty od serii 7B i Dwunasty stają się dużo bardziej zachowawczy i starają się kryć w cieniu. Do tego są bardziej niepewni siebie, a właściwie tego co sobą reprezentują. Sławetne „Am I good man?” z serii 8. To, że Doktor pokazuje pewność siebie w starciach z wrogami czy nawet sobie z nich żartuje (Mumia, Dalekowie podczas siedzenia w krzesełku Davrosa) nie powoduje, że w tych zachowaniach okazuje ego tak jak wcześniej, po prostu standardowa taktyka. To nic w porównaniu do straszenia reputacją Vashta Nerada, Atraxi czy wszystkich przy Pandorice.

              PS Rozciągamy dyskusję w komentarzach pod artykułem o potencjalnej pani Doktor i nam się to nie kończy. Jeśli chcesz kontynuować dyskusję pw, to znajdziesz mnie np na fb.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *