W oczekiwaniu na Twice Upon a Time i wspólnymi siłami publicystów i redaktorów Gallifrey przypominamy wam wszystkie poprzednie odcinki New Who emitowane w święta. Pod linkami w tytułach znajdziecie również rozszerzone recenzje odcinków z naszych archiwów. Macie jeszcze czas, aby powtórzyć swoje ulubione i przygotować się na nadchodzący odcinek świąteczny…

Świąteczna inwazja („The Christmas Invasion”)

Sherlockistka: To bardzo niedydaktyczne, co powiem, ale czasem warto być tym nieporządnym początkującym fanem, który nikogo się nie poradzi i ogląda wszystko nie do końca tak, jak trzeba. Kiedy pierwszy raz wsiąkałam w Doktora, w ogóle nie wiedziałam o istnieniu odcinków świątecznych i Świąteczną inwazję po prostu przegapiłam – a obejrzałam ją dopiero już jako ten trzęsący się z żalu wrak człowieka, który świeżo stracił swojego ukochanego Doktora i nagle dowiedział się, że dzięki jakimś niepojętym wibbly-wobbly timey-wimey cudom może spędzić z nim jeszcze jedną godzinę. I to nie z tym przeżartym żalem, samotnością, gniewem i szaleństwem nieszczęśnikiem, którego chciało się już żegnać, bo nie dało się patrzeć dłużej, jak strasznie go męczą, a z tym uroczym, młodym, zakochanym, ciekawym samego siebie i całego świata szczęściarzem, któremu w razie kłopotów odrasta dodatkowa ręka. Wtedy, gdy tak patrzyłam załzawionymi oczami na mojego Doktora w czasach, gdy jeszcze się nie znaliśmy, żadne z nas nie miało złamanego serca i jednym z ważnych problemów odcinka był wybór nowego wdzianka na świąteczną kolację, to może przyszło mi do głowy, że widziałam w życiu jakieś wspanialsze kawałki telewizji, ale nie umiałabym jakoś żadnego przywołać tak od razu. I do dziś zdarza mi się, że nie umiem i wtedy właśnie włączam sobie ten film, żeby poczuwać nad Dziesiątym w piżamce i przypomnieć sobie, że czasem wystarczy trochę herbaty z mlekiem, żeby jakoś wrócić do życia i żeby wszystko było w miarę dobrze, dopóki oczywiście nie wtrącą się ludzie.

Uciekająca panna młoda („The Runaway Bride”)

Clever Boy: Kocham Donnę, więc uwielbiam wracać do tego odcinka. Gra aktorska Catherine Tate i Davida Tennanta jest przewspaniała, mają razem cudowną chemię i jest to bardzo zabawny odcinek. Donna jest ostrą odmianą po Rose, ruda towarzyszka jest głośna, zadziorna i sarkastyczna (uwielbiam takie postacie), ale możemy dostrzec również, że jest wrażliwa i czuła. Donna przypomina nam, że Doktor jest obcym – oraz musi czasem mieć kogoś, kto przypilnuje go, by w gniewie nie zrobił czegoś, czego później pożałuje. Odcinek, nie licząc wątków humorystycznych (Donna była na początek tworzona jako postać komediowa), potrafi również wzruszać i zaskakiwać.

Rejs potępieńców („Voyage of the Damned”)

Ginny: Właściwie patrząc na te odcinki świąteczne po czasie, chyba do żadnego jakoś mocno nie wracam już po Przesileniu Zimowym. Ale też nie wspominam ich jakoś bardzo źle. Rejs potępieńców na pewno ma kilka bardzo dobrych elementów, nawet jeśli mógłby być krótszy. Ciekawie jest zawsze widzieć przez chwilę Doktora pomiędzy towarzyszami – by przypomnieć sobie, jak bardzo ich potrzebuje. Tutaj też mamy po raz pierwszy w serialu Bernarda Cribbinsa w malutkiej rólce, którą później rozwinięto w pełniejszą postać Wilfreda Motta. A jeśli nie uwielbiacie Wilfreda, to naprawdę nie wiem, kim jesteście… Pojawia się też Alonso Frame – i ponownie, kto nie lubi tej postaci? Sam kosmiczny Titanic z pewnością był świetnym zwrotem fabularnym na końcu miniodcinka z Piątym i Dziesiątym, ale później? Mam dziwne wrażenie, że proces myślowy stojący za nim wyglądał tak: Wyobraźcie sobie: Titanic. Ale jako statek kosmiczny. [Mem z kosmicznym mózgiem.] Niemniej sam plan właściciela kompanii i satyra na klasę wyższą to zawsze dobra rzecz w Doctor Who i tu też bardzo zgrabnie wyszła. I tylko żal, że przeżywa największy dupek całej ekipy, a tyle miłych postaci ginie – w tym obie bohaterki. I owszem, rozumiem, że Tennant jest przystojny, ale to całowanie go przez każdą towarzyszkę lub prawie towarzyszkę jest nudne. Ogólnie jednak powiem, że to całkiem niezły odcinek, choć gdyby wyciąć mu tak z piętnaście-dwadzieścia minut dłużyzn i bzdurek, byłby lepszy.

Drugi Doktor („The Next Doctor”)

K.atarzyna: To ostatni odcinek Dziesiątego, jaki obejrzałam, już po nadgonieniu do końca siódmej serii – nie pamiętam już nawet, czy go przegapiłam, czy specjalnie odłożyłam na później. Dość, że wiedziałam dobrze, że David Morissey nie będzie kolejnym Doktorem, że Dziesiąty zaraz odejdzie, ale zdąży przed odejściem jeszcze pożegnać wszystkich towarzyszy, wreszcie że może i Doktor sobie teraz smęci, ale wszystko się w końcu ułoży, regeneracja i do przodu. A równocześnie tak bardzo bałam się, że ten odłożony na później, ostatni odcinek z moim ukochanym Dziesiątym mnie rozczaruje. Ale jednak nie – mimo wszelkich fabularnych głupotek, mimo wyjątkowo nieszczęsnych Cybermenów, mimo problemów, jakie po czasie mam z pewnymi wątkami, ten odcinek miał w sobie wszystkie te emocje, za które kocham erę Russella T Daviesa. I jak chyba żaden inny stara się nam przypomnieć, że nawet jeśli w te święta kogoś z nami nie ma, to wcale nie musimy ich spędzać sami.

Do końca wszechświata („The End of Time”)

Artur: Ten pełen ekscesów podwójny odcinek idealnie pasuje do wypełnionego prezentami, objadaniem się i imprezami czasu między Świętami a Nowym Rokiem. Można tu znaleźć dawkę typowego Daviesowskiego szaleństwa („MASTER race”!), a ukochany przez wielu Wilfred Mott wreszcie staje się pełnoprawnym towarzyszem. Pojawienie się Władców Czasu (pod wodzą wspaniałego Timothy’ego Daltona) może natomiast dać impuls do natychmiastowego sięgnięcia po Dzień Doktora („The Day of the Doctor”) i Z piekła rodem („Hell Bent”) – co nigdy nie jest złym pomysłem.

Opowieść wigilijna („A Christmas Carol”)

Haru: Kiedy myślę o odcinkach świątecznych, jest to pierwszy odcinek, który przychodzi mi do głowy. Przeplatanie się radości i świątecznego klimatu ze smutkiem jest wprost genialne. Bo kto w świątecznym odcinku spodziewa się widma śmierci? Ujęcia są cudne, gra aktorska naprawdę jest na dobrym poziomie i wszystko inne genialnie ze sobą współgra. Nie można nie wspomnieć o cudnej piosence Abigail, która jest tak smutna, że płaczę za każdym razem, gdy ją słyszę. Ten odcinek w jakiś sposób pomaga poradzić sobie ze stratą kogoś bliskiego, co w okresie świątecznym zawsze jest trudniejsze, pokazuje, że nawet jeśli nie chcemy kogoś stracić, to się kiedyś stanie, że to zawsze mogą być ostatnie święta z kimś, kogo kochamy.

Doktor, wdowa i stara szafa („The Doctor, the Widow and the Wardrobe”)

Lierre: Nie udało się raczej temu odcinkowi wbić na listę ponadczasowych klasyków, a szkoda – ja mam do niego ogromny sentyment. To chyba kulminacja doktorowo-moffatowskiego pokazywania Bożego Narodzenia jako bardzo mistycznego, tajemniczego czasu, kiedy świat przez moment działa zupełnie inaczej niż na co dzień. Jeśli kiedyś może stać się niemożliwe, to właśnie wtedy – jeśli będziesz w to wierzyć wystarczająco mocno, jeśli z całych sił nie będziesz się zgadzać na stratę, jeśli wbrew wszelkim znakom pozostawisz wolne miejsce przy stole. Zderzają się skrajne emocje, radość i ogromny smutek, nadzieja i żałoba, zachwyt i poczucie, że świat na zawsze poszarzał. To bardzo mocno pisany odcinek, pełen wielkich słów i myśli, odważny aż po przerysowanie, tak zupełnie niedzisiejszy, a zarazem tak niesamowicie piękny.

Bałwany („The Snowmen”)

Clever Boy: Uwielbiam ten odcinek. Bardzo długo na niego wyczekiwałem, głównie ze względu na pojawienie się nowej, tajemniczej towarzyszki. Clara Oswin Oswald od razu skradła moje serce. Szkoda, że Steven Moffat nie zdecydował się zostawić nam takiej Clary, możliwe, że byłaby ona o wiele ciekawsza od Clary Oswald z siódmej serii. Jej zadziorność, inteligencja i niezwykła chemia z Jedenastym Doktorem przypomina mi trochę relację Donny i Dziesiątego Doktora, ale przez resztę serii to jakoś zanikło. Obsada odcinka jest cudowna, uwielbiam gang Paternoster, a Wielka Inteligencja w postaci Richarda E. Granta to coś obłędnego. Scena, w której Clara wchodzi po schodach do TARDIS na chmurach jest przepiękna. Uwielbiam też scenę, w której Doktor prezentuje nową TARDIS. No i oglądanie serialu można zacząć od tego odcinka, jest lekki, zabawny, ale posiada w sobie także odrobinę smutku. Czyli wszystko, czego nam trzeba na święta.

Czas Doktora („The Time of the Doctor”)

Taiteilija: Doktor, który nigdy nie chciał prowadzić linearnej egzystencji, ten, który w strachu przed nią wciąż uciekał, nie potrafiąc się zatrzymać, został do niej zmuszony przez wyższą konieczność – musiał bronić szczeliny czasoprzestrzennej oddzielającej Gallifrey od reszty wszechświata. To, według mnie, była najmocniejsza strona tego odcinka, bo obrazująca poświęcenie Doktora, a raczej poświęcenie niecodzienne, zmuszające go do trwania i starzenia się dzień po dniu (nie licząc okazjonalnych interwałów w postaci ataków, walk, miniaturowych oblężeń). Szczególnie poruszająca była dla mnie myśl, że to też nie po prostu Doktor, jakikolwiek Doktor, ale Jedenasty Doktor, który był (mam na myśli wizerunek) najbardziej infantylny, dziecinny, beztroski ze wszystkich (o co oskarżam zarówno jego potrzebę „zaczęcia na nowo”, jak i pierwszą twarz, jaką ujrzał, czyli twarz dziecka – małej Amy). Ten wesoły gamoń z muszką został zmuszony do starzenia się, niekończących się rozmów (pół-monologów) z Rączką (pamiętacie jeszcze tę głowę Cybermena?), mieszkania w małym miasteczku, zabaw z dziećmi – bezkresnej rutyny. Aż w końcu stał się starszym, miłym panem w bujanym fotelu, z tysiącami zmarszczek od codziennych trosk, walk, lat… Być może dlatego właśnie nie zregenerował się w postać młodzieńca? Życie dzień po dniu dodało mu nie tylko lat w wymiarze fizycznym czy po prostu w kwestii samej ich liczby, ale przede wszystkim w wymiarze mentalnym. Doktor na Trenzelore, co prawda, nie umarł, ale jego pielęgnowany starannie młodzieńczy urok został tam połowicznie zabity.

Ostatnia gwiazdka („Last Christmas”)

Pegaz: Odcinek ten stanowi kolejny rozdział historii Dwunastego Doktora i Clary. Czego tam nie ma, jeśli chodzi o tę dwójkę – emocjonalne dialogi, brutalne wyjaśnienie kilku niedopowiedzeń, ale i wzruszające zakończenie… Ostatnia gwiazdka to także nieprzesłodzona rozrywka z Bożym Narodzeniem w tle. Fabuła lubi – co za radość! – zaskakiwać. Odcinek dostaje ode mnie dodatkowe punkty za obsadę. Pojawiły się w nim m.in. postaci grane przez Nicka Frosta i Michaela Troughtona (syna odtwórcy roli Drugiego Doktora, Patricka Troughtona).

Mężowie River Song („The Husbands of River Song”)

Ewelinkja: Zawsze, gdy mam podły humor, włączam ten odcinek. Jestem w nim po prostu zakochana. Chemia między Dwunastym a River aż iskrzy w powietrzu. To jest prawdziwie wybuchowa, zabawna historia. Całe galaktyki śmiesznych tekstów, świetna gra aktorska i lekka, jak przystało na odcinek świąteczny, fabuła. Zakończenie historii Doktora i River naprawdę mnie wzruszyło. Wreszcie zobaczyłam, że oni się kochają – w dziwny, pokręcony sposób, bo tych dwoje nie umiałoby inaczej – ale jest między nimi coś niezwykłego. Poza tym to pierwszy odcinek z Nardole’em, a ja po prostu uwielbiam Matta Lucasa i sympatycznego kosmitę, którego wykreował. River jest tak bardzo River, a Dwunasty Dwunastym, że uśmiech nie znika mi z twarzy, nawet kiedy na zakończenie spada kilka łez…

Powrót Doktora Mysterio („The Return of Doctor Mysterio”)

Scot: Dwunasty Doktor doczekał się według mnie najlepszych świątecznych odcinków, a do Powrotu… wracam najczęściej. Mroczny Nowy York niczym Gotham z komiksów o Batmanie, lekcja o odpowiedzialności wręcz słowo w słowo nawiązująca do Spider-Mana, szukanie swojej prawdziwej tożsamości… bez wątpienia Moffat miał dużo zabawy we wkładaniu do scenariusza jak największej liczby superbohaterskich motywów. Już sam tytuł brzmi jak rodem z komiksów. Doktor faktycznie powraca, by swoją doktorowością porwać widzów, pokazać swoją kolejną warstwę, wciskać kolorowe przyciski i nauczyć pewnego superbohatera paru lekcji, a to wszystko w przepysznej dawce humoru. Historia może i niezbyt ambitna, lecz za to lekka, ładnie nakręcona, z paroma typowymi dla gatunku morałami oraz niezwykle trafnym i przy okazji świetnie opisującym serial cytatem: Everything ends and it’s always sad. But everything begins again too… And that’s always happy. A koniec tuż, tuż.

Kto jeszcze nie może się doczekać na Twice Upon a Time? Do którego odcinka wrócicie, by wprowadzić się w świąteczny nastrój?

  • Zyphire

    Whaaaaat?! Nie wiedziałam o istnieniu dwóch odcinków świątecznych („The Doctor, the Widow and the Wardrobe”, „Last Christmas”). Jak to możliwe że mi umknęły? ._.

    • Clever Boy

      Ciekawa sprawa :D Jak przy pierwszym nic się w sumie nie traci, to jednak Last Christmas kontynuuje wątki finału 8 serii i jednoczy Doktora i Clarę – stąd pojawiła się ona w 9 serii :)